Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
czwartek, 31 marca 2005

Słońce swieciło pięknie, morze było gładkie jak stół i bez problemów zbliżaliśmy sie do Savannah. Na ostatniej w morzu porannej kawie zrobiiłem z kapitanem i chiefami spotkanie dotyczące t.zw. work listy, na którym omówiliśmy prace do wykonania podczas najbliższych tygodni.. Potem kapitan poszedł odbierać pocztę, a ja zamykałem kolejne raporty. Jeszcze tylko odpowiednie zapisy w dzienniku okrętowym i będę mógł pakować walizki.

- K...a!!! K...a! W p...e! – dzikie wrzaski z kapitańskiego biura, które muszę wykropkować, aby przeszły przez blogową cenzurę, oznajmiły nam nadejście jakiegoś intrygującego e-maila.

-  Słyszałem, ze cos przyszło. – zagadnąłem.

-  Do k... nędzy, ile można? No ile?

-  Co ile?

-  No, który to już raz? Jeden, dwa, trzy, .... siedem, osiem! Ósmy port amerykański w tej podróży! Po Savannah mamy jeszcze iść do Tampy!

Nie zdziwiła mnie zbytnio ta reakcja zważywszy na nękające wizyty smutnych panów z Coast Guardu sprawdzających każdy detal statku. To tak jakby przy każdym postoju podczas podróży samochodem pojawiała się policja i robiła przegląd techniczny. Po chwili dotarły jednak do mnie implikacje owej wiadomości dotyczące mnie bezposrednio.

- No to już nie muszę się pakować... Cały kwiecień z głowy!

Miałem bowiem wrócić do Polski, by po tygodniu w biurze 11 kwietnia polecieć do Vancouver. Ponieważ wszystko przedłuży się o kilka dni, powrót do kraju nie będzie miał sensu. Prawdopodobnie do Kanady polecę prosto z Tampy. Z kolei 19 kwietnia mam być na kolejnym statku w Port Canaveral więc tam polecę z Kanady bo również nie opłaca się wracać do Polski na trzy dni. Ponieważ z tym ostatnim statkiem mam znów odbyć podróż po kilku portach wschodniego wybrzeża USA, zleci mi do końca miesiąca jak nic. Zacząłem wertować kartki kalendarza. Długi, majowy weekend zagrożony bardzo poważnie. Będę mieć szczęście jesli zdążę wrócić na cały. Półtora miesiąca! A spakowałęm się na cztery dni, bo miał to być najkrótszy mój wyjazd. Ani jednej płyty nie wziąłem, dwie książki... Tej o silnikach nie liczę. Kurczę, jak skończę „Kod Leonarda da Vinci” pozostanie mi już tylko studiowanie zasad działania rozmaitych mechanizmów. Dostaję wysypki na samą myśl. Jak nie dostać gdy się jest nawigatorem z krwi i kości, którego meandry zawodowej kariery zmusiły do zagłębiania się w takie rozdziały jak „Okrętowe kotły parowe” , „Okrętowe filtry i wirówki”, albo „Niedomagania maszyn sprężających”. Czytam i dowiaduję się, że „w przypadku regulacji wyajności pompy wtryskowej tłokami obrotowymi efektywny skok tłoka zależy od długości pobocznicy znajdującej się w płaszczyźnie otworu przelewowego i może się zmieniać od wartości zerowej do wartości maksymalnej zależnie od kąta obrotu tłoka”. Tfu! Nie dam rady!

Savannah, 31.03.2005

 

06:27, searover
Link Komentarze (4) »
wtorek, 29 marca 2005

Odsunęliśmy do kąta stół, usiedliśmy na ławach pod ścianami i na pryczach, a na środku podłogi rozłożyliśmy koce oraz śpiwory. Medyk położył się na nich, a hipnotyzer zaczął wprowadzać go w trans. Potem zaś zaczął przywoływać duchy. I wtedy stało się coś niezwykłego. Medyk, macho co niczego sie nie boi, nagle zaczął się trząść i z przerażeniem, jak dziecko prosić, aby go z transu wyprowadzić. Oczywiście hipnotyzer natychmiast to uczynił.

Po rozbudzeniu medium chwilę dochodziło do siebie. Daliśmy mu pozbierać myśli, a potem zaczął opowiadać. Powiedział, że krótko po przywołaniu duchów ujrzał przenikającą przez ścianę chałupy i stojącą potem w kącie kobietę. Widok był makabryczny ponieważ niewiasta ta miała zmasakrowaną twarz. Tego właśnie tak się przestraszył. I zapowiedział, że na żaden seans już się nie da namówić.

Końcówka nocy była taka sama jak zwykle. Wspólne wyjście do latryny, papierosy palaczy przed gankiem i w końcu rozejście się spać. Dziewczyna z Warszawy poszła na strych do swojego śpiącego tam od paru godzin chłopaka.

I znów, podobnie jak kilka tygodni wcześniej obudziły mnie podniecone głosy. Otworzyłem oczy. Na dworze było już widno. Wygramoliłem się ze śpiwora i wyszedłem na zewnątrz zobaczyć co się dzieje. Na podwórzu stali obydwoje Warszawiacy oraz chyba ze dwie osoby, które spały w drugiej izbie. Warszawiacy opowiadali coś bardzo przejęci, a ich wyraz twarzy mówił wszystko. Przytrafiła im się niezbyt sympatyczna przygoda.

Po seansie spirytystycznym, kiedy dziewczyna poszła na górę, zastała swojego chłopaka śpiącego na jednej z wąskich prycz. Położyła się więc na drugiej. Jak już wspominałem, ustawione były one w kształt litery L. Wkrótce zasnęła.

Zaczynało świtać kiedy obudził się jej chłopak. Spostrzegł, że przed jego pryczą stoi jakaś postać. Była to… kobieta ze zmasakrowaną twarzą. Zaczął coś mamrotać i szybko wygrzebywać się ze śpiwora. Wtedy na sąsiedniej pryczy obudziła się dziewczyna. Zobaczyła go siedzącego, a przed nim stojącą kobietę ze zmasakrowaną twarzą, która w rękach trzymała niebieski pulower. Chciała mu go dać, lecz on tylko kręcił głową, że nie chce i wskazał ręką swoją dziewczynę. Kobieta odwróciła się więc do niej i jej próbowała go wręczyć. Dziewczyna zrobiła unik i przeskoczyła na sąsiednią pryczę do swojego chłopaka. Zjawa zaś położyła pulower na jej pryczy i bezgłosnie przeniknęła przez powałę dachu na zewnątrz.

Obydwoje natychmiast zbiegli na dół i obudzili pierwsze z brzegu osoby. Razem wyszli na podwórze. Oczywiście nie chcieli już wracać na strych.

Jak się można domyślić, pierwsze co postanowiliśmy zrobić, to odnaleźć pozostawiony pulower. Nie było go jednak na strychu. Zastanawialiśmy się nad realnością całego zdarzenia. Dziewczynie mogło coś się przyśnić po wrażeniach wieczoru, ale chłopakowi? Nie wierzył w duchy, nie brał udziału w seansie, nie rozmawiał z nią w nocy. Czy możliwe, żeby przyśniło mu się to samo o tej samej porze i żeby odgrywali tę samą scenę w dwóch niezależnych snach? Nieprawdopodobne. Na dowcip też to nie wyglądało. Wystarczyło na nich spojrzeć.

Co robić? Postanowiliśmy drążyć temat. Trzeba było powtórzyć seans, ale z kim w roli medium? Medyk absolutnie nie miał zamiaru spotykać się raz jeszcze z ową kobietą. Dziewczyna ze strychu także nie. Zgodził się za to jej chłopak, który w duchy nie wierzył.

I znów późnym wieczorem zaczęliśmy. Warszawiak nie był tak dobrym medium jak Medyk, ale hipnotyzer wprowadził go w trans. Po paru minutach wskazał na ten sam kąt, co poprzednio nasz macho i powiedział, że widzi kobietę ze zmasakrowaną twarzą. Hipnotyzer starał sie zachować spokój i tonem głosu uspokoić poddenerwowane medium. Zaczął zadawać pytania.

- Zapytaj po co przyszła.

- Chce zostawić wiadomość siostrze.

- Ten pulower?

- Nie.

- A dla kogo był ten pulower?

- Kto by go wziął, dla niego czas by się skończył.

Ledwie wypowiedział te słowa, a siedząca na pryczy jego dziewczyna dostała ataku histerii. Zaczęła płakać, krzyczeć, że to ona omal go nie wzięła. Trzeba było szybko wyprowadzić chłopaka z transu i zająć się nią. Kiedy już doszła do siebie, do akcji wkroczył bazowy. Powiedział, że nie zgadza się na następne seanse, bo nikt z nas nie wie w czym grzebiemy i czym się to może skończyć. Próbowaliśmy odwieść go od tej decyzji, (chcieliśmy się dowiedzieć czegoś o owej siostrze i co znaczy „czas by się skończył”) ale pozostali obecni też nie byli już zgodni i podzielili się na dwie grupy. Zrobiliśmy więc demokratyczne głosowanie. Jednym głosem zwyciężyła opcja, by ani hipnozą ani duchami w bazie się nie zajmować.

A po wakacjach Medyk napisał, że przypomina sobie pewne ćwiczenia w prosektorium. Przywieziono wtedy z wypadku samochodowego kobietę, która swoim autem nadziała się na załadowaną wystającymi prętami ciężarówkę. Uważał, że prawdopodobnie to była ta kobieta.

I tak skończyły się moje spotkania z duchami. Przez całe swoje zycie nie zobaczyłem ani jednego, ale jeżeli istnieją, to wydaje mi się, że wtedy byłem blisko.

Wilmington, 29.03.2005

23:32, searover
Link Komentarze (1) »

Było trochę czasu na długie dyskusje przy stole i to bynajmniej nie przy alkoholu, jeżeli nie liczyć lampki wina do obiadu. O czym mogą rozmawiać faceci odizolowani od uroków wiosennego swiata? O czym by nie zaczęli i tak skończy sie na jednym. Opowiadaliśmy sobie o pustkowiach Kanady oraz niektórych miejsc w USA, jak chociażby odwiedzony przez nas kilka dni temu rejon Eastport. Natychmiast rozmowa skręciła na kłopoty związane z trudnością w napotkaniu przedstawicielki tego samego gatunku. Znawcy twierdzili, że w niektórych rejonach łatwiej spotkać niedźwiedzia niż człowieka. Okazuje się jednak, że znaleźliby się chętni na harce, gdyby tylko zmożonej snem zimowym niedźwiedzicy udało się ogolić nogi i założyć pończoszki. Jakie to byłoby uczucie? Hm, dość obrazowo opowiadał onegdaj pewien Sasza, który trafił ze swojej wioski do wojsk lotniczych i latał helikopterami. Wrócił do swojej wsi na Syberii na przepustkę, a znajomi zaczęli go wypytywać:

- Sasza, rasskażi, kak eto jest, wiertoljotom lietat’?

Sasza myslał dobrą chwilę, jakie tu znaleźć porównanie, podrapał się w głowę, łyknął stakan samogonu i odpowiedział:

- Wiertoljotom lietat’, eto tak, kak tigra jebat’. Troszku smieszno, troszku straszno.

Wydedukowaliśmy, że z niedźwiedzicą musi być podobnie.

Żeby jednak nie było, ze nam tylo swiństwa i głupoty w głowie, na dodatek w tak uroczyste święto, zaczęliśmy zgłębiać tematy poważniejsze, aż w końcu zeszło na zycie pozagrobowe, co nawet nawiązywało trochę do Wielkanocy i zmartwychwstania. Opowiadaliśmy sobie rozmaite zasłyszane historie i podzieliliśmy się na tych co w duchy wierzą i na tych, co uważają, że to bzdura. Nie miałem przez długi czas wyrobionego zdania, opierając się wyłącznie na mniej lub bardziej prawdopodobnych, niesparwdzonych opowieściach, aż do pewnych wakacji w górach, które upłynęły pod znakiem seansów hipnotycznych.

Warunki były wręcz wyśmienite. Chata położona w górnych partiach Beskidów, na skraju lasu, zdala od innych siedzib ludzkich, pozbawiona elektryczności i wszelkich udogodnień cywilizacyjnych. Owego roku jeden z naszych przyjaciół, poważny człowiek, przyjechał zafascynowany hipnozą i seansami spirytystycznymi. Miał już w tym pewną praktykę więc od razu zabrał się do roboty. Od tej pory całe noce mijały nam na rozmaitych eksperymentach.

Pamiętam niesamowite wrażenie, jakie sprawiła wprowadzona w trans jedna z naszych koleżanek, która podczas seansu, już w pozycji siedzącej otworzyła oczy. Były niemal zupełnie wywrócone, t.zn. tęczówki schowane gdzieś wysoko, niewidoczne, a z oczodołów wyzierały same białe kulki. Po seansie, jak zwykle szło się za potrzebą całą grupą, bo latryna była tuż przy lesie, kawałek drogi od chałupy i odważnych samotników było niewielu. Potem zazwyczaj zostawało się przed gankiem razem z palaczami i dyskutowało o wrażeniach. Tak było i wtedy. Tyle tylko, że kiedy po wypaleniu papierosów wszyscy zaczęli wchodzić z powrotem do izby, nasze medium wyraźnie się ociągało. Po chwili okazało się, że została za drzwiami sama. Natychmiast więc ktoś do niej wyszedł. Stała zamyślona, z głową skierowaną ku niebu, na którym wśród nielicznych chmur jaśniała tarcza księżyca w pełni.

-  Idziesz? – zapytał.

- Jeszcze nie, jeszcze chwilkę... – odpowiedziała trochę dziwnym, jakby nieobecnym głosem.

Odczekaliśmy chwilę jedną, drugą i trzecią, ale nic się nie zmieniało. Z dziewczyną najwyraźniej kontakt był utrudniony. Wtedy do akcji raz jeszcze wkroczył hipnotyzer, zaczął z nią rozmawiać, wprowadził w trans i rozbudził ponownie. Tym razem wszystko wydawało się w porządku. Pogadaliśmy jeszcze trochę i wkrótce poszliśmy spać.

Nie wiem kto i w jaki sposób zorientował się wśród śpiących na pryczach ludzi, że dziewczyna nałykała się jakichś lekarstw podejmując próbę samobójczą. Pobudka w środku nocy i akcja znoszenia jej w dół do szosy, by mogła ją  zabrać karetka pogotowia. Dziewczyna została uratowana, ale nie pojawiła się więcej w chacie i nie wróciliśmy nigdy do tego tematu. Nie wiemy czy ów desperacki akt miał jakikolwiek związek z owym seansem. To był pierwszy, dramatyczny moment.

Jakiś czas potem, gdy o sprawie zaczęto zapominać, a nowe osoby pojawiały się w bazie, kolejne osoby poddawały się hipnozie i z kolejnymi osobami wywoływaliśmy duchy, bez jakichś szczególnych rewelacji. Kiedy pojawił się pewien student Akademii Medycznej z Gdańska, typ macho, który niczego się nie bał, a już na pewno nie pozwalał sobie na okazywanie słabości przy dziewczynach, oczywiście natychmiast zaproponował, że podda sie eksperymentom.

Ponieważ spedzałem tam większą część lata, hipnoza zdążyła mi już się nieco opatrzyć i tego wieczoru popełniłem małą pomyłkę. Uznałem bowiem za bardziej kuszące zabranie pewnej Lublinianki na samotny wypad w szczytowe partie gór, gdzie mieliśmy wspólnie słuchać ryczących na niedalekim rykowisku jeleni. Wycieczka się udała, ale kiedy wróciliśmy po drugiej w nocy, okazalo się, że w bazie panuje niesamowite podniecenie. Był to, według opowieści, najbardziej udany seans. Hipnotyzer wprowadził ponoć chłopaka w stan lewitacji. Ściślej zaś, na pewno kilka centymetrów nad podłogą unosiły się jego nogi i tułów, co widzieli wszyscy świadkowie, a nie było pewności, czy nad rozłożonymi śpiworami unosi się również jego siedzenie. Hipnotyzer położył się więc błyskawicznie by stwierdzić istnienie prześwitu i na moment przestał do niego mówić. Wtedy sugestia przestała działać i medyk klapnął z powrotem na śpiwory. Oczywiście z takim medium żal było nie spróbować seansu spirytystycznego, ale ponieważ niewiele czasu pozostawało do switu, postanowiliśmy odłożyć to na następną noc.

Nazajutrz, czyli gdzies koło południa, kiedy zwlekliśmy się na śniadanie, temat był tylko jeden. Duchy. Było nas wszystkich w bazie kilka osób i wszyscy byli podekscytowani. Po południu zjawiła się na nocleg jeszcze pewna para z Warszawy. Nie rozlokowali się w izbie, ze wszystkimi, lecz na strychu. Stały tam dwie prycze, ustawione pod kątem 90°, które stykając się ze sobą tworzyły literę L. Dziewczyna, gdy tylko usłyszała o seansie,od razu wyraziła chęć udziału. Jej chłopak zaś długo przekonywał nas, że to wszystko to brednie i stwierdził, że nie ma zamiaru marnować nocy dla tego typu idiotyzmów. Kiedy nadszedł wieczór on poszedł spać, a my odczekaliśmy do trochę późniejszej pory i rozpoczęliśmy seans.

 

Atlantyk, 27.03.2005

c.d.n.

[Przepraszam czytelników, ale więcej tekstu Blox jednorazowo nie przyjmuje]

05:56, searover
Link Komentarze (2) »

Z prawej burty, wiemy to z mapy, Przylądek Hatteras. Poza tym wokół mglista szarość, niebo pociemniało od burych chmur, ocean lekko sie wzburzył pokrywając tu i ówdzie pienistymi grzywaczami, a po bulajach spływają krople deszczu. Jakże inna pogoda od wczorajszej wiosny w New London.

Leniuchuję od rana. W końcu mamy swięta.

Śniadanie ustaliliśmy na 09:00, ale i tak o 07:10 zadzwonił telefon, abym sprawdził czujki pożarowe w swojej kabinie, bo gdzieś na moim poziomie został wzbudzony alarm. Nie opłacało się już wracać do koi, więc wziąłem poranny prysznic, wyciągnąłem trochę lepsze ciuchy (cud prawdziwy, że wziąłem kilka koszul, T-shirtów i dwie pary spodni, mając w planie wyjazd praktycznie tylko na 3-4 dni) i przyodziałem się odświętnie.

Kapitan przemawiał ładnie i długo. Nie chcąc zamęczać załogi patetycznymi monologami, dorzuciłem krótkie zyczenia od siebie i od firmy.

Długo siedzieliśmy przy śniadaniu, po raz pierwszy od dawna nie spiesząc się do codziennych obowiązków. Oprócz jajek była biała kiełbasa, kaczka faszerowana w galarecie, rozmaite wędliny i oczywiście ciasto.

Po powrocie do kabiny postanowiłem nie dotykać żadnych służbowyw papierów i pogrążyłem się w lekturze książki. Przerwałem ją tylko na obiad, a potem wróciłem do niej, aż w końcu zapadłem w ulubioną, popołudniową drzemkę. Kiedy już zaczęły mi się robić odleżyny, wstałem i postanowiłem napisać co nieco na komputerze, co czynię niniejszym w oczekiwaniu na kolację. Niby trochę głupio, że tak czas przecieka przez palce, ale tego mi właśnie ostatnio brakowało – zwykłego poleżenia z książką albo czasopismem, bez natrętnej świadomości, że robię to kosztem mnóstwa zaległych spraw.

Atlantyk, 27.03.2005

 

04:02, searover
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 marca 2005

Już prawie święta. E-maile, sms-y i kartki wysłane, rozmowy telefoniczne zaliczone, w kuchni smakołyki przygotowane, załoga poinformowana o śniadaniu o 09:00, a pilot własnie przybył na burtę, by wyprowadzić nas z New London. Przy pięknej, słonecznej, prawdziwie wiosennej pogodzie za godzinę znów znajdziemy sie na pełnym morzu. Oby tylko dyngus nie był zbyt mokry, bo na oceanie to się źle kojarzy.

Przedświateczne rozmowy z bliskimi zazwyczaj wesołe nie są, mimo, że wesołych świąt każdy życzy. Świadomość, że nie będzie sie razem jest silniejsza.

Dostałem sms-a, że Polska pokonała Azerbejdżan 8:0 więc humory dopisują i pojawia się nadzieja, że sukcesy piłkarzy powetują nam nienajlepsze skoki Małysza.

Dowiedzielismy się też, że z papieżem ponoć nie najlepiej. Wrażenie na wszystkich zrobiła wiadomość, że ponoć nawet w milczeniu nie pozdrowił wiernych podczas Drogi Krzyżowej, a podczas transmisji nie pokazywano jego twarzy. Żal i narastające przykre przeczucie, że chyba już nie przyjedzie do Polski.

Przyszedł też news, że w Polsce przesuwamy czas o godzinę do przodu. Dzięki temu nareszcie będzie widno, kiedy będę wychodzić z biura.

Taki to mix przedświąteczny – trochę smutków i radości...

Wszystkim, którzy zechcieli zaglądać na mój blog, życzę by Wielkanoc była słoneczna, pachnąca nie tylko baziami, lecz i mazurkami, makowcami, sękaczami oraz wszelkiej maści mięsiwem. Życzę pięknych pisanek, szczodrego zająca, mokrego dyngusa i dużo, dużo radości oraz najzwyklejszego spokoju, odpoczynku od gonitwy dnia powszedniego. Życzę też chrześcijańskiej świadomości, przypominanej na dzień zmartwychwstania, że każde cierpienie ma sens -  niech więc żadne nie ciąży nam zbyt mocno. Wesołych Świąt!

New London, 26.03.2005

23:09, searover
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6