Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
wtorek, 27 marca 2007

Koniec! Nareszcie. Dziś polska flaga zostanie opuszczona z jednego z masztów przed budynkiem stoczni w Zhoushan.

 

To znak, że naszego statku już tutaj nie ma.

Przez ostatnie dni byłem już bardzo zmęczony fizycznie i czułem się jak biegacz na ostatniej prostej. Trzy razy przekładano nam loty do Polski bo ciągle wypadało coś nowego. W pierwszej wersji miałem wrócićć do kraju w sobotę, potem w niedzielę, potem w poniedziałek, a ostatecznie przylecę we wtorek.

Teraz już rachunki podpisane, statek odpłynął, za czterdzieści minut przyjedzie agent by zabrać mnie na lotnisko w Ningbo, skąd polece do Szanghaju. Czuję jak uchodzi ze mnie powietrze. Żadnej z ostatnich kilku nocy nie przespałem w całości, więc podróż na pewno nie bedzie mi sie dłużyć. Zasnę natychmiast.

Spędziłem w Chinach niemal dokładnie dwa miesiące. Szkoda, że głównie oglądałem pejzaż stoczniowy. Niewiele było okazji by zobaczyć coś więcej, a kiedy nawet był czas, to myślałem tylko o tym by położyć sie z książką, nad którą zazwyczaj zaraz zasypiałem. Codzienne wędrówki od przeciskania się przez labirynty dna podwójnego po wspinanie na wierzchołki masztów wyciskały poty skuteczniej niż jakikolwiek fitness club.

W styczniu wyjeżdżałem na dwa do trzech tygodni, a zrobiły się z tego dwa miesiące. Dwa dni temu skończyła mi się polisa ubezpieczeniowa na samochód, dziś upływa termin przeglądu technicznego, a o rozmaitych rachunkach (których i tak większość płacę przez internet)  i pismach urzędowych wole nie mysleć. Pewnie skrzynka pęka w szwach.

Po dwóch miesiącach od nocnego pożegnania z Aniołem na zaśnieżonym peronie gdyńskiego dworca, jutro znów się spotkamy i będzie to bardzo miły wieczor. Będzie też, mam nadzieję, okazja żeby zobaczyć się z dziećmi. Niedługo Wielkanoc i ferie. A oprócz tego wszystkiego od środy powrót do pracy biurowej. Nie wiem czy jeszcze widać choć kawałek blatu mojego stołu spod sterty dokumentów, które przez te dwa miesiące npływały nie bacząc na moją nieobecność.

No to w drogę! Pora zamykać laptopa bo samochód powinien pojawic się za chwilę.

Zhoushan, 26.03.2007; 11:45 LT

środa, 14 marca 2007

Trzecia i ostatnia z opowieści, po której "ofiara" napadu z wymuszeniem zostanie zwolniona :)

Ocean Atlantycki,  01.04.2002, poniedziałek

Wiatr od rana wzmagał się, aż w końcu dmuchała z północy regularna siódemka. Ten kierunek sprawił jednak, że prawie nie odczuwaliśmy wzburzonego morza. Na dodatek wiatr północny, podobnie jak w Polsce południowy, przyniósł ciepło. Temperatura wzrosła do 15ºC, świeciło słońce i aż nie chciało się wierzyć, że zbliżamy się do rejonów antarktycznych. Doba drogi dzieli nas od Ziemi Ognistej.

Teraz, późnym wieczorem, wiatr wykręcił się do zachodniego. Argentyńska prognoza pogody nie zapowiada nic złego, ale jest ważna tylko do jutra do południa. Chilijska zapowiada po drugiej stronie Cieśniny Magellana wiatr do 9ºB, a trochę bardziej na południe nawet 11ºB. Zbyt mała jest odległość między Pacyfikiem a Atlantykiem w tym miejscu, aby pogoda miała być zupełnie odmienna. Spodziewając się, że jutro rano również Argentyńczycy prześlą ostrzeżenia, już teraz skorygowałem lekko kurs, aby rano znaleźć się kilkanaście mil od brzegu. Nadłożymy trochę drogi i teoretycznie stracimy 2 godziny, ale przy brzegu nie będzie tak dużej fali i, paradoksalnie, możemy nawet przybyć na miejsce wcześniej, ponieważ być może utrzymamy obecne 14 węzłów, co na pewno nie udałoby się przy siódemce na otwartym oceanie.

Pogoda, pogoda, pogoda... To obecnie sprawa pierwszoplanowa. Ryczące czterdziestki powoli zostają za rufą, a jutro wpłyniemy już w rejon wyjących pięćdziesiątek. Jest się więc czego obawiać. Poprzednim razem, w grudniu, czyli w srodku tutejszego lata wiał tutaj huragan. Na szczęście nie był to mój problem. Ja w tym czasie spożywałem wigilijną wieczerzę w Szczecinie i zastanawiałem się jak dojedziemy za trzy dni do Dwernika w Bieszczadach. Tym razem, odpukać, huragan raczej nam nie grozi, ale dziewiątka to też nie przelewki.

Póki co jednak, cieszę się ze względnego spokoju. Wróciłem dopiero co z siłowni po porcji wieczornych ćwiczeń. Z magnetofonu przygrywa mi Stare Dobre Małżeństwo. Nie grają głosno, ale wystarczy, aby zupełnie odizolować się od odgłosów z zewnątrz. Nie słychać ani wiatru ani silnika i tylko wibracja oraz lekkie kołysanie przypominają, gdzie jestesmy. Kiedy skończę pisać, przeniosę się z biura do salonu, znów usiądę w ulubionym, głebokim fotelu, zrobię sobie lekkiego drinka (gin z sokiem pomarańczowym) i albo posłucham trochę muzyki, albo wrzucę coś niezbyt długiego na video. Jest już po północy więc trzeba o rozsądnej porze pójść spać. Jutro pobudka tradycyjnie o 07.15, a zważywszy, że późnym wieczorem będziemy brać pilotów, nie wiem kiedy znów połóżę się normalnie. 

14:23, searover
Link Dodaj komentarz »

Cieśnina Magellana, 03.04.2002, środa

No właśnie. I nie pospałem. Po ósmej wieczorem weszliśmy w cieśninę między kontynentem a Ziemią Ognistą (do tej nazwy pasowały liczne platformy wiertnicze, nad którymi mrok rozświetlały płonące pochodnie wydobywającego się gazu). O 22.40 wzięliśmy pilotów, którzy poinformowali mnie, że przejście t.zw. Gray Canal, wąskiego przesmyka między skałami w drodze przez fiordy na północ, jest możliwe tylko w dzień, a my raczej nie dotrzemy tam wcześniej niż o dziewiątej wieczorem nazajutrz. Pozostaje albo czekać, albo próbować ominąć fiordy wydostając się na otwarty ocean. Problem w tym, że tam nadal wiało dziewięć do dziesięciu. Decyzję co robić odłożyliśmy o kilka godzin, do czasu podejścia w okolice Punta Arenas, a póki co, trzeba było skupić się na przejściu dwóch przewężeń, nazwanych banalnie: Primera Angostura oraz Segunda Angostura. Zajęło to nam czas do drugiej w nocy albo i trochę dłużej. Potem via Punta Arenas pilot połączył się ze stacją znajdującą się na latarni i skale o nazwie Evangelistas, położonej już na Pacyfiku, tuż obok wyjścia z cieśniny. Wiadomości nie były dobre. Ciśnienie spadało, a wiatr się wzmagał. Prognoza, którą odebrałem przez Inmarsat C, potwierdzała, że nie ma co liczyć na spokojną wodę. W tej sytuacji pozostawało albo rzucić na kilka godzin kotwicę na redzie Punta Arenas albo posuwać się naprzód, ale bardzo powoli. Wybralismy tę drugą opcję. Odstawiliśmy jeden z dwóch silników głównych, zredukowaliśmy nastawę śruby i prędkość spadła z czternastu do ośmiu węzłów. Wiadomo było, że już nic nie powinno się do rana wydarzyć, więc mogłem położyć się spać. Było wpół do czwartej. Trzy godziny do śniadania. Dobre i to, bo nie „na warchlaka”, ale normalnie, w koji.

Rano pokazały się pierwsze góry. Północne wybrzeża, geograficznie należące do Patagonii, a administarcyjnie do parku narodowego Torres del Paine robiły się coraz ciekawsze. Skaliste szczyty z łachami śniegu, porośnięte trawami, a w niższych partiach potwornie powyginanymi, karłowatymi drzewami, wystrzeliwały wysoko poszarpanymi graniami. Na jednym z niższych szczytów stał duży, biały krzyż upamiętniający wizytę Jana Pawła II. Dotarł więć w swoich pielgrzymkach aż tu? Później, nadeszło namacalne potwierdzenie wiadomości pogodowych. Szczyty spowiły gęste, nisko zawieszone chmury, zaczął wiać silny wiatr i siąpić drobny deszcz. Zrobiło się mgliście, szaro i ponuro.

Wtedy zamiast widoków, ożywił nas teleks od czarterujących nas Brazylijczyków. „Norsul” chce po wyładunku w Mazatlan, skierować statek do innego meksykańskiego portu – Lazaro Cardenas. Mielibyśmy tam  ładować wyroby stalowe przeznaczone do Long Beach i do Vancouver. Fajnie by było, bo po pierwsze dłużej w Meksyku, a po drugie dłuższe postoje i w Long Beach i w Vancouver. Wszystko to są jednak dopiero przymiarki, sondowanie możliwości. Czekamy na ostateczne potwierdzenie.

A teraz szybko spać, zdrzemnąć się trochę, bo dziś dla odmiany, druga część nocy będzie nieprzespana.

Canales Patagonicos, 04.04.2002, czwartek

Kolejna niedospana noc przede mną. Około dwudziestej drugiej wypłyniemy na otwarty ocean, ponieważ dalsza droga przez fiordy jest dla nas za wąska. Ominiemy ciasne miejsce i następnym możliwym przejściem znów wciśniemy się miedzy wyspy. Nastąpi to jednak dopiero około czwartej nad ranem, jezeli nic nie stracimy na prędkości. A na to się raczej nie zanosi, ponieważ wiało przez dziś cały dzień dość mocno – 10, a nawet 11 stopni w skali Beauforta. Co to oznacza, mieliśmy okazję sprawdzić nad ranem gdy w pobliżu wyjścia z Cieśniny Magellana, ale ciągle wewnątrz, gdy zrobiliśmy zwrot w prawo w kierunku jednego z naturalnych kanałów prowadzących między wyspami, wściekłe fale wchodzące z Pacyfiku rozkołysały nas tak, że straciliśmy trochę naczyń pozostawionych nieopatrznie na stole. Można sobie wyobrazić, co będzie na zewnątrz. Cała nadzieja w spełnieniu prognozy pogody, która zapowiada osłabienie siły wiatru do siedmiu w skali Beauforta właśnie tego wieczoru i krótkotrwałe polepszenie na jutro. Krótkotrwałe, bo dalej na zachód uformował się na oceanie niż, który ma generować wiatr o prędkości w porywach do 80 węzłów. To już jest coś więcej niż „zwykły” huragan, zaczynający się przy 65 węzłach, więc lepiej uciekać czym prędzej na północ.

Dziś widoki znów były fajne. Urzekły mnie przede wszystkim niezliczone wodospady. Małe jeśli chodzi o ilości wody, bo były to przeważnie strumienie, ale spadały niemal ze szczytów gór, kilkaset metrów, kaskadami wprost do morza.  Popatrzyłem trochę, ale musiałem zająć się pakowaniem comiesięcznej poczty, a potem, korzystając z prostego odcinka drogi, zdrzemnąłem się dwie godzinki. Dzięki temu jestem w stanie pisać teraz, ale już kończę bo pora zajrzeć na mostek. Niby jeszcze ponad godzina do opuszczenia zacisznego fiordu, a już zaczynają się wrażenia podobne do jazdy samochodem po „kocich łbach”. Niechybny to znak, że fala z oceanu dociera aż tu, a więc mocy jej nie brak.

Ocean Spokojny, 05.04.2002, piątek

Noc minęła nawet spokojnie. Oczywiście kiwało trochę, ale wiatr zelżał bardziej niż zapowiadano, bo do 5ºB i najbardziej dokuczała martwa fala. Kiedy warunki się ustabilizowały, zszedłem do kabiny i obejrzałem film „Dzika rzeka”. W sam raz na taką pogodę, bo myśleć za wiele nie trzeba, a wartka akcja pozwala pozwala oderwać się od liczenia czasu, jaki jeszcze pozostał do schowania się między wyspami. Kiedy kilkanaście minut po drugiej skończyłem oglądanie i poszedłem na mostek, akurat dojeżdżaliśmy do punktu zwrotu prowadzącego w kierunku bezpiecznej cieśniny. Jescze raz się udało. Strzeżonego Pan Bóg strzeże. Bardzo się przygotowywaliśmy na ciężkie warunki, a pogoda nam odpuściła.

Czy odpuści dziś? Nerwowo spoglądam na zegarek. Wyszliśmy ponownie na ocean około jedenastej rano.

Musimy opłynąć przylądek Raples, a z powrotem do fiordów wplyniemy około trzeciej nad ranem. Wiatr wiał słaby i panowało ogólne rozprężenie po poprzedniej nocy. W południe wysłałem codzienne raporty i już miałem się położyć aby chociaż trochę się zdrzemnąć, gdy nadeszła wiadomość:

Ostrzeżenie przed sztormem. Ważne 5 kwietnia  od godz. 1200 do 1800 czasu lokalnego.

Niż 980 hPa na pozycji 40ºN 085ºW, z systemem frontów atmosferycznych, przesuwa się w kierunku wschodnim z prędkością 30 węzłów i osiągnie wybrzeże na odcinku między Wyspą Mocha i Przylądkiem Raples. Prognoza pogody:

(...)

Od Puerto Montt do Przylądka Raples. Zachmurzenie całkowite, widzialność 2-8 km, wiatr N do NW 20-30 węzłów, wzrastający do 30-45 węzłów, w porywach do 60 węzłów. 

No to ładnie. Akurat około 17.00 będziemy na wysokości Przylądka Raples, bo musimy go ominąć, aby móc znów wejść we fiordy. Rozsądek nakazuje się schować i przeczekać. Piloci jednak są odmiennego zdania. Uważają, że mamy szansę osiągnąć Darwin Channel prowadzący we fiordy jeszcze przed najgorszą pogodą. A jeżeli nie, to trzy-cztery godziny drogi przed nim jest jeszcze jedna zatoczka, w której można będzie się schronić. Ba, ale czy damy radę tam dopłynąć? Jeżeli zacznie ostro wiać, to prędkość gwałtownie zmaleje. Oni jednak uważają, że należy próbować. Jak na złość zaś, wiatr nie wieje. Cisza przed burzą. Za rufą zostają bezpieczne miejsca. Pozozstaje tylko mglista perspektywa dotarcia do Darwin Channel. Oni obydwaj twierdzą, że dojedziemy bez problemu. Hm, w końcu są tu pilotami, mają doświadczenie. Ale ja patrzę jak wolno upływa czas, a pierwsze miejsce nadające się do schronienia osiągniemy najwcześniej o 23.00.

Teraz jest godzina 19.20 i właśnie nadeszło kolejne ostrzeżenie na okres od 18.00 do 24.00. Bez zmian. Bardziej na północ ma wiać w porywach nawet do 70 węzłów. Cholera!

W tym momencie zaczyna wiać. Słyszę jak zaczęło huczeć za bulajem. Idę na mostek. Czwarta z rzędu noc niedospana.

14:18, searover
Link Dodaj komentarz »

Ocean Spokojny, 07.04.2002, niedziela.

Dziś chyba po raz pierwszy od prawie tygodnia spędzę całą noc w koi. Co za wspaniała perspektywa! Po pięciu z rzędu nocach przesypianych z doskoku, najwyżej po trzy godziny. Właściwie to już powinienem leżeć w koi, ale tak się cieszę, że celebruję wieczorne lenistwo i pewnie zejdzie mi do północy.

Wrócę do tego momentu, kiedy skończyłem poprzednie zapiski, to znaczy kiedy uderzył wiatr. Zanim skończyłem, wcisnąłem przycisk „save” i wyciągnąłem dyskietkę, zadzwonił telefon. To chief z mostka powiadamiał mnie, że zaczęło się, że jeszcze nie zmierzył siły wiatru, ale „zdrowo huczy”. Rzeczywiście, gdy po chwili byłem na górze, morze było już białe od grzywaczy. Niesamowite wrażenie. Jeszcze kilka minut wcześniej było spokojnie i cicho jak na jeziorze. Wziąłem wiatromierz i wyszedłem na skrzydło. Dziewiątka! Tak od razu, nagle. Do pierwszego bezpiecznego miejsca pozostały trzy godziny drogi. Pod warunkiem, że utrzymamy prędkość. Spojrzałem na odbiornik GPS. Dziesięć węzłów. Jeszcze przed chwilą było jedenaście i pół. Postanowiłem zawrócić do miniętej po południu zatoki. Poszedłem po pilota, który korzystał z wolnego i oglądał jakis film na video.

-         Pilot, zaczęło wiać. Jest już dziewiątka. Zawracam.

-         Dziewiątka? – zaklął po swojemu pod nosem - Poczekaj chwilę. Chodźmy na górę.

Na mostku był już chief mechanik.

-         Ale przywiało! Musieliśmy od razu zredukować nastawę śruby, bo silnik dostał przeciążęnia!

-         No właśnie. Już jest tylko dziewięć i pół węzla. Trzeba zawracać. – powiedziałem do pilota.

-         Captain. To tylko trzy godziny, może trzy i pół. Tyle samo mamy do tej zatoki, którą minęlismy.

-         Tak, ale z falą. Dojedziemy tam na pewno za trzy godziny, a pod falę - nie wiadomo!

-         Captain. Przez trzy godziny fala się jeszcze aż tak nie rozbuduje. Znam ten rejon. Dojedziemy.

Ciągle miałem w pamięci październik 1998 roku, kiedy na „Talei” nie zdązyłem przedostać się od wybrzeży Holandii do Wielkiej Brytanii. Też była taka cisza jak dziś, brakowało jakieś siedem godzin, ale podobnie jak dziś wichura uderzyła od razu. Przytrzymało nas momentalnie i utknęliśmy na całą noc na Morzu Północnym, na małym stateczku zapakowanym w ładowniach i na pokładzie drewnem. Wiało dzisięć, w porywach jedenaście. Kiedy dołożył swą cegiełkę prąd, zaczęliśmy przesuwać się do tyłu mimo maszyny pracującej naprzód. Tam, z tyłu, było pole naftowe, najeżone platformami wiertniczymi. Na szczęście po kilku godzinach prąd się zmienił i powolutku ruszyliśmy do przodu. Ale wiatr nie odpuszczał. Tkwiliśmy na środku morza martwiąc się tylko o to, by nie dać się obrócić bokiem do fali. Dopiero o świcie zobaczyliśmy jak wielkie one były. I o świcie dopiero zobaczyliśmy pierwszy statek. Był ogromny i bardzo im wtedy zazdrościłem tej wielkości.

Nie miałem ochoty przeżywać podobnego sztormu raz jeszcze. Nie chciałem raz jeszcze dać się złapać. Z drugiej strony – chyba mogłem zaufać pilotowi. Nie wyglądał na faceta, który pcha się w piekło tylko dla zaspokojenia ambicji. Może rzeczywiście przez trzy godziny fale aż tak nie urosną? Ale jeżeli zaraz dmuchnie zapowiadana dwunastka? Jeszcze raz spojrzałem na GPS. Dziewięć węzłów. Dziewięć, ale już dalej nie spada – prędkość się ustabilizowała. Wiatr zresztą też. Dziewiątka i na razie nie rośnie.

-         Pilot! Mówisz, że zdążymy?

-         Zdążymy.

-         Na pewno?

-         Na pewno.

Musiałem czegoś się trzymać. Gdybym był sam, zawróciłbym, ale on zna ten rejon znacznie lepiej i po to tu jest, aby mi doradzać.

-         O’kay. Płyniemy.

Chief mechanik właśnie zaczął oglądać „Braveheart” z Melem Gibsonem w roli głównej więc dołączyłem do niego. Dopóki nie zacznie mocniej kiwać, mogę jescze posiedzieć na dole. Film jednak trwał, a kiwanie się nie powiększało. W końcu nie wytrzymałem i poszedłem na górę. Bingo! Wiatr huczał jeszce bardziej, ale wiał od strony lądu, a nie od oceanu. Północno-wschodni zamiast zapowiadanego północno-zachodniego. To dlatego fala nie urosła. Prędkość nie spadała i byliśmy coraz bliżej zacisznej kryjówki. O jedenastej wieczorem dojechaliśmy.

-         Co teraz? Skręcamy? – spytał pilot.

Udowodnił, że miał rację. Teraz mogliśmy się schować i czekać na poprawę, albo... korzystając, że wieje od lądu, próbować przedostać się od razu do Darwin Channel i wtedy nie musielibyśmy przerywać podróży, lecz płynąć dalej fiordami. Do Darwin Channel pozostały cztery godziny drogi. Prognoza pogody oraz nakres, jaki wykonałem na mapie, stwierdzały zgodnie, że centrum niżu przejdzie nad naszą okolicą około północy. Co będzie jeżęli wiatr się odwróci, do kierunku przewidzianego w prognozie? Ale od pólnocy zostaną nam trzy godziny. Ostatnia z tych trzech to już będzie kurs 090º, prosto w wejście do Darwin Channel i północno-zachodni wiatr już nam krzywdy zrobić nie powinien.

Wyszedłem z  wiatromierzem na skrzydło. Wiało tak, że wydawało się, że wiatraczek instrumentu zaraz zostanie wyrwany. Dobra dziesiątka. Ponad 50 węzłów. Już niewiele nam zostało do zapowiadanych szesćdziesięciu. Nie jest źle, a są już prawie najgorsze warunki. Morze było zupełnie białe od fosforyzujacego planktonu, pobudzonego do świecenia przez kotłujące się fale. Huczało wszędzie, a z wierzchołków fal porywało pianę.

-         Zaryzykujemy. Płyniemy prosto!

Jak tylko to powiedziałem, zaraz zacząłem wątpić w słuszność swoich słów, ale nie było już odwrotu. Około północy zaczęła wiać dobra jedenastka, a czasami nawet dwunastka. Kierunek jednak wciąż się nie zmieniał. Około pierwszej zaczął się zmieniać, ale też i siła wiatru zaczęła słąbnąć. Udało się! Po wejściu do Darwin Channel, poczekałem aż miniemy wąski przesmyk i w końcu poszedłem spać. Byłó wpół do piątej. Kiedy po trzech godzinach wstałem, znów wiała dziesiątka, a potem nawet jedenastka. Woda była bardzo skotłowana, ale tu, między wyspami, nie mogła nam nic zrobić. Jeszcze przed południem sztorm odpuścił, a prognozy podały, że... wieczorem nadejdzie następny. Wieczorem zaś dopłynęliśmy do Golfo de Ancud. Definitywny koniec fiordów. Tym razem piloci sami doradzili, aby rzucić kotwicę i zaczekać do rana. Tuż przed pierwszą w nocy stanęliśmy. A o 08.30 podnieśliśmy ją i wyszliśmy na ocean. Sztorm już ucichł, ale martwa fala była wciąż bardzo wysoka. Kiwało nami i trzęsło na wszystkie strony. Halsowaliśmy, bo nie dało się płynąć kursem prowadzącym prosto do celu. Ciągle jednak do przodu. A tam przed nami znajdował sie wyż. Pierwszy wyż od wielu dni i zapowiedź dobrej pogody. Jeszcze tylko trochę wytrzymać te dokuczliwe, lecz coraz słabsze ataki martwej fali. 

Ocean Spokojny, 08.04.2002, poniedziałek.

Dzisiaj byliśmy już w zasięgu wyżu. Piękna, słoneczna pogoda i niewielki wiaterek od strony rufy. Nic dziwnego, że nasza prędkość wzrosła w końcu do ponad 15 węzłów. Będziemy na miejscu bardzo wcześnie rano. Agent poinformował nas, że mamy wchodzić „z biegu”. A postój, wszystko na to wskazuje, będzie bardzo krótki. Szkoda, bo akurat w Valparaiso i pobliskim Viña del Mar jest gdzie pospacerować.

14:17, searover
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 marca 2007

Nie wiem czy jest mozliwość wrzucania dłuższych wpisów. Wygląda na to, że nie, więc z konieczności muszę je dzielić na odcinki. Dziś opowieść numer dwa. Pozostanie jeszcze jedna i wywiążę się z Mjonesowego "Napadu z wymuszeniem" :)

Morze Poludniowochinskie,  02.01.2000, Wtorek

Spokoj. Predkosc dobra, pogoda niezla. Jak zwykle mnostwo papierkowej roboty w zwiazku z rozliczaniem zakonczonego miesiaca. Roboty tym wiecej, ze w Bangkoku nikt do tego nie mial glowy. Teraz trzeba sie szybko uwinac.

Wroce jeszcze do wspomnien z Tajlandii. Jedna rzecz mi sie tam nie podobala. Niekompetencja taksowkarzy. Czesto bladzili po miescie, nie bardzo wiedzac dokad jechac. Z dwojga zlego lepsze byloby od razu stwierdzenie, ze nie wie czego szukam, niz tracic czas. W ten sposob nie zdolalem dotrzec do biura informacji turystycznej, aby dowiedziec sie czegos wiecej o turystycznych atrakcjach Bangkoku. Chcialem sie tez wybrac do dawnej stolicy Tajlandii, ktorej ruiny widzialem na widokowkach, ale nie wiedzialem jak sie tam w miare tanio dostac. Kiedy wreszcie kolejny taksowkarz wywiozl mnie na manowce, z pomoca przyszedl pracownik pobliskiego muzeum. Stwierdzil, ze biuro turystyczne, jak i wszystkie instytucje rzadowe jest juz nieczynne i zostanie otwarte dopiero po Nowym Roku. Swieta. Tajlandczycy nie swietuja Bozego Narodzenia, ale to nie przeszkadza im zafundowac sobie kilku wolnych dni na przelomie roku. 

Znow wiec musialem improwizowac. Mialem jedynie malo dokladny plan miasta zdobyty od wlasciciela tuk-tuka, ktory wozil mnie pierwszego dnia. Bylo tam kilka miejsc wyroznionych. Spytalem wiec kolejnego taksowkarza o Golden Mountain.

- Golden Mountain? Po co tam jechac? Zwykla gora i niewielka figura Buddy na szczycie. Nic ciekawego.

- To moze Vimanmek Mansion? - zaproponowalem inny kierunek.

- Tam? - skrzywil sie taksowkarz. - Tam nie ma nic do ogladania. Drewniany palac i

   troche eksponatow. I park dookola. Nic specjalnego.

- To w takim razie do Suan Phakkad Palace.

- To mala budowla. Pojedziesz, rzucisz przez chwile okiem i to wszystko. Szkoda czasu!

- To co w takim razie jest do obejrzenia w Bangkoku? - zniecierpliwilem sie w koncu – bo  Wielki Palac juz widzialem.

- No to sam wiesz, ze nie bylo co ogladac. Palac i swiatynie. I nic wiecej nie zobaczysz -      taksowkarz byl strasznie zblazowany - W Bangkoku mozesz pojechac do shopping     center, albo pojsc do salonu masazu. Byles juz w salonie masazu?

- Nie, nie bylem.

- To musisz pojsc koniecznie. Zobacz, mam zdjecia.

- Nie interesuje mnie masaz. Chce cos obejrzec, zwiedzic.

- No to zostaje ci tylko shopping center. My tu mamy duzo nowoczesnych centrow      handlowych. otwarte do poznej nocy. Pelno tam turystow. Chcesz jechac do drozszego        czy do tanszego?

- Zawiez mnie do najblizszego - stwierdzilem lekko poirytowany.

- Ale to najblizsze to nie bedzie duze centrum handlowe. Raczej dwa male obok siebie.

- Ale tam wlasnie chce jechac! Byle blisko! - facet juz powoli wyprowadzal mnie z

rownowagi. Cholera, zeby za wlasne pieniadze czlowiek nie mogl normalnie pojechac       taksowka dokad chce! Taksowkarzowi najwyrazniej spodobalo sie moje zdecydowanie.

Ruszyl ostro do przodu, a ja korzystajac z ocieplenia atmosfery, sprobowalem dowiedziec sie ile moglaby kosztowac wycieczka do Ayutthai - owej sarej stolicy.

- Chcesz tam pojechac? - zdziwil sie taksowkarz - Moge cie tam zawiezc, ale szkoda  twojej forsy! Zaplacisz jakies 1200 bahtow tylko po to, zeby zobaczyc jakies kamienie, ruiny? Tam nie ma nic do ogladania!

Juz wiecej sie nie odezwalem. Cale szczescie, ze facet jest tylko taksowkarzem, a nie ministrem turystyki. Wysiadlem po chwili przed... supermarketem Carrefeur. Wszedlem do srodka. Prawie jak w Szczecinie. Kupilem sobie pare dzinsow za cztery dolary bo akurat byla promocja i pojechalem potem do "swojego" Mahboonkrong Shopping Center. Tam przynajmniej mialem swoje internet-cafe, a na parterze rowniez "swoj" bar, a w nim ulubiony,  piekielnie pikantny sea food rice. Za sprawa taksowkarza tego dnia ze zwiedzania nic nie wyszlo.

Innym razem jechalismy w strone portu w slimaczym tempie, bo akurat byl popoludniowy szczyt. Taksowkarz (inny rzecz jasna) wkurzal sie strasznie, ale coz bylo zrobic. Nie przefruniemy przeciez. W koncu jednak, na kolejnych swiatlach zaproponowal abym... wysiadl, bo on spieszy sie juz do domu, a ja te reszte drogi moge pokonac na... motocyklu, ktory moge zatrzymac gdzies tu, na rogu. Tego bylo juz za wiele! Nawet w Nachodce az tak daleko sie nie posuwaja! Szlag mnie malo nie trafil i zaczalem na niego krzyczec, ze absolutnie nie wysiade i, ze jak nie chcial, to mogl nie jechac. Facet przyjal to do wiadomosci, ale tez bynajmniej nie spokojnie. Dostal ataku furii, wpadl w jakis amok i zaczal jechac niczym szaleniec. Gaz do dechy, hamulec, gaz do dechy, hamulec, gaz do dechy, zmiana pasa i pisk hamulcow. W pierwszej chwili pomyslalem, ze skoro jestes wariat, to twoja strata, w koncu to twoj samochod. W drugiej jednak chwili zapialem odpiety do tej pory pas, zaparlem sie w fotelu i zaczalem sie zastanawiac czy juz powinienem zaczac odmawiac zdrowaski. Ostatni pisk opon mial miejsce na kei juz przed nabrzezem. Za brak uprzejmosci ostentacyjnie, powoli odliczylem naleznosc wedlug licznika co do jednego bahta i wreczylem mu, sapiacemu z wscieklosci. Nawet nie zwrocil uwagi na brak napiwku. Ledwie wysiadlem, a ruszyl z piskiem opon i tyle go widzialem. Mam nadzieje, ze nie rozwalil sie gdzies po drodze. Moze to wszystko przez zone hetere, czekajaca na niego z obiadem?

29 grudnia wybralem sie do Vimamnek Mansion. Jest to najwieksza na swiecie drewniana rezydencja. Krol Rama V postanowil wybudowac go jako swoja siedzibe po powrocie z Europy w 1897 roku. Budowe rozpoczeto na poczatku 1901 roku, a 27 marca tego samego roku palac oddano do uzytku. Juz niedlugo bedzie wiec obchodzic stulecie swojego istnienia.

Zwiedzanie, boso, podobnie jak w swiatyniach buddyjskich, mialo miejsce z przewodnikiem. Obejrzelismy ponad trzydziesci pokoi. Mi najbardziej podobala sie sala tronowa, oraz.... ciekawostka, krolewska lazienka z poczatku stulecia. Przewodniczka zas z ogromna attencja podkreslala angielskie badz francuskie pochodzenie mebli, instrumentow muzycznych , chinski lub niemiecki rodowod porcelany i.t.d. Wygladalo to troche tak jak u nas za czasow komuny - wszystko co zagraniczne musialo byc lepsze, bardziej wartosciowe.

Po wyjsciu stamtad, cos mnie tknelo, zeby pojechac na dworzec kolejowy. To byl dobry impuls. Na dworcu dowiedzialem sie, ze z Ayutthaya jest polaczenie kolejowe. Po nastepnych paru minutach bylem juz posiadaczem specjalnej ulotki z rozkladem jazdy pociagow na tej trasie. Sporo ich bylo, a co najwazniejsze, byly wrecz smiesznie tanie. Przejazd pociagiem osobowym, co prawda trzecia klasa, ale innej nie bylo, kosztowal... 15 bahtow! W przeliczeniu na nasze to 1,50 zl. Prawie darmo, biorac pod uwage, ze jest to jednak 80 kilometrow. W jednej chwili bylem zdecydowany na wyjazd. dobrze sie skladalo, ze nazajutrz byla sobota. Moglem urwac sie ze statku wczesnie. Wiadomo, ze ani w Niemczech ani w Korei nikt w biurze nie siedzi i nie beda zawracac glowy teleksami.

No, ale na dzisiaj dosyc. Kolejowa wycieczke opisze jutro.

Morze Poludniowochinskie,  03.01.2001, Sroda

Minelismy juz delte Mekongu i coraz bardziej zdecydowanie posuwamy sie na polnoc. Pogoda jeszcze niezla, ale nie ma zludzen, im blizej Tajwanu, tym gorzej. To chyba juz ostatni dzien w miare normalnych warunkow.

Poza tym spokoj. Nikt nie przysyla teleksow. Tak jakby zadne biura na ladzie nie istnialy. No i dobrze. Nie ma teleksow to nie ma spraw do zalatwiania.

13:18, searover
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3