Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
niedziela, 28 marca 2010

Dawno temu, gdy oceany skutecznie odgradzały mnie od dziwactw atmosfery biura, czytywałem czasami komiksy z serii „Dilbert”.  Te kiluobrazkowe historyjki w krzywym zwierciadle przedstawiające biurowe życie wydawały mi się bardziej fantazją autora niż rzeczywistością.

Im dłużej jednak spędzam czas ślęcząc nad raportami, rozliczeniami, porównaniami, e-mailami, każdego dnia zasypiając w poczuciu niespełnionego obowiązku i każdego dnia wysłuchując od szefa, że „panowie, jak w ten sposób będziemy robić to lepiej od razu zamknijmy te firmę”, z coraz większym uznaniem patrzę na tę w zwięzły sposób portetowaną hydrę biurokracji. Biurokracji rozumianej dość szeroko – nie tylko jako mozolne wypełnianie rubryczek, lecz jako atmosfery panującej w biurach w ogóle. Pociesza mnie tylko myśl, że z owych historyjek wynika iż inni nie mają lepiej, a często wręcz gorzej.

Remont na stoczni to (przynajmniej w naszym wydaniu) wyzwanie przede wszystkim kondycyjne. Od śniadania do wieczora biega się po całym statku od komina po zenzy. Temu pokaż to, temu tamto. Ten chce wyjaśnić jakąś wątpliwość, a tamten pyta kiedy przyjdą części. Ten odkrył jakąś nową usterkę, a tamten informuje o cenie za remont która o dwieście procent przekacza granicę zdrowego rozsądku. Kiedy już  wreszcie wydaje się, że można siąść do raportów i człowiek chyłkiem przemyka bocznymi korytarzami, żeby nie natknąć się na czyhających w meeting roomie stoczniowców, pianie koguta obwieszcza kolejny telefon i konieczność omówienia następnej sprawy. Znienawidzę koguty, bo ustawiłem sobie dzwonek telefonu na ten dźwięk i „kukuryku” wydobywa się z mojej kieszeni bez przerwy. Znienawidzę też sakramentalnego „where are you?”, które rozpoczyna każdą rozmowę i oznacza, że jeśli ja nie podejdę do rozmówcy, to on przyjdzie do mnie. A przecież nie zawsze dobrze słychać w tych stalowych pudłach, a akurat w stoczni zasięg jest nienajlepszy. Pamietam, że kiedyś kilka razy rozłączało moją rozmowę z szefem.

W tym kociokwiku często trudno znaleźć czas by w spokoju pójść do toalety. Czy w takim przybytku powinno się odbierać telefony? Chyba nie, ale czasami poczucie obowiążku bierze górę. Kolejne „kukuryku” zastaje mnie więc na desce klozetowej. Znów dyrekcja dzwoni.

- Słucham.

- No, wreszcie pana dobrze słychać – z zadowoloniem oraz pewną nutką wyrzutu, że wcześniej było nie tak jak być powinno wita się dyrekcja – Gdzie pan jest?

Zażenowany niezręczną sytuacją wymyślam coś, ale chyba jestem mało przekonujący. Dyrekcja jest zbyt czujna by nie wyczuć nutki fałszu w moich zeznaniach, ale nie daje tego po sobie poznać. Ja zaś zastanawiam się nad niezbadanymi prawami fizyki, które sprawiają, że obudowana ze wszech stron ciasna klatka toalety zadziałała jak wzamacniacz sygnału, który na otwartym pokładzie był ledwie wyczuwalny.

Mam nad sobą oczywiście kilku szefów, ale z dwoma przyszło mi pracować teraz. Mój bezpośredni przełożony czuwa nad moją pracą z Polski. Z wizytą w stoczni zaś pojawił się szef nieco dalszy. Ot przejeżdżał w sprawach służbowych i postanowił skorzystać z okazji i nas odwiedzić. To wystarczyło by wyprowadzić mnie z równowagi ostatecznie. Szefowie ci bowiem mają dwie odmienne strategie zarządzania. Jeden preferuje oszczędność, oszczędność i jeszcze raz oszczędność. Właściwie ideałem stoczni dla niego byłaby tylko keja, przy której załoga mogłaby wszystko zrobić sama, najlepiej z odzyskanych gdzieś materiałów. Przyświeca mu życiowa zasada, że „oszczędnością i pracą ludzie się bogacą”. Drugi wierny jest ekonomicznej zasadzie, że tylko bogaci i niegospodarni mogą sobie pozowlić na kupno taniego badziewia. Jeśli chcesz do czegoś dojść, to kupuj rzadziej, ale z najwyższej półki. Moja praca, jak każdego podwładnego polega na stosowaniu się do wskazówek przełożonych.

Przed wyjazdem otrzymałem mnóstwo  instrukcji na temat scisłego przestrzegania budżetu. Żadnych fanaberii, pełna kontrola, a przede wszystkim konsultacje z dyrekcją, która co prawda, darzy mnie zaufaniem, ale woli sama sprawdzić najpierw. Żeby  było łatwiej Dyrekcja Oszczędna odwiedziła mnie na początku stoczni i udzieliła paru rad oraz wytknięć tam, gdzie jej zdaniem sięgałem do skarbonki zbyt mało roztropnie. Oszczędząłem, pilnowałem, ale pieniądze ciągle gdzieś uciekały. Stoczniowcy, cholera, nawet w Chinach nie chcą pracować za pół darmo.

I wtedy przybył będący akurat przejazdem w Szanghaju Dyrektor Rozrzutny. Obejrzał statek, potem specyfikację remontową i zapytał z wyrzutem:

- Dlaczego używacie takich tanich farb?

- Żeby oszczędzać.

- Oszczędzać na farbach? A za rok wyjdzie rdza! Natychmiast zmienić i kupić droższe!

- A podnośniki? Dlaczego tylko tyle remontujecie?

- I tak już za dużo na nie wydaliśmy.

- Jak to za dużo? Teraz, w Chinach, za dużo? Mein Gott! To za ile będziecie remontowac potem? Dawać do remontu wszystkie!

Aż tak osłabionego instynktu zachowawczego nie posiadam. Przeciez sam nie będę sobie zakładać pętli na szyję! Dyskretnie powiadowiłem Dyrektora Oszczędnego o planowanych akcjach.

- To my planowaliśmy budżet – odpowiedział – i my za niego odpowiadamy. Z Dyrektorym Rozrzutnym proszę nie wdawac się w dyskusje. Wysłuchać, ale robić swoje.

Żeby nie było wątpliwości kto tu rządzi, zadzwonił następnego dnia i zbeształ mnie okrutnie za to, że shipchandler ma zbyt duże ceny na materiały wyposażenia kabin, a w mojej specyfikacji remontowej te rzeczy zajmowały jego zdaniem zbyt wiele miejsca.

Nic dziwnego, że nazajutrz zdołowany przyszedłem na statek.

- To kiedy będziecie zakładać nawiewniki powietrza z klimatyzacji? – zapytał przy śniadaniu wizytujący nas dyrektor.

- Nie będziemy wcale. Dyrektor Oszczędny skreślił. Za drogo. Mówił, że kupi taniej w Castoramie.

- Mein Gott! Nie możecie nie zakładać. Jak teraz nie założycie to kiedy? W Chinach najtaniej.

- Ale ja nie będę się wykłócać! Też wiem, ze potrzebne, ale jak nie to nie! Chcę mieć odrobinę spokoju – odparłem wściekły.

Dtrektor Rozrzutny spojrzał na mnie z zatroskaną, ojcowską miną i po chwili namysłu rzekł:

- Czasem trzeba nadstawić karku. Taki ochrzan to przecież dla dobra kompanii. Wysłuchaj, nie dyskutuj i rób tak, żeby było dobrze dla kompanii.

Zgodnie ze wskazówką udzieloną przez Dyrektora Oszczędnego nie polemizowałem z tym stanowiskiem. Wziąłem je jednak sobie do serca i poczułem się zobligowany nie dyskutować zbytnio również z Dyrektorem Oszczędnym, lecz po prostu działać.

Przez moment poczułem się nieco zagubiony i otumaniony. To co ja wkońcu mam robić? Zastanowiłem się głebiej i nagle wielkie słońce zaświeciło mi nad głową. Wolność! Moge robić to co chcę i nie będzie to juz błędem. Nadstawię kark, ale to przeciez dla dobra kompanii

Spojrzał na ogromną twarz. Zajęło mu czterdzieści lat, nim odkrył, jaki to uśmiech kryje się pod czarnym wąsem. Och, cóż za okrutna, niepotrzebna pomyłka! Och, cóż za upór i arogancja nie pozwalały mu się przytulić do miłującej piersi! Dwie pachnące dżinem łzy spłynęły mu wolno po policzkach. Ale wszystko już było dobrze, wreszcie było dobrze; walka się skończyła. Odniósł zwycięstwo nad samym sobą. Kochał Wielkiego Brata.

 

Jiangyin, 28.03.2010; 22:15 LT

sobota, 20 marca 2010

Wiosna, ta kalendarzowa, już prawie jest, a wczoraj zrobiło się tak ciepło, iż nie było wątpliwości, że zima już chyba się poddała. Było dobrze ponad dwadzieścia stopni i po raz pierwszy poczułem dyskomfort, że ubrałem się za ciepło. To samo w hotelu. Rano po raz pierwszy nieprzymuszony wyłączyłem grzejnik.

Przed moim hotelem zakwitły niedawno pierwsze drzewa. Wystarczyło kilka cieplejszych dni. Tak jakby też nie mogły się doczekać końca długiej, tegorocznej zimy.

Wiosna

A wczoraj wieczorem, wracając z pracy, kupiłem truskawki. Nieważne, że przyjechały z jakichś południowych prowincji. Zapchniało już nawet nie wiosną lecz latem...


Jiangyin, 20.03.2010; 07:15 LT

środa, 17 marca 2010

Pilot doprowadzający nas do kei wpadł na chwilę ze skrzydła na mostek rozcierając gwałtownie ręce.

- Ku! Ku! Ku! – wysapał do nas z uśmiechem.

Chyba miało to oznaczać „cool”, sądząc po zimnie, które dokuczało nam wszystkim.

Z północy, gdzieś znad Syberii wiał silny, mroźny wiatr.

Kiedy wyjeżdżałem z domu sprawdziłem pogodę w internecie. Temperatura minimalna plus osiem, maksymalna plus dwadzieścia stopni Celsjusza. No to już wiedziałem co usunąć z przepełnionej walizki, która nie bardzo chciała się domknąć. Przecież nie książki, ani nie płyty CD. No i broń Boże nie statyw do aparatu. Padło na kurtkę, bo z prognozy wyraźnie wynikało, że w Jiangyin zaczęła się wiosna. Dlatego też wyjąłem grubą bluzę i zamieniłem ją na kilka koszul z krótkim rękawem.

Teraz miałem ochotę „kukać” razem z pilotem. W zacinającej śniegiem z deszczem wichurze podążąłem w jedynym pulowerze i pikowanej kamizelce do bramy stoczni, za którą znajdowały sie sklepy. Po dwudziestu minutach marszu byłem na miekscu, a drżąca z zimna żuchwą mało nie powybijała mi zębów. Nawet nie zastanawiałem się zbytnio nad fasonem. Byle była ciepła!

W hotelu to samo. Nie jest to budynek stawiany według standardów zimowych. Przesuwane okna z pojedyńczymi szybami były swietnym wymiennikiem ciepła. Odnosiłem wrażenie, że większość kalorii wyprodukowanych przez pokojowy grzejnik uciekała przez to okno. W nocy spałem w skarpetach, w tym jedynym pulowerze i pod dodatkowym kocem.

A po jakimś czasie wszystko odmieniło się z dnia na dzień. Najpierw chuchając w dłonie przemykalismy chyżo po zamarzniętych kałużach, by z kolejnymi godzinami odczuwać (wraz ze zmianą kierunku wiatru) powiew wiosny z południa. I tak już, odpukać, zostało do dziś.

Nie miałem złudzeń, że znów czeka mnie tu codzienna harówa i przebieżki po zbiornikach. Nie pomyliłem się, bo nie mogłem. Wracałem zmęczony do hotelu na krótki sen, by wstawać przed świtem i walczyc do śniadania z biurokracją. Na statek zabierałem laptopa, lecz na ogół się nie przydawał. Gdy tylko pojawiłem się w zasięgu wzroku chińskich kooperantów, natychmiast biegli z mnóstwem pytań. Pokaż to, zamarkuj tamto, jak zrobić owo? I tak bez końca. Latałem z nimi jak kot z pęcherzem, przyglądałem się bezradnie rosnącym biurokratycznym zaległościom, by opuścić statek gdzieś około dziewiętnastej z jedną tylko myślą: „położyć się spać jak najszybciej”. Oczywiście tego planu nie zrealizowałem nigdy, bo po prostu życia szkoda. Oznaczałoby to, że zredukowałbym je do pracy i snu, więc po co do cholery to wszystko?

Pracując, mogłem jednak przyglądać się temu co dzieje się dookoła, a działy się w moim mniemaniu rzeczy ciekawe. Po naszej prawej burcie stały na kei moduły statku. Nowoczesne stocznie juz od dawna nie budują kadłubów tradycyjna metodą, wznosząc na pochylni kawałek po kawałeczku. Jak stocznia długa i szeroka, każdy niemalże skrawek miejsca wykorzystuje się na spawanie poszczególnych sekcji, które składane są w większe moduły, a te z kolei w jeszcze większe. Zawsze jestem pełem podziwu, że wszystko im tam potem do siebie pasuje. Bo przecież te moduły zawierają masę drobiazgów: rury, rurki drabinki i.t.d. Wszystko kończy sie w pewnym momencie jak nożem uciął, a kontynuowane jest w następnym kawałku tworzonym gdzies w zupełnie innym rejonie stoczni.

Takie kawałki poszatkowanego statku stały sobie teraz na naszej kei.

Chengxi 08

Kiedyś uczyłem się o konstrukcji statków z podręczników zawierających rysunki rozmaitych przekrojów. Teraz miałem wszystko w 3D (a nawet 4D) i w dodatku w skali 1:1.

Pod spoczywające na kilblokach fragmenty statku podjeżdżały na szynach niewielkie wózki z silnymi podnośnikami. Kilka, albo i kilkanaście jednocześnie. Synchronicznie unosiły powoli daną sekcję i tak samo synchronicznie odjeżdżały w kierunku krańca kei, gdzie czekał potężny dźwig pływający o nośności 1600 ton! Ten bez problemu podnosił wielki ciężar i spokojnie z pomoca holowników odpływał w kierunku doku. Jedenatsego marca ustawił tam pierwszą sekcję.

Chengxi 07

Pięć dni później zabierał ostatnią – dziób nowego statku.

Chengxi 09

To było ledwie wczoraj, a dziś statek już miał na złożonym w doku kadłubie zainstalowaną nadbudówkę oraz dźwigi. Tempo imponujące.

Chengxi 04

W okolicach mostka widac było świeżo namalowaną jego imię: „Shaadi”.

Po naszej lewej stronie, na pobliskiej pochylni budowano statek „Yin Ping”. I własnie dziś wypadło wodowanie. Kiedy wracałem ze stoczniowego biura, mogłem mu sie przyjrzeć z bliska.

Chengxi 05

Statek stał gotowy do ceremonii, świeżutki, a na pochylni rozwijano właśnie czerwone dywany i ustawiano krzesła dla gosci.

Chengxi 01

Żałowałem, że nie mogłem przyglądać się wszystkiemu dłużej. Urodziłem się w portowym mieście, tam kształciłem się w morskim kierunku, a jakoś nigdy nie udało mi się obejrzeć wodowania na żywo.

Chengxi 06

Zajęty obowiązkami na swoim statku, oderwałem się od nich na chwilę gdy usłyszałem fajerwerki. W tym samm momencie ujrzałem zjeżdżający po pochylni kadłub. Wdarł się z impetem na rzekę, rozganiając przepływające w pobliżu barki. Nikt tu ruchu nie wtsrzymuje, bo i po co? Zresztą może i dobrze, bo natychmiast utworzyłby się na Jangcy gigantyczny korek.

Chengxi 02

Holowniki podpłynęły, by łapać bezwładny kadłub. Wśród nich zaś uwijało się mnóstwo małych łódek. Z początku myślałem, że tak wiwatują, lecz zaraz potem zauważyłem, że zajęci są wyławianiem czegoś z wody. Wtedy zorientowałem się, że to przecież znani mi już złomiarze. Ale złom podczas wodowania? Spytałem znajomego stoczniowca, o co tam chodzi?

- Drewno. Wyławiają kawałki drewna użyte podczas wodowania – wytłumaczył.

Z wszystkiego się można utrzymać. Ze zbierania drewna także.

 

Jiangyin, 17.03.2010; 22:20 LT

piątek, 12 marca 2010

Wszystko co dobre, niestety szybko się kończy. Ani się obejrzeliśmy, a nadeszła środa i trzeba było zbierac się do wyjazdu. Pole lodowe też już zupełnie oderwało się od brzegu i odpłynęło w siną dal. Tak jakby było tu wyłącznie po to, by nam uprzyjemnić pobyt.

Miedzyzdroje 13

Po śniadaniu poszliśmy jeszcze na kilka minut do sauny i na kilka minut na basen, a potem już trzeba było włączyć trzeci bieg, żeby wyrobić się do południa, kiedy kończyła się doba hotelowa.

W  baku były jakieś nędzne resztki, więc po odjeździe z hotelu najpier trzeba było znaleźć jakąś stację benzynową. Była na rogatkach od strony Świnoujścia. Uzupełniliśmy paliwo, zaopatrzylismy się w wodę mineralną i kawę na drogę, po czym ruszyliśmy. Jeszcze raz przez Międzyzdroje, a potem na Dziwnów, wzdłuż wybrzeża.

Niedługo potem dotarliśmy do Trzęsacza i tam zrobiliśmy przystanek, aby obejrzeć słynny kościół, a raczej to, co z niego zostało.

Trzesacz 05

Mało gdzie w tak dramatyczny sposób przedstawiona jest niszczycielska działalność morza. Aż trudno w to uwierzyć, ale kościół ten został zbudowany (na przełomie XIV i XV wieku) blisko dwa kilometry od brzegu. Rok po roku, metr po metrze żywioł drążył klifowe wybrzeże i kolejne fragmenty skarp osuwały się w wodę. W 1750 roku odległość od krawędzi klifu wynosiła 58 metrów i wtedy rozpoczęto bezskuteczne próby powstrzymania żywiołu. W 1868 roku pozostał już tylko 1 metr i stało się jasne, że dla świątyni nie ma już ratunku. Poniższe zdjęcie (z Wikipedii) przedstawia stan z 1870 roku.

Plik:RuinyKosciolaWTrzesaczu02.jpg

2 marca 1874 roku odprawiono tam ostatnie nabożeństwo, a w 1901 roku runął w dół pierwszy fragment.  W morską toń wpadał również tamtejszy cmentarz. Ponoć przez jakiś czas morze wyrzucało potem na brzeg kości pochowanych tam ludzi.

Kiedy zachował się już tylko część południowej ściany, rozpoczęła się heroiczna walka o jej uratowanie. W 1973 i 1975 kolejne zawały. Próbowano umacniać klif, lecz na próżno. Po upadku połowy zachowanej ściany w 1994 roku wydawało się, ze dni i tego, ostatniego fragmentu są już policzone. Wtedy postanowiono sięgnąć po radykalne środki. Beton. Nim umocnono dolną część klifu, lecz czy to wystarczy? Czy walka została już wygrana? Wydaje mi się, że nie.

Trzesacz 01

Kiedy dobrze się przyjrzeć, widać, że brzeg wokół tego chronionego odcinka zdążył juz cofnąć się wyraźnie. Na oglądanych przeze mnie zdjeciach z lotu ptaka, ta tendencja widoczna jest szczególnie wyraźnie. Jak tak dalej pójdzie, to za kilkanaście albo kilkadziesiąt lat ów niezwykły zabytek pozostanie samotny otoczony przez atakujące go z trzech stron wody Bałtyku. Kto wie, może nawet zamieni się w wyspę? Oczywiście pod warunkiem, że ludziom starczy determinacji, by nadal go chronić. Przecież równie spektakularnie mogą być wtedy pochłaniane inne zabudowania Trzęsacza. Najbliższe z nich są wszak odległe od kościoła zaledwie o kilkadziesiąt, góra sto metrów.

Pod klifem lodowa skorupa trzymała jeszcze się mocno.

Trzesacz 02

Była wyjątkowo gruba.

Trzesacz 04

Śniegu tej zimy jednak naoglądaliśmy się już dość, więc wróciliśmy do samochodu i ruszyliśmy w dalszą drogę, przez Trzebiatów do Kołobrzegu. Tam zaplanowaliśmy kolejny przystanek.

W restauracji przy promenadzie zjedliśmy obiad. Porcje były tak ogromne, że ledwie daliśmy im radę. A trzeba przyznać, że w parze z ilością szedł też ich smak. Na nieszczęście (a może szczęście – sam juz nie wiem) zawczasu zamówiliśmy deser. Lody wytwarzane tam właśnie. Poezja smaku i katusze żołądka, który wydawało się, że pęknie lada moment. Było to jedno z najciekawszych doznań kulinarnych podczas tego wyjazdu. Mam na myśli wrażenia estetyczne i smak, a nie pełny brzuch. Na dodatek to wszystko odbywało się w scenerii zachodzącego gdzieś za kołobrzeską latarnią słońca.

Kolobrzeg 01

I wracających z połowu rybaków...

Kolobrzeg 02

W restauracji było niewielu Polaków. Dominował raczej język niemiecki. Kiedy szykowaliśmy się powoli do zapłacenia rachunku i dokładaliśmy zwyczajowy napiwek, do naszych uszu dotarła rozmowa naszych teutońskich sąsiadów. Przyszli tu zdaje się na kawę i jakieś ciastko i podobnie jak my zbierali się do wyjścia. Dystyngowany pan instruował swoją małżonkę.

- Ja idę do toalety. Położyłem na stole trzydzieści zloty. Rachunek jest na dwadziescia siedem. Uważaj, żeby cię nie oszukała.

Dobrze, że ja z toalety właśnie zdążyłem wrócić, bo ani chybi puściłbym pawia słysząc ten wywód.

Poszliśmy na spacer wzdłuż plaży i na pobliskie molo. Gdyby przyznawano jakie s odznaki turystyczne, za wizyty na molach to podczas tego kilkudniowego wypadu zdobylibyśmy przynajmniej popularną. Inna sprawa, że wyglądało na to iż jest to ostatnie molo na wschód przed tym w Orłowie, więc spokojnie z Kołobrzegu mogliśmy odbijać na Koszalin i kierowac się prosto na Trójmiasto. Hm, chyba jeszcze w Jastarni jest jedno. Byliśmy na nim podczas wichury w okolicach sylwestra 2006 roku.

Tymczasem spacerując po molo kołobrzeskim, moglismy podziwiać nadwyrężone już przez falujące morze i pekające stopniowo tafle lodu, które wzięły we władanie ptaki.

Kolobrzeg 04

Na jakimś niewielkim kawałku kry, dryfowały sobie walentynkowo dwie kaczki.

Kolobrzeg 03

Ludzie trzymali się już zdecydowanie zdala od poszarpanej krawędzi lodu, wybierając stabilną i bezpieczną plażę.

Kolobrzeg 05

Ptaki jakby o tym wiedziały. Wrony (a może gawrony) chyba z całego Kołobrzegu zleciały się na nocleg na lodowych taflach, które teraz wyglądały tak, jakby na bielutkim śniegu ktoś rozsypał grudki węgla.

Kolobrzeg 06

Kiedy opuszczalismy promenadę zauważylismy interesującą reklamę pewnej smażalni, która oferowała m.in. „świeżonkę”. Dręczy mnie niepewność co kryje się pod ta nazwą. A wystarczyło wejść i zapytać.

Kolobrzeg 07

Pojechaliśmy dalej. Zapadł zmierzch, oddaliliśmy się od Bałtyku, w aucie panowało przyjemne ciepło, więc nie kusiło już nas, by zatrzymywac się gdzieś jeszcze. Tym bardziej, że i godzina robiła się późna. Minęliśmy Koszalin, Słupsk, Lębork, Bożepole Wielkie i zaraz potem ze szczytu wzgórza, przed zjazdem w dół zobaczyliśmy morze świateł rozpoczynającej się Wejherowem trójmiejskiej aglomeracji. Właściwie sześciomiejskiej, bo najpierw t.zw. Małe Trójmiasto czyli Wejherowo, Reda i Rumia, a potem już Trójmiasto właściwe. Uwielbiam te światła oglądane z góry. Ilekroć wracam do Gdyni i je widzę, wydaje mi się, że jestem już prawie w domu, aprzeciez to jescze dobre trzy kwadranse jazdy.

W radiu niedługo miała rozpocząć się transmisja z biegu narciarskiego, w którym Justyna Kowalczyk zdobyła srebrny medal olimpijski (ale finisz oglądałem już w domu na ekranie telewizora). Słuchaliśmy jedynej w swoim rodzaju narracji wykonaniu redaktora Zimocha. Ten radiowy komentator  w budowaniu nastroju nie ma sobie równych. I chociaż nieraz wybucham śmiechem słuchając jego kwiecistych porównań, to właśnie dla nich i tego pełnego emocji przekazu uwielbiam go słuchać. A już chyba do legendy polskich transmisji przeszł jego pełen sportowej wściekłości krzyk pod adresem sędziego w dziewięćdziesiątej trzeciej minucie pojedynku Widzewa Łódź z Broendby Kopenhaga: „Turku, kończ ten mecz!”

http://patrz.pl/mp3/szalony-komentator 

Skończył się nasz urlop i następnego dnia rano rozpoczęła się codzienna, biurowa orka.

Morze Wschodniochińskie, 05.03.2010; 00:10 LT

czwartek, 11 marca 2010

Potem przez Ahlbeck wróciliśmy do Świnoujścia, tak samo zaśnieżonego.

Swinoujscie 01

Tam długo szukaliśmy jakiegoś fajnego miejsca do zjedzenia kolacji. W końcu się udało i okazało się, że warto było szukać. Nie dość, że przyjemna karczma z najprawdziwszym kotem śpiącym leniwie na krześle koło grzejnika, to jeszcze porcje smaczne i zarazem ogromne. Całe szczęście, że nie jedliśmy nic w Herringsdorfie, bo inaczej nie dalibyśmy rady tego zmóc.

Syci moglismy jeszcze trochę pobuszować po Świnoujśćiu. Lewym brzegiem, wzdłuż dawnych terenów wojskowych mijaliśmy kolejne, niedostępne kiedyś forty. O tej porze roku i dnia również były nieczynne, więc tylko rzuciliśmy na nie okiem. Wkrótce doszliśmy na sam brzeg Świny, dokładnie narzeciwko latarni morskiej. W zamglony wieczór jej światło kreśliło smugi w postaci wycinków koła. Nie trzeba byłoby spoglądać na mapę albo do spisu świateł, bo wprost z nieba dałoby się odczytać charakterystykę wysyłanego przez nią sygnału.

Swinoujscie 02

Był już późny wieczór gdy dotarliśmy do przystani promowej w Karsiborze. Musieliśmy poczekać na odpływający o dwudziestej trzeciej prom. Pomimo śnieżnej, mroźnej, wietrznej zimy za oknem, w aucie było ciepło i przytulnie. Z przymkniętymi oczami słuchaliśmy sączącego się z radiowych głośnikow reportażu o Żelazowej Woli. Mój Anioł opowiadał mi potem jak piekny jest tam park i jak niezwykle brzmi w tamtym miejscu muzyka Chopina. Nigdy w swoich wędrówkach nie udało mi się tam trafić. Może któregoś weekendu, na wiosnę, albo latem...?

Parking przed hotelem wyraźnie opustoszał, co oznaczało, że inni walentynkowi goście już odjechali. Fajnie, że my jeszcze nie musieliśmy.

Rano przełom. Dosłowny. Wielkie pole lodowe odłamało się od fragmentu przymarzniętego do brzegu i zaczęło powolutku dryfować w kierunku otwartego morza.

Miedzyzdroje 11

Przed molem powstała poszerzająca się stopniowo rynna. Niewiele wczesniej oglądalismy w telewizji nagranie z akcji ratunkowej nieostrożnego wędkarza, który dryfował na krze z nurtem Sanu. Widywalismy też ludzi spacerujących po plaży, którzy wchodzili na lód. Prawdę mówiąc to na tej pokrytej grubą warstwą śniegu płaszczyźnie trudno było zorientować się gdzie kończy się plaża i zaczyna morze. Ciarki przechodziły po plecach na samą myśl, że ktoś mało przewidujący mógł  zapuścić się daleko akurat w złym momencie i zostać teraz po drugiej stronie owej rynny.

Miedzyzdroje 12

Na szczęście cała okolica  swieciła pustką. Nie tylko kra, ale i plaża.

Nie było czasu na zbyt długie kontemplowanie, bo tego dnia już naprawdę powinnismy zdążyć do żubrów. Zaraz po śniadaniu (no, prawie zaraz, wczesnym popołudniem) ruszyliśmy na spacer po Wolińskim Parku Narodowym.

Wpn 01

Wkrótce dotarliśmy do wejścia do t.zw. zagrody pokazowej żubrów. Specjalna tablica informowała o jej charakterze, a także prezentowała aktualny skład żubrzej społeczności.

Wpn 02

Zanim jednak poszliśmy oglądać te ogromne ssaki, zatrzymaliśmy się przy dzikach, bowiem akurat jeden z pracowników niósł im kolejny posiłek. Dziki już czekały na niego przy płocie.

Wpn 03jpg

Muszę przyznać, że dzicze kły widziane z bliska budzą respekt. Nie zamierzały jednak nikogo atakować. Niczym bardzo przyjazne, nieszkodliwe zwierzątka, zajęły się przetrząsaniem sterty owoców i warzyw wrzuconej im przez opiekuna. Zwróciliśmy uwagé, że szczególnie gustowały w mandarynkach i pomarańczach. Potrafiły swoim ryjem rozłupać owoc, a potem wygryźc zaratość tak, że zostawała na śniegu jedynie skórka. Menu zresztą było bardzo urozmaicone, bo oprócz pomarańczy zauważyliśmy nawet avocado. Te mniej wybredne mogły zadowlić się porem, kapustą albo innymi warzywami.

Wpn 04

W końcu przyszła pora na główny punkt programu. Żubry wydawały nam się nieco mniejsze niż te z filmów albo reklamy piwa. Może wczesniej uleglismy jakiemuś złudzeniu?

Wpn 05

Poruszały się po zagrodzie dostojnie, jak na arystokrację puszczy przystało.

Wpn 06

Właściwie to w ogóle nie były zbyt ruchliwe. Przeszły parę metrów i zastygały w bezruchu. Wpatrzone w padające płatki sniegu, jakby zadumane nad sensem istnienia.

Wpn 07

Cztery trzymały się blisko siebie. Piąty preferował samotne wylegiwanie się w śniegu nieopodal ogrodzenia.

Wpn 08

Po sąsiedzku z żubrami mieszkali jeleń i sarna.

Wpn 09

Wszystkie te zwierżęta  (oprócz żubrów) trafiły do ośrodka z powodu braku szans na przeżycie w naturalnym srodowisku. Chore, ranne, porzucone – tu znajdowały opiekę. Niestety, doświadczenie uczy, że raz zaznawszy karmienia przez człowieka, zwierzęta zatracają zdolność samodzielnej egzystencji. Nie potrafiąc samemu zadbać o pokarm, będą nachodzić ludzkie osiedla aż do tragicznego finału czasem dla jednej, czasem dla obydwu stron. Dlatego ich los zazwyczaj bywa przesądzony. Zagroda staje się ich domem.

Azyl znalazł tu Jurand, nazwany tym imieniem orzeł bielik, który wykluł się w Puszczy Drawskiej w 1994 roku, ślepy od urodzenia. Bez pomocy człowieka nie miałby najmniejszych szans na przeżycie.

Wpn 12

Oprócz Juranda, żyją tam jeszcze dwa inne bieliki. Niezwykłe to uczucie patrzeć na ptaka, którego wizerunek jest godłem naszego kraju.

Wpn 13

Wpn 11

Z pokarmu rzuconego orłom korzystają chętnie... sikorki. Zdawało mi się, że te pięknie ubarwione ptaszki są takie milutkie. Ot, przylecą na balkon, skubną sobie odrobinę słoninki. A tymczasem przyszło nam je obserwować w roli nie różniącej się zbytnio od sępów.

Wpn 10

Obrzydliwy nie jestem, ale jakoś moja sympatia do sikorek nieco oklapła.

I wcale nie dlatego, że napatrzyliśmy się na sikorki, poszliśmy potem coś zjeść. Wcale nie. Po prostu tego dnia chcieliśmy po kolacji wrócić do hotelu trochę wcześniej.

Najpierw jednak kupilismy w sklepie kłódkę. Podczas kolacji napisalismy na niej swoje imiona i datę. Potem poszliśmy na koniec mola, przypięliśmy ją do barierki, a kluczyki rzuciliśmy w dół na pływającą nieopodal krę. Może dryfują gdzieś jeszcze po Bałtyku, a może spoczęły już gdzieś na dnie, nie do odnalezienia, by już nigdy naszej kłódki nie dało się otworzyć.

Cieśnina Tajwańska, 03.03.2010; 23:50 LT

 
1 , 2