Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
piątek, 31 grudnia 2010
A jednak nie udało mi się już nic napisać w starym roku. Zamykam biuro, jadę się spakować, a potem ruszamy z Aniołem do Łeby. Na rozpoczęcie balu o 20:00 już nie zdążymy, ale przecież cała noc przed nami.
Obym tylko szczęśliwiej kierował autem niż ostatnim razem, czego sobie życzę na stary i nowy rok. 
A Wam, Drodzy Czytelnicy, by cały 2011 rok, od szampańskiej zabawy dzisiejszej nocy po wystrzał korków w przyszłego Sylwestra, szczęścił Wam się, niósł radość każdego dnia, by miłości Wam nie zabrakło, trzos pęczniał, choroby się nie imały, a marzenia spełniały na każdym kroku.
 
Sopot, 31 grudnia 2010; 18:00 LT
wtorek, 28 grudnia 2010

Święta, jak to zazwyczaj u mnie bywa, częsciowo spędziłem w podróży. Umówiliśmy się z Aniołem, że w Wigilię odwiedzimy swoich rodziców każde z osobna, natomiast wieczór pierwszego dnia świąt oraz cały następny dzień będą już tylko dla nas.

Do Szczecina zamierzałem jechać pociągiem, lecz na trzy dni przed Bożym Narodzeniem spotkało mnie rozczarowanie. Rozkład jazdy nie przewidywał bowiem bezpośrednich połączeń między Szczecinem a Gdynią 25 grudnia po południu. Musiałbym decydować się na przesiadki, i wszystko razem trwałoby znacznie dłużej niż normalnie. Osiem godzin na pokonanie 330 kilometrów to jak na XXI wiek wynik niezbyt wyśrubowany.

Po obfitych opadac śniegu, 23 grudnia spadł... deszcz. Deszcz, który zamarzał niemal natychmiast. Samochód pokrył się kilkumilimetrową warstwą lodu, która przywarła mocno. Skrobanie szyb przed jazdą wymagało dużego wysiłku i.... cierpliwości w odkuwaniu owej skorupy centymetr po centymetrze. Taka sama pojawiła się na jezdniach, chodnikach, placach. Kilkudziesięciocentymetrowa warstwa śnieżnego puchu pokryła się skorupką lodu niczym creme brulee karmelem. Owa gładkość w połączeniu ze świetlnymi refleksami na lodzie tworzyły niezwykły widok, jakby całe miasto stało w wodzie.

W takich warunkach w Wigilię nad ranem wyruszałem z Gdyni. Wziałęm ze sobą między innymi płyty z kolędami i słuchając ich przemierzałem wolniej niż zwykle znaną juz niemal na pamięć trasę. Kolędowy repertuar jest tak wyeksploatowany, że artyści z górnej półki próbują nadać im osobiste, nieco odmienne brzmienie. Rozumiem ich frustrację, bo wyjść i zaśpiewać poprawnie to trochę poniżej ich ambicji. Ja jednak nie lubię artystycznych eksperymentów, tam gdzie najważniejsza jest tradycyjna melodia. Takim niewypałem było osławione wykonanie polskiego hymnu na mistrzostwach świata w Korei i podobnie męczyłem się słuchając interpretacji kolęd, które świadczyło o dużych możliwośćiach wokalnych innej piosenkarki, oraz o wyobraźni jej muzyków, lecz utwory te chyba jedynie tekstem przypominały pierwowzór. Z ulgą zmieniłem płytę i w samochodzie znów zrobiło się świątecznie.

Minęło południe gdy wjeżdżałem do Szczecina. Tato już czekał ubrany, bo obiecałem, że zabiorę go samochodem na cmentarz. Odgarnęłiśmy trochę grubą warstwę śniegu z nagrobków i zapaliliśmy znicze. Byłem zaskocznoy iloscią ludzi, która krzątała się przy grobach w wigilijne popołudnie. No cóż, to dzień, w którym ludzie łączą się z rodzinami i w szczególny sposób odczuwają brak tych, którzy już odeszli na tamtą stronę.

Kiedy wrócilismy, rzutem na taśmę jeszcze dorwałem się do komputera, by porozsyłać życzenia. Dobrze, że są e-maile, chociaż zawsze meczy mnie moralny kac, gdy sprawę załatwiam jednym kliknięciem zamiast wypisać świąteczne pocztówki, nakleić znaczki i wysłać pocztą tradycyjną.

Czas przeleciał szybko. Wigilijna wieczerza, potem świąteczny poranek, ponowne spotkanie przy stole w południe,  a około wpół do czwartej ruszyłem w drogę powrotną do Gdyni.. Tak jak się spodziewałem nie było dużego ruchu i jechało się spokojnie. Niemal każda z mijanych miejscowości mniej lub bardziej przystroiła się na święta. Nawet koszaliński ratusz, który jest jakąś koszmarną wielkopłytową wariacją z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, po zmroku w świątecznej iluminacji prezentował się niezgorzej.

Koszalin ratusz 02

Jazda pomimo trudnych warunków mijała spokojnie i za czas jakiś znów ujrzałem ze szczytu wzgórza w Kębłowie morze świateł t.zw. Małego Trójmiasta Kaszubskiego. Jeszcze tylko łagodna serpentyna w dół i już oświetlona, dwujezdniowa droga do samej Gdyni.

Mówią, że najwięcej wypadków zdarza się w odległości kilku kilometrów od domu. Mi zostało dokładnie dziewiętnaście, gdy między Wejherowem a Redą autem nagle i niespodziewanie mocno szarpnęło w lewo. Poślizg. Skontrowałem kołami pamiętając, żeby nie hamować. Szarpnięcie w drugą stronę, potem znów z powrotem, a za każdym razem amplituda skrętu większa, aż w końcu auto ustawia się bokiem i uderza w barierkę między jezdniami. Po chwili szoku włączam światla awaryjne i wyciągam z bagażnika trójkąt odblaskowy, by ustawić go na jezdni. Nadjeżdżają pierwsze samochody. Ktoś się pyta, czy nic mi się nie stało, czy samochodem da się jeszcze jechać  Musze do końca oderwać wiszący kikut zderzaka. Silnik wystartował, więc powoli zjeżdżam na pobocze. Potem ludzie pomagają mi zebrac z jezdni porozrzucane fragmenty lamp. Kiedy wszystko uprzątnięte, zabieram trójkąt, dziękuję tamtym ludziom i próbuję odnaleźć telefon. Wszystko co leżało na siedzeniach, teraz kłębi się na podłodze. Na fotelu leżał tez telefon, z którym łaczył mnie kabel ze słuchawkami w uszach. Ten kabel plątał mi się przy ubraniu gdy wysiadałem z auta, ale gdy telefon gdzieś poszybowal, pozostały z niego strzępy. Nie czułem ani nie pamiętałem, żadnego szarpnięcia, ale musiało być spore, skoro ze słuchawek tkwiących w uszach prawie nic nie zostało.

SĹ?uchawki 01

Sluchawki 03

Sluchawki 02

Odnalazłem go w końcu gdzieś na podłodze i zadzwoniłem do Anioła. Ledwie odłożyłem słuchawkę gdy zadzwonił mój tato. Zawsze dzwoni by dowiedzieć się, czy szczęśliwie dojechałem. Tym razem nie miałem dobrych wieści, chociaż w ostatecznym rozrachunku uznałem, że i tak miałem bardzo dużo szczęścia w nieszcęściu. Przywaliłem bowiem w barierkę, która z założenia pochłania energię uderzenia. Gdyby wyrzuciło mnie nie w lewo lecz w prawo, wylądowałbym na jednym z rosnących wzdłuż drogi drzew. Gdyby zdarzyło się to na drodze jednozjezdniowej, zamiast na barierce, zatrzymalbym się w rowie po przeciwnej stronie, o ile szczęśliwie nie zaliczyłbym zderzenia z kimś z przeciwka. No i trzecie szczęście to pusta droga. Gdyby ktoś jechał za mną lub obok mnie, nie obyłoby się bez karambolu. Pierwszy raz miałem doświadczenie znajdować się w samochodzie tańczącym poza kontrolą na jezdni i ciągle jak sobie to przypominam, przechodzą mnie ciarki. Okropne musi być też zapewne uczucie gdy kierowca jadącego z przeciwka pojazdu widzi, że ktoś zbliżający się do niego zaczyna nagle wykonywać takie niekontrolowane ewolucje. Nie ma dokąd uciec i nie ma jak przewidzieć nastęnego ruchu.

Była jedenasta wieczorem gdy dojechałem do Gdyni. Adrenalina powoli schodziła i mogliśmy rozpocząć świętowanie z Aniołem. Mój agent ubezpieczeniowy przekonywał mnie w marcu, gdy odnawiałem ubezpieczenie, że może zamiast zapłacić mniej (zniżki plus mniejsza po kolejnym roku wartość auta), warto te pieniądze zainwestowac w dodatkowe ubezpieczenie, n.p. car assistance. No i tak zrobiłem. Pierwszy raz. Dzięki temu w drugi dzień świąt pod dom dostarczono mi samochód zastępczy, który w ramach ubezpieczenia będę mógł używać przez najbliższe dwa tygodnie

Gdynia; 28.12.2010; 06:55 LT

czwartek, 23 grudnia 2010

Nadchodzi kolejne Boże Narodzenie... Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że coraz częściej je świętuję. Kiedyś były długo oczekiwanym, niezwykłym okresem, a obecnie ledwie jedne przeminą, a nim zdążę się obejrzeć już nadchodzą następne. Dobrze, że znajduję choć chwilę by przed Matki Boskiej Gromnicznej rozebrać choinkę.

Kiedy niedawno pakowałem swoje rzeczy wyprowadzając się ze szczecińskiego mieszkania, na jednej z półek znalazłem fragment szczecinskiego dodatku Gazety Wyborczej z 2003 roku,. Znajdował się tam mój tekst. Opowiadał o Bożym Narodzeniu A.D. 1998. To już prehistoria, Ubiegły wiek. Postanowiłem go zachować zanim papier zżółknie i rozsypie się w proch. A najlepszą okazją jest chyba kolejne Boże Narodzenie.

Morska opowiesc wigilijna 1

GRUDNIOWA JAZDA NA CZAS

Kiedy przywołuję w pamięci swoje dziecięce wspomnienia świąteczne, przypominam sobie to wieczne odliczanie, czy statek, na którym pracował mój ojciec, powróci na Wigilię do macierzystego portu. Czasy się zmieniły. Dziś nawet flota PŻM bardzo nieregularnie zawija do Polski, a jeśli ktoś, tak jak ja, pracuje u obcych armatorów, zawinięcia do Szczecina na święta praktycznie nie bierze pod uwagę 

Owego roku pracowałem na niewielkim kabotażowcu "Talea", który pływał między portami północnej i zachodniej Europy. Jego właścicielem był Fritz Veentjer, pewien niemiecki kapitan. Miał tylko ten jeden statek, na którym zresztą sam pracował, a ja akurat wtedy go zastępowałem.

Kiedy po duńskim Kalundborgu i łotewskiej Rydze w połowie grudnia odwiedziliśmy Liverpool, zastanawialiśmy się, gdzie przyjdzie nam spędzić święta. Fajnie by było stać gdzieś w porcie, bo w zachodniej Europie wtedy i tak nie pracują, więc byłby to odpoczynek także dla załogi. Święta w morzu, zwłaszcza pod koniec grudnia, to przeważnie sztormy, a przede wszystkim praca jak co dzień.

Z Liverpoolu kazano nam płynąć do Gandawy. W tym belgijskim porcie mieliśmy załadować zwoje stalowej blachy dla odbiorców w Danii. W trakcie załadunku właściciel statku i nasz pracodawca zadzwonił z instrukcją dotyczącą podróży.

- Captain, będą trzy porty wyładunkowe w Danii: Kolding, Vejle i Kopenhaga... - mówił to powoli i widziałem, że celebruje narastanie napięcia. - ...A potem, to wiesz, musicie dobrze przygotować statek pod załadunek...

- Jak zwykle - wtrąciłem, ale tylko po to, aby coś powiedzieć, bo czułem, że szykuje jakąś niespodziankę.

- No, jak zwykle, ale też i nie jak zwykle, bo z Kopenhagi płyniecie do Polic! - te ostatnie słowa prawie wykrzyczał do słuchawki. - Miałem dwa ładunki do wyboru! Zgodziłem się na ten z Polic, abyście święta spędzili z rodzinami. Wasza teraz w tym głowa, aby zdążyć.

Nietrudno sobie wyobrazić euforię, jaka zapanowała wśród sześcioosobowej załogi. Był już 19 grudnia, rodziny szykowały się do kolejnych samotnych świąt, a tutaj taka niespodzianka! Do Polic mieliśmy dopłynąć 24 grudnia nad ranem. Czy można sobie wyobrazić lepszy moment na przyjazd do kraju?

Kiedy pierwsze emocje opadły i telefony do domów przestały dzwonić, drukarka navteksu, małego odbiornika ostrzeżeń nawigacyjnych, wypluła z siebie informację o nadchodzącym sztormie. Załamanie pogody przyszło, kiedy jeszcze staliśmy przy kei. Zerwał się silny wiatr, ale zdążyliśmy zakończyć załadunek przed deszczem. Późnym popołudniem ruszyliśmy w drogę kanałem łączącym Gandawę ze Skaldą, a potem w dół tej wielkiej rzeki. 

Boże Narodzenie Bożym Narodzeniem, ale priorytetem jest bezpieczeństwo. Statek był malutki, stalowe zwoje to ładunek niezbyt bezpieczny pod względem sztauowania, a ja nie miałem zamiaru narażać ludzi i mienia. Decyzja była stanowcza. Sztorm przeczekamy na kotwicowisku u ujścia Skaldy do Morza Północnego. 

Była to chyba jedna z najtrudniejszych decyzji w moim życiu. Spojrzenie załodze w oczy było gorsze niż obrona przed niejedną nierozsądną presją ze strony czarterujących albo armatorów. Teraz ci ludzie byli gotowi płynąć do domu nawet w największy sztorm, a jedynym, który stał im na przeszkodzie, byłem ja. Oczywiście nikt nawet nie próbował dyskutować, ale ich twarze mówiły wszystko. Tej jednej nocy między mną a załogą wyrósł mur. Już nie byłem jednym z nich. 

I wtedy stał się cud. Kilka mil przed kotwicowiskiem, gdy pilot już powoli szykował się do zejścia, lokalne służby poinformowały, że wiatr na zewnątrz szybko słabnie i że jego siła wynosi już tylko 5-6 w skali Beauforta. Natychmiastowa zmiana decyzji. Nie rzucamy kotwicy! Płyniemy!

Znów zaczęło się odliczanie. Mimo że wiatr zelżał, fala wciąż była spora i nie mogliśmy rozwinąć pełnej prędkości. Traciliśmy cenne godziny, ale zapas, chociaż minimalny, wciąż pozostawał. Nadszedł jednak wieczór, a wraz z nim znów zerwał się sztorm. Zdążyliśmy dopłynąć do archipelagu Wysp Fryzyjskich. Tam, koło jednej z nich, zwanej Vlieland, znajduje się skrzyżowanie rut. Powinniśmy zrobić zwrot w prawo, by popłynąć na wschód w kierunku ujścia Łaby i do Kanału Kilońskiego. Sztorm z północy jednak nam to uniemożliwiał. Musielibyśmy bowiem ustawić się burtą do fali, a to już byłoby igraniem z losem. 

Zamiast więc na wschód, zdecydowałem się płynąć na północny-wschód. Bezpiecznie, lecz okrężną drogą. Sztormowaliśmy tak całą noc. Dopiero nad ranem udało nam się odwrócić na południowy wschód i już nie pod falę, lecz z falą, a więc szybciej posuwać się w kierunku Bałtyku. 

22 grudnia rano dotarliśmy do Koldingu. Znów szczęście. Wszystko było gotowe na nasz przyjazd, więc wyładunek zajął tylko kilka godzin. Po południu opuściliśmy port. Mimo gęstej mgły udało nam się spokojnie dotrzeć przed północą do Vejle. Tam wyładunek miał rozpocząć się nazajutrz rano. Był już 23 grudnia, a zakończenie wyładunku planowano na popołudnie. Do Kopenhagi mieliśmy więc dotrzeć dopiero 24 grudnia rano. Kazałem kucharzowi przygotować wieczerzę wigilijną, ponieważ wiadomo już było, że nie zdążymy. Agent z Kopenhagi ponaglał, bo port miał pracować tego dnia krócej, by wszyscy mogli zacząć świętować o zmroku. Mimo to wyskoczyłem jeszcze w Vejle na godzinę do miasta, by kupić prezenty gwiazdkowe. Irracjonalnie wierzyłem, że zdołam je jednak położyć pod domową choinkę.

Poranek 24 grudnia. Bezwietrzny, trochę mglisty. Jest już radiowy kontakt z portem w Kopenhadze. Anonsujemy swoje przybycie na wpół do dziewiątej rano. Odpowiadają, że to świetnie. Wszyscy są gotowi. Chcą nas wyładować jak najszybciej i mieć spokój. Tego ładunku do Kopenhagi jest zaledwie resztka - dwadzieścia kilka zwojów. Agent nawet nie schodzi ze statku. Po 45 minutach od otwarcia ładowni wszystko jest wyładowane i możemy płynąć dalej. Szybko, jest już pilot. W locie życzymy sobie z agentem wesołych świąt i rzucamy cumy. Wczesnym wieczorem powinniśmy dotrzeć na redę Świnoujścia...

Telefon do agenta w Szczecinie. Potwierdzamy przybycie w wigilijny wieczór. Konsternacja.
- Rozumiem, wszystko jasne, ale... Ale kto panom powiedział, że wejdziecie do portu? - odpowiada wyraźnie zmieszany. - Keja w Policach będzie wolna dopiero 27 grudnia. Macie czekać na redzie Świnoujścia.

Cholera jasna! Tyle wyścigu z czasem, żeby utknąć przed samym progiem domu!

- A keja postojowa? Są chyba jakieś możliwości? 

- Hm, keja może by się znalazła, ale to wszystko są dodatkowe koszty. Zacumowanie, opłaty portowe, potem 27 grudnia dodatkowo pilot ze Szczecina do Polic. A na dodatek przypływacie w wigilię wieczór, więc wszystkie opłaty będą sto procent droższe...

- Ile?

- Wszystko razem? Ok. 2000 marek.

- Ups... Oddzwonię jeszcze... - odłożyłem zrezygnowany słuchawkę. 

Jeszcze telefon, ostatnia deska ratunku do Fritza Veentjera. 

- Hallo, captain! Jak tam święta? Dojechaliście już do Polic?

- Nie. I nie zanosi się byśmy tam święta spędzili... - opisuję mu całą sytuację.

- Ile?

- Dwa tysiące marek.

- Scheise! - wyrwało się Niemcowi i zapanowało kilkanaście sekund niezręcznej ciszy.

- Captain! - zaczął po chwili. - Rozumiesz, że business is business. Ja nie mogę dokładać do interesu. Ale proponuję układ. Jeżeli bardzo wam zależy, to macie ode mnie tysiąc marek świątecznego prezentu na ten cel. A drugi tysiąc dokładacie wy. I masz wolną rękę. Załatwiaj. Wesołych świąt!

- Dzięki! Wesołych świąt!

Krótka narada z załogą. Jest nas pięciu Polaków i jeden Litwin. Litwin nie ma interesu, by płacić za postój w Szczecinie, więc robimy w pięciu zrzutkę po 200 marek. Znów telefon do agenta.

- OK, jest wolne Nabrzeże Huk. Pilota załatwiam. Kontaktujcie się już bezpośrednio ze stacją pilotów w Świnoujściu. Do zobaczenia przy kei!

Jeszcze przy świetle dziennym mijamy przylądek Arkonę na Rugii. Wkrótce potem zasiadamy do wigilijnej kolacji. Załoga jeszcze siedzi przy stole, kiedy ja idę na mostek. Już widać światło latarni w Świnoujściu. Już są pierwsze, jeszcze dalekie, boje toru podejściowego. I zgłasza się stacja pilotów. Wszystko dograne. O godz. 21 mijamy główki świnoujskiego falochronu. Wśród gęstej kry przebijamy się przez Zalew Szczeciński, pojawiają się światła Trzebieży, potem mijamy Police i wreszcie jest nasza keja postojowa. Cumujemy. Za chwilę zjawia się agent, celnicy i służba graniczna. Składamy sobie życzenia. 

Wszystko idzie sprawnie, bo nikt nie chce nadmiernie przedłużać proceduralnych czynności w tę jedyną noc. Żegnamy się, a ja ustalam rozkład wacht i zamawiam taksówkę. 

Minęła druga w nocy. Jest już 25 grudnia. Na dworze cicho. Ludzie zdążyli już wrócić z pasterki, ale w nielicznych oknach jeszcze się świeci i migają światełka choinek.

Dzwonek do drzwi. Przywitanie. Żona ściszonym głosem mówi, że dzieci nie mogły się doczekać i w końcu zasnęły. Ale kapusta z grzybami, pierogi, ryba wciąż się grzeją. Barszcz też. Pod choinką układam kupione w Vejle prezenty. Dzieci odkryją je rano. Udało się! Udało! Opada ze mnie stres minionych kilku dni. Warto było choćby dla tych kilku chwil. Przed trzecią nad ranem zasiadamy we dwójkę do nocnej, cichej, wigilijnej kolacji. 


* * *

Życzę Wam wszystkim zdrowych, spokojnych i wesołych świąt. 


Gdynia, 23.12.2010; 01:05 LT

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Loty powrotne miałem zaaranżowane na sobotę po południu, więc rano mogłem jeszcze wybrać się na spacer po mieście. Manila nie ma jakiejś przesadnie wielkiej ilości atrakcji do zwiedzania, a przynajmniej nie są one w szczególny sposób wyeksponowane. Miałem  za mało czasu, by wybrać się gdzieś na prowincję, zobaczyć wulkan, czy tarasy pól ryżowych. To zaś, co czytałem na temat miejsc do zwiedzania w samej stolicy, na kolana nie powalało. Na pierwszym miejscu wszystkie wydawnictwa wymieniają Fort Santiago – pozostałość po czasach hiszpańskiej kolonizacji, lecz ja akurat jakoś nie czułem, by właśnie to była rzecz, którą koniecznie muszę tutaj zobaczyć. Następną na liście była katedra, więc wybrałem się tam. Na niewielkiej fotografii, jaką dysponowałem, kościół ten nie wydawał się cudem architektury. Na jego niekorzyść działa tez data budowy: rok 1951. Ani to zabytek, ani ładny. Dopiero gdy przyjechałem na miejsce, dowiedziałem się czegoś więcej. 

Manila 27

I muszę przyznać, że bardziej od samego budynku poruszył mnie niezwykły pojedynek człowieka z siłami natury. Tak jakby Bóg w jakiś szczególny sposób wystawiał na próbę wiarę i gotowość do ofar miejscowej ludności. Katedra, która postawiono tu sześćdziesiąt lat temu jest bowiem... ósmą świątynią, którą ludzie wznoszą w tym miejscu. Pożary, tajfuny, a zwłaszcza trzęsienia ziemi nie oszczędzały poprzednich.. Od szesnastego wieku wznoszą ludzie w tym miejscu kościół i za każdym razem obraca się w ruiny. Bywało, że po kilku lub kilkunastu latach budowy nowa świątynia służyła zaledwie pięć lat, gdy potężne wstrząsy ponownie zamieniły ją w rumowisko. Jak na ironię, jeśli przyroda obchodziła się z kościołem oszczędnie, zniszczeń dokonywał sam człowiek. Siódma świątynia legła bowiem w gruzach podczas krwawej bitwy o Manilę w 1945 roku gdy wojska sprzymierzonych wypierały japońskich okupantów. Walki te, które pochłonęły ponad sto tysięcy ofiar wśród cywilów, upamietnia zresztą stosowny pomnik.

Manila 28

Manila 29

Inny pomnik przedstawia amerykańskiego generała Mac Arthura rozmawiającego na ławeczce w miejscu, gdzie w pierwszej fazie wojny mieściła się główna kwatera sił amerykańskich pod jego dowództwem. Zdobywające na początku wszystko (podobnie jak Hitler w Europie)  wojska japońskie przegnały stamtąd Amerykanów posuwając się dalej na południe, by zatrzymać się dopiero gdzieś na Nowej Gwinei, niemal u wrót Australii.

Manila 32

Wracając jednak do katedry – tak jak wspomniałem sam budynek urodą człowieka nie powala. Wnętrza również surowe. 

Manila 26

Całej światyni nie mogłem zobaczyć, ponieważ jej część bliżej ołtarza była zamknięta dla turystów z powodu odbywającego się właśnie slubu. W bocznej kaplicy natknąłem się za to na wierną kopię „Piety” Michała Anioła.

Manila 25

Stare miasto, zwane Intramuros zamierzałem obejść pieszo, ale oczywiście zaraz po wyjściu z katedry zoastałem otoczony sprzedawcami pamiątek, rozmaitych gadżetów oraz rikszarzy oferujących swoje usługi. Jakoś opędziłem się od nich, lecz jeden uparcie szedł za mną i pokazując swoją rowerową rikszę, przekonywał, że to tylko sto pesos za pół godziny jazdy. Sto pesos to w przeliczeniu na nasze jakieś siedem złotych. Kwota niewygórowana, więc  postanowiłem dać chłopakowi zarobić, tym bardziej, że upał stawał się coraz bardziej dokuczliwy i pewnie to, co zaoszczędziłbym na rikszy, wkrótce wydałbym na napoje.

Manila 31

Pojechaliśmy więc dookoła Intramuros.

Niezwykła to mieszanka. Z  urokliwymi domami, niemalże pałacami z czasów kolonialnych, przypominającymi momentami luksusowe, drewniane rezydencje w amerykańskim Charleston lub Savannah, sąsiadują współcześnie pobudowane slumsy z dykty, blachy falistej i czego tylko się da. Mój przewodnik zazwyczaj starał się odwrócić moją uwagę od tych zabudowań wskazując palcem na jakiś interesujący obiekt położony parę metrów dalej.

W kościele p.w. Św. Agustyna (ponoć najstarszym na Filipinach) tez akurat odbywał się ślub więc swobodnie oglądać się nie dało. Ponoć grudzień to sezon na śluby nie tylko dlatego, że zbliżają się święta, ale również z prozaicznego powodu - zazwyczaj w tym okresie ludziom wpada dodatkowa gotówka. Zanotowałem więc tylko, że ten kościół wyglądał znacznie ciekwiej niż katedra. I od zewnatrz, i od wewnatrz.

Manila 30

Doskonale zachowały się mury miasta z fortyfikacjami i bramiami prowadzącymi na zewnątrz. 

MAnila 38

Ich fragmentem jest wspomniany wcześniej Fort Santiago, którego zwiedzanie sobie odpuściłem. Na mury wchodziłem od czasu do czasu, by popatrzeć na zewnątrz, ostrzegany jednakże przez tablice, że lubią tam fruwać piłki golfowe. Na okalających stare miasto błoniach, u samego podnóża murów utworzone bowiem pole do tej gry.

Manila 33

Uchylać się przed golfowymi pociskami na murach obronnych – czyż to nie jest wyjątkowa, niepowtarzalna atrakcja turystyczna?

W pewnym momencie rikszarz zaanonsował mi pokazanie kanionów. Bardzo zaintrygowały mnie kaniony w środku miasta, tym bardziej, że i taksówkarz, który wiózł mnie do katedry sugerował dodatkowy kurs, by mi je pokazać.

- Fourteen canyons! – powiedział z dumą przewodnik.

Aż czternaście? Gdzie one by się miały pomieścić? Coś mi zaczynało nie pasować. Ale po chwili wszystko było jasne. Cannons! Nie canyons! Armaty, a nie kaniony! Mógłbym jednak przysiąc, że mówili o kanionach.

Manila 34

Trochę rozczarowany wsiadłem z powrotem do rikszy, następny przystanek zarządzając przy pomniku pokazującym związki Filipin z Meksykiem.

Manila 36

Manila 37

Okazuje się, że przez dwa i pół stulecia istniała linia żeglugowa łącząca Filipiny z Meksykiem. Ponoć najdłuższa na świecie.

Zanotowałem ten fakt w pamięci, a ponieważ zaraz potem zamknęłiśmy kółko wokół Intramuros, poprosiłem chłopaka by podrzuciał mnie kawałeczek za bramę. Jeździliśmy około pięćdziesiąt minut, więc należało mu się około dwieście pesos. Pomyslałem, że dołożę mu jeszcze trochę w ramach napiwku.

- Cztery godziny – rzekł, gdy się zatrzymaliśmy – Osiemset pesos.

- Chyba cię pogięło palancie! – chciałem krzyknąć oszołomiony jego bezczelnoscią – ale uswiadomiłem sobie, że nie wiem jak jest po angielsku „palant” ani „pogięło”, bo chyba nie nie chodzi o „bent”.

Za karę schowałem więc napiwek i zostawiłem saem dwie stówy, tłumacząc mu literacką angielszczyzną, że nie jechaliśmy dłużej niż godzinę, a cztery godziny temu, to ja jeszcze obracałem się na drugi bok w hotelowym łóżku.

- Cztery godziny. Osiemset pesos – powtarzał jak automat i na dodatek coraz głośniej i agresywniej rikszarz. W lot pojąłem jego strategię: postanowił zrobić dużo szumu, że niby jeździł ze mną cztery godziny, a teraz ja nie chcę mu zapłacić. Jak miałbym udowodnić, że było inaczej? Zresztą zapewne większość ludzi zaskoczona atakiem płaci jeśli nie wszystko, to przynajmniej znaczną część tylko po to by uciszyć naciągacza i nie narażać się na same tylko podejrzenia o oszustwo.

Nie lubię jak ktoś na mnie krzyczy, więc zacząłem krzyczeć na niego wzbudzając niemałe zainteresowanie miejscowej ludności., wśród której dostrzegłem policjanta.

- Wołam policję! – krzyknąłem mu odwracając się w kierunku stróża porządku. Policjant ruszył w moją stronę.

- Daj pięćset i będzie ok! – krzyknął chłopak.

- Powiedziałem dwieście! – odkrzyknąłem, lecz kiedy odwróciłem się z powrotem, rikszarz właśnie odjeżdżał. Podałem mu dwie setki w locie i już go nie było. Najwyraźniej wolał nie zadzierać z policjantem. Ukłoniłem się z podziękowaniem policjantowi i ja, po czym oddaliłem się w kierunku parku.

W parku miał znajdować się pomnik Lapu Lapu, który chaciałem obejrzeć. I rzeczywiście, dość szybko go odnalazłem.

Manila 35

Był to ten wojownik, lokalny wódz, który nie pozwolił sobie siłą narzucić chrzescijaństwa przez załogę Ferdynanda Magellana podczas pierwszejw  historii podróży dookoła świata. Magellan przekonany o swojej przewadze w uzbrojeniu dał się wciągnąć 27 kwietnia 1521 roku w walkę na wodach płytkiej laguny. Czterdziestu dziewięciu ludzi uzbrojonych w broń palną stanęło pod dowództwem słynnego podróżnika naprzeciwko półtora tysiąca wojowników uzbrojonych w dzidy i łuki. Na początek, dla zademonstrowania swej siły Hiszpanie podpalili ich wioskę. Rozjuszeni tym faktem tubylcy ruszyli do zmasowanego ataku celując zatrutymi strzałami w nieosłonięte nogi brodzących w wodzie (na łodzie było zbyt płytko) przybyszów. Tylko garstka uszła z życiem, a Lapu Lapu po wiekach doczekał się miana bohatera narodowego Filipin. Co bynajmniej nie oznacza, że Magellana tam nikt nie szanuje. Wprost przeciwnie – jego nazwisko pojawia się tam bardzo często w rozmaitych nazwach.

Obejrzawszy monument, mogłem wracać do hotelu. Miałem szansę po spakowaniu się, wyskoczyć jeszcze na ostatnią kąpiel w basenie, co też uczyniłem. Zdrzemnąłem się nawet lekko na leżaku pod palmą, ale był to odpoczynek kontrolowany, z zegarkiem w ręce. Niedługo potem wsiadałem już do samochodu mającego zawieźć mnie na lotnisko.

Monachium, 12.12.2010; 09:20 LT

sobota, 11 grudnia 2010

Następnego dnia rano w programie dnia zapisane były zakupy. Minęły już co prawda czasy,  kiedy każda podróż zagraniczna musiała zahaczyć o t.zw. shopping center, ale nie chcieliśmy robić organizatorom przykrości – chcieli pokazać nam największą ponoć galerię handlową na świecie. Gabaryty rzeczywiście ma imponujące, a na mnie największe wrażenie zrobiło lodowisko. Pod Berlinem zbudowali pod dachem tropikalne plaże, a gdzie indziej ludzie fascynują się możliwością jazdy na łyżwach, gdy wokół upały.

Manila 10

Zakupy zajęły nam półtorej godziny, a potem wróciliśmy do hotelu, ponieważ trzeba było przygotować się do spotkania z filipińską kadrą oficerską pracującą na naszych statkach. Dyskusja trwała kolejne dwie godziny i ani się obejrzeliśmy jak nadszedł czas by rozpocząć główny punkt programu, czyli bożonarodzeniowe spotkanie.

Koniec roku, to są chyba żniwa dla hoteli. Ten, który przygotowywał naszą imprezę, organizował w tym samym czasie jeszcze dwa inne „Christmas Parties” w sąsiednich salach. Program był bardzo bogaty, a oprócz zabaw i licznych konkursów zaprezentowano też rozmaite pokazy. Mi najbardziej podobały się występy akrobatów, a szczególnie pani tańcząca z hula-hop oraz inna pani zastygła w pozycji horyzontalnej podparta w jednym punkcie na wąskiej rurce. Bolało od samego patrzenia.

Manila 12

Manila 13

Dzieciaki marynarzy też patrzyły zafascynowane.

Manila 11

Kiedy wróciliśmy do hotelu, zbliżała się pólnoc, ale postanowiliśmy skorzystać jeszcze z relaksu przy basenie. Sącząc leniwie drinki i kontemplując ogromną choinkę, stwierdziliśmy w końcu, że jak na dziewiątego grudnia, temperatura była całkiem znośna, ale pora już spać.

Manila 16

Manila 15

Rano bowiem, wcześniej niż zwykle czekała nas wizyta w ośrodku szkoelniowym dla marynarzy. Został on założony przez grupę ludzi, którzy poświęcili swoje życie, by wyciągać z biedy dzieciaki bez perspektyw. Szkolą kadetów, którzy ruszają potem na morze, a pensje, które przesyłają do domów są często podstawą utrzymania ich rodzin i przede wszystkim pomagają kształcić młodsze rodzeństwo. Cały ten ośrodek jest utrzymywany z rozmaitych dotacji i jest organizacją typu non-profit. Biorąc to pod uwagę, zaskoczony byłem, że są w posiadaniu świetnych symulatorów manewrowych, którymi szczycą się m.in. nasze akademie morskie.

Manila 17

Przy okazji wzięliśmy udział w ćwiczebnym wyjściu z portu.

Potem zaś pojechaliśmy do centrum miasta na t.zw. Lunetę. Jest to swoista giełda pracy dla marynarzy. Oczywiście istnieją agencje taka jak ta, z którą współpracujemy, szczycąca się porządnym zapleczem, biurem, ale bardzo często zanim pracownicy trafią do nich, porównują oferty na owej giełdzie. Na niewielkich straganach rozkładają się pośrednicy, „łowcy głów”. Ci, których nie stać na boks (a może nie mają licencji), chodzą po prostu z kartakami w ręce, z wypisanymi poszukiwanymi stanowisakmi. Wśród tych boksów kłębią się rozdyskutowani marynarze. Co chwilę ktoś wpisuje się na listę zwerbowanych.

Manila 19

Manila 18

Manila 24

„Meat Market” – tak pośrednicy nazywają to miejsce. Trzeba przyznać, że owe boksy do złudzenia przypominają stragany na targowisku. W tym niepozornym miejscu zaczyna się droga na oceany największej pod względem liczebności grupy marynarzy na świecie. W 2009 roku ponad 330 tysięcy Filipińczyków pracowało u zagranicznych armatorów. To jest niezwykle ważna gałąź gospodarki tego kraju.

Oczywiście taki duży rynek obrasta rozmaitymi ofertami usługowymi. Na Lunecie można kupić na przykład plyty CD o temtyce zawodowej. Zamiast podręczników.

Manila 20

W oczekiwaniu na samochód mający odwieźć nas do hotelu sfotografowałem kilka jeepneyów. To są jedyne w swoim rodzaju konstrukcje powstałe na bazie jeepów, które są podstawą transportu publicznego w Manili.

Manila 21

Do jeepneya wsiada się z tyłu (nie ma tam drzwi). Ludzie wskakują i wyskakują często na środku skrzyzowania, gdy auto zatryzma się na czerwonym świetle. Opłatę za przejazd przekazują z ręki do ręki kolejnym współpasażerowm, aż dotrze ona na przednie siedzenie do kierowcy.

Oczywiście każdy jest pomalowany w niepowtarzalny sposób, chociaż mi najbardziej podobają się błyszczące konstrukcje z nierdzewnej bądź chromowanej stali/

Manila 22

Manila 23

Manila, 11.12.2010; 09:35 LT

 
1 , 2