Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
wtorek, 27 marca 2012

Koniunkcja to w astronomii ułożenie ciał niebieskich oraz obserwatora w jednej linii.  Jest to pozorne spotkanie na nieboskłonie tych obiektów.

W ostatnich dniach dużo się mówiło o takim spotkaniu Księżyca, Jowisza oraz Wenus. Kiedy w niedzielny wieczór wracałem ze Szczecina do Trójmiasta, zatrzymałem się za Lęborkiem by podziwiać to zjawisko. Nie znajdowały się w jednej linii ze mną (czyli nie widziałem ich w jednym punkcie), ale były niedaleko siebie. Chwyciłem pod pachę statyw, odszedłem na łąkę zdala od swiateł i zrobiłem kilka zdjęć. 

Z bliska wyglądało to tak: 

Koniunkcja 1

W nieco szerszej perspektywie można zauważyć jak nisko nad widnokręgiem znajdowały się wspomniane trzy ciała niebieskie. Do kadru przenikała poświata ulicznych lamp. Mi najbardziej podobały się Plejady widoczne nad Jowiszem. Ta gromada gwiazd odległa jest od nas o 380 lat świetlnych. Fotony, które wczoraj wpadły w obiektyw mojego aparatu wyruszyły więc w swą podróż ku Ziemi kiedy polska armia pod dowództwem Władysława IV Wazy oblegała własnie Smoleńsk, a pięć lat wcześniej pokonała Szwedów w morskiej Bitwie Pod Oliwą.

Koniunkcja 2

Nie mogłem przy okazji oprzec się pokusie sfotografowania gwiazdozbioru Oriona wiszącego nad Lęborkiem, którego świateł łuna wyłaniała się zza pobliskich wzgórz.

Koniunkcja 3

Gdańsk; 27.03.2012; 07:00 LT

niedziela, 25 marca 2012

Nieeee, znowu Jangcy! Przeksztalcilismy sie w prawdziwy liniowiec plywajacy na trasie Nachodka - Jangcy. Wlasnie przyszla wiadomosc, ze z Nachodki mamy plynac do Changshu i Szanghaju. Ciesze sie z tego Szanghaju, bo widzialem go raz i bardzo duze zrobil na mnie wrazenie. Z Changshu ciesze sie mniej.

Przez caly dzien wiatru prawie nie bylo. Zerwal sie pod wieczor. Zdazylismy juz prawie podplynac pod brzegi Korei Polnocnej. Niz zamiast na polnocny wschod, powedrowal na poludniowy wschod. Znajdujac sie na poludnie od nas, przyniosl nam wiatry wschodnie zamiast zachodnich. Przed wschodnimi nie ma jak sie zaslonic. Najblizszy brzeg w tamtym kierunku to Japonia. Moze jednak zanim sila wiatru i fala wzrosnie, zdazymy znalezc sie blisko naszego celu. Zostalo juz niewiele, raptem kilkanascie godzin.

Morze Japonskie, 15.02.2001, Czwartek


Udalo sie. Sila wiatru wzrosla do siedmiu w skali Beauforta, ale niz przesuwal sie na tyle szybko, ze zaczelo wiac z polnocy, a z tamtego kierunku krzywdy nam zrobic juz nie moglo.

Dlatego o wpol do szostej nad ranem zaczelismy wyrzucac balasty szczytowe. Za bardzo sie jednak cieszylismy... Okazalo sie ze z prawego zbiornika nr 3, mimo otwartego zaworu, nic nie leci. Poniewaz zawor byl w porzadku, diagnoza mogla byc tylko jedna: zamarzla woda w rurze spustowej. Rury te maja niewielki przekroj. Projektant nie myslal zapewne, ze maja sie sprawdzac w iscie arktycznym klimacie. Pierwsza rzecz w tej sytuacji to przerwanie oprozniania zbiornika lewego, aby statek nie zlapal przechylu. Ale z lewym zrobila sie sytuacja odwrotna: raz otwarty, z powodu stopniowego obmarzania, nie dal sie juz zamknac. Woda uciekala, a statek zaczal przechylac sie na prawa burte. Kazalem rekompensowac ubytek wody z lewej burty, odpompowywaniem zbiornika dennego, trzeciego, prawego. Tymczasem zas kazalem poczynic przygotowania do wejscia do zamknietej przestrzeni miedzy podwojnymi burtami, aby dostac sie do zamarznietej rury spustowej i ja podgrzac. Przygotowania byly czasochlonne, bo trzeba bylo odkrecic pokrywy, sprawdzic atmosfere wewnatrz owej zamknietej przestrzeni, czy ma wystarczajaca ilosc tlenu, przewentylowac ja i dopiero potem wpuscic ludzi. Kiedy tam w koncu weszli, wystarczylo okolo pieciu minut grzania i woda poszla. Okazalo sie, ze bryzgi fal, ktore dostawaly sie do wylotu rury, tworzyly narastajacy lod i w koncu zaczopowaly jej kolanko wewnatrz. Udalo sie opanowac sytuacje niemal rzutem na tasme, tuz przed wejsciem do portu, juz w zatoce.

Pilot przyjechal od razu. Gruby, stary lod sprawil nam troche klopotu, ale ja najbardziej zapamietalem... foke, ktora nagle pojawila sie nam za rufa, pluskajac sie w wolnym chwilowo od lodu przesmyku. Foka tutaj? Niemalze w porcie? Woda musi byc wiec czysta.

Niestety, do Biznies Cientr dzisiaj nie poszedlem. Przyplynela bunkierka z paliwem. Bunkrowanie trwalo kilka godzin, do wieczora. W jego trakcie odebralem e-mail:

Dear Capt.

Informujemy, ze nowego kapitana zamierzamy wyslac do Szanghaju. Wrocimy do szczegolow we wlasciwym czasie.

Pozdrowienia.

No to ladnie. Co mnie podkusilo, zeby wyslac prosbe o zmiennika tak wczesnie? Chcialem byc w porzadku i powiadomilem ich zgodnie z regulaminem z miesiecznym wyprzedzeniem. A oni sie sprezyli i zostalo mi 4 dni na przygotowanie wszystkich papierow i spakowanie sie. czeka mnie niezly kierat.

Nachodka,  16.02.2001, Piatek

  

Jeszcze stoimy w porcie. Zaladunek zakonczy sie dopiero w nocy, a odprawa zamowiona jest na rano. Zanim wyjdziemy w morze, bedzie juz prawie poludnie. Do Szanghaju w najlepszym wypadku dotrzemy dopiero w piatek.

Nachodka zegna mnie iscie wiosenna pogoda. Odwilz. Ulicami plynely dzis potoki wody, a ja chodzilem bez czapki i rekawiczek. Przyzwyczailem sie juz troche do tego miejsca. Podobnie jak na porzednim kontrakcie do Rouen. I tu i tam mialem juz swoje miejsca, swoje trasy spacerow, znajomych ludzi. Podczas obecnego postoju ze zdziwieniem stwierdzilem, ze przestano kontrolowac mnie na bramie. A kontrole dokumentow sa tu zwykle bardzo drobiazgowe.

- "Accurate", kapitan, znajem - mowia zazwyczaj z usmiechem strazniczki i kaza przechodzic. Albo innym razem pogranicznik, ktory nieraz trzymal warte przy trapie statku, tym razem stojac na bramie zagadnal:

- Kapitan, bud'tie zdorow. Nie zabywajtie o nas. Wy choroszoj czielowiek.

Po takich slowach robi sie miekko na sercu, bo wydawalo mi sie, ze niczym specjalnym sie nie wyroznialem. Widocznie na innych statkach byli traktowani inaczej. A ta wylewnosc to w zwiazku z tym, ze dowiedzieli sie (od zalogi ani chybi), ze wkrotce jade do domu. Na pewno jest w tym cos, ze sa to pokrewne, slowianskie dusze i latwiej sie nam porozumiec (bynajmniej nie tylko o jezyk tu chodzi). Mimo niedogodnosci, z sentymentem bede wspominac to miasto i ludzi, ktorzy od serca przynosili czasem "podarki". Wspomniany juz kiedys album o Nachodce, wlasnej roboty dzem, wlasnej roboty kawior czy marynowana papryke. Niewielki gest, ale wymowny. Po czyms takim wierzy sie w szczery zal, ze spoznilismy sie na prawoslawne Boze Narodzenie, bo chetnie zaprosiliby mnie w swieta do domu i w obietnice, ze jesli bede kiedys jeszcze tu latem, to wybierzemy sie za miasto zobaczyc tajge, lowic ryby, posiedziec przy ognisku...

Nachodka, 19.02.2001, Poniedzialek

 

Noc nie byla calkiem spokojna. Zaladunek zakonczyl sie o jedenastej wieczorem, ale do 03.20 trwalo mocowanie ladunku. Kazalem budzic sie gdy bedzie konczony lashing i chocking w kazdej z ladowni. Wolalem sprawdzic to sam, bo nie dowierzam chiefowi. Potem i tak musialem podpisywac dokumenty wiec nawet nie rozbieralem sie do snu lecz jak to bywa w takich sytuacjach, spedzilem noc na warchlaka, w ubraniu, pod kocem, lapiac krotkie okresy snu miedzy jednym budzeniem a drugim.

Rano, przed przybyciem pogranicznikow i celnikow wyskoczylem jeszcze do sklepu obok bramy portu i kupilem baterie do latarek. Zaczynalo juz ich brakowac, a przy okazji pozbylem sie ostatnich rubli. Jezdzac glownie miedzy portami Rosji, Chin i Korei, nie przywiazywalem zbytniej wagi do pozostajacych w kasie resztek rubli, yuanow czy wonow. Wiadomo bylo, ze wykorzysta sie je nastepnym razem. Teraz jednak, dla zmiennika, powinienem miec tylko dolary.

Odprawa poszla sprawnie glownie dzieki temu, ze ogromna wiekszosc kwitow agent przyniosl mi do podpisania dzien wczesniej. Cale szczescie, ze tak uczynil, bo samych kwitow sternika bylo 31, po 15 kopii kazdego czyli 465 sztuk. Mialem wiec okazje pocwiczyc nadgarstek. 

Odcumowalismy o 11.35, a o 12.45 znalezlismy sie na otwartym morzu. Pogoda byla piekna, sloneczna, prawie bezwietrzna. Wokol plywal jeszcze pokruszony lod, ale czulo sie zblizajaca sie szybko wiosne. Az wierzyc sie nie chcialo, ze jeszcze dwa tygodnie temu panowaly tu siarczyste mrozy. Po zdaniu pilota patrzylem jeszcze troche na oddalajace sie gory, przelecialem myslami przez moje osiem tu zawiniec w ciagu obecnego kontraktu, a potem kazalem mechanikom rozkrecac maszyne do pelnych obrotow morskich i zabralem sie za wysylanie teleksow.

Statek jest juz w drodze z Nachodki do Szanghaju. ETA Changjiang Kou 23 lutego, 0900.

E-mail tej tresci poszedl do dzialow zalogowych armatora w Hamburgu i w Manili.

Teraz juz moga rezerwowac bilety lotnicze, uzgadniac z agentem w Szanghaju szczegoly, a jutro lub pojutrze powinienem otrzymac plan podrozy zmiennika i swoj. Dla mnie najbardziej interesujace jest, czy polece prosto do domu, czy tez najpierw do Hamburga. Normalnie powinienem leciec przez Hamburg, aby pojawic sie na czyms wrodzaju interview w siedzibie armatora. Wszystko jednak wskazuje na to, ze opuszcze statek w sobote wiec nie wiem, czy zdecyduja sie na trzymanie mnie w hotelu.

Po wyslaniu teleksow polozylem sie, aby odespac troche zarwana noc. Reise fieber nie dala mi jednak spac zbyt dlugo. Swiadomosc czekajacych papierzysk byla dokuczliwa wiec wstalem i zabralem sie za robote. Z przerwami na pranie zeszlo mi do tej pory, czyli do dwudziestej drugiej i mam jakies 25 procent roboty za soba. Jesli sie spreze jutro, to o tej porze powinienem miec jakies 80 procent za soba. Wtedy w czwartek moglbym wygospodarowac sporo czasu na spokojne spakowanie rzeczy.

Morze Japonskie,  20.02.2001, Wtorek

Lubię robić zdjęcia wieczorem. Nawet najbardziej banalne miejsca zmiaeniają zupełnie swoje oblicze w zapadających ciemnościach, zwłaszcza jeśli oświetlenie dyskretnie wydobywa z mroku tylko niektóre detale.

Lubię robić zdjęcia w muzeach, świątyniach, pałacach, na koncertach. Lampa błyskowa odpada. Zresztą nawet jeśli byłaby dozwolona, to gwałt  na fotografii, ostatecznośc raczej niż norma.

Dlatego skazany jestem na maszerowanie ze statywem. Nie składam go po każdym zdjęciu, więc maszeruję z wysokim na półtora metra trójnogiem obijając się czasami o maszerujący wokół mnie tłum. 

Dobrze jeśli objuczony torbami, futerałami, pokrowcami zgubię jedynie pusty z nich jak ostaniego lata w Pradze.

Zazdrościłem ludziom z lustrzankami wyposażonymi w obiektywy o dużej jasności. Mogli fortografować detale w muzeach z ręki, bez statywu.

A tymczasem przeczytałem niedawno o nowym przetworniku, który prawdopodobnie zrewolucjonizuje rynek aparatów kompaktowych (a lustrzanek w przyszłości pewnie też). Rewolucja wydawała się aż do bólu logiczna i nieunikniona, aż dziw, że ktoś na to nie wpadł dużo wczesniej. 

W standardowych przetwornikach  drobne przewody przewodzące pobudzone wpadającym światłem impulsy elektryczne do i z każdego piksela rozsiane są na powierzchni fotodiod. Pomimo niewielkich rozmiarów tłumią wpadające światło, w związku z czym sygnał musi być elektronicznie wzmacniany. Powoduje to powstawanie „szumów” i wrażenie „ziarna” oraz braku ostrości.

W opracowanych przez Sony przetwornikach Exmor R owe przewody zainstalowano pod fotodiodami, dzięki czemu padający na światłoczułą poowierzchnię obraz nie był już tłumiony. Szczegóły można znaleźć na stronie producenta 


Ten drobny z pozoru zabieg pozwolił ograniczyć ilość szumów o połowę. Aparaty wyposażone w ten procesor stały się bardzo czułe i pozwalały na robienie w słabym oświetleniu z ręki dobrych zdjęć, porównywalnych jakością z lustrzanką.


Rozwiązanie to oczywiście natychmiast trafiło do seryjnie produkowanych aparatów, z których pierwsze to były Sony DSC-WX1 oraz DSC-TX1. Obydwa trafiły na rynek w sierpniu 2009 i obecnie dostępne są (w zalezności od sklepu) za cenę od 600 do 1100 zł. Są to małe cacka w odważnych kolorach w sam raz do damskiej torebki, lub nieco bardziej stonowane do kieszeni kombinezona albo marynarki faceta wykorzystującego aparat w pracy zawodowej.

W kwietniu bieżącego roku na rynek trafi Sony DSC-HX200V i to już jest prawdziwe cudo w klasie aparatów kompaktowych. Cena, w zależności od sklepu, szacowana na 1800-2000 zł. 

Aparat ten oprócz przetwornika CMOS  Exmor-R wyposażony został w 30-krotny zoom optyczny wspomagany dodatkowo przez zoom cyfrowy (w technologii Sony Clear Image Zoom) dający aż 60-krotne powiększenie.

Z dodatkowych gadżetów wymienić należy bardzo szybki autofocus (0.13 s) co pozwala na błyskawiczne wykonywanie zdjęć bez obawy o ostrość, oraz wbudowany GPS pozwalający łatwo sortować zdjęcia z podróży. Warty polecenia ludziom fotografującym przyrodę i przede wszystkim dużo podróżującym.

 

Aparat z GPS-em, telefon z aparatem, GPS z odtwarzaczem muzyki – funkcje elektronicznych gadżetów powoli się unifikują. W miare postępu technologii zbliżamy się do standardu, którym jedno urzadzenie zastąpi nam wiele rzeczy: od dowodu tożsamości, i kart płatniczych, przez telefon, aparat fotograficzny, komputer, telewizor, odtwarzacz muzyki, czytnik książęk, baza danych i Bóg wie co jeszcze. Oczywiście ciągle jesteśmy jeszcze w początkowej fazie tej drogi, więc póki co aparat lepiej żeby był aparatem. Amatorów bardzo dobrej jakości zdjęć Sony DSC-HX200V z pewnoscią zadowoli.

Szczecin, 24.03.2012; 23:40 LT

środa, 21 marca 2012

Jazda w gore rzeki. Spac mi sie chce straszliwie. Mysle tylko o tym, zeby jak najszybciej dojechac do Changshu. Pozostaly jeszcze jakies dwie godziny. Bylo juz po drugiej kiedy polozylem sie spac, a o szostej zamowilem budzenie. Na dodatek, statek na kotwicy ustawil sie w pewnym momencie bokiem do martwej fali i wszystko zaczelo latac po kabinie. Stracilem trzeci kubek w ciagu ostatnich dwoch tygodni i juz samo to doprowadzilo mnie do wscieklosci (na pogode i na swoje niedbalstwo) bo przez poprzednie piec miesiecy nie potluklo sie nic.

Wlasnie przyszedl teleks z informacja, ze nastepna podroz, tak jak sie spodziewalem, bedzie do Nachodki. Nie wiadomo tylko jeszcze jaki bedzie port wyladunkowy. To jest dosc istotne dla mnie. Jezeli Chiny lub Korea, to jeszcze raz pewnie do Nachodki przyjade na poczatku marca, a jezeli gdzies dalej, to juz pewnie do Rosji w tym kontrakcie nie wroce.

 Rzeka Jangcy,  09.02.2001, Piatek

 

I znow zegluga po rzece. Smetny, deszczowy dzien. Typowo barowa pogoda. Wiatr juz teraz jest dosc silny wiec na morzu pewnie dmucha zdrowo. Lepiej byloby przeczekac. Jest ku temu okazja, poniewaz odcumowalismy z Changshu o 15.20 i jezeli dotrzemy do Baoshan po 18.30, nie dostaniemy juz pilota na dolny odcinek rzeki (zegluga noca jest zabroniona). Plyniemy pod prad i wychodzi niemal na styk, a wiec do samego Baoshan bedziemy trwac w niepewnosci. Przyjemniej by bylo rzucic kotwice i przeczekac noc na rzece. 

Postoj w Changshu pod wzgledem turystycznym wielkich rewelacji nie przyniosl. Keja odlegla jest od miasta o 25 km, a w poblizu sa tylko wioski. Jeszcze w piatek wieczorem wyszedlem za brame portu, ale poniewaz byly tam tylko pola i zadnego srodka transportu, wrocilem na statek.

W sobote pojechalismy do samego Changshu. Zrobilem troche zakupow (wsrod nich druga walizke), wywolalem zdjecia (podobaja mi sie wieczorne zdjecia z sylwestra na ulicach Bangkoku) i poszedlem do internet cafe w pieknym, wielopietrowym, nowoczesnym domu towarowym. Komputery byly jednak beznadziejne, albo lacza slabiutkie. W kazdym razie byly duze problemy z wyslaniem i odebraniem e-maili, a o czatowaniu w ogole mowy nie bylo. Spedzilem tam mniej niz poltorej godziny i mialem dosyc. W niedziele problem z transportem sie powtorzyl wiec dotarlem tylko do pobliskiej wsi, bardziej w ramach spaceru, dla rozruszania zastalych miesni, niz w celu zobaczenia czegos konkretnego. Agent twierdzil, ze o 15.00 musi zebrac przepustki, aby zalatwic zawczasu odprawe graniczna wiec o 14.20 wrocilem na statek. Szkoda, bo odplynelismy dopiero dobe pozniej, wiec moglem niedzielne popoludnie i wieczor spedzic w Changshu.

                                                   *   *   * 

No i plyniemy dalej. Rzutem na tasme o 18.25 dotarlismy do Baoshan i dostalismy jeszcze pilota. Ze spokojnej nocy nici.

Dzisiaj sa tatusia urodziny. Konczy 71 lat. Zadzwonilem z zyczeniami i dowiedzialem sie, ze zlamal reke. Przewrocil sie podczas slizgawicy dokladnie tydzien temu.

Rzeka Jangcy, 12.02.2001, Poniedzialek

  

Ledwie poznym wieczorem wyszlismy na otwarte morze, a natychmiast trzeba bylo redukowac predkosc i napelniac balasty szczytowe, poniewaz warunki byly sztormowe. Na rzece, z pradem, 

gnalismy nawet po 18 wezlow. Teraz plynelismy czterokrotnie wolniej. Noc prawie nieprzespana. To dziob walil o fale, to znow sruba wydostawala sie ponad wode, powodujac duze wibracje. Rano zmienilem kurs na 000 i zrobilo sie troche lepiej, ale raczej nie po drodze. Okolo poludnia zaczelo sie jakby polepszac, wiec sprobowalismy plynac kursem 057, w strone Wyspy Cheju. Bylo troche gorzej, ale nie az tak zle, aby nie dalo sie plynac. Plyniemy tak do tej pory. W nocy powinnismy juz byc blisko wybrzezy Korei i fala bedzie mniejsza. Ale poki co wiatr znow sie wzmaga i statek zaczyna ciezko pracowac. Jedzie sie jak wozem drabiniastym po kartoflisku. Co chwile wstrzasy i przechyly.

Poinformowalem Armatora, ze chce jechac do domu miedzy 10 a 20 marca (w zaleznosci od portow i polaczen lotniczych). Maja teraz miesiac czasu, zeby znalezc zmiennika i zaaranzowac podmiane. A ja juz oficjalnie moge zaczac odliczanie.

Morze Wschodniochinskie,  13.02.2001, Wtorek

 

Odpowiedz przyszla jeszcze tej nocy. Znam juz nazwisko swojego nastepcy, ktory czeka, az zwolni sie miejsce. Planuja dokonac podmiany w pierwszym dogodnym porcie w marcu. Moze to wiec byc nawet wczesniej niz dziesiatego. Trzeba zaczac wypelniac liczne formularze, bo to zazwyczaj zajmuje na koniec najwiecej czasu, a szczegolnie stresujace jest gdy zbiega sie z innymi sprawami, ktore nagle wyskakuja w zwiazku z eksploatacja statku. Wtedy czasu zaczyna brakowac nawet mimo nieprzespanych nocy. Dlatego tym razem to, co mozna, postaram sie zrobic duzo wczesniej.

Pogoda dzisiaj byla dla nas laskawa, ale nad Morze Zolte nadciaga juz nowy niz, ktory jutro wieczorem powinien znalezc sie nad Korea. Moze do tej pory uda nam sie przedostac ku polnocnym wybrzezom Zatoki Wschodniokoreanskiej i dalej plynac juz wzdluz brzegu. Tym razem, jak i poprzednio nie ryzykuje pojscia na przelaj przez Morze Japonskie. Lepiej nadlozyc troche drogi i byc pewnym, ze nawet w przypadku zlej pogody bedziemy oslonieci od wiekszych fal.

Czarterujacy przyslal teleks z informacja, ze ladunek przeznaczony jest do Inchon. Ucieszylem sie, bo to przyjazne miasto. Blisko portu, pelne sklepikow, kafejek i oczywiscie PC-clubow czynnych cala dobe. Pod wieczor jednak anulowano te podroz i najprawdopodobniej znow poplyniemy do Chin. Szczegoly maja nadejsc jutro. Nie, tylko nie na Jangcy! Mam juz dosyc tych kilkugodzinnych jazd z pilotem.

Ciesnina Koreanska,  14.02.2001, Sroda

niedziela, 18 marca 2012

Z meczetu Hala Sultan Tekkesi ruszyliśmy wzdłuż południowego wybrzeża na zachód. Po drodze, w Kiti chcieliśmy zobaczyć kościół Panagia Angeloktistos, w którym znajduje się licząca około tysiąc pięćset lat mozaika. Niestety, ominęlismy go niechcący. Kiedy później zawrócilismy do Kiti, akurat była przerwa na lunch i kościół był niedostępny.

Cypr 074

Nie chcielismy czekać kolejne półtorej godziny. Obeszliśmy go dookoła, zrobiliśmy kilka zdjęć i pojechaliśmy dalej. Niesamowite są te stare, w romańskim stylu budowane kościoły. W naszej części Europy niewielkie budowle o grubuch murach i małych oknach to duża rzadkość. Kiedy Kazimierz Wielki przemieniał Polskę z drewnianej w murowaną, na świecie o szczytu swojej wielkości znajdował się już gotyk. Na Cyprze romańskie kościoły można znaleźć niemalże w każdej wsi.

Sznur z dzwonnicy zwisał swobodnym końcem niemal do klamki drzwi. Aż coś kusiło by pociągnąć... Poniżej dachu zaś rzygacze. Nie podobne demonom maszkary, jak choćby te w Paryżu, lecz... baranki.

Cypr 075

W drodze na zachód skusił nas drogowskaz „Camel Park” niedaleko Mazotos. Wyglądało to na typową atrakcję turystyczną, ale postanowilismy się tam zatrzymać i przy okazji zjeść coś ponieważ obok znajdowała się restauracja.

Zanim dotarliśmy do zagród zwierząt, zwiedziliśmy typowe cypryjski dom. Coś w rodzaju skansenu – odtworzony dawny wystrój  izby mieszkalnej.

Cypr 070

Żelazne łózko, pasiasta narzuta, biały obrus na stole i świeca paląca się przed niewielką ikoną Świętego Mikołaja... Niby odmienna kultura, a ileż podobieństw. Z wizyt u mieszkającej na wsi babci pamietam z czasów dzieciństwa podobne „pasiaki” leżące na nierównej, glinianej podłodze. Łóżko było co prawda drewniane, lecz stół niemal identycznie nakryty białym obrusem. Na nim figurki Pana Jezusa i Matki Boskiej oraz świecznik. A w oknie czasem gromnica, jak sama jej nazwa wskazuje mająca chronic przed uderzeniami piorunów, zapalana gdy zbliżała się burza.

No i w końcu zwierzęta. Jak na Camel Park przystało, główną atrakcją były wielbłądy, ale w pozostałych zagrodach pełno było rozmaitych innych zwierząt. Przywitały nas strusie.

Cypr 071

Piękne to one raczej nie są. Delikatne raczej też nie. Razem z biletami kupilśmy karmę dla zwierząt. Jakieś czarne strąki. I kiedy Mój Anioł chciał podać wielkiemu ptaszysku jednego, ten wykonał ruch tak błyskawiczny, że w ułamku sekundy wyszarpnął zdobycz i po chwili ją zżarł. Dobrze, że przy okazji nie odgryzł palca karmiącej go dłoni.

Wielbłądy były znacznie bardziej sympatyczne.

Cypr 072

Z gracją i delikatnie częstowały się podawanym strąkiem.

Cypr 073

Zastanawialismy się co to jest, ów najwyraźniej pastewny owoc, uwielbiany, jak się okazało przez wszystkie zwierzeta.

Zobaczyliśmy później, że owe strąki rosną na drzewach.

Cypr 077

Okazało się, że to karob (Carob Tree) noszący u nas nazwę szarańczyn. Kiedyś uprawiany był na skalę przemysłową i stanowił pożywienie ludzi (przynajmniej w czasach głodu). W Limassol mielismy okazję zwiedzić młyn, w którym jeszcze we wczesnych latach XX wieku przetwarzano zebrane strąki na mąkę.

Cypr 080

Cypr 081

Swoją dziwną polską nazwę drzewo i jego owoc zawdzięczają tłumaczeniu z greckiego, w którym to języku zarówno ono jak i szarańcza okreslane są tym samym słowem. Nie musi to oznaczać żadnego podobieństwa. W każdym języku można zanleźć podobne przypadki. Ot chociażby eksploatowana w dowcipach nasza poczciwa piłka – może być zarówno plażową zabawką jak i ostrym narzędziem do cięć wszelakich. Wystarczył więc podobny splot w przypadku owego drzewa oraz szarańczy w greckim języku, by nadac mu dziwnie brzmiącą nazwę w Polsce. Mało tego. Owa podobna nazwa narobiła trochę zamieszania w przekazach biblijnych. Pismo Święte, tłumaczone na nasz język z greki, mówi, że Święty Jan na pustyni żywił się miodem oraz szarańczą. Brzmiało obrzydliwie, lecz prawdopodobnie zważywszy na rozmaite męczeństwa Świętych. Bardziej prawdopodobne jednak, iż Świety Jan spożywał okreslane tą samą nazwą strąki szarańczynu – drzewa powszechnie występującego na Bliskim Wschodzie, tym bardziej iż w wielu miejscach, chyba nie przypadkiem owoce te noszą nazwę chleba świętojańskiego. Szarańczyn chyba zupełnie niesłusznie zyskał sobie funkcję pastewną. Dotarłem do artykułu p.t. „Zapomniane walory funkcjonalne mączki ze strąków szarańczynu (ceratonia ciliqua) oraz nowe możliwości jej zastosowania jako prozdrowotnego dodatku do pieczywa” napisanego przez grono naukowców związanych z UMCS w Lublinie. Okazuje się, że strąki te mają rozmaite dobroczynne działanie dla organizmu ludzkiego, pełniąc przy okazji modną i poszukiwaną obecnie rolę przeciwutleniaczy. Jeżeli dodać do tego ciekawy smak, przypominający czekoladę lub słodzone kakao, używanie jej jako rośliny pastewnej może być zwykłą rozrzutnością.

Ciekawe zastosowanie znalazły też znajdujące się w strąkach ziarna. Posiadały one charkterystyczną właściwość, że niemal wszystkie były jednakowe i zachowując stałą wilgotność utrzymywały ten sam ciężar, około 0,2 grama. Były więc używane jako dość dokładne odważniki w aptekarstwie i jubilerstwie. To już oczywiście odległa przeszłość i korzystamy obecnie ze znacznie dokładniejszych metod pomiarów, lecz nazwa pozostała. Powszechnie używany do dzisiaj karat (0.2 g) pochodzi właśnie od ziaren szarańczyna (po łacinie ceratonia, a po grecku keration).

W Polsce drzewo karobowe oraz jego owoce są mało znane, chociaż według wspomnianego wyżej artykułu chleb z dodatkiem pozyskiwanych z nich włókien mozna kupić w piekarni w Terespolu.

Gdańsk; 18.03.2012; 23:00 LT

 
1 , 2