Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
niedziela, 30 marca 2008

  

Jest daleko za górami kraj odcięty od świata. Kraj przepięknej, surowej przyrody i miłujących pokój ludzi. Być może to bliskość nieba (jest to wszak najwyższa wyżyna świata) sprawia, że naród ten zamiast o wojnach i pieniądzach, myślał raczej o zacnym, poczciwym życiu. W pocie czoła, codziennym trudem w spokoju wykuwał swoją życiową drogę według wskazań Buddy.

Nie opiszą moje słowa tego, co powiedzą filmy. Szczególnie polecam „Siedem lat w Tybecie” i „Kundun – życie Dalajlamy”.

     

Naród ten miał pecha podobnego do Polski. Nas, jak opisywał w jednym z rysunków Andrzej Mleczko, Pan Bóg umiescił miedzy Rosją a Niemcami. Tybetańczycy mają nieszczęście graniczyć z Chinami.

   

Naród ten z pokorą znosi swój los. Nawet okupowany przez potężnego sąsiada nie zrywa się do walki, nie organizuje powstań. Mnisi ponoć prędzej dokonają samospalaenia niż podniosą dłoń na innego człowieka. Ich duchowy prywódca, Dalajlama, godzi się nawet na okupację, byleby tylko zagwarantowano im autonomię i nie niszczono rdzennej kultury.

Dalajlama żąda za wiele. Systemy totalitarne nie zwykły słuchać żądań maluczkich. Systemy totalitarne w ogóle nie lubią słuchać. Dlatego postanowiono spacyfikować Tybet. Jeszcze przed olimpiadą, bo przecież to tylko kwestia dni. Kiedy ma się potężną armię przeciwko garstce mnichów i cywilów, jest to jedynie kwestia odpowiedniej logistyki.

         

       

           

  

        

    

  

          

Przywyklismy do zła tego świata. Nasz kraj przeszedł gehennę powstań, wojen, okupacji i ograniczonej suwerenności. Nasz kraj patrzył na rzeź Hutu i Tutsi, na ludobójstwo w byłej Jugosławii, oglądał trumny naszych żołnierzy powracające z Iraku. Ile nazw geograficznych wywołuje jednoznaczne skojarzenia? Bejrut, Gaza, Darfur, Czeczenia, Kongo, Sarajewo. Czy Tybet jest w tym gronie czymś niezwykłym?

Sama pacyfikacja pewnie nie. Oglądaliśmy już bardziej przerażające sceny. Przeraża jednak nie tyle martyrologia tego narodu, co hipokryzja i cynizm świata, który wyciszając konflikty w rozmaitych zakątkach globu stara się nie zauważać tragedii tego ogromnego kraju.

Świat, który z taką determinacja wbrew Serbii i Rosji uznawał niepodległość maleńkiego Kosowa, teraz ostroznie lawiruje by nie drażnić Chin. Bo Chiny to pieniądze, kontrakty. Kogo poniosą szczytne idee, ten jutro wypadnie z ekonomicznej gry. To nic nowego. Kto chciał w 1939 roku umierać za Gdańsk? Kto ujął się za Czechosłowacją? Ktoś kiedyś powiedział, ze polityka to wielka k... Chyba niewiele się pomylił. Nie mam złudzeń, że Tybet zostanie sprzedany. O zbyt wielkie pieniądze toczy sie stawka, by narażać się na nieprzychylność Chin. Najlepszy przykład dał nam nasz premier, który najpierw ogłosił wszem i wobec, że z powodu prześladowań Tybetańczyków na ceremonię otwarcia igrzysk nie pojedzie, by następnego dnia tonować buńczuczne oświadczenie twierdząc, ze nie pojedzie, bo po prostu od początku nie miał takich planów. Tym niemniej dobre i to. Nawet jeśli pod pretekstem innych planów w Pekinie nie pojawiła się większość VIP-ów (bo, że żaden to nie uwierzę) sygnał byłby jasny.

Myślę jednak, że decydujący głos należeć będzie do przeciętnych obywateli globalnej wioski. Na naszym, polskim podwórku przekonaliśmy się o sile internetu po śmierci Jana Pawła II, kiedy to większość żałobnych uroczystości zwoływana była spontanicznie przez internet i sms-y. Siłę sieci pokazała też mobilizacja przed wyborami parlamentarnymi w 2007 roku. Podobne  doswiadczenia maja zapewne internauci w wielu innych krajach. A to juz jest siła. Wszak znicz olimpijski ma przemierzyć rekordową trasę. Jej większość odbędzie się poza terenami objętymi chińską jurysdykcją. Wystarczą pikiety na całej trasie, albo kontr-sztafeta z logo „Free Tibet” podążająca śladem tej właściwej. Jasne, ze tylko do granic Chin. Oczywiście może sie zdarzyć, że władze innych, suwerennych i demokratycznych państw pod pretekstem n.p. bezpieczeństwa zabronią biegu ulicami. Tak jak na przyklad zakneblowala usta swoim sportowcom Wielka Brytania. Nikt nikomu jednak nie zabroni biegu po chodniku, z respektem dla przepisów ruchu, w milczeniu i bez zbędnych manifestacji. A media i tak zrobią swoje. Taka manifestacja jest jak najbardziej do zorganizowania oddolnie przez przeciętnych ludzi, kontaktujących się w światowej sieci. Być może nic to nie zmieni, ale może byłoby jednym z kamyczków uruchamiających lawinę, która za lat czterdzieści albo siedemdziesiąt dałaby przynajmniej autonomię tej egzotycznej krainie.

Dobro i tak zwycięży. Dobrem został w Polsce pokonany komunizm i dobrem kiedyś tybetańscy mnisi wyprą z ojczyzny swoich prześladowców.

http://www.freetibet.pl/

Szczecin, 29.03.2008; 23:40 LT

sobota, 29 marca 2008

  

Dawno nie byłem w kinie, więc jeden z wieczorów postanowiliśmy z Aniołem wykorzystać na nadrobienie zaległości. Tak to już jednak bywa, ze kiedy wreszcie ma się dość wolnego czasu, to na ogół nie ma w repertuarze tego, co chcialoby sie obejrzeć. Szczególnie kiedy ma sie do wyboru sense o dwudziestej pierwszej albo późniejsze.Żaden z tytułów bieżącego repertuaru nie mówił mi zbyt wiele. No może poza „10,000 B.C.” , na którym w recenzji, którą czytałem nie pozostawiono suchej nitki. W tej sytuacji wybrałem „Mgłę”.

Że jest to film dla koneserów gatunku zorientowałem się, kiedy weszliśmy do niemal pustej sali. No i niestety tak było. Tylko zatwardziali fani filmów o stworach z kosmosu, do których sam się zaliczam, mogli przyjść, aby to obejrzeć.

Niektórym sie wydaje, że mając do dyspozycji komputery generujące niesamowite efekty specjalne, sukces mają zapewniony bez zawracania sobie głowy fabułą. Chciałem napisać, że to nieprawda, że toi prosta droga do klęski, ale coś mnie tknęło, żeby sprawdzić budżet oraz przychody z rozpowszechniania filmu. No i okazuje się, ze to jest jednak słuszne myślenie, bo film zarobił całkiem sporo. A, że nie jest arcydziełem? Nie każdy czuje sie artystą. Niektórym wystarcza rola rzemieślnika, a pieniadze przecież nie smierdzą.

Ludzie zamknięci w hipermarkecie, w śmiertelnym niebezpieczeństwie, którego nie potrafią zidentyfikować. Temat samograj. Ale co z tego, kiedy wszystko jest aż do bólu przewidywalne, według tradycyjnego schematu kina katastroficznego. A na dodatek potwory z mgły szybko zaczynają w swiatłach kamer „na żywo” konsumować poszczególnych bohaterów. Zamiast dawkowanego napięcia, widz otrzymuje od razu kawę na ławę. Przez wiekszą część seansu trwa jatka i niewiele poza nią. Jedyną niewiadomą jest tylko pytanie kiedy mgła opadnie.

Ustąpiła o kilka minut za późno. Scena przedfinałowa była chyba jedynym zaskoczeniem. Nie było to cukierkowe zakończenie „Wojny światów”, po której wszyscy główni bohaterowie „żyli długo i szczęsliwie”.

A w pamięci tak na dobre zapadła mi tylko jedna scena. Kiedy monstrualnych rozmiarów kopytny potwór przecina drogę piątki uciekinierów. Kojarzył mi się z surrealistycznymi wizjami Salavdora Dali, albo znacznie wcześniejszymi obrazami Hieronima Boscha. Ta jedna wizja to jednak niewiele, by specjalnie wybierać się do kina. Już prędzej znajdzie się coś ciekawszego w telewizji.

Szczecin, 29.03.2008; 22:00 LT

Akurat zdążyłem dojechać na śniadanie. No i oczywiście dotrzymałem dyngusowej obietnicy. A potem zaczęły się opowieści przy stole, wśród których odbyło się m.in. moje premierowe obejrzenie „Jožina z bažin”, bo przecież nie mogłem nie zobaczyć tego, co zatrzęsło polską rozrywką w ostatnim czasie. Rzeczywiście klip jest przecudny w swej głupocie, ale najgorsze, że motyw tej durnej piosenki przyczepił się do mnie na reszte poniedziałku.

Wieczorem ponownie wylądowałem w pociągu, a we Wrocławiu miałem przesiadkę. Czasu starczyło, oprócz pożegnania z dziećmi,  na krótki, błyskawiczny w zasadzie wypad na rynek. Dobrze, że była taka możliwość, bo zawsze widok odjeżdżąjącego z nimi autobusu działa na mnie niezwykle przygnębiająco. Jest w tym tęsknota za następnym spootkaniem i żal, że nie mogę być z nimi na codzień, wspierać w ich problemach, cieszyć się ich drobnymi radościami. Po czasach wspólnego zbierania liści w parku, karmienia łabędzi, czytania książek, wieczornych gier albo rozmów przyszły limitowane przez życie spotkania. Zawsze za krótkie. Czasem myslę, że może dla nich owe rozstania nie były aż tak wielkim szokiem, bo przecież były wplecione w naszą egzystencje od samego początku. Tyle tylko, że po powrotach z rejsów zamiast długiego czasu dla nich, zostały jedynie strzępy, wydzierane pojedyńcze weekendy, kawałki ferii albo wakacji.

Popatrzyłem jeszcze jak autobus zatrzymuje się na swiatłach, a w chwilę później z niknął gdzieś za rogiem kolejnej ulicy. Poszedłem na spacer by ochłonąć.

Jestem zawsze pod wrażeniem wielkości samego rynku, róznorodności okalających go kamienic oraz bogactwa ratuszowej ornamentyki.

Przystanąłem na chwilę przed pomnikiem Aleksandra Fredry i pomyslałem, że nie mamy w Polsce zbyt wielu monumentów uwieczniających pisarzy. Oczywiście wszechobecny jest Mickiewicz, ale potem robi sie już krucho. Abstrahuję od  Warszawy i Krakowa, jako centr polskiej kultury. W Szczecinie oprócz Mickiewicza ma swój skwerek z popiersiem Kornel Ujejski, Wrocław ma Fredrę, w innych miastach pewnie tez pojedyńcze rodzynki się trafiają, ale juz na przykład popularność Trylogii Sienkiewicza nie pr5zekjłąda się na ilość najskromniejszych chociaż rzeźb. A Jan Kochanowski? A Norwid? Słowacki? A słynni kompozytorzy, malarze, aktorzy? Lubujemy się w rozdrapywaniu ran historii, lecz przeciętny turysta z pomników o naszej kulturze dowie się niewiele.

Lubię kwiaty sprzedawane na ulicach dużych miast. Te rozmaite ryneczki albo aleje kwiatowe dodają wielu żywych barw betonowym molochom i tworzą coś w rodzaju ogrodów, wśród których zwłaszcza latem miło przysiąść na chwilę by przy kawie albo piwie pogadać z przyjaciółmi, albo po prostu poczytać gazetę. Co ciekawe, takie kwiatowe zaułki tętnią życiem do późnych godzin wieczornych. Jeszcze raz widać przykład działania błogosławionej, niewidzialnej ręki rynku, bo przecież kwiaty najlepiej sprzedają się popołudniami przed rozmaitymi imprezami okolicznościowymi oraz właśnie wieczorem, kiedy uroda kobiet podkreślana jest darowanym jej efemerycznym pięknem, które na krótko rozkwita tylko dla nich. A przecież i te roślinki mogą mówić o szczęściu, gdy nie zwiedną niezauważone w wazonie pełnym braci otoczonym licznymi wazonami kwiatów innej maści, lecz na krótko mogą cieszyć oko przechodniów, narzeczonych albo mężów kiedy to uorda wybranki staje się ich dopełnieniem tak jak rama dla obrazu. Trudno wyobrazić sobie kobietę bez kwiatów i kwiaty bez kobiet.

Oczywiście zatęskniłem natychmiast za Aniołem, bo chwila była w sam raz na jakąś lilię albo różę, a może na jakiś kolorowy bukiecik.

To przypomniało mi także, że juz pora wracać. Wkrótce znów znalazłem się na Głównym.

Czwarta noc z rzedu poza łóżkiem nie zapowiadałaby się ciekawie, gdyby nie bilet na miejsce w wagonie sypialnym. Położyłem się gdy tylko pociąg ruszył, a z głębokiego snu obudził mnie głos konduktora informujący, że za pół godziny bedziemy w Gdańsku..

Potem zaczął się kierat codziennych obowiązków w pracy. Zawsze przeklinam szaleńca który wymyślił biura pozbawione odrobiny intymności. Kiedy siedzę w wielkim pokoju, ładnie urządzonym lecz zupełnie nieergonomicznym, wśród zabieganych głośno rozmawiajacych współpracowników,  dzwoniących z różnych kątów telefonów, czuję się jakbym wciąż siedział w dworcowej poczekalni. A to co normalnie zajmuje mi godzinę, tutaj pożera półtorej albo i dwie.

Ale za to wieczorem płoną świece, których refleksy obseruję na kieliszkach wypełnionych czerwonym winem. Apetyczny zapach potraw z grilla roznosi sie po mieszkaniu, a ja po chwili wyczuwam w nim delikatną woń tak dobrze znanych anielskich kosmetyków. Podążam ku niemu, a potem miesza się wszystko. Zapachy, smaki, dźwięki, kolory. Świat wiruje jak bąk, wszystko staje sie nieostre i tylko my w jego centrum. Warto żyć dla takich wieczorów.

Dzisiejszego wieczoru zaś jest przedział pociągu wiozącego mnie do Szczecina. Czasem sobie myślę, ze pociągi są dla mnie tym, czym dla wielu ludzi tramwaje. Wsiadam i jadę. Tak jak dziś, kiedy ledwie zdążyłem zaparkować samochód, a na peron dotarłem w momencie, kiedy widać było już swiatła lokomotywy. Nijak się to ma do długich przygotowań do podróży (łącznie z wychodzeniem na dworzec na godzinę przed odjazdem) jakie znałem z zachowania swoich rodziców. Świat kurczy się z dnia na dzień. Pamietam z dzieciństwa, że osobowym ze Szczecina do Gdyni jechało się osiem godzin, a dziś po tych samych torach nieco ponad cztery i pół.

Stargard Szczeciński, 28.03.2008, 21:40

poniedziałek, 24 marca 2008

  

W Wielką Sobotę o szóstej rano rozpoczęła sie moja podróż powrotna. Niewielki Embrarer (zdjęcie powyżej) zawiózł mnie z Tampico do Meksyku. Potem z Meksyku, większym samolotem ponad wulkanami widocznymi na poniższej fotografii poleciałem do Miami. Z Miami już ogromnym jumbo jetem do Frankfurtu. 

Wszystko szło dobrze niemal do samego końca. Kilkanaście minut przed dziewiątą siedziałem w zatłoczonym samolocie do Berlina. I wtedy poinformowano wszystkich, ze z powodu nie zgłodszenia się do odprawy jakichś pasażerów, należy odnaleźć i wypakować ich bagaż. Czas upływał, a ja coraz bardziej nerwowo liczyłem upływające minuty. Samolot miał lądować planowo o 10:05, a ja na 10:30 miałem zabukowany bus do Szczecina. Wiadomo, że parę minut poczeka, ale niewiele.

Wystartowaliśmy z 35 minutowym opóźnieniem i tylko kilka minut udało się nadrobić. O 10:31 samolot zatrzymał się przy bramce i rozpoczęła się walka z czasem. Walizki na taśmie płynęły niemiłosiernie długo, a mojej jak nie było tak nie było. Zegar pokazał jedenastą i mknął dalej, znacznie szybciej niż walizki. Już nie liczyłem, że bus poczeka aż tyle. W końcu na taśmie pojawiła się tabliczka z napisem "Ende" i mogłem udać się do reklamacji. W okienku powiedziano mi, że wcześniej jak we wtorek bagażu nie odzyskam. Dostałem stosowny kwitek i w marynarce (wraca łem wszak z tropików) oraz z podręczną walizeczką z laptopem wyszedłem na parking sprawdzić czy na pewno mój bus nie czeka.

Nie czekał. Za to zacinało drobnym śniegiem, więc wróciłem do hallu lotniska.

Zadzwoniłem do firmy autobusowej.

- Możemy pana przebukować na 12:30 - powiedziała miła pani.

Najpierw się wkurzyłem, że tak późno, ale potem spojrzałem na zegar. Była już 11:45, więc wystarczyło pójść na kawę.

- Daleko już jesteś? - zapytał przez telefon tato, bo czekali na mnie ze spóźnionym śniadaniem.

Powiedziałem, żeby nie czekali.

Bus przyjechał punktualnie. Pomyślałem, że w sumie nie jest tak źle. Wtedy kierowca poinformował nas:

- Jest jeszcze jedna osoba do zabrania z lotniska Schoenefeld.

No niech to szlag! Zamiast w stronę Szczecina, teraz trzeba jechać na drugi koniec Berlina!

Na Schoenefeld nikt nie czekał. Ten ktoś albo nie doleciał albo wybrał inny śwrodek transportu. Była godzina 13:20.

O 15:30 wysiadłem w centrum Szczecina. Trochę mało zostało tego dnia.

Ale wystarczająco dużo, żeby nacieszyć się ze spotkania z bliskimi.

Wieczorem zaś w pociąg, żeby w lany poniedziałek nie odpuścić dzieciakom. Już im zapowiedziałem, że będą mokrzy.

I tak trafiłem do tej kafejki na dworcu Poznań Główny w oczekiwaniu na drugi z trzech pociągów dzisiejszej nocy.

Poznań, 24.03.2008; 02:25

niedziela, 23 marca 2008

Ze statku zszedłem w środę o dziesiatej rano. Popatrzyłem przez chwilę jak coraz bardziej oddala się za rufą motorówki, która wiozła mnie na pobliska przystań.

Potema zaś obserwowałem podtopione brzegi rzeki, która wezbrała dość mocno.

W lesie można spokojnie zaparkować. To nic, ze barka przy okazji złamie kilka drzew. Ktoby się przejmował pojedyńczymi gdy wokół ich tyle?

Z przystani, prowizorycznej jak wszystko w tamtym rejonie, przeszedłem na wysypany żuzlem parking, gdzie czekał na mnie samochód. Po pół godzinie byłem na lotnisku. Samolot znów się opóźnił, ale miałem spora rezerwę czasową. W Houston mogłem więc jeszcze spokojnie zjeść pizzę i niedługo potem pomknęliśmy do Tampico. Kiedy samolot wylądował, już zmierzchało.

Wskutek sztormu, mój statek mocno się opóźnił, wiec nocleg znalazłem w hotelu.Załapałem sie ponoć na nieliczne ostatnie miejsca, bo nad morze ciagnęły całe pielgrzymki by w zgoła nie religijny sposób, na plaży korzystać z uroków Wielkanocy. A Wielkanoc w sensie świątecznych, wolnych od pracy dni zaczyna sie w Meksyku już w piątek.

Nieopodal hotelu urlopowa atmosfera była wyraźnie wyczuwalna. Na ulicy koncertował na indiańskich instrumentach jakiś zespół.

Obok na skwerku sprzedawcy oferowali łakocie i rozmaite jarmarczne gadżety.

Dochodziła dwudziesta druga i mimo wsztystko placyk zaczynał trochę pustoszeć. Zrobiłem

jeszcze jedną rundę dookoła, załując trochę, że starej architekturze nie dane mi będzie przyjrzeć się w dzień.

Z krótkiego rekonensansu wróciłem znów do hotelu. Tam wreszcie bez przeszków mogłem odpalić internet. I niespodzianka, bo trochę niespodziewanie oprócz komentarzy pod tekstem pojawiło sie trochę listów w skrzynce e-mailowej. Niniejszym przepraszam tych co piszą w takiej czy innej formie, za swoje milczenie. Nie dość, że mam ograniczony dostep do sieci, to na dodatek kiedy już go mam, zazwyczaj jest on ograniczony w czasie. Ale to sie wkrótce powinno zmienić.

Wracam do Polski. Trochę później, bo sztorm sprawił iż port był zamknięty, więc wejście statku dodatkowo się opóźniło. W sobotę o wpół do piątej nad ranem rozpoczynam dwudziestoczterogodzinną podróż na trasie Tampico – Meksyk – Miami – Frankfurt – Berlin – Szczecin. Na śniadanie wielkanocne nie zdążę, ale na obiad już tak.

Ciekawie mój wyjazd zapowiada się pod względem logistycznym. Ponieważ o czwartej nad ranem w dzień świąteczny trudno będzie dopełnić jakichś papierkowych formalności, moje ciuchy juz po południu wyjechały ze statku w czarnym worku na  śmieci. Agent stwierdził, że wrzuci je do bagażnika i nie zwrócą niczyjej uwagi. Dobrze się złożyło, bo potem przyjechał pick-upem shipchandler, kolega agenta i wrzucił na skrzynie moją pusta walizkę. Pusta miała tez nie wzbudzac podejrzeń. Ja zaś nad ranem mam wyjść tylko z laptopem i reklamówką z pozostałymi drobiazgami. Przyjdzie mi się chyba pakować gdzieś na ulicy. Oczywiście pod warunkiem, że i ciuchy, i walizka przejechały przez bramę portu i nie zostały skonfiskowane.

Zanim zakończę chciałbym wszystkim, którzy zaglądają na ten blog życzyć spokojnych, zdrowych i wesołych świąt oraz mokrego (mam nadzieję, że woda nie zamarznie) dyngusa.

Smacznego jajka!

Altamira, 22.03.2008; 01:15 LT

 
1 , 2 , 3 , 4