Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
niedziela, 30 kwietnia 2006

                

A jednak nie zdążyłem. I to jak nie zdążyłem!

Po grubo ponad godzinie siedzenia na lotnisku, podczas której obserwowalismy jak panownie na podnośniku coś majstrowali przy ogonie (przy stateczniku chyba), poinformowano nas wkońcu, że z powodu awarii lot został całkowicie odwołany. Najbliższy lot do Rio odbędzie się z lotniska Congonhas, na które przewieźć miał nas specjalny autobus. Wcześniej mieliśmy zabrać bagaże.

Wystawiono nam nowe bilety, ale ja zabrać czego nie miałem, bo moja walizka zniknęła. Nie pojawiła sie na taśmie, czyli nie było jej w feralnym samolocie. Wszcząłem procedurę reklamacji.

- Teraz nie ma czasu! – krzyczała podekscytowana panienka. – Wsiadaj, bo odjedzie bez ciebie, a zaginięcie zgłosisz na tamtym lotnisku.

Zdążyłem na autobus w ostatniej chwili. Właśnie odjeżdżał, ale przedstawiciel linii lotniczych „Varig” widząc, ze biegnę zdążył go jeszcze zatrzymać.

Lotnisko Congonhas leży dokladnie po drugiej stronie Sao Paulo. Przejechać przez jedno z największych miast świata w godzinach popołudniowego szczytu to prawdziwe wyzwanie. Miałem czas by oglądać miasto, a szczególnie przedsiębiorczych sprzedawców ulicznych, którzy biegali miedzy autami oferując rozmaite, czesto dziwaczne jak na uliczna ofertę przedmioty. Podejrzewam, ze wiekszość pochodzi z kradzieży, n.p. z ograbionych kontenerów, no bo skąd wpaść na pomysł by akurat na ulicy, kierowcom i ich pasażerom oferować... globusy? Utknęliśmy w korku (globusa nikt nie kupił) i na ów samolot nie zdążylismy. Od tej pory Varig przestał zajmować się nami jako grupą podróżnych. Każdy załatwiał swoje loty we własnym zakresie. Mi wystawiono kolejny bilet do Rio na 17:10 czyli z realizacją natychmiastową. Przylot na lokalne lotnisko, po czym miałem się błyskawicznie przemieścic na lotnisko miedzynarodowe, z którego o 19:00 odlatywał samolot do Vitorii.

- Zdążę?

- Będzie taksówka.

- Na wasz koszt oczywiście?

- Tak.

- A co z moim bagażem? Chcę zgłosić zaginięcie.

- Nie teraz. Twój samolot zaraz odlatuje. Zgłosisz w Rio.

Potem koleżanaka pani z okienka przeprowadziła mnie szybką ścieżką do bramki, przy której stał mój samolot. Na lotnisku kłębiły się tłumy ludzi niczym na u nas na dworcach PKS w czasach komuny. Brazylijczycy oszaleli na punkcie długiego weekendu, mimo, że nie mają dodatkowego święta 3 maja, tak jak my.

Samolot przy bramce stał, a przed bramką kłebiła się jeszcze spora grupka ludzi. Okazało się, ze jak zwykle linie lotnicze sprzedały więcej biletów niż miejsc i teraz część pasażerów została na lodzie. Ja wśród nich. Było jeszcze siedem miejsc wolnych na nastepny samolot, o 18:10 i dzięki swojej karcie „Miles and More” załapałem się na jedno z owych miejsc. Wielu innych odeszło z kwitkiem.

Oczekiwanie upłynęło mi całkiem przyjemnie za sprawą niejakiej Deniree. Nie jestem pewien czy dobrze zapamiętałem pisownię jej imienia. Zapytała mnie o coś przy bramce, a potem jak to zwykle w podróżach padło standardowe pytanie „skąd jesteś?”.

-  Z Polski.

- Z Polski?! Ja byłam w Polsce tej zimy! Zwiedziłam Kraków, Warszawę, Oświęcim, ale nie udało mi się być w Wadowicach, a bardzo chciałam.

No i zaczęła się długa dyskusja o Polsce oraz o życiu w realnym komuniźmie, które bardzo ją interesowało. Przerwało ją dopiero wezwanie na pokład samolotu. Nawet nie zwróciliśmy uwagi, że samolot miał pół godziny opóźnienia.

W rękawie prowadzącym do drzwi zaczepił mnie jeden z pasażerów.

- Przepraszam, ale przysłuchiwałem się waszej rozmowie. Ty pracujesz w shippingu?

- Tak.

- Ja też. Jestem inspektorem Det Norske Veritas.

- Taaak? – zapytałem zdumiony – A ja właśnie jadę na statek, na którym Det Norske Veritas ma robić coroczną inspekcję. Mam przy niej asystować w imieniu armatora.

- Tu jest moja wizytówka. Jeżeli będziesz czegoś potrzebować, zadzwoń.

Dałem mu swoją. Byłe wciąż lekko zszokowany otwartoscią nieznanych mi ludzi.

Samolot wystartował o 18:40. Nie było szans na złapanie tego o 19:00.

Na lotnisku lokalnym mimo, że po czasie, wsadzili mnie do taksówki i kazali jechać na międzynarodowe. Podejrzewałem, ze głównie po to, aby kłopotem zajął się kto inny. Dojechałem tam grubo po dwudziestej.

- Nie ma juz wolnych miejsc na ostatni wieczorny lot – oznajmił pan w okienku Variga. – Sparwdzę jeszcze w innych liniach.

Poszedł sprawdzać.

- U innych tez nie ma. Możemy wpisać cię na listę rezerwową gdyby ktoś nie poleciał, albo zaproponować hotel i lot rano o 06:30.

Wybrałem hotel.

- A bagaż?

- O bagaż zapytaj w biurze reklamacji piętro niżej.

Poszedłem, pokazałem kwitek. Pan go zabrał, poszedł na zaplecze i... wrócił z moja walizką. Cieszyłem się jakbym wygrał w lotto. W ogóle nie liczyłem, ze ją jeszcze tego dnia zobaczę. Jaki to komfort mieć w co się przebrać po półtorej doby podróży!

Do hotelu dotarłem o 21:30. Zjadłem kolację, wziąłem prysznic, nastawiłem budzik na 04:20 i natychmiast zapadłem w głęboki sen.

Rano przygód już nie było. Po wylądowaniu w Vitorii czekały mnie jeszcze dwie godziny jazdy samochodem i w końcu dokładnie po dwóch dobach od wylotu z Gdańska znalazłem się na statku.

Uff!

Barra do Riacho; 29.04.2006, 12:00 LT

piątek, 28 kwietnia 2006

                

Samolot się zepsuł. Dobrze, że jeszcze na ziemi. Kazali nam wysiąść i naprawiają. Mam nadzieję, że zdążę na połączenie do Vitorii. Ale na posiedzenie w kafejce w Rio czasu już nie będzie.

Poszperałem w podręcznym bagażu i w jedenj z kieszeni znalazłem... nożyczki. Takie duże, biurowe. Już dawno nabrałem przekonania, że je gdzieś zgubiłem. Ciekawe jakie jeszcze tajemnice kryją zakamarki moich walizek, których nie zwykłem rozpakowywać do końca? Najbardziej jednak zdziwiłem się, że bagaż mój przechodził w tej podróży już trzykrotną kontrolę i nikt niczego nie zakwestionował. Trochę zachwiało to moim poczuciem bezpieczeństwa. Jeżeli mogę ja, to cóż dopiero profesjonalnie przygotowani terroryści?

Sao Paulo; 28.04.2006, 13:25 LT

W samolocie lecacym z Frankfurtu zjadlem kolacje i natychmiast zapadlem w gleboki sen. Nie przeszkadzala mi nawet ciasnota, bo samolot byl zapelniony do ostatniego fotela. Otworzylem na chwile oczy w srodku nocy gdy akurat dobiegal konca “Harry Potter i czara ognia”, a potem obudzily mnie juz zapalone swiatla, kiedy rozpoczeto serwowanie sniadania.

Wyladowalismy o 05:15 lokalnego czasu. Bylo jeszcze ciemno. Zanim jednak przeszedlem przez stanowiska odprawy (albo ich za malo, albo zbyt slamazarne) minelo poltorej godziny i zdazylo sie rozwidnic.

Odebralem bilety na dalsze loty i zaszylem sie w pomieszczeniu dla posiadaczy karty “Senator” Lufthansy i calego Star Alliance. Moglem wiec za darmo zjesc sniadanie, napic sie kawy, wybrac ciacho albo owoc na deser, a w miedzyczasie odpalilem komputer I sprawdzilem poczte za ostatnia dobe, t.j. od momentu opuszczenia przeze mnie biura. Czytanie i odpisywanie zajelo mi trzy godziny. Dobrze, ze zrobilem to teraz bo pozostanie mi mniej do czytania na statku, ale straszna jest ta swiadomosc, ze nawet cieszyc sie podroza spokojnie nie mozna, bo skrzynka odbiorcza puchnie z kazda godzina.

Za niecale pol godziny wsiadam do samolotu do Rio, wiec moze cos dopisze jeszcze stamtad.

Sao Paulo; 28.04.2006, 11:00 LT

czwartek, 27 kwietnia 2006

           

Po dłuższej przerwie znów podróżuję.

O 15:30 wyleciałem z Gdańska i teraz czekam we Frankfurcie na lot do Sao Paulo. Cała podróż zajmie mi ci najmniej trzydzieści godzin bo z Sao Paulo czeka mnie jeszcze lot do Rio de Janeiro, a stamtąd do Vitorii. A na lotniskach wszędzie trzeba czekać.

Uff, znów robie to co lubię. Codzienne siedzenie za biurkiem działało na mnie bardzo destrukcyjnie.

Dzień zanim wyleciałem minął bardzo intensywnie. Przedpołudnie spędziłem w biurze, apotem jeszcze biegłem do notariusza. Wszystko dlatego, ze przedwczoraj z podpisania umowy nic nie wyszło. Chodziło o to, że z powodu śmierci mojej mamy całą operacja opóźniła się o tydzień i nie było teraz pewności czy bank przyzna mi kredyt na umówiony wcześniej termin. Tym bardziej, że długi weekend tuż tuż i nie wiadomo czy ktoś zajmie się złożonymi dokumentami jeszcze przed nim.

Sprzedająca pani jednak usztywniła swoje stanowisko. Nie przesunie terminu o te kilka dni bo się już z kimś wstępnie umówiła i nie chce do tego kogoś dzwonic ponownie. Tłumaczył posrednik, że to nie sprzedaż natki pietruszki i odrobinę elastyczności trzeba wykazać, tłumaczył notariusz ale bez efektu. Po półtorej godziny spędzonej w biurze notarialnym wyszliśmy z niczym. Odwołałem umówioną wizyte w banku bo do zgromadzonego pliku dokumentów zabrakło mi owej umowy przedwstępnej.

Następnego dnia pani jednak spotkała sie ze swoimi kontrahentami, którzy elastycznością się wykazali i całą wiązaną transakcję przesunęlismy w czasie o dziewięć dni. Teraz trzeba było znów iść do notariusza i potem zanieść umowę do banku, a pozostał tylko dzień dzisiejszy. Notariusz dysponował wolnym terminem na trzy godziny przed odlotem. Wszystko opóźniło się jeszce o kwadrans i kiedy przyszło do sprawdzania treści umowy, okazało się, ze pani sprzedająca zapomniała oryginału jednego z dokumnetów. Znów nerwówka, ale w końcu dobrnęliśmy do szczęśliwego końca. Potem bieg do banku, a następnie jazda autem do domu po walizki. Na szczęście przezornie spakowałem się rano, ale i tak na lotnisko dotarłem na ostatnią chwilę. W samolocie uszło ze mnie powietrze i przespałem smacznie niecałe dwie godziny lotu.

Z Frankfurtu zadzwoniłem do taty.

- Posiedziałem na cmentarzu ze trzy godziny, zapaliłem znicze, spryskałem wodą kwiaty na wieńcach... – opowiadał.

Nie powiedziałem mu tego, ale nie podoba mi się to. Nie może siedzieć co drugi dzień na cmentarzu, bo w końcu przeniesie się tam na stałe. Wiem jednak, że dobrze mi mówić, kiedy znów wciągnął mnie kierat pracy oraz innych wydarzeń i prawie nie mam czasu na myślenie. On zaś całe dnie spędza w pustym domu, gdzie każdy przedmiot przypomina mu mamę. Coś musze zrobić, spróbować skierować jego uwagę na świat żywych. Może największy ból minie zanim wrócę i będzie trochę łatwiej? Może wtedy odnajdzie sens dalszej egzystencji? Poczekamy. Nie darmo mówi się, ze czas jest najlepszym lekarzem takich ran.

Frankfurt; 27.04.2006, 19:16 LT

środa, 26 kwietnia 2006

We wczorajszym komencie Drexler wspomniała o herbacie...

Ta szklanka albo kubek gorącego napoju, kosztujący przecietnie kilkadziesiąt groszy, posiada ogromną wartość w kształtowaniu stosunków międzyludzkich, i to tych najbardziej delikatnych, bezcennych jak zwykło się powtrarzać w serii popularnych reklam.

Nie pamiętam już kiedy po raz pierwszy doceniłem wartość herbaty. Myślę jednak, że stało się to dość późno. Chyba w czasach licealnych. Po pierwsze dlatego, ze do świadomego picia herbaty trzeba po prostu dojrzeć, a po drugie, że ów kubek docenia się szczególnie podczas powrotów do domu. A przecież dopiero pod koniec liceum zaczęły się  dłuższe wypady.

Niemcowa. Niepozorna chatka stojąca wysoko na przepieknym stoku. To tam, w górach, uczyliśmy się, że każdy gość, bez względu na to, czy zostaje na nocleg, czy też przystanął jedynie na chwilę by odpocząć powinien być poczęstowany kubkiem herbaty. Herbata zawsze była gratis. Była symbolem gościnności, ciepła, ale była też otwarciem się na człowieka. Bo przecież dla towarzystwo pijało się herbatę razem z turystami, a kiedy siadło się obok, gorący napój nie pozwalał zakończyć rozmowy w dwie minuty.

Innego znaczenia nabierała herbata wieczorem. Lubiłem grzać sobie dłonie o metalowy kubek, kiedy do późnej nocy siedzieliśmy w kuchni, prowadząc nie kończące się dyskusje. Powtarzaliśmy czynność parzenia dopóki pod fajerkami ogień nie wygasł całkowicie, a nad rozciągającym sie po przeciwnej stronie zamglonej doliny Pasmem Jaworzyny nie pojawiło się wschodzące słońce. Był to sygnał, że pora iść spać.

Nie do przecenienia była jednak herbata podana w domu. Zawsze kojarzyła mi się z popularną turystyczną piosenką „Czas powrotrów”, a ściślej z dwuwierszem kończącym jedną ze zwrotek:

...Mama w domu czeka z plackiem,

Czas powrotów, czas powrotów...

Przykro mi było gdy Eks wspominala swój dom jako „samoobsługowy”, gdzie na powitanie otrzymywało się co najwyżej hasło „zrób sbie coś do picia” albo "jedzenie jest w lodówce". Mój dom był takim jak ten z piosenki. Kiedy po rajdach, zmęczony wracałem w niedzielne popołudnie albo wieczór do domu, mama podejmowała mnie ciastem i herbatą. Woda w czajniku gotowała się zanim zdążyłem ściągnąć plecak i buty. Kiedy juz zamieszkałem sam, każda moja wizyta wiązała się z herbatą. Nawet jeśli się spieszyłem. Nie chodziło o to aby się napić, lecz by zwolnić tempo, zapomnieć na chwilę o kieracie codzienności, porozmawiać spokojniej. Trochę tak, jak w owym rosyjskim zwyczaju, aby przed podróżą usiąść na chwilę. Nawet obecnie, kiedy w piątkowe wieczory przyjeżdżałem do Szczecina, na rogatkach dzwoniłem do rodziców, by zagotowali wodę na herbatę. Na pożegnalną herbatę zajeżdżałem też w niedzielę, ze spakowanymi walizkami w bagażniku, by po jej wypiciu ruszać w drogę do Gdyni. Widziałem jak trudno było tacie powstrzymać łzy ostatniej niedzieli, kiedy jak zwykle przyjechałem wieczorem już spakowany i popijaliśmy napar wśród dłuższych lub krótszych okresów ciszy, w okrojonym już składzie. I słowa taty:

- Zadzwoń, kiedy dojedziesz na miejsce – zawsze wypowiadane przez mamę, która wszędzie obawiała się wypadków i w żartach przez nas wyśmiewane. Teraz drżącym głosem mówił je tato i ani jemu ani mi do smiechu nie było.

Staram się nauczyć swoje dzieci celebrowania wspólnego picia herbaty, lecz one na razie wolą colę i rozmaite pokrewne, zimne napoje. Mam jednak nadzieję, że kiedy dorosną, być może juz po gimnazjum, zrozumieją, że to nie napój jest w tym wszystkim najważniejszy, lecz stworzona wokół niego atmosfera. A moze już to rozumieją i dlatego nie ma dla nich znaczenia, czy w kubku paruje herbata, czy pieni sie cola? W końcu chodzi głównie o to, zeby być razem.

Gdynia; 26.04.2006; 00:40 LT

 
1 , 2 , 3 , 4