Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
niedziela, 31 marca 2013

No właśnie. Gdybyśmy wiedzieli wcześniej... Muzeum Salavdore’a Dali położone jest bardzo blisko Placu Tertre, na który doszliśmy po zaledwie kilku minutach spaceru od Moulin de la Galette.

Plac niezmiennie opanowany jest przez malarzy. Tłumy turystów mogą przyglądać się ich pracy no i oczywiście przede wszystkim kupic ich obrazy. Być może jakieś sto lat temu ktoś kupił tu kiedyś płótno młodego Picassa, który spędził w Paryżu dwadzieścia lat i był częstym bywalcem placu.

Po chwili znaleźliśmy się w labiryncie wąskich uliczek wijących się na tyłach bazyliki Sacre Coeur. Tłum turystów przepychał się nimi wśród knajpek i sklepików z pamiątkami. Nagabywali ich też uliczni artyści zarabiający portretową chałturą tworzoną w kilkanaście, góra kilkadziesiąt minut.

Na końcu jednej z tych uliczek ukazała się ściana słynnego kościoła.

Kiedy doszliśmy bliżej, można było ją zobaczyć w całej okazałości.  

Zaskoczony byłem, kiedy dowiedziałem się, że budowę bazyliki ukończono niecałe sto lat temu, a pomysł realizacji rzucono w 1870 roku. Myślałem, że jest znacznie starsza. Wewnątrz, na sklepieniu znajduje się ogromna mozaika, ponoć jedna z największych na świecie, w bizantyjskim stylu z wielką postacią Chrystusa w centrum. Niestety, nie można tam wykonywać zdjęć, więc zainteresowanych odsyłam do rozmaitych, obcych albumów.

Najpiękniejsze czeka jednak na spacerowiczów od frontu świątyni. To panorama Paryża. Ogromne tłumy obsiadują szerokie i długie schody, kontemplując niczym w amfiteatrze rozciągnięte u ich stóp miasto.

Mieliśmy pięciodniowe bilety na metro, które upoważniały do skorzystania z kolejki linowej na wzgórze, więć zjechaliśmy nią na dół. Muszę jednak przyznać, że to jedna z najkrótszych tras takich kolejek jakie widziałem w życiu. Odnoszę wrażenie, że ktoś zadecydował o jej budowie ot tak, jako ciekawostki bardziej, niż z rzeczywistej potrzeby.

Kiedy znaleźliśmy się na dole, pora była usiąść na kawę w jednej z pobliskich kawiarenek. Nie na zewnątrz, obserwując ulicę, jak nakazuje paryska tradycja, lecz w środku aby trochę się ogrzać. Atak zimy jeszcze się nie skończył. Śnieg już co prawda nie padał, ale zimno nadal dokuczało, o czym świadczyły rzygacze na bazylice.

Wizyta w kawiarence to również dobra okazja, by skorzystac z toalety. Ubikacjom paryskim pod względem czystości daleko jest chociażby do cypryjskich, które bardzo miło zaskoczyły nas w lutym ubiegłego roku. W Paryżu wszystkie obiekty, nazwijmy to usługowe są małe. Niewielkie są hotelowe pokoiki, niewielkie kawiarenki i sklepiki, mikroskopijne stoliki w kawiarniach. W ten trend oczywiście wpisuja się także toalety. To jednak co ujrzałem w owej kawiarence, to już jednak chyba drobna przesada.

Przy odrobinie roztargnienia można załatwić się do umywalki, a ręce opłukać w pisuarze.

Resztę popołudnia postanowilismy spędzić w Muzeum d’Orsay, mieszczącym się w hali dawnego dworca kolejowego. Dla mnie najważniejsza tam jest kolekcja płócien impresjonistów. Chyba nigdize na świecie nie można obejrzeć wiszących obok siebie tylu obrazów Renoira, Cezanne’a, Degas’a, Moneta, Maneta, Gaugina czy van Gogha.

Tam także nie wolno robić zdjęć, więc z balkonu na piatym piętrze (tuż obok przeniesionej tam kolekcji impresjonistów) dyskretnie pstryknłąem tylko fotkę całej hali.

Gdyby usunąć z wnętrza wszystkie eksponaty, sama hala obroniłaby się swoją konstrukcją. Dworcowy zegar znajdujący się na szczytowej ścianie stał się niemalże jej symbolem i oglądany jest na równi z innymi, muzealnymi dziełami.

Nie bez powodu wybraliśmy czwartek na zwiedzanie Musee d’Orsay. W ten dzień jest ono czynne dłużej, aż do dwudziestej pierwszej, więc nie musieliśmy się spieszyć. Wyszliśmy niemal równo z zamknięciem i prosto stamtąd pojechaliśmy do hotelu. Oczywiście o tej porze w okolicach Moulin Rouge wszystko jest pootwierane, więc nie mieliśmy najmniejszych problemów z zaopatrzeniem się w kolejne serki i wino, którymi delektowaliśmy się przed snem.

Szczecin, 31.03.2013; 22:15 LT

W Wielki Piątek niczym w Wigilię sypnęło śniegiem. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że mrozy trzymają od dobrych trzech tygodni , a wielkanocny śnieg jest kolejnym, marcowym atakiem zimy, którego miało nie być, ponieważ długoterminowe prognozy najpierw przygotowywały nas na ocieplenie.

Wielkanoc przypomina nam o trzech cnoatch: wierze, nadziei i miłości. Nie sposób opowiadać o cudzie zmartwychwstania nie dotykając każdej z nich. Życzę Wam, by żadnej z nich nie zabrakło w Waszym życiu ani teraz, ani w przyszłości. Wiara może przenosić góry. Nadzieja pozwala wytrwać nawet gdy wszystko wokół zawiodło. Miłość wreszcie pozwala z radością ofiarować samego siebie aż do końca bez oczekiwania niczego w zamian. Brak choćby jednej z tych cnót czyni życie co najmniej nieznośnym. Niech Zmartwychwstały Wam ich nie skąpi.

Wesołego Alleluja!

Szczecin, 30.03.2013; 23:55 LT

piątek, 29 marca 2013

Trudno nie rozpocząć zwiedzania Paryża od Moulin Rouge jeżeli mieszka się zaledwie jakies dwieście metrów od niego. Oś naszej ulicy zamykał właśnie ów czerwony wiatrak.

Weszliśmy do środka, żeby zorientować się w możliwościach obejrzenia wieczorem jakiegoś przedstawienia. Ceny jednak zdecydowanie nas zniechęciły. Spodziewałem się, że drogo, ale żeby aż tak? 175 albo 200 euro za bilet to nie była kwota, którą gotów byłbym poświęcić by „poczuć” atmosferę Paryża. Mnóstwo jej na każdym innym kroku.

Popatrzyliśmy więc jedynie na flakoniki z perfumami sprzed blisko stu lat, które nawiązywały do tego miejsca. Wysoko nad gablotami, w półmroku wisiały reprodukcje równie starych plakatów sławiących kankana, a malowanych charakterystyczną kreską Touluse-Lautreca.

Poszliśmy w kierunku Placu Pigalle, na którym oczywiście nie było kasztanów. Były natomiast pyszne ciasteczka w cukierni no i oczywiście bagietki. Gdzieżby nie próbować ich, jeśli nie w Paryżu? Zwłaszcza, że serków pleśniowych i win wszelkiej maści każdy sklep spożywczy oferował bez liku.

Na pieczone kasztany trafiliśmy kawałek dalej, przy placy Anvers (kolejnym po Pigalle idąc w stronę Gare du Nord. Myślałem, że będzie to pospolita, uliczna przekąska i nawet nie chciało mi się wyjmować aparatu, zakładając, że okazja trafi się jeszcze niejedna. Jakże się pomyliłem! Pomimo rozglądania się, a w ostatni dzień już nawet desperackiego szukania, nigdzie poza Placem Anverse na kasztany się nie natknęlismy. A takie wydawały się paryskie...

Ruszyliśmy dziarsko pod górę. Nie od razu na krechę do bazyliki Sacre Coeur, bo po drodze chcielismy zobaczyć jeszcze Moulin de la Galette. Wiatrak jak wiatrak. Na Montmartre było ich wiele. Te które od wieków mełły tu zboże i wytłaczały sok z winorośli przepadły w miarę jak francuska stolica pożerała przyległe terny rolnicze na wzgórzu. Te, które się zachowały, przerobione na knajpy lub kabarety, zyskały nieśmiertelność, a pod skrzydłami młyna Galette lubili przesiadywać tacy mistrzowie jak Renoir, van Gogh, Picasso czy oczywiście Touluse-Lautrec.

Po drodze musieliśmy minąć gdzieś blisko muzeum Salvadore’a Dali z jego słynnymi „lejącymi się” zegarami. Niestety, kiedy Paulina sms-em zasugerowała nam wizytę w tamtym miejscu, okazało się, że bylismy już wtedy po drugiej stronie wzgórza i nie chciało nam się wracać. Gdybyśmy poszperali w przewodniku wcześniej...

Gdańsk, 29.03.2013;  00:45 LT

sobota, 23 marca 2013

Kolejny szybki wypad do Skandynawii.  Rozwój sitaki połączeń lotniczych umożliwia dziś załatwienie wielu spraw w odległych nawet miejscach przy zachowaniu komfortu nocowania we własnym łóżku. Oczywiście wymaga to trochę poświęcenia. Musiałem wstać przed czawartą nad ranem. Dopiero zaczynało się rozwidniać kiedy siedziałem już w samolocie SAS przygotowującym się do wylotu z Gdańska do Kopenhagi. Po sąsiedzku do drogi szykował się jeden z kilku Wizz Air-ów odlatujących każdego ranka ze stolicy Pomorza.

Kiedy znaleźlismy się w powietrzu zdziwiłem sie, że ziemia wciąż jeszcze biała, pokryta śniegiem jak sięgąć wzrokiem. Było to zaraz potem jak pisąłem o wiośnie w Sopocie, kiedy wydawało się, że już na dobre można odwiesić do szaf zimowe kurtki. Poniżej pomarańczowej linii porannego nieba, niemal równolegle do niej biegła wąska, ciemna kreska Półwyspu Helskiego. Dopiero teraz, z góry widać jak bezpieczna, osłonięta tym bardzo długim naturalnym falochronem jest Zatoka Pucka. Na jej skraju  korzysta z przywileju osłoniętej lokalizacji port w Gdyni. Widać jak jego baseny delikatnie wcinają się w ląd u podnóża Kępy Oksywskiej.

Po trzech kwadransach wylądowaliśmy w Kopenhadze.

Stamtąd następny, podobnej długości lot na szwedzką stronę Kattegatu.

Wynająć auto, pojechać kawałek na północ od Goeteborga, wziąć udział w meetingu i wrócić na lotnisko. Kiedy siadłem w poczekalni w oczekiwaniu na porótny lot do Kopenhagi, słońce kryło się już za pobliskim lasem.

Było już zupełnie ciemno kiedy wystartowaliśmy. Lot z Kopenhagi do Gdańska był jednym z ostatnich tego wieczora na lotnisku Kastrup. Kopenhaga szybko została daleko w tyle, za to juz po kilku minutach w całej wieczornej krasie tysięcy albo i milionów światełek pokazało się Malmö.

Stamtąd już tylko krótki skok przez ciemny Bałtyk i jeszcze przed północą wylądaowaliśmy w Rębiechowie.

Sopot; 23.03.2013; 17:20 LT

Na początku marca odtrąbilismy nadejście wiosny. Temu zjawisku w Sopocie poświęciłem nawet oddzielny wpis. Śniegi stopniały, lód zniknął, a ludzie zaczęli się lżej ubierać. No i to słońce... Aż chciało się spacerować brzegiem morza.

Dobrego nastroju nie zmąciło nawet tymczasowe, jak zapowiadano, ochłodzenie. I te parę płatków śniegu opadających na szyby samochodu.

Gorzej gdy sypnęło zdrowo. Sparaliżowało pół Europy, w tym największe lotniska. My lecieliśmy co prawda następnego dnia, lecz i tak doświadczyliśmy jeszcze perturbacji w Paryżu. Na szczęście po kilku dniach, na nasz powrót, miało nadejść ocieplenie. Do Paryża dotarło jeszcze zanim stamtąd wyjechaliśmy, lecz tam się zatrzymało. Kiedy wylądowaliśmy w Gdańsku, poczulismy się jak w północnej Skandynawii podczas polarnej nocy. Wszędzie pełno śniegu i dość tęgi mróz.

Później było tylko gorzej. Temperatura spadła jeszcze bardziej i nadcignęły śnieżyce.

Sopot w niczym nie przypominał gwarnego, nadmorskiego kąpieliska.

Droga do biura wynmagała odstania swojego w korkach.

Potem miało przestać padać i po kilku dniach mrozu spodziewano się wreszcie wiosny. Dziś jednak zapowiedziano kolejne opóźnienie, a zamiast marcowego ciepła ma nadejść jeszcze większy mróz. Na Podlasiu nawet - 22°C. A przecież pojutrze niedziela palmowa i początek Wielkiego Tygodnia. Śniegu tymaczasem więcej niż na Boże Narodzenie. Az się człowiek mimowolnie rozglada za choinkami i nie zdziwiłyby go kolędy w radiu...

P.S.

W sobotni poranek podano, że rekord zimna tej nocy padł w Chojnicach:  -24°C. Mrozy mają potrzymać jeszcze przez tydzień. Jakoś trudno sobie wyobrazić śmigus dyngus w takich warunkach. Obrzucanie kostkami lodu może grozić urazami.

Gdańsk; 23.03.2013; 00:10 LT

 
1 , 2