Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
piątek, 31 marca 2006

            

Urwałem się dziś z pracy wcześniej. O 17:20 opuściłem biuro i ruszyłem w drogę do Gdańska, by w księgarni PWN kupić obiecany Tomkowi podrecznik do jezyka angielskiego. Patrzyłem na przemian to na zegarek, to na przemierzane przeraźliwie powoli ulice. O 18:00 zamykali i kiedy straciłem już nadzieję ruch nieco się przerzedził. Znalazłem miejsce do parkowania niedaleko i biegiem ruszyłem w stronę Ratusza Staromiejskiego, gdzie sklep ma swoja siedzibę. Wbiegłem dwie minuty przed zamknięciem. Ależ się cieszyłem, że się udało. Prawie jakbym trafił kawałek kiełbasy za komuny J

O tak wczesnej porze aż nieprzyzwoicie byłoby wracać do domu. Zresztą codzienna wędrówka biuro-dom i przesiadywanie przed komputerem w tych dwóch miejscach trochę mnie już nuży. Postanowiłem posiedziec przed kompem gdzieś wśród ludzi. Chętniej posiedziałbym nad gazetą albo książką, lecz miałem zaległe maile do przeczytania (te, których nie zdążyłem przejrzeć w biurze) przy postanowieniu, że nie będę zajmować się pracą w domu. Pospacerowałem  więc najpierw po Długim Targu, nacieszyłem oczy bursztynami, a potem poszedłem na tosta, kawę i rogaliki z wiśniami. To była moja kolacja. Rozłożyłem też obok laptopa i dla spokoju sumienia nadrobiłem mailowe zaległości.

Potem, już w celach rozrywkowych założyłem blogowe kategorie. Szkoda mi bowiem było, że filmy giną gdzieś rozproszone  wśród wszystkich wpisów. Teraz bedę mógł łatwo wrócić pamięcią do tego co i kiedy oglądałem. Oczywiście trudno sortować teraz odległe w czasie wpisy. Nie ma na to czasu. Dla filmów zrobiłem wyjątek cofając się do 1 stycznia. W grudniu będę mieć więc łatwy przegląd całego roku.

Po dwudziestej wróciłem do domu i obejrzałem jeszcze prawie całą komedię „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?”

A jutro piątek i znów trójkowa lista przebojów słuchana w aucie. Tym razem prawdopodobnie w strugach wiosennego deszczu.

Tyle u mnie, w skali mikro. A w tej makro nadal dominowała dziś sprawa odznaczenia generała Jaruzelskiego. Trwała goraca, polityczna dyskusja. Przed mikrofonami, w swietle reflektorów, na oczach całej Polski. Generał Jaruzelski order zwrócił. Zrobił to sam i wyszło na to, że miał więcej odwagi niż prezydent urzędujacy. Ten nabrał wody w usta, a jego współpracownicy poza szumem, że ktoś pana Kaczyńskiego oszukał i, że winnych należy surowo ukarać, nie robili nic. Najwyraźniej nie wiedzieli co zrobić: bo odebrać po wreczeniu jednak trochę głupio, a nie odebranie to sprzeniewierzenie się PiS-owskim pryncypiom. I w efekcie znów samobój, bo generał pokazał, że ma honor, podczas gdy druga strona do honorowych rozwiązań jeszce nie dojrzała.

Gdynia; 31.03.2006; 00:20 LT

czwartek, 30 marca 2006

Z ciekawością, ale i z dużym niepokojem szedłem na film „Wyznania gejszy”. Obawiałem się, że spokojna narracja i być może rozwlekłe tempo uspią mnie w ciemnej, kinowej sali po całym dniu pracy. Jak to zazwyczaj bywa, rzeczywistość okazała się odmienna niż wyobrażenia. Film obejrzałem z prawdziwą przyjemnością, a o czymś takim jak senność zapomniałem zupełnie.

Nie mogło być inaczej kiedy miało się zafundowaną wycieczkę do starej Japonii, pełnej niezrozumiałych dla nas obyczajów i zarazem poukładanej od wieków specyficzną wschodnią mądrością życiową, która ma recepty na niemal wszystkie życiowe problemy. Jednak nawet tam nie znaleźli skutecznego środka na zawiść, zdradę oraz niespełnioną miłość. Odkrywany świat gejsz jest pełen tych samych co nasze problemów, spotęgowanych jeszcze surową dyscypliną hierarchii i obyczajów. Kolorowe, bogate i niezwykle drogie stroje, przebywanie wśród śmietanki towarzyskiej, szacunek dla najlepszych nie mogły zrekompensować wyrzeczenia się własnych uczuć i tęsknoty za prawdziwą miłością. Kobiety te były jedynie dekoracją, miłym dodatkiem do meskich spotkań. Piękne niczym pawie w ogrodach lecz jednocześnie niewidoczne jako ludzie, kiedy oczy nasyciły się ich obecnością.

Film ten przypomina mi trochę „Ostatniego cesarza”. Tamten malował nam egzotyczny i kolorowy obraz starych Chin. Tutaj poznajemy urodę starej Japonii. I w jednym i w drugim obserwujemy gwałtowne przeobrażenia związane z wojnami światowymi. Powojenna rzeczywistość tak się ma do przeszłości jak spółdzielcze bloki z lat siedemdziesiątych do pałaców i willi. Świat staje się z dnia na dzień coraz mniejszy. Jestesmy juz w stanie wylecieć po śniadaniu na inny kontynent, załatwić swoje sprawy i wrócić dodomu na kolację. Wędrówki ludów powodują unifikacje strojów, kuchni oraz zachowań. I coraz szybciej, bezpowrotnie, tracimy piekno lokalnych kultur.

Nie tylko tak egzotyczne kraje jak Chiny i japonia tego doświadczyły. Przecież i nasz, polski, przedwojenny świat przepadł i nigdy już nie wróci. Prawie jak w słynnej piosence Okudżawy o Moskwie:

„A przecież mi żal,

Że po Moskwie nie suną juz sanie,

I nie ma już sań,

I nie będzie już nigdy, a żal”

Kontarst między starym, a nowym widoczny jest szczególnie po wkroczeniu wojsk amerykańskich, kiedy coca cola zaczyna lać się strumieniami, z głośników dobiega zupełnie odmienna muzyka, a Japonki w kimonach zaczynają nosić amerykańskie fryzury.

To wszystko jednak tylko tło dla opowieści o losach młodziutkiej dziewczyny, sprzedanej przez ubogich rodziców , która przez wiekszą częśc swojego dzieciństwa i młodości będzie musiała walczyć o swoje przeciwko wrogo do niej nastawionej i będącej u szczytyu sławy innej gejszy.

Smutny to film. Żal mi było owej dziewczyny, dla której happy endem było to, co dla nas wydawać by sie mogło uczuciowym koszmarem. Jednocześnie był to jednak piekny film o nadziei, o spełnionej modlitwie, o tym, że warto wierzyć w odmianę losu, bo zawsze na drodze małej, zagubionej dziewczynki może stanąć przypadkowy mężczyzna, który nie tylko ją rozchmurzy lecz także odmieni jej sposób myślenia.

Warto wierzyć w modlitwę, która nie zawsze i nie od razu, ale jednak zupełnie niespodziewanie może spełnić nasze prośby. Nawet po wielu latach. Któż może wiedzieć jakie są boskie plany?

W pamięci zapadły mi słowa o śmierci serca, które umiera gubiąc dzień po dniu resztki nadziei, tak jak drzewa jesienia gubia liście. Aż w końcu nie zostaje nic. Od razu przypomniała mi się książka Jana Szczepańskiego „Sprawy ludzkie”, w której pisze on: „Nie darmo ludowe przysłowie powiada: „życie jest loterią”. Nadzieja jest jej częścią i tak jak nie ma loterii bez nadziei, bo któż będzie grał nie mając nadziei wygranej, tak i bez nadziei nie ma życia, bo jeśli „oranizm przestanie wytwarzać żywotne soki nadziei” – by użyć wyrażenia Wellsa – zostaje tylko droga do śmierci. Piekło na tym polega, że kto tam wchodzi, zostawia nadzieję za bramą”.

Bardzo ukontentowany wyszedłem późnym wieczorem z kina.

A w samochodzie włączyłem radio i dopadła mnie nasza rzeczywistość. Prezydent Kaczyński przynał swoim podpisem Krzyż Zesłańców Sybiru generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu. Potem okazało się, że to pomyłka, bo prezydentowi ktoś coś podsunął do podpisania. Moim zdaniem prezydent sam sobie strzelił kolejnego samobója. Prawdopodobnie Jaruzelskiemu jako zesłańcowi (dalsze losy nie miały juz na to wpływu) taki medal mozna było przynać z czystym sumieniem. Dawaniem i odbieraniem prezydent Kaczyński sam siebie postawił w bardzo niezręcznej i przez swoja kancelarię rozdmuchanej sytuacji. Na dodatek przyznał publicznie, że podpisuje to, co mu podsuną. Ktoś w komentarzach napisałm, że w takim razie mozna spróbować prezydentowi dyskretnie, po cichu podsunąć między innymi papierami wniosek o podanie się do dymysji. Byłby to iście szatański dowcip J Można się tłumaczyć nawałem tekstów, ale jak do tej pory nikt lepszego niż własny podpis zatwierdznia dokumentów nie wymyślił. Jeżeli w ciemno podpiszemy złą umowe z bankiem, nie musimy nawet próbować się z niej wycofać. I tak nikt naszych roszczeń nie uzna. A omyłkowe podpisanie jakiegoś dokumentu w pracy? Mało który szef będzie coś takiego tolerować. To przecież najprostsza droga do finansowej ruiny.

To było dzisiaj. Ciekawe co przyniesie jutro? Coś musi, bo igrzyska trwają w najlepsze.

Gdynia; 30.03.2006; 01:15 LT

środa, 29 marca 2006

Koleżanka z innego działu, która weszła na biurowy skype, przywitała wylewnie kolegę, który właśnie wrócił ze statku:

- O! Wrócił pan! Witam serdecznie!

- No bez przesady! – odpowiedział strudzony podróżnik rozkładając swoje notaki.

Ta powitalna scenka wysłuchana na dzień dobry z głośnika komputera rozbawiła nas i pozwoliła z większą energią wgłębić się w pokłady zalegającej przez noc korespondencji.

Nasz kolega, który tak brawurowo rozpoczął dzień, wstając jakieś półtorej godziny wcześniej zapewne lewą nogą, równie efektownie dzień pracy zakończył. Sprowokował dyskusję o przydatności kobiet do pracy na morzu. Rozmawialiśmy o konkretnej osobie i dwóch z nas uważało, ze należy jej się awans. Ja gotów byłem zatrudnić ją po awansie na jednym z „moich” statków. To samo powiedział ktoś z innej grupy statków. Trzeci człowiek zachował milcząco postawę neutralną, natomiast nasz pryncypialny kolega, który miał do obsadzenia u siebie owo stanowisko, zdeecydowanie był przeciw.

- Absolutnie sobie tego nie wyobrażam.

- Dlaczego? Ona jest lepsza w pracy od niejednego faceta.

- Ale co Wy? Ładujemy węgiel, kurzy się, czarno wszędzie, a ona w kombinezonie? Nie, nie lubię brudnych kobiet!

Pani z innego działu, która przechodziła koło naszego stołu z kubkiem kawy na słowa o brudnych kobietach aż zatrzymała się na chwilę z pytającym wyrazem twarzy.

- Niech pani uważa – powiedziałem – bo jak pani sobie wyleje tą kawę na bluzkę to kolega nie będzie już pani lubić

- Proszę pani! Proszę nie słuchać! – kolega oburzył się nie na żarty – To nie to, o czym pani myśli! My o sprawach technicznych rozmawiamy!  

Dyskusja o sprawach technicznych nie przyniosła rozstrzygnięcia, ale była chyba ostatnia poważną dyskusja tego dnia. Po chwili wszyscy zaczęli sie rozchodzić i wkrótce zostałem w biurze sam jeden. Nie spieszyłem się, bo i tak zamierzałem iść po pracy do kina. Tak się jednak zaczytałem, że zanim się zorientowałem, do seansu pozostało dziesięć minut. Za późno. Wróciłem więc do domu, co nie okazało się rozwiązaniem złym, ponieważ wcześniej zapomniałem o meczu Arabia Saudyjska  - Polska. Zdążyłem w sam raz na drugą połowę. Co prawda oglądając to mizerne widowisko miałem wrażenie, że trochę się zeszmaciłem, lecz głód piłki był silniejszy. Polska wygrała 2:1 i już samo to było sukcesem, zważywszy, że oglądałem transmisję nazywo. Widocznie moja niespodziewana obecność przed telewizorem nie zdążyła namieszać przez czterdzieści pięć minut w nurcie zaplanowanych wydarzeń. Było to trochę tak jak zawracanie kijem Wisły. Jakieś zawirowania były, ale zapeszyć nie zapeszyłem.

A teraz dopada mnie senność i tak juz pozostanie do rana. Cholera, niewiele tego czasu dla siebie. Jak tu zrobic cokolwiek, kiedy wraca się do domu wieczorem, a wychodzi rano przed „Salonem Politycznym Trójki”. Teoretycznie mógłbym kilka minut później, ale wtedy nie wysłuchałbym całości audycji, a poza tym nigdzie tak dobrze nie słucha się radia jak w samochodzie. Dlatego często mi się zdarza nie wysiadać z auta zanim program sie nie skończy mimo, że dojechałem do celu. Cholera, mogliby mi przyznać za te wsyzstkie poświęcenia przynajmniej kubeczek Trójki.

Kubeczek dostała swego czasu moja teściowa za... trafne wytypowanie wyniku Anglia- Polska. Wszyscy wtedzy dzwoniliśmy próbując szczęścia, a potem wszyscy zasiedliśmy przed telewizorem kibicując w tym ważnym, eliminacyjnym pojedynku. Tylko teściowa się wyłamała, bo piłka nie specjalnie ją interesuje. Obstawiła 2:1 dla Anglii i poszła spać. Rano dowiedizała się, że była jedną z trzech osób, które tak typowały i dostała kubek. Było to w tych pięknych czasach, kiedy żeby coś wygrać, nie trzeba było wysyłać specjalnie płatnych sms-ów. Ale to już temat na inny wpis i prawdopodobnie nie na jutrzejszy. Nie wiem jeszcze o czym będzie wpis jutrzejszy, ale chwilowo nie chce mi się pisać o sms-ach, mimo, że ich wszechobecność w rozmaitych promocjach wkurza mnie coraz bardziej, bo nabija sie nas w butelkę kusząc promocjami, które wcale promocjami nie są.

Kurczę! Eureka! Wydaje mi się, że chyba już o tym pisałem. To znak, że pora iść spać

Gdynia; 29,03.2006; 00:20 LT

00:27, searover
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 marca 2006

Coś tapnęło. Na początek tylko syndrom weekendu (jeśli wydarzy się coś wymagjące natychmistowego działania to akurat w piatkowy lub sobotni wieczór), ale gruchnęło tak mocno, że syndrom przedłużył się do poniedziałku. Niby nic takiego, flota pływa, nikt sie nie utopił, ale prawie na każdym z „moich” statków coś się wydarzyło, co natychmiast przedkładało się na masę e-maili, telefonów, ponagleń. Byłbym gotów pomyśleć, że to mi się pogorszyło, ale na szczęście kilka siarczystych komentarzy na temat ostatnich dni usłyszałem także od współpracowników. Ucieszyłem się, bo to oznacza, że z głową jeszcze wszystko ok. Nie doszedłem jeszce do takiego stanu jak kapitan jednego ze statków, który upomniany przeze mnie, że nie stosuje sie do poleceń, sfrustrowany odpowiedział: „Bardzo przepraszam, ale nie dostałem pańskiego e-maila, chociaż wiem, że to mnie nie usprawiedliwia”. Jestem spokojny i ugodowy, lecz nie do takiego stopnia. Nie do takiego, o nie.

Wyszedłem z pracy o dwudziestej zamist o osiemnastej. Nie, nie robiłem nic extra. Po prostu dokończyłem czytanie i odpowiadanie na nadchodzace listy. Odnoszę nieodparte wrażenie, ze kiedy odpisuje na jeden, w międzyczasie przychodzą dwa albo nawet trzy następne. Musiałem chyba nieopatrznie przeskoczyć na wyższy level w owej e-mailowej grze, bo właśnie w piątek tajemniczy przeciwnik wyraźnie podkręcił trudność rozwiązywanych problemów.

Zaczęło sie od oszukanego paliwa w Republice Południowej Afryki. Na takim paliwie daleko sie nie ujedzie, czego doświadczył jeden ze statków. Co to jednak obchodzi naszego kontrahenta? Nawet jeśli to on aranżował i płacił za paliwo.

- Jeszcze nigdy nam się coś takiego nie zdarzyło! – zaklinał w swojej korespondencji.

- Mamy analizy z laboratorium – pisałem w następnym e-mailu.

- Przyślij je nam koniecznie – odpowiedział

Wysłałem

- Wysłałeś? Nic nie dostaliśmy. – informował e-mail po godzinie.

Wysłałem jeszcze raz.

- I co z tymi analizami? – zapytał po pół godzinie?

Nie pisałem. Zadzwoniłem.

- Słuchaj! Do nas kopie przychodzą, a do ciebie nie?

- Nie.

- Wyślę jeszcze raz! – wkurzyłem się. Ręka mi zadrżała ze zdenerwowania kliknąłem za szybko i e-mail poszedł bez załącznika.

- Dostałem twój e-mail, ale bez załącznika – powiedział po kilku minutach kontrahent w następnej rozmowie.

- Wiem. Za szybko kliknąłem. Ale zaraz wysłałem następny.

- Ten następny nie doszedł.

Dzień pracy zbliżał się do końca.

- Słuchaj, wysyłam po raz ostatni! Jak nie dojdzie to wyśle faksem.

- Dobrze. Dam ci znać jak nie dojdzie.

Upłynął kwadrans, potem drugi. Koniec pracy. Wsiadam do auta, juz jestem za rogatkami Sopotu. Telefon. Od dyrekcji.

- Panie! Przyszedl e-mail od kontrahenta, ze miał mu pan wysłać analizy paliwa, ale pan nie wysłał.

- Wyslę z domu, kiedy dojadę do Szczecina.

Dobrze jest miec fax w domu – pomyślałem. Oj durny ty, durny...

- Połączenie nie może być zrealizowane – brzmiał nagrany głos w słuchawce.

- Jak to nie może być zrealizowane? – zapytałem pana na Błękitnej Linii. Z Błękitną Linią telefon bowiem łączył.

- Nie ma pan zapłaconego rachunku za styczeń.

c.d.n.

00:51, searover
Link Dodaj komentarz »

        

A polecenie zapłaty? Nie ma znaczenia, ze mam takie od dawna i nawet działało. W listopadzie przestało. Reklamacja owszem, ale najpierw trzeba uregulowac należności. Opłaciłem.

„W odpowiedzi na Pana zgłoszenie z dnia 8 stycznia 2006 r. dotyczące braku opłaconego rachunku za listopad wyjaśniamy, ze w wyniku przeprowadzonej weryfikacji dokumentów stwierdziliśmy, że na dzień dzisiejszy faktura została opłacona. Informujemy, ze w związku z Pana prośbą o wprowadzenie polecenia zapłaty prosimy o złożenie pisemnej dyspozycji (...) w najbliższym punkcie sprzedaży Telekomunikacji Polskiej.”

Jakie wprowadzenie? Jakiej dyspozycji? Przecież zrobiłem to juz dawno i działało! Zagotowało się we mnie, ale na TP nie zrobiło to wrażenia. Hola! Pogroziła palcem i kontynuowała:

„Tym samym brak podstaw do uznania reklamacji. Jednocześnie informujemy, że ta decyzja kończy droge postępowania reklamacyjnego. Dalszych roszczeń może Pan dochodzić w postepowaniu sądowym(...)”

Nie chce mi się łazić po sądach więc pobiegłem wysłać faks na najbliższą pocztę. W sobote w południe oczywiście. Poszedłbym rano, ale przy śniadaniu zadzwonił telefon. Sprawa jak z Hitchcocka. Trzech załogantów wracało ze statku stojącego w Ameryce do Europy. Z Amsterdamu dwóch miało lecieć do Polski, a jeden, serwisant, do tej nieszczęsnej Południowej Afryki, gdzie podczas dwunastogodzinnego postoju statku na bunkrowanie paliwa miał przeprowadzić pilną naprawę. Serwisant zostawił swoje rzeczy pod opieką kolegow i udal sie do toalety. Więcej go nie zobaczyli. Nie uznali też za stosowne rozpocząć poszukiwania. Kiedy podstawiono ich samolot, wsiedli i razem z rzeczami zaginionego przylecieli do Polski. Być może chcieli zaoszczędzić na telefonach, bo dopiero z Polski zadzwonili z pytaniem „co robić?”

Wujek Dobra Rada kazał im otworzyć torbę i sprawdzić co w niej jest.

- Wszystko. To znaczy wszystkie dokumenty, paszport...

- O Jezu!

Mało prawdopodobne by facetowi coś w amsterdamskiej toalecie się przytrafiło, ale podróż do Południowej Afryki bez paszportu i w dodatku gdy trzeba byc na czas bo ma się kilkanaście godzin na wykonanie swojej pracy wydawała sie lekkim szaleństwem.

- Nie to nie paszport. – okazało się że informatora zmyliła okładka innego dokumentu.

- A bilet jest?

- Nie ma.

No to była szansa, ze poleciał. Bez bagażu podręcznego, ale poleciał. Linie lotnicze nie udzielały jednak na telefon, nie wiadomo komu, informacji o tym, kto znajduje się na pokładzie. Trzeba było poczekać aż samolot wyląduje. Wkrótce nadeszła informacja od agenta. Nasz załogant przybył i jest gotowy do spełnienia swojej misji.

Kamień spadł nam z serca. Człowiek cały i zdrowy. I na dodatek na czas, nawet przespać się zdąży przed przybyciem statku. Statek przybył w niedizelę wieczorem. A dziś rano poinformował nas, że serwisant owszem przybył, ale części zamienne nie. Części dotarły z Chin do Południowej Afryki, ale tylko do Johannesburga. Nasz afrykański agent nie załatwił na czas odprawy celnej.

Wcześniej, w sobotę, inny statek, stojący w Brazylii miał problem z jednym z dwóch chwytaków. Pękły wężyki wysokociśnieniowe. Kupic takie w Brazylii można, ale w sobotę? Tymczasem brak jednego z dwóch chwytaków to o połowę mniejsze tempo wyładunku. Ale od czego nasza szczęśliwa gwiazda? W maju ubiegłego roku jeden z naszych statków na polecenie czarterującego właśnie w tym porcie zostawił jeden ze swoich chwytaków właśnie na wypadek nagłej potrzeby. Nagła potrzeba właśnie nastąpiła. Wystarczył jeden telefon.

- Believe or not – mówił agent czarterujacego – ale ten chwytak od dziesięciu miesięcy leży w tamtejszym urzędzie celnym. Jeszcze nie zakończyła się procedura przekazania.

- To nic się nie da zrobić? – spytałem naiwnie.

- Nic.

O cholera, ale sie rozpisałem! Zaraz dojdę do momentu, kiedy tekst jako za długi nie zostanie przyjety do edycji. Dodam więc tylko, że to tylko fragment wiekszego ciągu zdarzeń ostatnich trzech dób. Nie wiem czy to ma jakis związek, ale dziś po południu, kiedy aranżowałem sesję psychoterapeutyczną dla swojej chorej mamy, pani psycholog po kilku minutach ciepłej rozmowy powiedziała uprzejmie:

- radzę aby pan o siebie zadbał....

A godzinę temu zadzwoniła moja komórka. Nieznany mi wcześniej numer prosił o pozwolenie połączenia na mój koszt. Tylko siedemdziesiat osiem groszy za minutę. Zdziwiłem się, że tak tanio z zagranicy, bo byłem przekonany, że to znów z jakiegoś statku dzwonią z prywatnej komórki w sprawach służbowych i dlatego taka procedura.

- Zabiję cię! Zabiję cię! Zabiję cię! – powiedział po trzykroć głos w słuchawce na mój koszt. Nie wiem co chciał powiedzieć dalej i dlaczego uparł się, zeby mnie zabić, bo szkoda mi było następnych siedemdziesięciu ośmiu groszy. Dobrze, że nie oglądałem dzisiaj kasety z „Ringiem”, ale jako pointa wpasowało się  idealnie. Jutro może być juz tylko lepiej J  

P.S.

Edytor i tak mi nie przyjął więc musiałem rozbić tekst na dwie części.

Gdynia; 28.03.2006; 00:40 LT

00:49, searover
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4