Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
sobota, 31 grudnia 2011

Piękny, słoneczny dzień. Stary rok zegna nas wspaniałą pogodą jakby chciał zatrzeć w pamięci wszystko co niemiłe.

Wyszedłem na chwilę na plażę nieopodal naszego domu. Fajnie jest być nad Bałtykiem o tej porze roku. Nie ma tłumów, chociaż w taki dzień i w taką pogode jak dziś trochę ludzi spaceruje.

Zatoka 31-12-2011 (3)

Niektórzy nawet z plecakami...

Zatoka 31-12-2011 (4)

Daleko w tle, po przekątnej zza klifu wyłaniaja się wieżowce Sea Towers.

Zatoka 31-12-2011 (2)

Może o północy wezmę statyw i zrobię stąd zdjęcia noworocznych fajerwerków nad Gdynią? Tak się bowiem składa, że tegorocznego Sylwestra będę spędzać samotnie w domu. Już sobie założyłem, że będzie to zupełny relaks z ewentualnym blogowaniem w tle – czyli wszystko to, na co na codzień tak bardzo brakuje mi czasu. Mój Anioł w tym czasie będzie gdzies w Brazylii. Odwróciły się role. Pilna, trzydniowa podróż słuzbowa na trasie Polska – Brazylia – Ukraina – Polska. Tym razem, wczoraj późnym popołudniem to ja odprowadziłem ją na lotnisko i popatrzyłem jak odlatuje do Frankfurtu. Trzeba mieć wytrzymałość, by w nieco ponad trzy doby wykonać dziewięć lotów, w tym dwa transatlantyckie, ale to jest właśnie to, co nas kręci. Potrzebowała tylko chwilę, by zdecydować się na taką podróż – zupełnie jakby chodziło o przejazd tramwajem na drugi koniec miasta. Swoją drogą to witać Nowy Rok w powietrzu gdzieś nad Amazonią (wystartuje z Belem dziś o 23:30) jest również niezwykłym przeżyciem. I o to właśnie chodzi, bo jak stwierdził T.S. Eliot „the journey, not the arrival matters”, czyli sama podróż a nie jej cel jest ważna. Już wiemy, dlaczego nie możemy zbyt długo usiedzieć na miejscu.

Życzyłbym jej i sobie byśmy mogli delektować się smakiem wszelkich wypraw jak najczęściej. Czytelnikom „Mojej Szuflady” zaś, aby w nadchodzącym 2012 roku spełniły się ich wszystkie marzenia. Niech złe rzeczy pozostaną z tyłu za linią Sywestra i niech nigdy nie wracają. Niech wszystkie nadchodzace dni przyniosą Wam wyłącznie radość, sukcesy w życiu zawodowym i wszelką pomyślność w osobistym.

 

Sopot; 31.12.2011; 16:10 LT

środa, 28 grudnia 2011

Uff, kończy się grudzień. Miesiąc jakby wyjęty z życia. Wyjazdy do Goeteborga, Manili, okołopogrzebowe kursowanie pomiędzy Gdańskiem a Szczecinem, a w końcu święta. Przeleciało nie wiadomo kiedy i wszystko na speedzie z przeważnie minimalną ilością snu. Paradoksalnie najbardziej wysypiałem się w... samolocie. Blisko jedenaście godzin przymusowego siedzenia w fotelu podczas lotu na Daleki Wschód i z poworotem to była okazja do spokojnego zamknięcia oczu i „odlotu” bez nerwowego wyczekiwania odgłosu budzika.

Podczas pobytu Mirka w szpitalu odwiedzałem go prawie w każdy weekend. Zastanawiałem się, czy z Manili wracać prosto do Gdańska czy też może zahaczyć via Berlin o Szczecin? Jakże się cieszę, że zdecydowałem się na to drugie! Nie dość, że trudno byłoby mi pogodzić się z myślą, że dla własnej wygody straciłem ostatnią możliwość spotkania, to na dodatek w ową sobotę 17 grudnia mieliśmy najlepszy kontakt podczas całej jego choroby. To wtedy, a nie nazajutrz pożegnalismy się tak naprawdę.

Wróciłem do domu w niedzielę około północy. Następnego dnia po południu przyszła ta fatalna wiadomość. Organizację pogrzebu wziąłem na siebie, bo przeciez nie mogłem zostawić tacie, 82-letniemu staruszkowi. Nawet nie miałem jeszcze rozpakowanej walizki z Manili. Szybkie domykanie najpilniejszych spraw pracowych. Zamknąłem biuro o dwudziestej drugiej. Smutna, krótka celebracja imienin z Moim Aniołem i Pauliną. Nie tak miały wyglądać. O czwartej rano pobudka by zdążyć na pociąg. Przydałby się samochód do załatwiania wszystkiego, ale nie chciałem ryzykować jazdy na skraju wytrzymałości.

Wypożyczyłem samochód przy dworcu w Szczecinie i to był strzał w dziesiątkę. Fiat punto dał mi niezbędną mobilność by dopiąć wszystko w nieco ponad dobę. Zacząłem we wtorek w południe, a o szesnastej w środę musiałem być gotowy do powrotu do Gdańska. Kilka momentów podniosło mi poziom adrenaliny dość znacznie. Czas gonił, a tymczasem w szpitalu szukaliśmy dowodu osobistego, który powinien być, bo dane z niego widniały w spzitalnych kartotekach, ale nie udawało się go odnaleźć. W końcu kolejne desperackie przeszukanie rzeczy osobistych przyniosło sukces. Całe szczęście, bo bez dowodu osobistego trudno wystawić akt zgonu, a przynajmniej nie da się tego załatwić w miarę szybko.

Zakład pogrzebowy. Niby wszystko rutynowo, ale chcemy inne niż z rozdzielnika miejsce. Niedlaeko grobu mamy kilka miesięcy temu kogoś ekshumowano. Miejsce na grób stoi puste. Nawet wiosną żartowaliśmy, że trzeba się spieszyć, by ktoś nie zajął wygodnej dla nas lokalizacji. Duża, sprawcza okazała się moc czarnego humoru. Załatwienie znów jednak nie takie proste. Trzeba wystąpic do administracji cmentarza. Robi się późne popołudnie i tylko patrzeć jak zacznie zapadać zmierzch. Nie da się sprawdzić miejsca z księgami wcześniej niż nazajutrz rano. Długo proszę odpowiedzialnego za ową procedurę pana, by zgodził się przeprowadzić tę procedurę przed samym końcem jeo dnia pracy. W końcu się zgadza i w zapadającej szarówce udaje się odfajkowac kolejny pukt na liście. Można wrócić do zakładu pogrzebowego i spokojniej omawiać przygotowania. Jednym z głównych punktów jest... ubranie. Tusza Mirka sprawiła, że jego granitur wiszący w szafe był za mały. Zakład pogrzebowy organizował jednak także ubrania więc problem z głowy. Trzeba tylko zdjąć aktualne wymiary ciała, ale minęła szesnasta i nie ma już dostępu do szpitalnego prosektorium. Sprawdzą rano.

Kwiaty. Najprostsza, a zarazem najtrudniejsza czynność. Przekonałem się o tym podczas przygotowań do pogrzebu mamy i tak było również teraz. Wszystko jest dobrze do momentu konieczności podyktowania napisu na szarfie. To taki moment kiedydo człowieka dociera z całą mocą świadomość, że to naprawdę ostatnie pożegnanie i słowa przed ostatnią drogą. Głos mi więźnie w gardle i wymiękam za każdym razem nie będąc w stanie podyktować tekstu spokojnie. Dziwne, bo w chwilę potem, gdy przecodzimy do technicznych szczegółów wieńca, godziny dostarczenia do kaplicy, rachunku i.t.p. wszystko znów wraca do normy i rozmawiam normalnie.

Następnego dnia od rana dalsze sprawy. Nekrolog w gazecie. Niby jest internet, ale wysłany w nocy e-mail z prośbą o potwierdzenie przyjecia zlecenia rano dziwnie długo poozostaje bez odpowiedzi. Jadę do redakciji.

- Ten adres nie działa. Aktualny jest inny.

Ups! Dobrze, że sprawdziłem. Piszę treść jeszcze raz. Wyciągam kartę kredytową aby zapłacić.

- Zapłaty kartą nie przyjmujemy.

- A gdzie jest najbliższy bankomat?

- Przy Bramie Portowej.

Kurczę, tam i z powroitem to minimum kilkanaście minut, a pewnie więcej. Czas goni.

- Nie da się inaczej? Choćby przelewem? Nie mam czasu na bieganie po bankomatach.

- Przelewem można, ale musimy mieć potwierdzenie do czternastej. Jeśli nie będzie, w jutrzejszym numerze się nie ukaże.

- Zrobię przelew i doślę wydruk do czternastej.

Będę musiał pamiętać.

Biuro parafialne. Wszystko dobrze do momentu pytania o akt zgonu.

- Jeszcze nie mam. Mam tylko kartę ze szpitala, a akt zgonu będzie około czternastej.

- Bez aktu zgodu nie możemy podjąc się organizacji pogrzebu.

- Ale ja doniosę później. A jak nie ja to ktoś inny.

- Wszyscy tak mówią, a potem nie donoszą.

- Ale biuro parafialne będzie ponownie otwarte o szesnastej gdy ja już będę musiał wyjeżdżać! Nie dam rady tego załatwić!

- Niestety, bez aktu zgonu nie da rady.

Cały grafilk mi sie wali. Pozostaje albo próbować w innym kościele, albo zmienić plany. Westchnąłem ciężko.

- Trudno. W takim razie nie dam rady zorganizować pogrzebu jak chciałem.

Wstaję, żegnam się  i zbieram się do wyjścia. W pani za biurkiem coś pękło.

- Niech pan zaczeka! Na pewno pan przyniesie?

- Na pewno! Nie rzucam słów na wiatr.

- Tu jest numer telefonu. Proszę się ze mną skontaktowac jak pan otzyma akt zgonu.

Uff! Dopinamy sprawę mszy i pogrzebu.

Jeszcze stypa, jeszcze przelew za nekrolog, wywieszenie klepsydry na drzwiach klatki schodowej i chyba już wszystko.

Telefon.

- Niestety po sprawdzeniu obwodu w pasie pana brata okazało się, że nie mamy tak dużego rozmiaru garnituru. Musi pan znaleźć sam i dostarczyć jeszcze dziś jeśli mamy zdążyć na piątek.

Spoglądam na zegarek. Wpół do drugiej. Robi mi się gorąco. Zaczynam szukać w internecie. Salony z odzieżą żałobną. W międzyczasie przychodzi sms od Mojego Anioła: „Co u Ciebie?”. Odpowiadam, że źle, że nie mam ubrania dla Mirka i tylko trochę ponad dwie godziny na zorganizowanie go. Nie upłynęło pięć minut gdy otrzymałem od niej sms z kilkoma numerami telefonów i adresami. Próbuję pierwszy z nich:

- Czy to salon z odzieżą dla nieboszczyków?

- Słucham? – Pani nie kryła zaskoczenia.

- Dostałem numer telefonu do Państwa – zacząłem tłumaczyć skonfudowany.

- To jest sklep z odzieżą dla puszystych.

- Tak? To bardzo dobrze! Mi właśnie o taką chodzi, tyle, że do trumny.

Pani była już spokojniejsza i wysłuchała czego konkretnie potrzebuję. Pierwszy strzał i trafiony! Mają taki garnitur! Wsiadam w samochód i jadę do ich sklepu. Stamtąd prosto do zakładu pogrzebowego, a potem oddać samochód i na dworzec. Pociąg do Gdańska.

Znów około północy w domu. Budzik na szóstą, żeby być wczesniej w pracy. Muszę, bo trzeba ludziom wypłacić pensje przed świętami, zaaprobować rachunki do wypłaty knotrahentom. Każdy podkreśla, że zależy mu na pieniądzach jeszcze przed końcem roku. Co za dzień! Jakiś szalony wyścig kolejnych spraw. Dziś wieczorem, o dwudziestej ruszamy do Szczecina. Samochodem, bo inaczej się nie da. Pociągi nie pasują.  Jadę z Aniołem i Pauliną. Umawiamy się z Pauliną na dwudziestą, ale z biura wychodzimy dopiero o osiemnatsej trzyzieści. Jeszcze trzeba odebrać zamówione  uszka,i pierogii rybę  na wigilię.  Chociaż tyle, bo nawet na kupno i ubranie choinki nie strczyło już czasu. Zresztą nie chciało się myśleć o choince w tych okolicznościach.

- Będziemy o dwudziestej pierwszej – mówię przez telefon do Pauliny bo dopiero o wpół do ósmej docieram doi domu aby się spakować. Myję się szybko, wrzucam kilka zmian bielizny, t-shirtów i koszul oraz garnitur, dopinam walizkę i wyjeżdżam po Aniola, ale już minęło wpół do dziewiątej. Wszystko trwa, a zegar przyspieszył jak oszalały. Minuty mijają  jak sekundy.

- Będziemy około dwiudziestej drugiej – mówię do Pauliny dzwoniąc kolejny raz.

Udało się trochę wcześniej. Wyruszamy z Gdyni o 21:50. Zmęczenie jednak daje się we znaki zaraz za Lęborkiem. Zwlaniam znacznie i musze raz po raz zatrzymywac się, żeby chwilę odpocząć i nie zasnąć. W końcu moje pasażerki twardo każą mi się zdrzemnąć chociaż z pół godziny, bo pięciominutowe przystanki pomagają na krótko. To rzeczywiście pomaga, ale na koniec i tak oddaję kierownicę w ręce Anioła. Ona dowozi nas do Szczecina. Dochodzi piąta rano gdy docieramy do hotelu. Żeby zdążyć na dziewiątą na mszę i przygotować się do pogrzebu, musimy wstać o siódmej. Krótka drzemka w hotelowym łóżku i męki wstawania gdy zadzwonił budzik. Do kościoła docieramy równo z początkiem mszy.

Później pogrzeb. Przewijają się ludzie, ktorzy przyszli pożegnać brata, Wciąż kogoś witam, z kims zamieniam parę słów, rozpoznaję kogoś nie widzianego od lat, kogoś nie rozpoznaję w ogóle. Najbardziej wzruszyłem się gdy spostrzegłem kolegów z podwórka, gdzie spędzilismy najwcześniejsze lata naszego życia. Czym było dla dzieciaków podwórko? Tym, czym był plac dla „Chłopców z Placu Broni” Ferenca Molnara. Na tym podwórku kopaliśmy piłkę, jeździlismy rowerami, graliśmy w kapsle. Na zewnątrz, w parku, urządzalismy podchody i toczyliśmy bójki z chłopakami z sąsiednich podwórek. Kilkuletnie dzieciaki. Wyprowadziliśmy się stamtąd ponad czterdzieści lat temu.Teraz w poważnym wieku Michał i Gienek stali przed bramą kaplicy by pożegnać Mirka.

-  Chcieliśmy skontaktować się z Tomkiem, ale nie znaliśmy jego numeru telefonu – powiedzieli jakby usprawiedliwiajac się, że brakuje jeszcze kogoś z naszej paczki.

Pogoda przystosowuje się do nastroju. Ceremonia nad grobem odbywa się w deszczu.  Te przewijające się osoby i ten deszcz zapamiętam najbardziej.

Wieczorem zasypiam nawet nie wiem kiedy. Budzika nie nastawiamy. Trzeba odespać, odpocząć. Wychodzimy dopiero na wigilię, którą urządza nasza ciocia.

Święta toczą się wokół Mirka. Niemal każdy temat rozmowy prędzej czy później wraca ku jego osobie. Pierwszy dzień świąt spędzamy u taty. O siedemnastej wyjeżdżamy, ale jeszcze zatrzymujemy się na cmentarzu. Znów pada deszcz. Kwiaty wyglądają tak świeżo z kroplami deszczu niczym rosa na płatkach lśniącymi w świetle latarki i zniczy. To wszystko takie świeże jeszcze jak te kwiaty. Jakiś nierealny wydaje się ten grób. Potrzeba będzie czasu by się oswoić.



Jedziemy. Mamy zamówiony nocleg w Człuchowie. Tam się zdrzemiemy, by w drugi dzień świąt spokojnie wrócić do domu, I chyba dopiero wtedy, po powrocie adrenalina odpuszcza zupełnie. Całe napięcie ostatnich dni znika, a pojawia się zmęczenie. Wydaje mi się, że gdybym mógł, spałbym pewnie choćby i dobę. Czas już jednak do pracy. 27 grudnia, w radiu mówią, że żal, że już po świętach. Nie chce mi się nad tym zastanawiać. Najdziwniejsze, że w niedzielę będzie już rok 2012.

Gdańsk 28.12.2011; 01:10 LT

sobota, 24 grudnia 2011


Wszystkim czytelnikom Mojej Szuflady składam najserdeczniejsze życzenia zdrowych, spokojnych, wesołych oraz pełnych ciepła i miłości Świąt Bożego Narodzenia. Niech Boże Dzieciątko błogosławi Wam teraz i w całym nowym roku.

Szczecin, 24.12.2011; 12:40 LT

czwartek, 22 grudnia 2011

19 grudnia o godzinie 17:00 odszedł Mój Brat Mirek...

Wraz z Nim odeszła cząstka mnie. Odeszły na zawsze w przeszłość wszystkie wspomnienia z dzieciństwa. Już nigdy nie padnie tradycyjne „a pamiętasz jak...”. Już nie będziemy śmiać się z opowieści jak mając pięć lat podczas rozmowy przy kolacji z braku bardziej przekonywujacych argumentów wbiłem mu widelec w kolano. Nie będziemy wspominać wakacyjnych psot u babci na wsi.

Był wszystkim tym, co powinien ucieleśniać straszy brat. Był przewodnikiem po moim małym świecie, opiekuńczy i lojalny. Lojalny aż do bólu. Aż do konca swoich dni.

Kiedy dorastaliśmy i róznica wieku przestawała mieć znaczenie, okazało się, że to, co on musiał wyrywać życiu pazurami, mi przychodziło bez najmniejszego wysiłku. Ja nawet nie zuważałem jakichś drobiazgów w swojej codzienności, które w Jego przypadku stawały się kamieniami milowymi, wspominanymi przez Niego z namaszczeniem.

Cięzkie miał życie. Tak mało było w nim sukcesów i radości. Tak bardzo zdany był na moją pomoc i tak badzo łaknął każdego objawu zwykłej, braterskiej przyjaźni. Każdy taki gest odwzajemniał z całych swoich możliwości. I nawet kiedy nie bywałem dla Niego miły, wciąż bezwarunkowo pozostawalem dla Niego największym autorytetem.

Dzielił się ze mną swoim drobnym światem, kiedy mi nie starczało czasu nawet na te największe sprawy. Taka była też nasza telefoniczna rozmowa w piątek siódmego października. Kontrolna wizyta u lekarza. Wiedziałem o niej wczesniej i wiedzialem, że jak zawsze, nie zważając na to że to sam środek mojego dnia pracy, wrzący tygiel rozmaitych spraw, będzie mi opowiadać o wynikach badań oczekując opinii i nie zwracając uwagi na fakt, że kompletnie się na tym nie znam. Tym razem powiedział, że będzie musiał pozostać w szpitalu jakieś pięć dni na dalszych badaniach. Potrzebował rozmaitych drobiazgów, które obiecałem przywieźć nazajutrz.

- Przyjadę na weekend to Cię odwiedzę i pogadamy.

Nie pogadalismy. To była nasza ostatnia rozmowa. Nazajutrz, kiedy przyjechałem, był już na OIOM-ie i pozostał tam przez dwa i pół miesiąca, aż do końca swoich dni. Stąd pochodzi ostatnie zdjęcie, które mu za życia wykonałem.

Wracając z Manili 17 grudnia, właśnie dlatego lądowałem w Berlinie, a nie w Gdańsku, żeby podczas weekendu odwiedzić go jak zwykle. Jego stan nadal był ciężki, lecz jakieś światełko w tunelu się pojawiło, bo zaczął oddychać samodzielnie. Był też przytomny więc po raz pierwszy mógł w miarę normalnie uczestniczyć w moim monologu (sam ze względu na tracheotomię mówić nie był w stanie). Streszczałem mu cały ten okres. Od wyborów parlamentarnych, przed którymi wylądował w szpitalu po śmierć Violetty Villas i Vaclava Havla. Patrzył na mnie i chłonął to o czym opowiadałem, dając czasem znak skinieniem głowy albo słabym uśmiechem. Kiedy zbierałęm się do wyjścia, uniósł trochę dłoń jakby w geście pożegnania. Wyciągnąłem swoją i w meksykańskim stylu uscisnęlismy mocno dłonie na „do widzenia”.

- Zobaczysz, będzie dobrze. Tylko walcz i nie poddawaj się.

W niedzielę już był słabszy. Zasypiał kiedy do niego mówiłem . Ja w nadziei po sobotniej wizycie, że będzie lepiej, przyniosłem zeszyt i pisak. Liczyłem na to, ze nie mogąc mówić może uda mu się coś napisać. Wetknąłem mu pisak do ręki, lecz narysował tylko jakąś krótką, przypadkową kreskę. Nie miał siły.

Wróciłem po weekendzie do Gdańska, a w poniedziałek późnym popołudniem zadzwonił lekarz z najgorszą widomością.

Żegnaj Mirku. Tam już nie cierpisz i wreszcie ból towarzyszący Ci przez ostatni okres ustąpił. Jesteś już wśród wszystkich naszych bliskich, którzy wcześniej nas opuścili. Może wujek Mietek znów częstuje Cię śledziami, które kiedyś w jego wykonaniu tak uwielbiałeś?

Żegnaj Mirku. Nawet nie przypuszczasz jaka pustka po Tobie została.


Gdańsk, 22 grudnia 2011;  02:15 LT

niedziela, 18 grudnia 2011


Dostałem niedawno e-maila o wynikach akcji „Szlachetna Paczka”. W ubiegłym roku do „drużyny” wciągnęli mnie moi szkolni przyjaciele.  Oni oraz ich znajomi byli motorami tej akcji. Ja tylko niewielkim trybikiem w owej maszynie, ale i tak satysfakacja ogromna, że mogłem przyczynić się do sukcesu przedsięwzięcia. Kto wie, może za rok uda mi się zadziałac aktywniej i zebrać chociaż odrobinę darów wśród grona swoich znajomych?

Komu pomogliśmy? Opis rodziny wyglądał tak (imiona zastąpię literami):

Pani A (32 l.) samotnie wychowuje szóstkę dzieci (dwóch synów i cztery córki): B (15 l.), C (13 l.), D (12 l.), E (10 l.), F (9 l.) i G (1 rok). Przyczyną trudnej sytuacji rodziny jest niedawna śmierć męża pani Anny, który w największym stopniu utrzymywał rodzinę. Ponadto pani Anna nie może szukać pracy ze względu na konieczność opieki nad dziećmi. Siedmioosobowa rodzina mieszka w trzypokojowym mieszkaniu. Na dochody rodziny składają się renta pani Anny (507zł), zasiłek rodzinny (455zł), zasiłek pielęgnacyjny (153zł) oraz dopłata do mieszkania (480zł). Utrzymanie mieszkania kosztuje 1010zł. Po odliczeniu opłat, dochód na członka rodziny jest więc bardzo niski i na życie pozostaje niewiele, bo 83 zł na osobę na miesiąc. Rodzina najbardziej potrzebuje odzieży, żywności oraz opału (węgiel). 


Do e-maila załączone były zdjęcia z transportu prezentów do magazynu akcji.



Na mnie jednak największe wrażenie zrobiła pocztówka z podziękowaniami. Zorientowałem się jak wiele wysiłku musiało kosztować Panią A napisanie jej.


Zapewne równie trudno jest jej realizować wszelkie inne, znacznie poważniejsze, życiowe wyzwania. Dlatego tak istotna jest pomoc, jaką otrzymała. Chociaż wydaje mi się, że długofalowo patrząc, najważniejsza dla niej będzie nie przysłowiowa ryba, lecz wędka by mogła sama ją złapać. Obawiam się, że bez pomocy czy to władz lokalnych, czy też ludzi dobrej woli, Pani A sama sobie tej wędki wystrugać nie będzie w stanie. Gdyby na przykład otrzymywała do wykonania jakieś proste prace chałupnicze, (przy których mogłyby nawet trochę pomóc najstarsze dzieci) albo miała możliwość podjęcia pracy przy zapewnieniu żłobka dla najmłodszej córeczki – pewnie łatwiej byłoby stanąć jej na nogi.

Może to byłby najlepszy prezent włożony do przyszłorocznej świątecznej paczki?


Szczecin, 18.12.2011; 01:40 LT

 
1 , 2 , 3