Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
wtorek, 31 marca 2009

Z braku czasu zaniedbałem się ostatnio w pisaniu o filmach. A przecież chodziłem do kina i to na rzeczy, które zostały zauważone oraz docenione przez krytyków. W ciągu ostatnich sześciu tygodni obejrzałem cztery filmy. Wszystkie kandydowały do Oskara, bądź zdobyły tę statuetkę w rozmaitych kategoriach. Akurat podczas samej gali oskarowej płynąłem gdzieś statkiem, więc muszę się przyznać iż moja wiedza w tym zakresie jest tego roku bardzo ograniczona. Nie wiem dla kogo nominacje okazały się tylko pięknym snem, a kto rzeczywiście (jeśli w ogóle) zgarnął główną pulę.

Pierwszym z oskarowej czwórki był „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona”.I nie powiem – oglądało się go z przyjemnością, ale też i zgodnie z tytułem bardziej jako ciekawostkę niż poważną opowieść. W zasadzie od początku znajomości pary głównych bohaterów: normalnej dziewczynki i jej rówiesnika o wyglądzie staruszka, którego ciało młodnialo z każdym rokiem, zastanawiałem się jedynie jak to się skończy, t.zn. jak  bedzie wyglądać ich życie gdy on u kresu swej drogi, fizycznie upodobni się do niemowlaka. Reszta była właściwe telenowelą. Sam Brad Pitt jako starzec był także ciekawostką. Majstersztyk charakteryzacji, ale czy wystarczający na Oskara? I czy w ogóle cały film wart był gradu nagród? Miałem wątpliwości.

Znacznie ciekawsza była „Droga do szczęścia” z obsadzoną w rolach głównych niezapomnianą parą z „Titanica”: Leonardo di Caprio i Kate Winslet. To była zupełnie inna jakość. Film był wstrząsający podobnie jak swego czasu nasz „Plac Zbawiciela” (który zresztą uważam za lepszy od owej amerykańskiej produkcji). Trudno przejść obojętnie obok tej historii o utraconych bezpowrotnie marzeniach, utopionych w szarzyźnie codziennej, małżeńskiej wegetacji. O sprzedaniu tych marzeń za awans w pracy, o ciągłym porównywaniu statusu swojego z sąsiadami i przyjaciółmi, o narzekaniu i zarazem akceptowaniu przewidywalnego aż do bólu, rutynowego rozkładu dnia, zaburzonego czasem przygodnym seksem z koleżanką z biura, albo z sąsiadem.

Kiedy uświadamiam sobie, że oprócz rozwodu, którego sam doświadczyłem kilka lat temu, obecnie obserwuję rozwody lub sytuacje właśnie do nich prowadzące wśród kilku par moich znajomych, myślę, że to bardzo aktualny film (pomimo, że osadzony w realiach lat pięćdziesiątych)

Na mnie największe wrażenie wywarł nie tragiczny finał, lecz secena po nim następująca. Sąsiedzi w ten sam słodki sposób przyjmujący, kolejne małżeństwo wprowadzające się do domku przy Revolutionary Road. Kompletne deja vu. Tylko twarze „nowych” bohaterów są inne. I wspólne małżonków postanowienie by o tamtych co tu wcześniej mieszkali już więcej nie rozmawiać. Po co budzić stare demony, ktore jeszcze gotowe zagnieździć się na dobre w ich domu? Po co pamiętac o starych przyjaciołach, skoro już wprowadzili się nowi? Keep smiling! Pokaż innym, że u ciebie all ok! To przecież tylko odrobina wysiłku, a życie i rywalizacja toczy się dalej.

A potem był „Lektor” – niezwykła opowieść o ludzkich kompleksach i związanych z nimi wyborach. W roli głównej znów Kate Winslet. To doskonały sezon tej aktorki. Film opowiada o przelotnym wydawałoby się zauroczeniu nastolatka dojrzałą kobietą, która wprowadza go w tajniki seksu. Zanim jednak do seksu dojdzie, ich randki upływają na... czytaniu książek. Młody kochanek czyta na głos słuchającej go z uwagą wybrance. Z czasem ich drogi się rozchodzą, aż on, student prawa trafia w ramach zajęć na toczący się właśnie proces nazistów, bo trzeba dodać, że akcja dzieje się w powojennych Niemczech. Na ławie oskarżonych wśród kilku innych kobiet jego była kochanka. Strażniczki w Auschwitz oskarżone między innymi za to, ze podczas ewakuacji obozu przed nadejściem frontu (słynny marsz śmierci) nie otworzyły zaryglowanych drzwi kościoła, w którym podczas postoju przetrzymywały więźniarki, a który zbombardowany właśnie plonął. Swą biernością skazały na straszliwą śmierć trzysta osób. Wszystkie oskarżone wypierają się swojego udziału, ale główna bohaterka potwierdza. Zresztą i tak zachowuje się raport dla SS z tamtego wydarzenia. Teraz wszystkie oskarżone grają przeciw tej jednej, która się przyznała. To ona dowodziła i to ona pisała raport! Sedzia zarządza porównanie charakterów pisma.

- Nie trzeba. – odpowiada ona – To ja pisałam.

Chłopak zwraca się do swojego profesora, że coś wie na jej temat. Coś, co może wpłynąć na bieg procesu.

- Jeżeli coś takiego wiesz, masz moralny obowiążek powiedzieć to sędziemu.

Nie powiedział. Nie upublicznił tajemnicy tej kobiety, że ona jest analfabetką. Byłe strażniczki zostają skazane na ponad cztery lata więzienia. Ona, jako twórczyni raportu i dowódca dostaje dożywocie.

Jak wiele jest w stanie poświęcić człowiek, by ukryć swoje kompleksy? Ale nie tylko o tym jest ten film. Ta kobieta bez wykształcenia była zupełnie zagubiona w życiu i kierowała się najprostszymi wyborami. Nie była w stanie pokierować rozsądnie swoim losem. Po wojnie rezygnuje z awansu i ucieka bo wydałoby się, że nie umie czytać. Z tego samego powodu podczas wojny rezygnuje z pracy w Siemensie i by się z czegoś utrzymać wstępuje do SS. Popełnia zbrodnię, ale nie potrafi jej zrozumieć. Nauczona, że musi wykonywać swoje obowiązki, wykonuje je. I najpierw doprowadza do śmierci tamtych kobiet, a potem (tego nie ma w filmie a jest w książce) podczas procesu nie rozumie toku myślenia swojego obrońcy, który pyta retorycznie: „nie otworzyła pani drzwi kościoła bo bała się, że te trzysta kobiet które się wydostaną zlinczują panią?”, odpowiadając, że nie, nie bała się, ale nie wypuściła ich bo nie mogła ponieważ miała za zadanie ich pilnować by nie uciekły.

W więzieniu nauczyła się czytać. Sama, na podstawie porównywania przesyłanych przez dawnego kochanka kaset zawierających nagrania tekstów książek z teksetm pisanym. Wykonała tytaniczną pracę, a po dwudziestu latach, mając być zwolniona, na jego pytanie, czy przez ten czas nauczyła się czegoś, odpowiedziała: „nauczyłam się czytać”. Dla niej to był ogromny sukces, a jednak umysł pozostał w okowach prostego, dosłownego rozumienia stawianych pytań. Stąd taka właśnie odpowiedź. Może dopiero potem uświadomiła sobie, że nie o taką naukę chodziło? Może tak jak skosztowanie jabłka z drzewa wiadomości przez Ewę i Adama przegnało ich z raju, tak i jej olśnienie sprawiło, że nie mogła już dłużej pozostać po tej stronie?

Ileż pytań i ilez interpretacji! Piękny film. Moim zdaniem zdecydowanie najlepszy z całej tej czwórki.

Powiedziawszy to, mogę już spokojnie wieszać psy na ostanim: „Slumdog – milioner z ulicy”. Ponoć zdobył osiem Oskarów. Jeśli to prawda, to chyba była to jedna z największych pomyłek Akademii. Już  wchodząc z Aniołem na salę, gdzie oprócz nas na seansie zasiadło... sześć osób (!) spodziewałem się złego. I rzeczywiście. No, może przesadzam. Może nie był to zły film, ale na Boga, nie oskarowy! Wyglądał jak reklamówka teleturnieju „Milionerzy” z wplecionymi migawkami biednych dzielnic indyjskich miast. Wszystko jasne i proste: dobrzy biedni kontra źli bogaci. Same czarne albo białe charaktery. I pełna przeszkód miłość, która w końcu pokonuje je wszystkie by młodzi mogli żyć długo i szczęśliwie. A w tle na peronie dworca tańczą tłumy statystów. Dobre na popołudniowy (bo przecież nie wieczorny) program telewizyjny w Boże Narodzenie. Może te Oskary to wynik mody na Bollywood? Kto za tym stoi, chciałoby się zapytać.

Zatoka Biskajska, 30.03.2009; 19:30 LT

niedziela, 29 marca 2009

Wyjątkowo niefajnie wyjeżdża się w sobotę. To tak, jakby iść do pracy już w weekend zamiast dopiero w poniedziałek. Tym razem przynajmniej tyle było dobrego, że mój lot do Monachium rozpoczynał się o 12:55. Dzięki temu mogliśmy z Aniołem nacieszyć się jeszcze wspólnym porankiem i niespiesznym śniadaniem. I celebrować imprinting naszych ciał w pamięci, która będzie musiała wystarczyć do powrotu gdzieś pod koniec wiosny.

Trochę ponad dwie godziny po naszym pożegnaniu na lotnisku, lądowałem już w Monachium, skąd po kolejnych trzech kwadransach odleciałem do Bilbao.

Trochę poczytałem, trochę pospałem i już wkrótce byłem na miejscu. Modenistyczny budynek tamtejszego dworca lotniczego przypominał mi trochę podrywającego się do lotu concorde’a. Wewnątrz jednak nie był spoecjalnie sympatyczny. Półmrok, i goły beton znaczony licznymi zaciekami sprawiały wrażenie fuszerki, a atmosfera tam panująca bardziej zbliżona była bardziej do siermięgi kolejowych dworców niż do luksusów międzynarodowych terminali lotniczych.

Pojechałem prawie nad sam brzeg oceanu, do portu położonego w Santurce, na przedmieściach Bilbao. Znajdowałem się w kraju Basków. Położonym nad brzegiem Zatoki Biskajskiej i podobnie jak Katalonia u wybrzeży Morza Śródziemnego, łańcuchem Pirenejów podzielonym na część hiszpańską i francuską.

Baskijska flaga powiewa jednak dumnie nad okolicą informujac przybysza, że znalazł się w autonomicznej prowincji.

Jej odmienność podkreślają jeszcze dwujęzyczne napisy, w których ten drugi, baskijski, jest dla nas równie egzotyczny i niezrozumiały jak na przykład węgierski.

Starzy mężczyźni noszą tu jeszcze charakterystyczne i powszechne kiedyś czarne berety. Widywałem takie i po francuskiej stronie. Warto na nie popatrzeć, bo kiedy to pokolenie odejdzie na tamtą stronę, zabierze ze sobą także i te nakrycia głowy, których nieliczne egzemplarze pozostana co najwyżej w muzeach.

Niedlugo po moim przyjeździe na statek słońce skryło się za okolicze góry. Ciemny szczyt ze złocistą łuną wyglądał niczym wulkan.

Zanim jednak zapadł zmierzch, zdążyłem zauważyć niezbyt daleko od nas charakterystyczną sylwetkę Puente de Biscaya, albo raczej Bizkaia, jak piszą Baskowie. Jest to stalowa konstrukcja składająca się z dwóch wież o wysokości 51 metrów, które dźwigają 160 metrowy most dla pieszych, łaczący leżące na przeciwległych brzegach rzeki Nervion miasteczka Portugalete i Getxo.

Ażeby przedostać się na drugi brzeg, wcale jednak nie trzeba się wspinac tak wysoko. Między nimi niczym prom kursuje bowiem kilka metrów nad wodą specjalna platforma podwieszona na długich linach do jeżdżacego górą wózka. Cały ten system uruchomiono po raz pierwszy w 1893 roku i działa do dziś. Jest to najstarszy tego typu obiekt na świecie i w 2006 roku został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Dodam jeszcze, że zaprojektował go niejaki Alberto de Palacio, współpracownik Gustave’a Eiffel’a, projektanta słynnej wieży. Kiedy patrzy się na konstrukcję mostu, trudno nie zauważyć podobieństw do stalowej kuzynki z Paryża.

Wieczorem wybrałem się na spacer aby obejrzeć ów zabytek architektury i techniki zarazem. Niestety, nie był oświetlony i jego konstrukcja była słabo widoczna.

Zamknięty był już też most dla pieszych (czynny tylko do 21:00, a ja przyszedłem tam półtorej godziny później).

Mogłem za to za 0,50 euro przejechać się owym podwieszonym promem na drugi brzeg. Pojazd ten był tak zbudowany, że do wydzielonych korytarzy po bokach zabierał pieszych, a do środkowego segnmentu samochody.

Ku mojemu zaskoczeniu, poruszał się bardzo sybko. Znacznie szybciej niż czyniłby to prom pływający.

Po kilkudziesięciu sekundach jest się już po drugiej stronie rzeki.

Wróciłem następnym kursem na brzeg właściwy, którym spacerując dotarłem na statek. Więcej zwiedzania nie będzie. Za chwilę będziemy odcumowywać i ruszymy w podróż do Antwerpii.

Bilbao, 29.03.2009; 19:00 LT

Zanim wyjechałem, miałem jeszcze okazję wpaść na Skwer Kościuszki, gdzie przy okazji sfotografowałem prawie już gotowe do użytku najwyższe apartamentowce w Polsce. Trwają przy nich ostatnie prace wykończeniowe.

Gdynia wzbogaciła się tym samym o bardzo charakterystyczny obiekt, który niczym latarnia morska z daleka będzie wskazywać żeglarzom drogę do tego portu. Sea Towers jak na morskie wieże przystało, szczególnie pięknie prezentują się w tle portu i przy zacumowanym tuz obok „Darze Pomorza”. Jeszcze piękniej będą podczas startu tegorocznych Tall Ships Races, który będzie mieć miejsce w lipcu, w Gdyni właśnie.

Ich wysokości nie odczuwa się tak bardzo, gdy zlewając się w jedną bryłę tracą swój smukły kształt każdej z osobna. Ale za to z bliska...

Zazdroszczę widoków z okna, tym, ktorzy będą mieszkać na wyższych piętrach od strony Bałtyku. Jako mieszkaniec dwóch miast: Gdyni i Szczecina cieszę się, że codziennie mam okazję zakosztować dynamicznego rozwoju coraz bardziej nowoczesnej Gdyni, a jednocześnie mi żal, że Szczecin nie miał w ostatnich latach szczęścia do władz. Tym, którzy rządzili w mieście nad Odrą zazwyczaj w decydujących momentach brakło odwagi. Kiedy zaś już jakiś niebanalny pomysł próbowali przeforsować, rozłaził się i ginął wśród urzędniczych sporów. A przecież Szczecin jest dominującym ośrodkiem na Pomorzu Zachodnim, doskonale położonym, wręcz skazanym na sukces, w odróżnieniu od Gdyni, która wyawałaby się być z kolei zmuszona na pozostawanie w cieniu starszego i większego Gdańska, a jednak od początku koroczyła własną, niezależną drogą i nikt nie ma wątpliwości, że Trójmiasto to właśnie trój-miasto, trzy niezależne, prężne ośrodki, a nie Gdańsk i satelity.

Kiedy wrócę z obecnej podróży, Sea Towers będą już oddane do użytku. Teren dookoła zapewne już uprzątnięty, a tradycyjny szlak spacerowy wydłuży się o odcinek wzdłuż nabrzeża aż do wież.

Bilbao, 29.03.2009; 12:40 LT

 

czwartek, 26 marca 2009

Wiosna już rozpoczęła się na dobre. Na krzewach pąki, a w ogrodach przebiśniegi oraz krokusy. I kiedy tak cieszyliśmy się z coraz dłuższych i coraz bardziej kolorowych dni, nagle sypnęło śniegiem. Padało tylko jedną noc, lecz to wystarczyło by sparaliżować Gdynię. Ktoś odpowiedzialny za odśnieżanie najwyraźniej zasugerował się kalendarzem, a nie prognozą pogody. Kiedy w drodze do pracy zobaczyłem korek na głównej ulicy miasta, postanowiłem natychmiast przebijać się bocznymi drogami. Na podobny pomysł wpadło wielu innych, więc niemal natychmiast utknęliśmy i tam. Z tą róznicą,  że przepustowość tych uliczek była znacznie mniejsza, więc i tempo posuwania się do przodu znacznie wolniejsze. Telefonując do biura z usprawiedliwieniem, dowiedzielismy się, że prawie nikogo poza najbliżej mieszkającymi jeszcze tam nie było.

Jazda zajmująca mi zazwyczaj około dwudziestu minut, tym razem trwała prawie półtorej godziny.

W Sopocie mogliśmy podziwiać jedną z ostatnich (tak myślę) prawdziwie zimowych scenerii tego sezonu.

  

*   *   *

Jestem już jedną nogą w kolejnej, długiej podróży. Wyjazd wypada w sobotę, a powrót chyba najwcześniej pod koniec maja, ze wskazaniem na czerwiec. Trzy statki, w tym dwa remonty stoczniowe. Może ktoś zmieni mnie na tym ostatnim. Byłoby fajnie, ale za bardzo na to nie liczę.

Tylko jeden weekend spędziłem więc tym razem w Szczecinie.

Po raz pierwszy mogłem zobaczyć nową „Pleciugę”

 

Zobaczyć tylko z zewnątrz, ponieważ teatr lalek w nowej siedzibie rozpocznie działalność w kwietniu. To pierwszy teatr zbudowany od podstaw w powojennym Szczecinie. Trochę długo przyszło czekać, zważywszy, że od 26 kwietnia 1945 roku minęły już prawie sześćdziesiąt cztery lata.

Z tych sześcdziesięciu czterech lat, aż pięcdziesiąt sześć związanych jest z „Pleciugą”, która, śmiało to można powiedzieć, stała się jedną z wizytówek miasta. Wielokrotnie nagradzany teatr nie ograniczał się tylko kolejnych premier lecz brał udział, bądź sam organizował rozmaite przeglądy, a także całe programy jak n.p. „Z sercem do dziecka” (spotkania i przedstawienia w szpitalach dziecięcych) albo „Teatr ponad granicą” (integrujący dzieci i młodzież po obu stronach polsko-niemieckiej granicy). Nie ma chyba Szczecinianina, który jako dziecko przynajmniej raz nie zasiadł na widowni owej lalkowej sceny. Pamiętam szkolne wyjścia do teatru i te chrakterystyczne, spontaniczne okrzyki „ooooooooo!!!!” po każdym kolejnym dzwonku, aż w końcu pełną napięcia ciszę po dzwonku ostatnim, gdy przygasały światła i rozpoczynał się spektakl.

Po latach prowadzałem do „Pleciugi” swoje dzieci, chociaż pierwsze wspólnie oglądane przedstawienie okazało się falstartem. „Piękna i bestia” rozpoczynała się od punktowego oświetlenia stojącej na skraju sceny bestii, a że nasze miejsca były z przodu, malutki jeszcze Tomek tak się przestraszył, że musieliśmy zrezygnować z oglądania. Paulinka i Eks wytrwały dzielnie.

„Pleciuga” organizowała w ostatnich latach również spektakle dla dorosłych. Nie miałem okazji zobaczyć pokazywanej w wielu miejscach i nagradzanej sztuki „Co się dzieje z modlitwami niegrzecznych dzieci”, ale wybrałem się swego czasu na „Dzikie łabęDZIECI” i o ile dobrze pamiątam ślad tamtego spektaklu pozostał w jednym z wpisów do „Mojej Szuflady”.

Budowa nowej siedziby teatru, to przykład jak mozna umiejetnie połączyć komercję z kulturą. Lalkarze zapewne długo jeszcze nie doczekaliby się nowego budynku gdyby nie budowa galerii handlowej „Kaskada”. Mieli szczęście, że ich budynek stał na terenach przeznaczonych pod budowę i sprzedanych inwestorowi. Miasto zadbało, by w umowie sprzedaży zagwarantowano nowy budynek dla „Pleciugi”. To wazne bo pojawiały się pomysły, by przenieść teatr do kolejnego zaadoptowanego na jego potrzeby miejsca, jak chociażby nieczynne od lat kino „Colosseum”. Na szczęście zwyciężył rozsądek. Kryzys spowodował opóźnienie rozpoczęcia budowy centrum handlowego, ale teatr zdążył powstać.

Nie udało się tylko uratować pochodzącego z lat siedemdziesiątych charakterystycznego neonu na starym budynku. Uważnie zdemontowany nie nadawał się jednak do remontu. Zastąpi go więc pomniejszona kopia.

Teraz od zarządu miasta zależy co stanie się z Placem Żukowa, przemianowanym niedawno na „Plac Teatralny”, gdzie stoi nowy budynek. To miejsce ze wspaniałymi możliwościami. Wymaga jednak pewnych nakładów. Zlikwidowanie starego basenu przeciwpożarowego, który ogrodzony siatką tylko szpeci obecne miejsce to priorytet. Na jego miejscu mogłyby powstać fontanny, jak chociażby budząca swego czasu wielkie emocje „Bartłomiejka” przed Urzędem Miejskim na Jasnych Błoniach. Tam też „straszył” otoczony krzakami podobny basen, lecz urzędującemu wtedy prezydentowi zarzucano, że za publiczne pieniądze buduje sobie fontanny pod oknami gabinetu. Dziś owe fontanny z ławeczkami dookoła są pięknym uzupełnieniem spacerowego szlaku wzdłuż Jasnych Błoni.

No i trzeba jakoś zagospodarować plac po przeciwległej stronie budynku. Nie powinien to być zwykły trawnik, lecz podobny szlak spacerowy uzupełniony rozmaitymi gadżetami do zabaw dla dzieci i być może wkoponowanymi w to czy to rzeźbami bajkowych postaci, czy bajkopisarzy, a może jakimiś pamiątkami po słynnych przedstawieniach mających miejsce w teatrze... Ważne by było to miejsce niesztampowe, tym bardziej, że aż prosi się by rozlewało sieę naturalnie na tereny wokół stojącej po sąsiedzku hali sportowej i basenu, zwłaszcza, że te obiekty zbudowane niemal pół wieku temu czeka przebudowa. Jest więc szansa na stworzenie tam swego rodzaju rozrywkowego centrum (w dobrym, a nie kiczowatym tego słowa znaczeniu) schowanego nieco na uboczu, lecz niemal w centrum miasta.

Prawdziwe centrum miasta wskaże mapa google po wklepaniu słowa Szczecin do jej wyszukiwarki. Kto nie ma dostępu do komputera, może sobie charakterystyczny znaczek obejrzeć w realu.

Co uczyniwszy w niedzielne popołudnie, wykonując też pamiatkowe zdjęcie, wsiadłem do samochodu i ruszyłem w podróż do Gdyni.

Gdynia, 26.03.2009; 09:30 LT

poniedziałek, 23 marca 2009

Siedzę przed komputerem z kubkiem gorącej herbaty w ręce. Obok na talerzyku leży kawałek ciasta, który tato zapakował mi po południu „na drogę”. Pomachałem mu przed wejściem do auta, bo jak zwykle stał w oknie odprowadzając mnie wzrokiem dopóki odjeżdżający samochód nie zniknie za zakrętem najblizszego skrzyżowania. Kiedy patrzy przez okno gdy ja przygotowuję się do odjazdu, na jego twarzy maluje się grymas takiego smutku jakby za chwilę miał się rozpłakać. Zawsze tak jest. W porządku gdy się żegnamy w mieszkaniu, a potem te wykrzywione nienaturalnie usta oraz szeroko rozwarte oczy, kiedy już jestem na ulicy. Kochany tato. Mimo swoich 79 lat jest na szczęście jeszcze sprawny, ale z niepokojem obserwuję jak z kazdym miesiącem pogarszają się jego mozliwości percepcyjne. Coraz częściej powtarzać muszę te same informacje, zapominane niemal natychmiast, albo zrozumiane w jakiś zupełnie dziwaczny sposób.

Zanim dojechałem do Gdyni, zadzwonił Anioł. Bluetooth to wspaniałe urządzenie. Mogłem prowadzić samochód i rozmawiać z nią do samego przyjazdu pod dom. A potem kontynuować niosąc w obydwu rękach walizke i torby, otwierając drzwi i przygotowując komputer oraz herbatę. Wspaniale było znów usłyszeć jej głos, wyobrażać sobie jej uśmiech i snuć wspólne plany na najbliższy tydzień. Każdego dnia dziekuję losowi, za niezwykły dar jej obecnosci w moim życiu.

W piątek zaś, kiedy jechałem do Szczecina, prowadziłem długą rozmowę z Pauliną. Ja miałem mnóstwo czasu prowadząc samotnie samochód. Ona też, już przygotowana do snu, który jeszcze nie nadchodził. Zazwyczaj mamy mnóstwo tematów do obgadania. Tym razem po ponad trzydziestu minutach zbuntował się mój telefon, a raczej jego bateria.

Dobrze jest móc to przeżywać. I te, i inne spotkania, rozmowy. Każdy dzień jest ważny i każde wspomnienie, które kiedyś będzie powracać. I ważne jest to co robimy dziś, a nie co przekładamy na później. W sobotę na imieninach cioci, celebrowanych w skromnym, czteroosobowym gronie, przypominalismy sobie rozmaite wydarzenia z imprez sprzed wielu lat, kiedy liczna rodzina i znajomi z trudem mieścili się przy dużym stole. Dziś niemal wszyscy z tamtych ludzi zażywają już wiecznego odpoczynku. Młodsze pokolenia zaś, mniej liczne, rozpierzchły się po świecie zajęte swoim życiem. Jakiś żal plątał się w tych wspomnieniach hucznych imprez, przy których te obecne rzeczywiście wyglądają jak przedłużone do świtu posiedzenie ostatnich, zmęczonych już gości, gdy wszyscy zaproszeni na bal już dawno rozeszli się do domów.

Tak mi się jakoś zebrało na poweekendowe rozmyślania przed kolejnym, wielotygodniowym wyjazdem, który czeka mnie już za kilka dni. Może więc teraz dokończę o powrocie z Amsterdamu, bo już dokładnie tydzień mija.

Wylądowaliśmy we Wrocławiu o 21:30. Odprowadziłem Paulinę do autobusu. Po jej odjeździe sam miałem jeszcze godzinę do pociągu, którym dojechać miałem do Sopotu. Internetowa sprzedaż biletów jest ogromnym ułatwieniem. Bilet i miejscówkę na łóżko w wagonie sypialnym kupiłem i wydrukowałem kilka dni wczesniej, jeszcze na statku, dzięki czemu nie musiałem obawiać się porannego wyjścia do pracy po męczącej, nocnej podróży. Wiedziałem, że zasnę natychmiast po przyłożeniu głowy do poduszki. I, że wyśpię się dość dobrze.

Ową pozostałą godzinę spędziłem w dworcowym Mc Donald’sie przy kawie, hamburgerze i bezpłatnym internecie oferowanym tam w wersji wireless. Wyciągając laptopa sprawdziłem jeszcze dokładnie wydrukowaną kartkę biletu. Złożyłem na cztery, by potem łatwiej zmieściła się w kieszeni, a tymaczasem odłożyłem w łatwo dostępne miejsce.

- Czy mogę zabrac tacę? – zapytał mnie nagle jeden z dworcowych kloszardów.

- Jeszcze nie skończyłem! – odpowiedziałem w pierwszej chwili wpatrzony w ekran komputera – A zresztą... Niech pan bierze – zmieniłem zdanie pozostawiając sobie na stole tylko napój.

Nie wiem do czego potrzebna mu była taca. Może robił porządki? Chyba tak, bo zsunął zawartość z tacy do śmietnika i odłożył ją na miejsce.

Na surfowaniu po sieci czas upłynął błyskawicznie i kiedy do odjazdu pociągu pozostał kwadrans, zacząłem się pakować.

Bilet!

Nie miałem biletu!

Zaczęło się nerwowe przeglądanie kieszeni i schowków. Szybko, bo czas naglił.

Nigdzie nie było. Wydawało mi się, że położyłem go na tacy, obok serwetek. Podbiegłem do baru.

- Ten pan co zbierał tace, chyba wyrzucił mój bilet!

- Jaki pan?

- No ten! Kloszard. Chyba wyrzucił do tego pojemnika! Możecie go państwo otworzyć?

- Dobrze. Chwileczkę. Zaraz kolega podejdzie.

Wydawało mi się, że zegar oszalał w swym pędzie. Przestępowałem niecierpliwie z nogi na nogę. Kiedy sprzedawca otworzył pojemnik, zanurzyłem w nim dłonie natychmiast.

- Niech pan się nie brudzi! Ja poszukam!

- Nie ma czasu! Za jedenascie munut odjeżdża mój pociąg!

Grzebiemy wspólnie.

- O, tu! Jest mójparagon! Zlokalizowaliśmy zawrtość tacy. Biletu nie było.

- Może ma pan w kieszeni?

- Nie mam, ale już muszę lecieć, bo pociąg mi ucieknie.

Znów biegiem z walizami na peron. Teoretycznie mógłbym konduktorowi pokazać bilet wyświetlony na ekranie komputera, bo miałem zapisaną jego kopię, ale regulamin mówił wyraźnie: wersja papierowa plus dokument tożsamości. Nie miałem nie tylko miescówki na miejsce sypialne, ale biletu w ogóle. Wszystko miało zależeć od konduktora.

Pociąg opóźnial się nieco wiec jeszcze raz przejrzałem kieszenie. Nie ma. Portfel. Nie ma. Główną komorę walizki. Nie ma. Pierwszą kieszeń walizki. Jest!

Jest! Nie wiem jak ja go wczesniej nie zauważyłem. Może w pośpiechu w ogóle pominąłem tamtą kieszeń? Kamień spadł mi z serca.

Muszę kończyć ten wpis bo za kilka linijek edytor postawi mi szlaban. Dodam więc tylko jeszcze w wielkim skrócie, że zanim do stojącego na peronie składu podłączono mój wagon sypialny, z jakiegoś przedziału zaczął się wydobywać gęsty dym. Pasażerowie wołali na próżno konduktora (był gdzieś daleko od feralnego wagonu), więc wystukałem na komórce numer alarmowy 112 by powiadomić straż pożarną (a oni może specjalistyczne służby na dworcu).

- Policja Wrocław, proszę czekać. Policja Wrocław, proszę czekać. – powtarzał monotonnie głos w słuchawce.

Pasażerowie nie doczekawszy się interwencji, zabierali w pośpiechu z półek swoje bagaże i opuszczali mocno zadymiony już przedział.

- Policja Wrocław, proszę czekać. Policja Wrocław, proszę czekać. – głos zachowywał spokój jak na automat przystało.

Zdezorientowani pasażerowie zaczęli opuszczac wagon. Ktoś pobiegł po konduktora stojącego gdzieś w drugim końcu peronu.

- Policja Wrocław, prosze czekać. Policja Wrocław, proszę czekać – brzmiało wciaż w słuchawce. Czerownym przyciskiem zakończyłem połączenie, bo konduktor był już blisko i rozpoczął stosowną akcję.

Dobrze, ze nie musiałem liczyć na numer 112 w bardziej dramatycznych i nie cierpiących zwłoki okolicznosciach.

Kiedy wsiadłem do swojego wagonu, nie czekałem już na rozwój wypadków. Zasnąłem chyba jeszcze zanim wyjechaliśmy z Wrocławia. Kiedy otworzyłem oczy, byliśmy już w okolicach Gdańska.

Gdynia, 23.03.2009, 00:50 LT

 

 
1 , 2 , 3 , 4