Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
sobota, 30 kwietnia 2005

Nie musząc wstawać w nocy na manewry wejściowe do Nowego Jorku, mogłem po skończonym dniu pracy zamiast iść od razu spać zająć się przyjemnościami. Znów siegnąłem do walizki i tym razem padło na „Ostatnie kuszenie Chrystusa”.

Pamiętam jak wielkie wrażenie zrobił na mnie ten film oglądany po raz pierwszy kilkanaście lat temu. Może szokiem była wtedy w alternatywny sposób opowiedziana historia zycia Jezusa, a zwłaszcza jego późniejsze, człowiecze życie po ukrzyżowaniu. Dziś ten obraz jakby przyblakł. Jego rozterki, zwłaszcza kiedy próbuje wzywać do walki, jakoś mało przekonujące. Wydaje mi się, że ktoś głoszący miłość i nie dbający o siebie nie miewa takich chwil słabości. On po prostu wie, miłość bliźniego jest jedyną drogą. Wiek XX, stulecie okrutnych wojen i przesladowań obdarzył nas jednocześnie ludźmi, którzy swoim życiem udowodnili, że można pozostać wiernym najpiękniejszym ideałom. Ot chociażby Matka Teresa z Kalkuty albo Jan Paweł II. Jeżeli mogli oni, to tym bardziej Jezus z Nazaretu.

Nie czytałem książki, a byc może w książce zupełnie inaczej rozłożone są akcenty. W dzisiejszym seansie jednak na plan pierwszy wysuneła sie dla mnie postać Judasza. Był bardziej stały w swoich poglądach i bardziej przekonujący. To on był głównym apostołem, powiernikiem Chrystusa. Piotr przy nim ledwie zaznaczał swą obecność. Oczywiście to taka przewrotna wizja autora, pełna niuansów odskocznia od wyrażonej w prostych, czarno-białych barwach prawdziwej Ewangelii. To Judasz strzeże drogi Zbawiciela i to on otwiera mu oczy na podstęp szatana.

Przyglądałem się tragicznej historii apostoła-zdrajcy i to ona najbardziej mną dziś poruszyła. Odwieczna walka nie dobra ze złem, lecz mniejszego zła z większym złem, gdy dobra w ogóle nie było w ofercie. Ile mieliśmy takich przykładów chociażby w ostatnich latach na naszym polskim podwórku? Najbardziej znani to chyba Kukliński i Jaruzelski. A ile drobnych judaszowych rozterek przynosi każdemu z nas codzienne życie?  Ile razy wybieramy mniejsze zło ściągając na siebie gniew niewtajemniczonych postronnych? Poranione serce niesłyszalnie dla nich krzyczy, jak bardzo są niesprawiedliwi w swoich ocenach, bo musielismy tak postąpić, ale rozum każe milczeć i znosić z pokorą swoją ofiarę. Trzydzieści srebrników, koronny dowód prokuratorów okazują się tylko rekwizytem w grze, od początku bez wartości dla odgrywajacego swą rolę. Są tak mało istotne, że czasem nie ma ich w ogóle i wtedy wszyscy dziwią się jeszcze bardziej.

 

Atlantyk, 29.04.2005

19:02, searover
Link Dodaj komentarz »

Ocean był dla nas wyjątkowo łaskawy. Tak spokojnej wody nie ma czasem nawet na Mazurach. I tylko stacja pilotów zmąciła dobry nastrój informując, że pilot przybędzie dopiero o północy. Kolejne sześć godzin opóźnienia. Zamiast zacumować przy kei o dwudziestej pierwszej, trzeba bedzie to zrobić o trzeciej nad ranem. Kolejna nieprzespana noc. Dla załogi. Bo jeżeli nic nieprzewidzianego się nie wydarzy, ja wstanę dopiero na śniadanie. To chyba jedyna dobra strona mojego obecnego stanowiska. Bo tak poza tym to coraz częściej tęsknym wzrokiem spoglądam wstecz, kiedy mimo dalekich rejsów, co nieco mogłem w życiu zaplanować. Po czterech miesiącach nieobecności przychodziły kolejne cztery wyłącznie dla siebie, w domu i nawet spędzane samotnie pozwalały mi wygospodarować niejeden tydzień na spotkania z dzieciakami. Nawet jeżeli nie mogły one, to jechałem na południe ja. Obecnie nigdy na sto procent nie mogę być pewien gdzie będę spać następnej nocy. Jedna awaria i wszystkie plany legną w gruzach. Podczas przerwy międzysemestralnej po wspólnym weekendzie w Szczecinie, zostawiłem je tam na nastepny tydzień pod opieką babci, a sam poleciałem do Vancouver. Na wielkanoc nie zdążyłem, bo nieprzewidziane okoliczności spodowały odwołanie mojego powrotu z Eastport w Wielki Piątek. Teraz spóźniam się na weekend majowy, mając nadzieję na ewentualne spotkanie w Boże Ciało. Te wszystkie daty nie miałyby znaczenia gdybyśmy mieszkali razem. Ten czy inny dzień – co za różnica. Kiedy jednak wyrywa się losowi z gardła każdy weekend, bo w dni powszednie z założenia dzielą nas setki kilometrów, nie można żyć w aż takiej niepewności. Pozostaje więc wybór: satysfakcja z kariery zawodowej kosztem wiecznego stressu czy spokojniejsze życie ale bez widoków na jakiekolwiek awanse. Z jednej strony rachunek jest prosty: kontakt z dziećmi jest ważniejszy. Z drugiej zaś: jeszcze trzy, cztery lata i będą mieć swój własny, niedostępny nam świat i coraz bardziej własną, samodzielną drogę. W końcu i tak będziemy spotykać się tylko od święta, ale przeminie też niewykorzystane moje pięć minut w pracy. Mam czas do namysłu do października kiedy nadejdzie pora przedłużenia (lub nie) kontraktu.

Atlantyk, 29.04.2005 

17:27, searover
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 kwietnia 2005

Nie udało mi się nakłonić technika z firmy  instalującej jeden z kompresorów, żeby zrobił to podczas postoju w Nowym Jorku. Uparł się, że tylko Eastport, mimo, że jest to koniec świata. Na dodatek nie zrobi tego w samym Eastport, lecz popłynie z nami do Port Canaveral. Tym samym rozwiał moje nadzieje nawet na następny weekend w Polsce, bo na Florydę dopłyniemy najwcześniej w piątek, więc przy bardzo dużym szczęściu mógłbym dojechać do Szczecina w sobotę po południu. Za późno aby myśleć o ewentualnym przyjeździe Pauliny i Tomka. Może wobec tego uda się na Boże Ciało? Jeżeli nie będę musiał jechać na żaden statek i wziąłbym w piątek dzień wolny, wtedy moglibyśmy być ze sobą nawet cztery dni.

Jezeli więc małe mam szanse by być w Polsce nawet za tydzień, to już w ogóle nie ma się po co spieszyć. Mogę spokojnie załatwiać sprawę z kompresorem oraz inspekcje i wrócić dopiero około 13 maja, na weekend następny.

Wczoraj bez żadnych uchybień przeszliśmy inspecję Coast Guardu. Sukces na początek. Potem pojawił się inspektor ubezpieczyciela, ale miał już za mało czasu by oprócz sprawdzenia od wewnątrz zbiorników balastowych zobaczyc cos jeszcze. Po kolacji zakończył sie bowiem wyładunek i odpłynęliśmy do Wilmington, Delaware (w odróżnieniu od Wilmington, North Carolina, które wciąż jeszcze przed nami). Będzie kontynuować inspekcję w Nowym Jorku, gdy część ładowni już będzie pusta, a zakończy całkowicie dopiero w Savannah, za dwa tygodnie, kiedy opróżnione zostaną ostatnie dwie ładownie.

Kiedy statek odumował, sięgnąłem do walizki po jeden z filmów i urządziłem sobie seans na DVD przed snem. Wybór padł na „Drobne cwaniaczki” Woody Allena. Z bardzo prostej przyczyny: byłem zmęczony, więc postanowiłem wybrać film najkrótszy. Arcydziełem on nie jest, ale oglądał się bardzo przyjemnie, zwłaszcza gdy lubi się typ humoru Allena.

Dzisiaj od rana zaś znów wspinaczki po drabinkach w czeluściach zbiorników. Po kilkanaście metrów w górę i w dół, żeby pokazać spawaczom zakres prac remontowych. A ponieważ na wieczór znów zaplanowano odcumowanie i dalszą podróż, nawet nie pomyślałem o zejściu na ląd. Gloucester i Wilmington obejrzałem jedynie z perspektywy statkowego pokładu.

Jutro po południu powinniśmy dopłynąć do Nowego Jorku. Zacumujemy jednak dopiero około dwudziestej pierwszej. Taki grafik.

 

Wilmington, Delaware, 28.04.2005

03:00, searover
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 kwietnia 2005

Nareszcie przypływają. Już są na rzece Delaware. Zacumują o czwartej nad ranem. Po siódmej zwolnię hotel i na ósmą powinienem byc na burcie. Nie załatwię jednak wszystkiego w jednym porcie, a to dopiero początek ich pobytu w USA.

Gimnazjum Pauliny bedzie mieć prawie tydzień przerwy w związku z maturami w liceum (ten sam budynek). Wspomniała przez telefon, że mogłaby przyjechać już w najbliższą sobotę i pobyć aż do następnej niedzieli. Najgorzej było tak wprost  powiedzieć, że nie zdążę wrócić. Umawialiśmy się przecież na długi weekend. Przyjęła to spokojnie, ale słychać było zawód w jej głosie. Rachuj, rachuj.... i wyszło jak zwykle. Cholerne siedem dni jałowego czekania tutaj. Gdyby wszystko było zgodnie z planem, już bym wiekszość spraw miał za sobą. Pozostaje mieć nadzieję, że zdążę chociaż na pół tygodnia. Jeżeli nie, to następna okazja chyba dopiero gdzieś na Boże Ciało.

                     

Póki co, trzeba spakować walizki, bo rano nie będzie już czasu. Przyjadę na statek, zorientuje sie w sytuacji, to będę mógł powiedzieć coś więcej.

                

Filadelfia, 26.04.2005

 

06:06, searover
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 kwietnia 2005

Dzień miał być spokojny i leniwy lecz wcale taki nie był. Od rana kotłowało się na słuzbowych liniach.  Już niemal na sto procent nie przyjadę na długi weekend do Polski. Teraz pytam się raczej ile jeszcze dni maja spędzę tutaj. Od tygodnia wędruję po hotelach, a statku wciąż nie widać i sprawy nie posuwaja się do przodu.

Niby jestem w Filadelfii, ale widze tylko czasem odległe drapacze chmur w centrum. Szkoda mi straconej szansy na zwiedzanie, ale muszę zająć się służbowymi sprawami. Pokój hotelowy przerodził się w istne biuro. Ulokowano mnie na parterze, z oknami wychodzącymi wprost na parking. W oknach nie ma firanek. Są jedynie zasłony i kiedy się je odsunie, to można odnieść wrażenie, że siedzi się prawie na asfalcie. Wszyscy, którzy parkują auta w okolicy, mogą popatrzeć nad czym tak pracuję. Machnąłem na to ręką. Wolę niech mi niemal zaglądają przez ramię, niż mam siedzieć w ciemnej norze. Zasłaniam dopiero wieczorem.

Pani sprzątaczce powiedziałem, że nie musi sprzątać pokoju. Nie muszę mieć przecież codziennie nowych ręczników, a łóżko też nie musi byc zaścielone pedantycznie. Poprosiłem jedynie o uzupełnienie zapasu kawy. Chodziło mi o spokój, by nikt mi nie przeszkadzał, ale pani się ucieszyła i zamiast zwyczajowych dwóch porcji dostałem aż pięć opakowań. Prawdziwy zapas na cały dzień. Natychmiast poszedłem do hotelowego kiosku kupić plasterek ciasta.

W „Home Depot”, gdzie kupowałem przenośne pompy, pytałem o przelicznik amerykańskich galonów na litry, bo w takich galonach podana była ich wydajność. Nikt z obsługi jednak nie wiedział. W końcu poradziłem sobie sam, bo na pudełku był także tekst po francusku, a w nim dane w jednostkach SI. Kiedy zapłaciłem, wdałem się w dyskusję z panią z serwisu klientów (zamawiała mi taksówkę).  Zapytała czy znalazłem ten przelicznik, a kiedy powiedziałem, że wystarczającą informacje znalazłem na pudełku, była szczerze uradowana. Na wieść, że jestem z Polski, powiedziała, że ma znajomą naszej narodowości i, ze to bardzo miła osoba.

- Chcesz u nas zostać? – zapytała dalej

- Nie. Nie chcę. Bardzo lubię mój kraj.

- Rozumiem. Żona, dzieci...

- Nie. Akurat jestem rozwiedziony. Ale dzieci owszem. A poza tym rodzice, przyjaciele, filmy, muzyka, kultura. Tamto wszystko jest moje i lubię to mieć blisko.

- O tak! Oczywiście. Ja też jestem rozwiedziona i cieszę się, że nie muszę już nic robić wokół żadnego faceta. Na trochę, na noc to czemu nie – puściła oko – ale nie na stałe!

- Być wolnym. To jest piękne.

- Pewnie! – i pożegnała się ze mną bardzo serdecznie, a na odchodnym dała mi profesjonalny katalog. Zapytałem bowiem wcześniej czy nie mają jakichś folderów, które tego typu sklepy czasem drukują na sezon. Przydałby mi się przy awaryjnych zakupach podczas postojów statków w portach. Okazało się, że nie mieli, ale oddała mi ten profesjonalny – grubą księgę z numerami katalogowymi i cenami od pojedyńczych śrubek po generatory na kółkach. Podpisany flamastrem: „Janet”.

- Ja i tak tego nie potrzebuję. – roześmiała się

A w katalogu przy okładce znalazłem tablice przeliczeniowe i dowiedziałem się, że galon amerykański to 3.785 litra.

Filadelfia, 25.04.2005

07:13, searover
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5