Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
niedziela, 29 kwietnia 2007

    

W Szczecinie ostatnio rzadko miałem czas na dłuższy, spokojny spacer. Sobotnie popołudnie było tak piękne, że postanowiłem odpuscić czytanie służbowych e-maili, sprzątanie zakurzonego mieszkania, a nawet perspektywę drzemki, której organizm domagał się po nocnej podróży pociągiem.

Na peron 1 szczecińskiego dworca mój pociąg przyjechał o świcie.

Dlatego po zajętym poranku (wyjście na pocztę po odbiór listów poleconych, wizyta u taty, wspólne pójście na cmentarz, a potem obiad) nie wróciłem do domu lecz poszedłem na spacer po miejscach, na których nie byłem już od zimy.

Najbardziej niesamowity był gwałtowny wybuch zieleni. Wszędzie rozwijały się nowe liście, trawa była inetnsywnie zielona, pełno kolorowych kwiatów. Kiedy tydzień temu wróciłem z Japonii, świeża zieleń dopiero nieśmiało się przebijała.

Zamek Książąt Pomorskich czysty i odświeżony, pięknie się prezentuje. Warto byłoby go całkiem odsłonić poprzez wycięcie samosiejek, które dziko rozpleniły się przez dziesiątki lat na zaniedbanej skarpie. Wtedy wjazd do miasta z Trasy Zamkowej zyskałby na atarkcyjności.

Ponieważ zamek odwiedziłem z Pauliną w niedziele palmową, tym razem zrobiłem mu tylko zdjęcie z daleka

i skierowałem się ku pomnikowi ofiar Grudnia 1970. Wcześniej jednak nie mogłem odmówic sobie przyjemności sfotografowania naszego najstarszego kościoła, którego elewacja ciekawie komponowała się ze swieżą zielenia, która wcale zielona nie była.

Pomnik Anioła Wolności stoi już w zupełnie innym niż zimowe otoczeniu. Wtedy był to jedynie naprędce uporządkowany trawnik, z którego teraz niewiele pozostało, ale są alejki, nowiutkie ławki, kwiaty no i oczywiście swobodny dostęp do pomnika. Wzbudza on nadal wiele emocji, lecz wydaje mi się, że najważniejsze, iż w końcu stanął zamykając pasmo wieloletnich do niczego nie prowadzących dyskusji.

A poza tym, jeśli spojrzeć z odpowiedniej perspektywy, można dostrzec jak ów anioł pochyla lekko głowę nie nad tyle nad cierniową koroną co nad miastem, które zamierza wziąć w opiekę, prowadząc je w stronę Słońca. Wiem, bo przecież od kilku miesięcy jestem bardzo, bardzo blisko innego anioła J

Nie potrafiłem odmówić sobie pójścia na Wały Chrobrego. Uwielbiam to miejsce. Po drodze kwiatów całe mnóstwo. Kasztanowce kwitną nie tylko na biało lecz i na czerwono:

a po drugiej stronie ulicy  gęste kiście bzu.

Chciałem wpaść do „Columbusa” na spokojne piwo z widokiem na Odrę, lecz ku mojemu zdziwieniu wszystkie stoliki na zewnątrz (a jest ich niemało) były zajęte. Jeśli tak jest w kwietniu, to jakie są perspektywy na lipiec i sierpień?

Piwo wypiłem kawałeczek dalej, w „Chrobrym”, z równie fanym widokiem na rzekę. W tej okolicy, na gmachu muzeum wielki banner przypomina o Tall Ship Races. Zlotowi wielkich żaglowców, który odbedzie się właśnie w Szczecinie będąc zarazem finałem tegorocznych regat poswięcona jest strona www.szczecin2007.pl

Miasto, to już wiadomo, nie wykorzystało w pełni mozliwości, jaką dawała organizacja tak prestiżowej, międzynarodowej imprezy. Trzy lata temu plany i oczekiwania były dużo większe. Dziś mimo, że organizatorzy twierdzą iż program zlotu wygląda atrakcyjniej niż zeszłoroczny w Antwerpii, na razie jest tak:

Trzymam kciuki za sukces tej imprezy, ale niepokoi mnie ślamazarne tempo wymiany jakichś potężnych rur w samym sercu terenu zlotu na zaledwie niecałe sto dni przed jego rozpoczęciem. I jakaś nutka niepokoju, by podobnie nie wyglądały przygotowania w naszym kraju do Euro 2012. Samo zwycięstwo w wyscigu o organizację to dopiero klucz do bramy, za którą czeka mnóstwo wyrzeczeń i wylanego potu, by móc  świętować prawdziwy sukces.

 

Na szczęście Wały Chrobrego bronią sie same, chociaż liczyłem, że z okazji regat odnowione zostaną alejki na górnym tarasie. Byle jak położony asfalt, pamietający czasy komuny, daleki jest od elegancji tego miejsca. Natomiast schody, co bardzo mi się podoba, stanowią coraz popularniejsze miejsce spotkań młodzieży. Juz nie tylko te przy centaurze, oblegane tak, że czasem trudno o miejsce, lecz nawet te prowadzące na sam dół.

 

Schody owe są zresztą ulubionym miejscem spotkań już od wielu lat. Korzystał z nich nawet niejaki Adzio Hitler, zresztą honorowy obywatel miasta Szczecina, którego zdjęcie znalazłem na internetowym forum (http://fotoforum.gazeta.pl/72,2,781,41895783.html ).

Na górze, za gmachem muzeum, na którym rozwieszono wspomniany wcześniej banner, straszy m.in. zrujnowany kuter.

Pamiętam, gdy ustawiano go oraz inne łodzie, jak również rozmaite mechanizmy z zamiarem uczynienia z nich stałej ekspozycji pod chmurką. Nigdy nie miałem okazji przejść się wytyczoną alejką, a lat już minęło sporo. Wydaje mi się, że owa ekspozycja nigdy nie została udostępniona do zwiedzania. A szkoda. Wystrczyłoby otworzyć bramę i kasować symboliczne 50 groszy za wstęp, a starczyłoby przynajmniej na farbę, lakier i wymianę potłuczonych szyb.

Na szczęscie potem ruszyłem w kierunku Parku im. Stefana Żeromskiego i znów poprawiłem sobie humor. Na jego skraju nabiera już całkiem realnych kształtów sczecińska... cerkiew. Najprawdziwsza.

W samym parku zaś przechadzały się kaczki

ale nie tylko. Spod zabytkowego murku stojącego na skraju niecki nieopodal Hotelu Park co jakiś czas wymykało się jakieś zwierzątko, które zrywało mlecze albo wyszukiwało jakieś inne drobne przedmioty i znosiło pod ten murek. Poczatkowo myslałem, ze to wiewiórka, lecz kiedy podszedłem nieco bliżej, rozpoznałem w nim... szczura! Szczur spostrzegłszy mnie zatrzymał się przed norką i cierpliwie czekał, aż nasycę swoją ciekawość i pozwole mu dalej pracować w spokoju.

Pokontemplowałem jeszcze naturalny dywan z kwiatów na parkowych trawnikach, pełnych stokrotek

Oraz mleczy, z których wkrótce zostaną juz tylko dmuchawce.

Na zakończenie, już niemal przed samym domem natknąłem się na obsypane kwieciem drzewko.

Było w sam raz, by podarować je mms-em Aniołowi.

Szczecin, 29.04.2007; 21:30 LT
piątek, 27 kwietnia 2007

          

Ależ pięknie, wiosennie się zrobiło. Co ja mówię! Wiosennie? Letnio! Dziś na dziewiczym jeszcze niemal, sopockim piasku opalało się w strojach plażowych całkiem sporo osób. Zazdrościlismy im z Aniołem, bo my wpadlismy do „Tropikalnej Wyspy” z koniecznosci w strojach biurowych. Byliśmy jak nie z tego świata. Ale przecież nam też coś od życia się należy. Wygrzewaliśmy się więc, kontemplując przy okazji niezwykłą taflę morza, zupełnie gładką i pozbawioną choćby jednej zmarszczki. Woda miała kolor nieba, a ponieważ widnokrąg zasnuty był delikatną mgiełką, wydawało się, że tkwimy zawieszeni w jakiejś błękitnej kuli, wewnatrz której niczym powietrzne satelity poruszają sie gdzieś daleko statki z pozoru morskie.

A wczoraj wieczorem wybraliśmy się w okolice mola w Orłowie. Nie przypuszczałem, że to taki piekny zakątek.Urody tego miejsca dopełniał fakt, ze promenada, ławki, plac zabaw, lampy oraz samo molo oczywiście były albo całkiem nowe, albo swieżo odremontowane i dopiesczone

Orlowo 

Molo w Orłowie.

No i jeszcze ta pogoda. Bezchmurne niebo, Księżyc, gwiazdy. Jakby zmysłom było mało to jeszcze szum morza i światła Gdańska w oddali. Było prawie jak na wakacjach. Kalmary, brokuły i lampka wytrawnego Martini uzupełniły palete doznań. A przecież był to tylko wstęp do wielu innych przyjemności wczorajszego wieczoru. Jeszcze pół roku temu nie przypuszczałem, ze trafią mi się jeszcze tak piękne, księżycowe randki.

Może na majówce w środku przyszłego tygodnia trafi sie nam podobna atmosfera?

Póki co, jadę na weekend do Szczecina. Z opóźnionym startem. W Sopocie zaczęła sie bowiem budowa tunelu pod Monciakem (szkoda, ze Szczecin nie bierze przykładu by w ten sposób wprost z Wałów Chrobrego otworzyć szeroki dostęp do Odry). Tunel będzie gotowy przed przyszłorocznymi wakacjami, ale dziś trzeba było zapłacić za niego korkiem na wyznaczonych objazdach. Przez niego dotarłem na dworzec o 18:10. Miałem nadzieję, że pociąg się spóźni, ale nie – odjechał punktualnie, o 18:02. Wróciłem więc do domu i po raz pierwszy od dawien dawna obejrzałem telewizyjne „Wiadomości”, zdrzemnąłem sie trochę, odpowiedziałem na słuzbowe e-maile, i nawet mam czas na bloga. Nastepny pociąg do Szczecina odjeżdża o 00:02 i o tej porze korki mi nie grożą.

Gdynia, 27.04.2007; 22:55 LT

wtorek, 24 kwietnia 2007

Komputer już naprawiony. Reanimowany był przez blisko cztery godziny, a ja w tym czasie nie mogłem zająć sie jakąkolwiek pracą. Wszystkie informacje, wszystkie najważniejsze narzędzia miałem w tym komputerze. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę jak bardzo uzależniony jestem od tej czarnej walizeczki.

Postanowiłem wykorzystać wiec czas na uporzadkowanie terenu własnego biurka. Na to bowiem nigdy nie ma czasu. Kiedy ma być czas, jeżeli i tak zostaję grubo po godzinach i wciąż mam zaległości?

Zmieściłem się w czasie idealnie. Komputer lądował na biurku kiedy ja kończyłem opróżniać ostatnią szufladę. Najbardziej zdziwiło mnie, że jakieś osiemdziesiąt procent papierzysk wylądowało w... koszu na śmieci. A wydawały mi sie takie wazne, kiedy odkładałem je gdzieś na bok, zeby stale były pod reką. Najstarsze pochodziły z sierpnia 2005 roku. Może dlatego stały się juz niepotrzebne? Sam już nie wiem. W każdym razie wygląda na to, że los mojego składziku w żaden sposób na losy firmy nie wpłynął. To zaś moze oznaczać, że cierpimy na przerost biurokracji. Ponoc ktos kiedyś dowiódł, ze po przekroczeniu pewnego poziomu, biurokracja rozwija się spontanicznie i żyje w oderwaniu od istoty danej firmy. Taka firma może nadal egzystować nic nie produkując. To znaczy, oczywiście w końcu zbankrutuje, ale będzie to całkowitym zaskoczeniem dla rzeszy pracowników, którzy co rano przychodzą do biura i żmudnie wypełniają oraz segregują swoje papierki niezależnie od koniunktury. Hm, mam nadzieję, że nas to nie dotyczy.

Tak czy siak, biurko mam przyjemnie puste, więc z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku mogę oddac się przyjemnosciom i dorzucić kilka zdjęć:

Rejon Tokio i Jokohamy na morskiej mapie, t.z.w. generalnej, służącej jedynie do zgrubnego planowania podróży. Nawigacje prowadzi sie na znazcnie dokładniejszych.

Jokohama. Mostem u góry przejechałem na drugą strone Zatoki Tokijskiej i po blisko półtorej godziny jazdy dotarłem do lotniska Narita. Poniżej wieżowce w centrum nad zatoką uwiecznione moim aparatem o szóstej rano w dniu wyjazdu.

W zasadzie nie umieszczam w moim blogu widokówek pomimo, że są lepsze od moich zdjęć. Zdjęcia jednak mają tę wratość, że są moje własne. Tym razem widokówki dorzucę, ponieważ pokazane są na nich rzeczy, których nie dane było mi sfotografować. Pierwsza to wulkan Fuji. Najpierw daleko, w tle Jokohamy, a na kolejnej widokówce już wyraźnie widoczny i to ze słynnym pociągiem Shinkansen. Ani jednego ani drugiego nie dane było mi zobaczyć.

Rozglądałem się zwłaszcza za Fujijamą, która według mapy powinna być stosunkowo blisko, lecz powietrze nie było na tyle przejrzyste by ją dojrzeć.

Ostatnia widokówka przedstawia panoramę Tokio. Dopiero z góry widać jak bardzo człowiek zmienił swoje naturalne środowisko. Beton, beton, beton poprzecinany asfaltem i z  nielicznymi enklawami sztucznie utrzymywanej zieleni. Podobnie przygnębiające wrażenie zrobiło kiedyś na mnie Sao Paulo.

Panorama Tokio

Cieszę się, że nie mieszkam ani w Tokio ani w Sao Paulo.

Gdynia, 24.04.2007; 01:15 LT

niedziela, 22 kwietnia 2007

Taksowka przyjechala nawet kilkanascie minut przed szosta. Po drodze zrobilem zdjecie jokohamkiego centrum o poranku, ale nie zamieszcze go teraz, bo wlasnie padl mi komputer. Zdziwilem sie, ze agent zawiozl mnie nie na lotnisko, lecz na dworzec autobusowy. Stamtad co 10 minut odjezdzaly do do tokijskiego portu lotniczego autobusy. Zrozumialem dopiero podczas jazdy. Pomimo jazdy autostrada podroz zajela nam poltorej godziny. Bilet autobusowy kosztowal ponad 30 dolarow, wiec taksowka zapewne kilka razy tyle.

Najwieksze ale i zarazem najbardziej przygnebiajace wrazenie zrobil na mnie wszechobecnzy beton. Japonczycy zabudowali dookola cala Zatoke Tokijska. Krajobraz przemyslowy, a jesli nie przemyslowy to blokowiska ciagnely sie po widnokrag. Straszne musi byc zycie w takim molochu, gdy o wyjezdzie do podmiejskiego lasku mozna tylko pomarzyc. Dopiero przed samym lotniskiem zrobilo sie bardziej zielono i zaklady przemyslowe poznikaly.

Duze wrazenie zrobila tez na mnie japonska precyzja w planowaniu. Jak podali jakis rozklad zajec, to nie bylo mozliwosci, by go nie dotrzymali. I byla to dokladnosc co do minuty, a nie nasza, polska czy nawet europejska dotrzymywana, jesli sie uda, w przyblizeniu. Tak tez bylo i na lotnisku. Calego jumbo jeta zapakowano w 30 minut rozpoczynajac i konczac dokladnie o zapowiedzianej godzinie. W Europie bywa, ze i 45 minut nie wystarcza.

Frankfurt przywital mnie piekna, sloneczna pogoda. Wiosna juz na calego.

Padl mi laptop. jeszcze wczoraj wieczorem wszystko bylo ok., a po wyjsciu z samolotu windows nie chcial juz sie otworzyc. Szczescie w nieszczesciu ze stalo sie to dopiero teraz. Jutro w biurze zajma sie nim nasi komputerowcy. A na razie korzystam z lotniskowego terminala.

 
1 , 2 , 3