Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
poniedziałek, 28 marca 2011

Znów uzbierało się trochę fotek, więc wrzucę, nie wysilając się zbytnio nad komentarzem, bo północ minęła...

W ubiegłą sobotę siedziałem w biurze nadrabiając zaległości. Na szczęście połozone jest ono tak, że wystraczy wyjść na kwadrans na spacer aby odsapnąć, by znaleźć się w miejscu, gdzie ludzie przyjeżdżają na wakacje.  Na sopockim molo mogłem sprawdzić jak bardzo postępują prace przy budowie mariny. Chyba nie zdążą jej skończyć do kwietnia, jak planowano, ale dużo nie brakuje.

Sopot 03

Sopot 04

Póki co jednak, znacznie ciekwasze widoki są w stronę lądu. Zwłaszcza o zachodzie słońca, kiedy to Grand Hotel jak i samo molo wygladają jeszcze dostojniej niż zazwyczaj.

Sopot 02

Sopot 05

Kiedy po spacerze wróciłem do pracy, usłyszałem, że tego wieczora wzejdzie superksiężyc! Cóż to takiego? Raz na kilkanaście czy kilkadziesiąt lat orbita naszego satelity zbliża się na odległość od Ziemi ponoć aż trzysdzieści tysięcy kilometrów bliższą niż średnia. Ta różnica to jest około dziesięć procent odległości miedzy Srebrnym Globem a nami. Ma to wpływ na wielkość jego tarczy na nieboskłonie. Dziewiętnastego marca wypadał właśnie ten dzień, więc ponownie przerwałem pracę już po zmroku, by wyjść na parę minut na plażę i zobaczyć to zjawisko. Oczywiście Księżyc nie zbliżył się o te tysiące kilometrów nagle, z dnia na dzień, więc moje niewprawne oko, żadnej różnicy w stosunku do poprzednich dni ani tygodni nie zauważyło. Fajnie jednak było wyjść, bo pogoda dopisała i zatoka skąpana w srebrzystej poświacie prezentowała się pięknie.

Gdansk 03

Samemku Księżycowi tez zresztą nic nie brakowało...

Ksiezyc 02

Po weekendzie nadal było ciepło. Przyjemnie było wyjść rano w samej marynarce i obserwować jak mewy spacerują po falochronie nieopodal gdyńskiego akwarium.

Gdynia 2011-03-25 (2)

A potem nagle sypnęło śniegiem i ostatni sobotni poranek przywitał nas w białej scenerii. Tylko krzyż na Kamiennej Górze złocił się w promieniach wschodzącego słońca.

Gdynia 2011-03-25 (3)

Poprzedniego wieczora sprzedałem potłuczony w bożonarodzeniowym wypadku samochód. Kończyła się polisa, więc nie chciałem płacić kolejnego ubezpeiczenia, a stare wciąż było przedmiotem sporu między mną, a „Hestią”.  Cóż, ubezpieczenia tylko przy opłacaniu składek wyglądają różowo. Ich barwa zmienia się gwałtownie po wystąpieniu szkody. Ubezpieczyciel, gdyby miał odrobinę więcej tupetu, najchętniej nie wypłaciłby nic. Starcza go jednak na tyle, by wypłacić około 30% kwoty wartości ubezpeiczenia, pomimo rzekomej nieopłacalności naprawy. Koniec, kropka. Piszą, że powyższa decyzja jest ostateczna i nieodwołalna, a w przypadku braku akceptacji można dochodzić swoich praw na drodze sądowej. Jacy łaskawi, że przynajmniej do sądu pójść nie zabronili. Wiedzą, że mało kto pójdzie, więc pewnie stąd taka buta. Ja także nie pójdę, bo po prostu nie mam czasu. Wolałem sprzedać uszkodzone auto by chociaż trochę przybliżyć się do jego wartości przed wypadkiem, niż walczyć dalej. I niech to wyjdzie „Hestii” na zdrowie, bo przeciez musi spłacić prawo do nazwy gdańsko-sopockiej hali, które wylicytowała nazywając obiekt „Ergo Arena”.

Odjechała więc thalia na ciężarówce. Trochę żal mi się zrobiło, bo tyle fajnych wspomnień miałem z nią związanych. Życie jednak toczy się dalej i teraz citroen wplata w moje życie swoją historię, albo na odwrót.

laweta 01

Do Szczecina miałem początkowo jechać samochoem, ale z powodu wspomnianego obfitego śniegu postawiłem na pociąg. Wiosnę można było poznać chociażby za sprawą dwóch bocianow, które zauważyłem z okana wagonu gdzies nieopodal Stargardu Szczecińskieo. Przede wszystkim jednak na pola wyległy sarny. Być może po zimie spragnione były swieżej trawy, bo szczególnie widoczne były na polach, gdzie jak podejrzewam skubały młode pędy zbóż. Jeszcze nigdy nie widziałem ich aż tyle.  Bez żadnego problemu mogłem fotografowac je z okna pociągu.

sarny 01

sarny 02

sarny 03

sarny 04

Sarny 06

Sarny 07

Pstrykałem jak dziki i dopiero gdy zaczął zapadać zmierzch, usiadłem w przedziale na fotelu, nie odmawiając sobie na koniec przyjemności sfotogafowania kolejnego zachodu słońca.

Zachod

I na tym przyjemności się skończyły, bo niedługo potem w przedziale zaczął nam dokuczać ziąb. Żadna to niespodzianka w wagonie pierwszej klasy. Testowałem to przecież już niejeden raz. Zastanawiam się, czy rzeczywiście nie ma już na to żadnego lekarstwa i żadnej możliwości remontów tych wagonów, by ludzie płacący więcej za bilet w „jedynce” mogli podróżować już nawet nie w luksusowych (o tym nawet nikt nie marzy), lecz przynajmniej w znośnych warunkach.

- Bilety do kontroli proszę – polecił konduktor otwierając drzwi przedziału.

Podajemy.

- A nie można zrobić czegoś z ogrzewaniem? – sugerujemy – Zimno tu.

- Temperatura wynosi dziewiętnaśćie stopni i jest wystarczająca. Większej w tym przedziale nie będzie i jeżeli Państwu za zimno, możecie przesiąść się do innego przedziału albo wagonu.

- Proszę pana, tu na pewno nie ma dziewiętnastu stopni. Zapraszamy, niech pan posiedzi z nami kilka minut, to się pan przekona – zagajam

- Jeżeli panu za zimno to proszę się przesiąść.

- Gdzie? Wszystko pozajmowane.

- Jest inny wagon pierwszej klasy.

- Nie ma. Jest tylko jeden.

- Nie. Jest wiecej. Idzie pan czy nie? – konduktor spojrzał na mnie tak, że nie miałem wyboru. W przeciwnym wypadku musiałbym przyznać, ze jest ciepło. Wskazany wagon był zatłoczony niemiłosiernie.

- To jest wagon pierwszej klasy, który tymczasowo jeździ jako klasa druga, ale standard ma pierwszej – tłumaczył mi konduktor. Dalej nie słyszałem bo utknąłem z walizką i torbą w zatłoczonym korytarzu, podczas gdy konduktor bez bagażu poruszał się sprawniej. I najbardziej mi żal, że nie zobaczyłem jak on w tym ścisku wynalazł dla mnie miejsce.

- Proszę! Tu może pan usiąść. Jest ciepło. A koleżanka zaraz podejdzie i naniesie panu uwagę na bilet, że podróżuje pan drugą klasą z biletem pierszej. Zadowolony pan?

- Tak, dziękuję.

Pani koleżanka przyszła sprawdzić bilety za jakies pół godziny.

- Poproszę o naniesienie uwagi, ze jadę drugą klasą mając bilet pierwszej.

- A dlaczego nie jedzie pan pierwszą? - zapytała groźnie pani.

- Bo nie dziala ogrzewanie.

- który przedział? Pójdę sprawdzić.

- Miejsce 96. Przy oknie.

I pani poszła. Nie było jej następne pół godziny. Zdążyłem się trochę zdrzemnąć w cieple i już myślałem, że przespałem jej wizytę, gdy nagle się pojawiła.

- Byłam w tamtym przedziale i jest ciepło.

- Kiedy ja stamtąd wychodziłem, kaloryfery nie grzały w ogóle i było zimno.

- Ja napiszę, że to Pan twierdzi iż jest zimno.

- Dobrze, ja twierdzę, że kaloryfery nie grzały.

- Grzeją. Słabo, ale wystraczająco.

Pani zaczęła pisać. Potem spojrzała na mnie jeszcze raz.

- Ja pana pamiętam. Ja już miałam z panem do czynienia. Jak tylko zobaczyłam pana z tym biletem to od razu skojarzyłam.

- Nie ukrywam, że często jeżdżę pociągami na tej trasie i rózwnie często przytrafiają się problemy z ogrzewaniem wagonu pierwszej klasy. Mam to nieszczęście, że PKP nic z tym nie robi więc możliwe, że trafiliśmy któregoś razu na siebie.

- Tak, pamiętam pana – prawie syknęła pani konduktorka.

Poczułem się jak w „Misiu”. Jeszcze chwila i gotowi mi zrobić zdjęcie by wywiesić w gablotce z krnąbrnymi pasażerami, których PKP nie obsługuje. A może ja rzeczywiście jestem krnąbrny? Podrózuję wszak bez krawata, a od dawna wiadomo, że klient bez krawata jest bardziej awanturujący się.

Gdynia, 28.03.2011; 01:20 LT

sobota, 26 marca 2011

Dziś trudno mi przywołać w pamięci jakiekolwiek licealne wspomnienia, w których pierwszo- lub dalszoplanowej roli nie odgrywąłby Jarek. Nasza przyjaźń ograniczała się nie tylko do szkolnego budynku lecz utrwalała się podczas górskich wędrówek i trwała dalej kiedy każdy z nas założylk swoją wlasną rodzinę. I nawet gdy, jak to często wśród męskich przyjaźni bywa, jej kark przetrąciła płeć piękna, to pomimo okazjonalnych już tylko spotkań, dawna więź pozostała. Może właśnie na tym polega wyjątkowość takich męskich znajomości? Można nie widziec się przez miesiące, albo nawet i lata, lecz gdy przyjdzie czas, spędza się pół nocy przy drinku, dyskutując jakby widziało się zaledwie wczoraj...

Wczoraj poranną pracę przerwł mi telefon od Krystiana.

- Krystian! Wszelki duch Pana Boga chwali! – krzyknąłem spontanicznie do słuchawki, bo pomimo, ze obaj mieszkamy w Trójmieście, nasze ostatnie dwa spotkania miały miejsce na corocznych meetingach w Strzelacach Opolskich.

- Stefan, zaraz nie będziesz się tak cieszyć... – już wiedziałem że stało się coś złego. Chwila ciszy była dla mnie jak oczekiwanie na wyrok Co?  -... Jarek nie żyje. Zmarł na zawał serca podczas wyjazdu do Łodzi.

Słyszałem jak Krystianowi głos się łamie. Nie wiedziałem co mam powiedzieć. To był szok. Jeszcze dwa miesiące temu bawiliśmy się razem na urodzinowej imprezie naszej klasowej koleżanki. Jarek jak zwykle był duszą towarzystwa. Wygłupiał się za wszystkich. Po chóralnym odśpiewaniu „sto lat” dla jubilatki natychmiast po wybrzmieniu ostatnich taktów zaintonował „Dobry Jezu, a nasz Panie...” co niektórych zbulwersowało, ale gdy się zna specyficzne poczucie humoru Jarka, to już mniej. No i proszę! Wyśpiewał sobie!

Trudno po takiej informacji rozpocząć codzienny meeting w dziale, ale flota przecież się nie zatrzyma. Jeszcze zdążyłem poinformować Mojego Anioła i po chwili odprowadzany przez nią czule, poszedłem do sali konferencyjnej. Po meetingu próbowałem dodzwonić się do Grzegorza, ale bezskutecznnie. Zadzwonilem więc do Witka.

- Cześć Witek.

- Stefan! Co za niespodzianka!... – rozesmiał się. Przerwałem mu.

- Witek! Jarek nie żyje. Właśnie otrzymalem wiadomość...

- Stefan, ty to masz wiadomości... – odpowiedział i zamilkł

- Nie mogę dodzwonic się do Grześka. On wie dokladnie.

- Chyba masz nieaktulany numer, tak jak ja. Ale Gosia ma dobry. Zaraz do niego zadzwonimy.

Wróciłem do papierów. Trudno się skupić. Stress służbowy nalożył się na stress przyjacielski...

Telefon od Witka.

- Stefan, zaraz ci coś zrobimy za wyprowadzanie nas z równowagi! – śmiał się – Jarek żyje i ma się dobrze.

- Co?!!! – krzyknąłem zszokowany. – Jak to?!!! To znaczy, bardzo się cieszę, ale nic nie rozumiem. Przecież Grzegorz dzwonił do Krystiana...

- My dzwoniliśmy do Grzegorza. Potwierdza, że Jarek żyje. Zmarł jego brat.

Kurczę, co za dziwaczna sytuacja. Jarek w żałobie, jego brat nie żyje (spotykaliśmy go czasem widując się z Jarkiem), a dla nas to jeden z najradośniejszych dni.

Dzwonię do Krystiana.

- Krystian, mam wiadomość. Jarek żyje i ma się dobrze.

- Coooo?

- Dzwonilem do Witka, a on do Grzegorza. Grzegorz potwierdza, że w Łodzi zmarł brat Jarka.

- Uduszę Grzegorza! Przecież ja praktycznie nie znałem brata Jarka. Widziałem go gdzieś w przelocie raz czy dwa, a on poinformował mnie w taki sposób, że nie miałem wątpliwości, iż chodzi o Jarka. Szkoda brata, ale nie ukrywam, że cieszę się iż to nie Jarek.

- Skoro już opłakalismy jego śmierć, to może to dobry znak? Może już wykorzystalismy limit, więc będzie żyć długo?

Podszedłem do biurka Anioła.

- Jarek żyje i ma się dobrze.

- Co? – roześmiala się widząc mój śmiech, a potem uściskaliśmy się radośnie.

- Jest już przerwa na lunch. Chodźmy gdzieś, bo nie wytrzymam.

- Musisz odreagować. Chodźmy.

- Do „Jahmajki” na lampke wina.

- Jestem bardzo szczęśliwy – powiedziałem, gdy wyszliśmy na ulicę – Dziś nic już nie jest ważne. Odszedł cały stress pracowy.

- To tak jak z tym żydowskim dowcipie o polepszeniu sobie standardu życia. Do ciasnego pokoju wprowadzasz jeszcze kozę. Po tygodniu ją wyprowadzasz i wszyscy się cieszą jak się polepszyło.

Trudno o trafniejszą analogię. Jeszcze rano byłem tradycyjnie zestressowany nawałem pracy oraz zaległościami, a teraz luz, spokój i doskonały humor. Chociaż z drugiej strony głupio tak się cieszyć, gdy nieszczęście dotknęło naszego przyjaciela.

- No to Jarka zdrowie! – wznieśliśmy kieliszki z chilijskim winem

- Niech żyje długo i szczęśliwie!

Szczecin, 26.03.2011; 22:00 LT

niedziela, 20 marca 2011

Z ciekawością, ale i z niepokojem szliśmy na ten film. W reklamach pojawiały się animowane wstawki, więc zachodziła obawa, że dzieło będzie nieco infantylne. Jak to jednak zwykle bywa, rzeczywistość odbiega od reklamy i w tym przypadku okazała się lepsza.


Animowanych wstawek było w sam raz tyle, ile trzeba. Ani za dużo, ani za mało. Zacznijmy jednak od początku...

Chłopak przygotowujący się do matury ma teoretycznie wszystko, czego mu w życiu potrzeba. Chodzi do dobrej szkoły. Właściwie nie chodzi, kierowca go podwozi i odbiera o ustalonej godzinie. Bo jego zamożnych rodziców stać prawie na wszystko. Na studniowkę idzie z fajną dziewczyną i tam zaczyna się dramat.


Czasem aż trudno uwierzyć, jak z niewielkiego głupstwa rodzą się poważne problemy. Młodzież sobie popiła, języki się rozwiazują w przenośni i dosłownie, bo oto jedna z dziewczyn zaczyna opowiadać o jej doświadczeniach w całowaniu się z inną dziewczyną. Podchmielona grupa zaczyna domagać się pokazu, a ona na to, że owszem może to zrobić, ale pod warunkiem, że również i dwóch chłopaków zrobi to ze sobą. Padło na głównego bohatera i jego kolegę. Wśród śmiechów, aplauzu i nagrywających „event” telefonów komórkowych całują się namiętnie najpierw dziewczyny, a potem chłopaki.

Studniówka się skończyła i powróciła szarość codziennych lekcji, ale międy chłopakami pojawiło się jakieś ciche porozumienie, mowa gestów, spojrzeń, niby to przypadkowych muśnięć dłoni. Trudno powiedzieć, czy owa studniówkowa odrobina szaleństwa dodała im odwagi by ujawnić ukrywany wcześniej pociąg, czy też odwrotnie: ona właśnie ukierowała go nie w stronę dziewczyn, lecz kogos tej samej plci? Seksuolodzy twierdzą wszak, że pierwsze doświadczenia seksualne bardzo mocno wpływają na przyszłe zachowania w tej dziedzinie. W każdym razie coś zaiskrzyło, a że chłopaki razem ćwczyli judo, na jednym z treningów tak mocno zwarci ze sobą, że w końcu głównemu bohaterowi przytrafił się wytrysk. Spostrzega to przyjaciel i zaczyna się śmiać. Ten zaś, upokorzony, ucieka. Oczywiście nazajutrz nie idzie do szkoły. Co gorsza, na facebooku pojawiają się coraz bardziej niewybredne żarty, co oznacza, że wszyscy już wiedzą. Trzeba by miec niezwykłą siłę by przejść przez to z podniesioną głową. Bohater jest jednak tylko zwykłym człowiekiem, nie udźwignie takiego ciężaru. Zamyka się więc w sobie, nie chodzi do szkoły, lecz bezmyślnie surfuje po sieci raz po raz oglądając kolejne facebookowe kpiny. Przypadkiem trafia w sieci na dziewczynę o różowych włosach, która wprowadza go do „Sali samobójców”. To grupa skrzyknięta na jakims portalu, która uważa, że ich życie nie ma dalszego sensu i chcą je skończyć. Nie łączy ich żadna idea oprócz tej jednej. Każdy miał jakieś tam złe doświadczenia i to wystarczy. Spotykają się w sieci w scenografii z jakiejś gry komputerowej (i to są te animowane wstawki, wkomponowane w film bardzo udanie, nienachalnie). Oprócz tego on i dziewczyna rozmawiają dużo za posrednictwem komputera, ale już bez udziału tej gry. Dowiaduje się, że ona (jeżeli wierzyć w to co mówi) od trzech lat nie wychodzi z pokoju. Zamknęła się z komputerem i tylko przez niego kontaktuje się ze światem. Wkrótce to samo czyni i on. Gdy przez kilka dni nie opuszcza pokoju sprawa opiera się o psychiatrów.


W tym momencie mamy przepiękne portrety dzisiejszych pracocholików. Rodzice nie rozumieją psychiatry, który mówi, że nie da rady wyciągnąć z tego stanu chłopaka do matury, że potrzebny jest czas i ich cierpliwa współpraca. Oni przecież płacą, więc żądają tabletek, które załatwią sprawę szybko. Nie ten psychiatra to inny, w końcu jakiś się znajdzie...

Dziewczyna dowiaduje się o tym, więc zleca chłopakowi misję. Ma zdobyć te tabletki pod pretekstem zgody na leczenie, a potem jej je przekaże, by mogła się zabić. Długo przekonuje ją i innych z Sali Samobójców, że ich decyzja nie ma sensu, że powinni żyć i cieszyć się każdym dniem. Zakochał się chyba w tej dziewczynie, więc tym bardziej ją przekonuje, ale bezskutecznie. Ma przynieść tabletki w umówione miejsce gdzie spotka ją ten jeden jedyny raz w realu.

Klub. Dziesiątki a może setki ludzi tańczących do głośnej muzyki. Alkohol leje się strumieniami. Jakaś para całuje się w toalecie. Czas mija, a on dziiewczyny nie spotyka. Wyrzuca więc tabletki jedną po drugiej do toalety, aż nagle coś w nim pęka. Siada na sedesie i zaczyna łykać te pozostałe. Ot, chwilowy impuls, a może zwykła ciekawość, albo przekora...

Następna scena. W sieci, w znajomej już scenografii czekają na niego znajomi z Sali Samobójców. Nadchodzi jednak ktoś nowy. To matka chłopaka. Informuje ich, że popełnił samobójstwo. Avatary uczestników „gry” jeden po drugim znikają błyskawicznie. Najwyraźniej zszokowani kandydaci na samobójców jeden po drugim wyłaczają swoje komputery. Zostaje tylko dziewczyna o różowych włosach, lecz i ona jedynie przez chwilę. Z dzikim okrzykiem rozpaczy wypełza z pod stołu, pod którym tkwiła z komputerem i z ciemnego pokoju wybiega wprost na podwórze blokowiska. Wygląda koszmarnie, jak może wyglądać ktoś, kto od dawna siedział w kryjówce, nie dbając o siebie. Przez osiedle przebiega jej długi, niemalże zwierzęcy ryk ropaczy.

To bardzo poruszający film i myślę, że bardzo uniwersalny, który będzie trafiać do odbiorców na całym świecie. Splata się w nim kilka istotnych problemów. Jeden z najważniejszych to ogromna siła portali społecznościowych. Moc niczym energia atomu, która może być bardzo pomcnym narzędziem przy realizacji szlachetnych akcji, jak również może nieść totalną destrukcję użyta w złej intencji. Jeszcze nie poznaliśmy jej do końca, jeszcze się z nią oswajamy, ale każdy dzień niesie nowe dowody działania jej ciemnych i jasnych stron.

Doskonale zagrana jest tez scena uzależnienia od internetu, gdy główny bohater wpada w szał rozpaczy ponieważ zdesperowany ojciec wyrywa kable z gniazdka akurat podczas jego rozmowy z dziewczyną. Ojciec zapowiada, że koniec z internetem w ich domu, a chłopak niczym narkoman albo alkoholik na głodzie wyje z rozpaczy, miota się i błaga o włączenie go choć na chwilę. Oczywiście to są skrajne przypadki, ale przyłapałem się na tym, że podczas niedawnej awarii, gdy rano okazało się, że nie ma prądu w mieszkaniu, w pierwszej chwili nie pomyślałem o oswietleniu (da się przeżyć przy świeczkach) ani o lodówce (no, trudno), ani nawet o telewizji, lecz zdenerwowałem się na myśl, że rozpoczyna się weekend więc szanse na naprawę przed poniedziałkiem są mizerne, a nie będzie działać serwer i co gorsza, po paru minutach wysiądzie bateria laptopa. Pomijając czystą przyjemność z surfowania po sieci, internet zapewnia nam załatwianie coraz większej ilości codziennych spraw.

Inny wątek to brak czasu rodziców. Pogrążeni w zawodowych obowiązkach zapominają o domu. Wszystko odbywa się z notesem i na zegarek. Ustalają swój prywatny rozkład dnia podobnie jak spotkania w pracy. Ja mogę tego dnia o tej godzinie, a ty możesz tametgo o tamtej . Brakuje czasu na spokojną rozmowę i wspólny relaks. Sam tego doświadczam każdego dnia i coraz częściej puszczają mi nerwy gdy widzę destrukcyjne działanie ciągłego przesiadywania w pracy po godzinach, a jednocześnie jeśli się zmobilizuję i wyjdę, stress związany z mnóstwem zaległych spraw do załatwienia tylko się potęguje psując tę resztkę dnia, dla której biuro opuściłem.

No i wreszcie rzecz najważniejsza: „źle się dzieci bawicie” chciałoby się powiedzieć patrząc na lokatorów Sali Samobójców. Młodość to burza hormonów i związana z nimi hustawka nastrojów. Poznawanie świata, szczytne ideały i bezkompromisowość. Pewnie nie ma nastolatka, któremu gdzieś tam nie przemknęłaby przez głowę myśl, czasem tylko w formie niewinnej wizualizacji, samobójstwa. Gorzej jeśli taka idea wykiełkuje i niczym chwast zaczyna zagłuszać wszystko inne. Trudno wyobrazić sobie większą wartość i większą przygodę niż życie. Wszystko można w nim zmienić. Kiedy już się jest na samym dnie i nie ma się nic do stracenia, można po prostu ruszyć w dal przed siebie, na poszukiwanie nowego. Wszystko jest lepsze od unicestwienia, które nie niesie już żadnej nadziei. Przewrotnością losu w filmie traci życie ten, który z całej grupy był jedynym jego obrońcą. Wszyscy potencjalni samobójcy natychmiast uciekają w popłochu co jest zdrowym objawem, bo świadczy, że tli się w nich jeszcze instynkt życia, a chęć zabicia siebie była silna, dopóki mało realna. Tyle tylko, że wstrząs, który wyrwał ich z przedśmiertnego letragu kosztował niewyporażalnie drogo. A gdyby znalazły się tabletki i okazja, pewnie i ktoś z nich przeszedłby na tamtą stronę ni to z ciekawości, ni to dla zaimponowania przyjaciołom, trochę z żalu, ale przede wszystkim bezsensownie. Gdzieś po prostu tkwi granica, którą pod presją grupy przekroczyć łatwiej niż samemu. Każdy (a zwłaszacza nastolatek, bo w tym wieku potrzeba akceptacji grupy jest najsilniejsza) powinien sam sobie zawczasu postawić szlaban, zanim podszepty wezmą górę.

Mam nadzieję, że ten film nie przejdzie niezauważony na zbliżającym się Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.

Gdynia, 20.03.2011; 10:15 LT

sobota, 19 marca 2011

„Mówisz i masz”. Paulina wspomniała mi kiedyś, że chciałaby obejrzeć „Traviatę”, a tu Opera Bałtycka akurat umieszcza ją w swoim reprtuarze.


Oczywiście nie mogliśmy nie pójść. Dziewczyny zaopatrzyły się w chusteczki nie tylko z powodu kataru i nie tylko z powodu kataru były użyte. Ja nawet nie wiedziałem co się święci ponieważ jestem ignorantem w dziedzinie opery zupełnym (poza tym, że rozpoznaję kilka arii), a i na dodatek „Damy Kameliowej”, na podstawie której owo dzieło powstało róznież nie przeczytałem.

Pomyślałem, że będę jak ów bohater filmu Allena „Drobne cwaniaczki” (grany zresztą przez niego samego) podczas pobierania lekcji malarstwa:

- Czym róznią się te dwa obrazy? – pyta jego nauczyciel

- Tamten ma większe ramy (?) – odpowiada niepewnie uczeń

Pamiętam swoje wyjście na „Straszny Dwór” i ogromną frustrację, ponieważ w ogóle nie byłem w stanie usłyszeć libretta. To, znaczy słyszałem je, ale bez zrozumienia – nie byłem w stanie rozpoznać tekstu, lecz jedynie samą melodię.  Obawiałem się, że tym razem będzie podobnie. A tu niespodzianka. Opera śpiewana jest w oryginalnym, włoskim języku, a tłumaczony na polski tekst wyświetlany jest na elektronicznej tablicy ponad sceną. Doskonały pomysł.

I już na samym początku jedna z najsłynniejszych arii w historii opery w ogóle. „Pijmy za zdrowie miłości”. Słuchać nagrań to jedno, ale na żywo to przeżycie szczególne.

Jedna z najsłynniejszych paryskich prostytutek podupada na zdrowiu. Jej klientela przypomina sobie o  niej dopiero przy kolejnym spotkaniu, lecz jest jeden, który intersował się stanem jej zdrowia przez cały czas. Jeden, który ją kochał i pragnął poślubic.


Wiedli szczęśliwe życie na prowincji, które kosztowało wszystkie oszczędności tej kobiety. Jej kochanek, gdy przejrzał na oczy i zrozumiał, że z miłości dla niego straciła cały majątek rusza do Paryża po zastrzyk finansowy, ale w tym czasie do domu przybywa jego ojciec z żądaniem zerwania owego hańbiącego rodzinę związku. Była prostytutka odmawia, lecz wtedy ojciec prosi ją i błaga ponieważ to jedyna możliwość by jego córka, a siostra kochanka szczęśliwie wyszła za mąż. Ulega więc w końcu i zrywa z ukochanym. Oczywiście wszsytko wyjaśnia się pod koniec ostatniego aktu, kiedy to i skruszały ojciec, i jego syn a jej kochanek przybywają gdy ona leży już na łożu śmierci. Miłość zdawała się zwyciężyć, chociaż kochankom nie dane było już się nią nacieszyć. Po spektaklu powiedziałem, ze jak dla mnie to zakończenie było zbyt lukrowate. I wtedy dowiedziałem się, że w „Damie Kameliowej” wszystko bylo inaczej i bardziej życiowo. Ale też tamta powieść oparta była na prawdziwej historii (na fakatach, jakbysmy to dzis powiedzieli).

Niesamowite, że ten elitarny zdawałoby się gatunek sztuki w czasach rozkwitu muzyki pop, jest w stanie zgromadzić na widowni komplet widzów. Obejrzeliśmy „Traviatę” tylko dlatego, że na parę dni przed spektaklem w kasie było kilka biletów ze zwrotów. A na widowni przekrój wiekowy niezwykły: od  bardzo licznie reprezentowanej młodzieży (nie były to wyjścia szkolne, bo nie byly to grupy lecz malutkie grupki przyjaciół bądź pojedyńcze pary), poprzez średnie pokolenie i niemałą rzeszę staruszków.

Pamiętam, jak na tym samym blogu gdzies w jego początkach opisywałem swoją jazdę samochodem i umęczone uszy muzyczną sieczką jaką moje dzieciaki podczas drogi mi serwowały. Minęło kilka lat i córka wyciąga mnie na operę, dyskutujemy razem o Cohenie, a syn z przyjaciółmi słucha moich starych płyt winylowych. Wszystko ma swój czas i potrzeba jedynie cierpliwości.

Sopot, 19.08.2011; 16:50 LT

Zapaliły się światła na widowni, spojrzałem na Anioła i dlugo wpatrywałem się w jej oczy. A potem wybuchnęlismy śmiechem i był to pierwszy, prawdziwie spontaniczny śmiech od dwóch godzin. No, może przesadziłem. Było kilka scen podczas których uśmiechnęliśmy się, i kiedy przez widownię także przeszedł szmerek chichotów. Nie był to jednak z pewnością najlepszy filmy Woody’ego Allena, jak sugerowała gdzieś jedna z pań recenzentek.


Może niepotrzebnie oczekujemy od tego reżysera, że zawsze będzie nas bawić do łez, podczas gdy on chce przekazać coś poważniejszego? Przyzwyczaił nas jednak przez lata do swojego specyficznego poczucia humoru i wielu tak jak i my idzie do kina w ciemno „na nazwisko”, nawet nie wiedząc o czym jest dany film.

Ten film zaś przypomina bardzo dwa poprzednie. Charakterystyczny sposób narracji jest niemalże identyczny jak w „Vicky, Christina, Barcelona” i przyznam, że nie bardzo mi odpowiada, bo przypomina trochę bryk, streszczenie historii, zamiast opowiedzenia jej w całości. Akcja zaś to jakby wariacja na „Co was kręci, co was podnieca”. Tam nieco zdziwaczała rodzina i jeszzce bardziej zdziwaczały emeryt poszukują swojego nowego życia, a tutaj bardzo podobnie, lecz z odwrotnym skutkiem. Tam wszystko kończy się jak w dobrej bajce („i żyli długo i szczęśliwie”), a tutaj na odwrót – wszyscy miotają się w złudzeniach i intrygach otrzymując jedynie kolejną porcję rozczarowania i zwątpienia.

Mąż, niespełniony pisarz (po pierwszym sukciesie przyszło wypalenie i kolejne klapy pisanych pod coraz większą presją powieści) odsuwa się od żony, która pragnie wreszcie jakiejś stabilizacji i zwraca się ku pięknej nieznajomej z okna naprzeciwko.


Żona romansuje ze swoim szefem, lecz dziwny to związek, który rozpadł się zanim jeszcze na dobre się zaczął.


Zakręcona teściowa pisarza jest pełna frustracji po tym, jak porzucił ją mąż, rozpaczliwie chcący powstrzymać oznaki starzenia się. Ów mąż uprawia sport, dba o wygląd, aż w końcu podrywa piękną aktoreczkę, która okazała się byc panią niezbyt purytańskich obyczajów i była zainteresowana przede wszystkim portfelem amanta. Teściową z kolei z rozpaczy wyciąga córka do spółki z mężem pisarzem, wynajmując wróżkę, która ma odsłaniać przed frustratką świetlaną przyszłość, z poznaniem nowej miłości włącznie. Kobieta jest zachwycona profesjonalizmem pani od tarota i próbuje przeszczepic na grunt rodzinny zasłyszane podczas seansów śmiałe teorie. I choć wszsycy załamują ręce nad jej zaślepieniem, żeby nie powiedzieć głupotą, to właśnie ona na koniec odnajduje swojego „bruneta”.


Jej były mąż po opróżnieniu konta nie ma już wielkich szans o aktoreczki. Zresztą sam chyba doszedł do wniosku, że czasu nie da się zatrzymać. Żona pisarza zostaje sama, a pisarz pomimo, że przenosi się do pięknej nieznajomej to i tak spokoju nie zaznaje. Przy okazji mamy okazję obejrzeć jedną z najlepszych scen tego filmu, kiedy ów mężczyzna juz z nowego lokum poatrzy w okna naprzeciwko i podgląda rozbierającą się kobietę. To są okna jego byłego domu, a tamta pani to jego żona.

Zastanawiałem się co rózni bohaterów „Co was kręci, co was podnieca” od obecnych. Wydaje mi się, że tamci wszystko zdobywali niejako wbrew oczekiwaniom. Zdziwaczały naukowiec doskonale zdawał sobie sprawę z ograniczeń swojego wieku, co nie przeszkodziło mu zaznać szczęścia najpierw u boku niezbyt rozgarniętej choc urodziwej Melody, a potem u poważniejszej choć takze atrakcyjnej pani. Rodzice Melody, sfrustrowani życiem niespodziewanie zrzucają nałożone sobie ograniczenia tłumiące ich pasje i odkrywają uroki życia na nowo, w znacznie większym wymiarze. Możnaby rzec – nadrabiają stracone lata. W najnowszym filmie zaś odwrotnie – wszyscy rozpaczliwie szukają, lecz na próżno. Zwycięża jedynie wiara, że ma się przecież jak nie to, to następne życie, więc prędzej czy później się uda. W tym przypadku (teściowa) udało się najprędzej.

Ciekawy splot historii do przedyskutowania wieczorem po seansie i do zastanowienia się nad kolejami losu jeszcze przez następnych parę dni. Jednak poza poprawnościa opowieści niewiele tam rzeczy, które utkwiłyby w pamięci na długo. Zakończenie trochę zaskakuje, ale też mizerne jak na tak uznanego twórcę. No ale cóz, nie można przez cały czas być na topie. Każdy artysta miewa wzloty i upadki.

Sopot, 19.08.2011; 15:50 LT

 
1 , 2