Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
czwartek, 31 grudnia 2009

Wszystkim, którzy odwiedzają ten blog przesyłam z pogrążonego w polarnej nocy Tromsø życzenia wszelkiej pomyślności oraz spełnienia wszystkich marzeń w nowym, 2010 roku.

Tromsø, 31.12.2009; 21:15 LT

wtorek, 29 grudnia 2009

Szczecin, podobnie jak i inne miasta, na długo przed świętami przybrał odświętny wygląd, szczególnie atrakcyjnie prezentując się wieczorem.

Zresztą nie tylko świąteczne żaróweczki budują specyficzny, wieczorny klimat. Porządnie wyszorowana kilka miesięcy temu rzeźba przedstawiająca Bartolomeo Colleoniego w ostrym świetle reflektorów prezentuje się wyjatkowo okazale bez wspomagania świątecznymi dekoracjami.

Niestety, nie można tego powiedzieć o pomniku Jana Pawła II. Świecidełka i błyskotki poprzyczepiane byle jak do pastorału, przed pomnikiem niechlujenie ustawiona choinka, która pewnie by się przewróciła, gdyby nie ławka, którą przydźwigał ktoś w dobrych intencjach, by podeprzeć drzewko. A że dobrymi chęciami piekło wybrukowane, no to efekt był jaki był. Wstyd. W przydomowych ogródkach i na balkonach, nawet na cmentarnych nagrobkach zdobienia, jeżeli już są, to daleko bardziej gustowne od tego co uczyniono z tym reprezentacyjnym w końcu miejscem.

Taki Szczecin oglądałem z Aniołem w ieczorem w drugi dzień świąt. Był to czas odpoczynku po spotkaniach z rodziną. Wcześniej, podobnie jak w ubiegłym roku wczesnym popołudniem wyruszyliśmy prosto z naszego sopockiego biura, by zdążyć na wigilijną wieczerzę.

Wtym roku juz od 23 grudnia wieczorem przestrzegano przed fatalnymi warunkami na drodze. Deszcz w dzień i mróz w nocy miały być potworną mieszanką dezorganizując przedświąteczny szczyt podróży. Było lepiej niż się spodziewaliśmy, ale przynajmniej większość kierowców pokonywała swoje trasy z respektem. Zwłaszcza wieczorem trudno jednoznacznie ocenić stan nawierzchni. Jeszcze to mokry asfalt, czy już lód?

Radio towarzyszyło nam przez całą drogę. Nie mogliśmy doczekać się kolęd, ale stopniowo, wraz zapadającym zmierzchem pojawiały się coraz częściej. W popołudniowej audycji początkowo sporo się działo, pojedyńcze kolędy przeplatały się ze słowem mówionym, które jednak w miarę upływu czasu coraz bardziej usuwało się w cień. W końcu, przed osiemnastą kolędy zawładnęły radiem całkowicie. Była to najlepsza rzecz, jaką można było zrobić w takiej chwili. W taki wieczór liczy się tylko nastrój, magia chwili. Jeśli już słuchać to co najwyżej orędzia.

Wspomagani radiowymi nagraniami, spiewaliśmy kolędy w samochodzie, aż w końcu o dziewiętnastej dotarliśmy na miejsce. Tato, ciocia i brat czekali wciąż na nas. Biedni, naczekali się. Umawialiśmy się, że zaczną bez nas, że dołączymy w trakcie, ale oni uznali, że nie będą siedzieć i jeść, gdy my jeszcze w drodze...

A w drodze zanim dojechaliśmy otrzymałem mms od Pauliny:

Muszę Ci się pochwalić swoim pierwszym upieczonym ciastemJ La buche de Noel – tradycyjne, czekoladowe francuskie ciasto świąteczne w kształcie konaru drzewa.

Owego konaru mogłem skosztować po świętach, po powrocie do Gdyni. Tomek przywiózł mi kawałek. W smaku przypominało stefankę, natomiast wygląd – rzeczywiście jak konar drzewa. Mogłoby być ozdobą niejednej cukierni.

W tym roku nie poszliśmy na Pasterkę. Prawie nieprzespana poprzednia noc w połączeniu z pracą, przygotowaniami do wyjazdu, samą podróżą, a potem kolacją „z biegu” dały znać o sobie. Chcieliśmy jak najszybciej móc iść spać...

Łóżko opuściliśmy w południe dnia następnego i wcale nie odczuwałem, by było to za późno. Mógłbym jeszcze leniuchować, ale byliśmy umówieni na popołudniowe spotkanie u mojego taty. Nie mogliśmy się spóźnić, ponieważ mieliśmy mu pomóc przygotować stół. Spotkaliśmy się w tym samym gronie co poprzedniego dnia, jeśli nie liczyć kota Simona, który wywalczył sobie miejsce na kanapie i nie opuścił go do końca biesiady.

Po zakończeniue trzeba było pomóc posprzątać, więć kiedy wróciliśmy, był już wieczór. Rozluźnieni, odpoczywaliśmy na łóżku, trochę śledząc program telewizyjny, ale bardziej narastający szum wiatru, którego silne porywy zapowiadano na nadchodzącą noc.

I nagle jakiś łomot przetoczył się przez nasz balkon. To jeden z tych porywów dokonał spustoszenia w naszych zapasach, które nie mieściły się w lodówce. Najwięcej hałąsu narobiła przewrócoa butelka wina, którą oczym wyobraźni już widziałem wylatującą przez barierki prosto na chodnik. Rzuciłem się więc błyskawicznie na ratunek. W takich chwilach nie myśli się o tym, że za jedyny przyodziewek ma się niezapietą i kusą koszulę. Dopiero gdy przerzuciłem wszystko do zacisznego pokoju (Anioł uchylał i przytrzymywał drzwi, które wiatr gotów był rozwalić) zacząłem zastanawiać się, czy ktoś zauważył w bożonarodzeniowy wieczór uwijającego się na ażurowym balkonie faceta w rozwianej koszuli i... niczym więcej.

Drugi dzień świąt to znów lenistwo, tym razem w zaciszu domowym, bez spotkań, a potem zwiedzanie miasta i między innymi wizyta w szopce koło katedry.

Późnym wieczorem zaś poszliśmy zagrać w kręgle. Mecz był zacięty i zakończył się zwycięstwem Anioła.

Zanim położyliśmy się spać,  zrobiła się trzecia nad ranem. Musieliśmy zweryfikować plany wyjazdu wczesnym rankiem. Udał się wystartowac krótko po południu. Do Trójmiasta dotarliśmy przed dziewiętnastą. Został jeden dzień na przygotowanie się do kolejnego wyjazdu. Dziś o szóstej rano startuje nasz samolot do Oslo. Tam po południu złapiemy następny lot, do Tromsø. Zakosztować polarnej nocy i przy odrobinie szczęścia zobaczyć zjawisko zwane aurora borealis, czyli zorzę polarną .

Za nieco ponad godzinę muszę wyjeżdżać na lotnisko, więc już nie opłaca się kłaść spać.

Gdynia, 29.12.2009; 02:30 LT

czwartek, 24 grudnia 2009

Miał byc cały wpis na temat atmosfery świąt, ale znów nie zdążyłem. Jeszcze jestem w Gdyni, jeszcze tyle do zrobienia, a na Wigilię mamy być w Szczecinie.

Dlatego tym razem szybko i zwięźle: niech nadchodzące Boże Narodzenie Bedzie dla Was czasem radości, spokoju i spotkań z najbliższymi. Niech pozwoli nieco zwolnić, wyciszyć się, skupić, by z nowymi silami, nową nadzieją i Bożym błogosławieństwem ruszać w pogoń za marzeniami w 2010 roku.

Wesołych Świąt!

Gdynia, 24.12.2009, 12:05 LT

niedziela, 20 grudnia 2009

Pierwszy widok jaki ukazał się moim oczom gdy wychodziłem ze stacji metra na Trydziestej Czwartej ulicy to Empire State Building. Zupełny przypadek, bo tym razem nie zamierzałem tam iść, zadowalając się wizytą trzy albo cztery lata temu.

Tym razem skierowałem się wzdłuż Broadwayu w kierunku Times Square. Broadway! Legendarna ulica. Marzenie twórców widowisk na całym świecie. Pamiętam jak cała Polska kibicowała musicalowi „Metro”, który niestety tego rynku nie zawojował, ale wstydu też nie przyniósł. Teraz rozglądałem się za anonsami przedstawień granych obecnie. Na tym krótkim odcinku między 34-th Street a Times Square co prawda jakoś wiele ich w oczy mi się nie rzuciło, na tomiast juz na samym Times Square było ich zatrzęsienie. Można było odnieść wrażenie, że nie ma takiego musicalu z klasyki tego gatunku, któtrego w danym momencie nie dałoby się obejrzeć na deskach któregoś z teatrów Nowego Jorku. Czyż trzeba lepszej rekomendacji do miana stolicy kultury?

Na Times Square tłumy. Trzeba było przeciskać się w tej ciżbie, a dziesiątki policjantów kontrolowały ruch na ulicach, ponieważ tego ogromnego potoku ludzi nie dało się utrzymać na chodnikach i żywioł rozlewał się na ulice, w niektórych momentach zajmując jeden pas ruchu. Byłem zadowolony z siebie, że nie podjąłem szalonej decyzji by jechać autem aż tu. Najpierw utknąłbym w korkach, a potem miałbym wielki kłopot z zaparkowaniem samochodu.

Pomimo siarczystego mrozu rozstawione na placach stoliki cieszą się dużym powodzeniem. Mieszkańcy i turyści przysiadają by napić się kawy. Kto mówił, że ogródki przed kawiarniami trzeba likwidować jesienią?

To co chciałem zobaczyć na Times Square to słynne już czerwone schody, które od kilku miesięcy stanowią jeden z wyróżników tego miejsca i błyskawicznie zostały zaakceptowane przez ogół.

Jest to jedno z najpopularniejszych miejsc spotkań i zarazem swoista trybuna do oglądania panoramy placu. Schody donikąd, bo kończą się barierką, przy której można tylko odwrócić się i patrzeć na tłum w dole oraz niezwykłe, świetlne widowisko serwowane na ogromnych billboardacch.

Myślę, że trzeba sporo odwagi by zaprojektować coś takiego w sercu - symbolu ogromnej metropolii i jeszcze więcej odwagi by taki projekt zaakceptowac i przyjąć do realizacji. Przecież istaniało ryzyko, że „plastikowy kicz” zostanie potępiony przez ludzi i zmiażdżony przez krytykę. Na tym jednak polega różnica między wielkimi i maluczkimi. Ci, którzy kreują modę, nie boją się śmiesznosci. Cała reszta zaś to tylko papugi adoptujące sprawdzone przez nich rozwiązania. Myślę sobie, że gdyby n.p. rada miejska mojego Szczecina zaaprobowała podobny projekt w centrum miasta, zostałaby zagryziona przez przeciwników, a inwektywy na forach internetowych trudno byłoby zliczyć.

Podświetlane schody ze sztucznego tworzywa niektórym służą jako siedziska. Na pewno mniejsze ryzyko złapania wilka na mrozie tutaj niż na jakichś kamiennych murkach. Jednak nawet plastik nie pomoże, gdy garderoba zbyt skąpa. Dziewczyna z poniższego zdjęcia sprawiła, że moja odczuwalność dziesięciostopniowego mrozu zwiększyła się co najmniej dwukotnie. Odziana w ciepła kurtkę, zimowe buty, rekawiczki, sprawiała wrażenie jakby w pośpiechu zapomniała założyć coś na nogi. No nie powiem, miły widok, ale całe szczęście, że nie ma ciśnienia, by faceci  chodzili w grudniu w krótkich spodenkach.

Kolorowe światła hipnotyzowały i nie tylko ja pstrykałem jak opętany.

W zalewie tych migających obrazków moją uwagę na dłużej przykuła jedna reklama. Calvin Klein. Ogromny billboard tej firmy był tak zmysłowy, że minaturę z przyjemnoscią powiesiłbym na ścianie pokoju. Nie jest tam okazane nic więcej ponad to, co można zobaczyć n.p. na plaży, a jednak ładunek seksu po wielokroć przewyższa to, co serwują rozmaite „rozbierane” zdjęcia.

Tak chodziłem, podziwiałem, aż w końcu spojrzałem na zegarek i z lekka się zatrwożyłem. Było już grubo po piątej, a ja jeszcze miałem wrócić metrem w okolice WTC, odszukać samochód i stojąc najpierw w korku do tunelu dojechac na lotnisko Newark. Potem oddać auto do wypożyczalni, odprawić się, przejść prze bramki security i zjawić się przed wejściem do samolotu nie później niż o 20:15. Rzecz możliwa do wykonania, ale przy korzystnym zbiegu okoliczności. Zbieg niekorzystny (wielki korek, długie kolejki do odprawy czy, o zgrozo, blokada na kołach) wywracały ów plan całkowicie. O tej blokadzie pomyślałem dlatego, że krążąc po Manhattanie w poszukiwaniu miejsca parkingowego, kiedy wreszcie znalazłem jedno gdzie nie było zakazu dla „unauthorized”, zatrzymałem się i nawet nie sprawdziłem czy opłaty za parkowanie obowiązują również w soboty. Była to bowiem sobota i zadziałałem automatycznie: w Szczecinie i w Gdyni w weekendy się nie płaci, więc z przyzwyczajenia przyjąłem, że tam także. Właściwie to do dziś nie wiem, czy się płaci, czy nie. Nie było bowiem czasu aby sprawdzić. Z Times Square nie miałem bezpośredniego połączenia. Musiałem albo się przesiadać, albo wrócić do 34-th Street. Wybrałem tą drugą opcję, bo nie było czasu na eksperymenty. Na tamtym przystanku los się do mnie usmiechnął, bo złapałem skład expressowy, który zatrzymywał się tylko na niektórych stacjach, w tym Canal Street, gdzie zamierzałem wysiąść. To była oszczędność dobrych paru minut. Kiedy jednak wyszedłem na słabo oświetloną ulicę, zrobił sie inny problem. Dysponowałem jedynie planem Manhattanu otrzymanym z wypożyczalni samochodów. Nieduży format, a w związku z tym nazwy ulic napisane chyba najmniejszą z możliwych czcionek. Wszystko tak drobne, że nie byłem w stanie przy swietle latarni przeczytać te wszystkie wyrazy i określić swój punkt położenia. Bez tego nie mogłem trafić do samochodu. Wybrałem chyba najgorszy wariant – marsz przed siebie w kierunku, gdzie spodziewałem się ulicy, na której zostawiłem auto, w nadziei, że w międzyczasie odnajdę jakąś charkterystyczną nazwę ulicy, taką samą jak na planie. Ach, jakże błogosławiłem twórców prostego i klarownego nazewnictwa w USA, opartego na numerowaniu. Cóż za wygoda! Znająć adres wystarczy pokonywać kolejne przecznice, aż do ulicy o właściwym numerze. Ta część Manhattanu miała je jednak ponazywane na sposób europejski – każda miała swoje imię. Minuty upływały, a ja nie mogłem odczytać z planu żadnej z nazw, które mijałem. Chyba najwyższa pora zacząć nosić okulary. Czas sokolego wzroku powoli odchodzi w przeszłość.

Idąc tak minąłęm pięć roześmianych pań, które usiłowały wejść do taksówki. Pan taksówkarz tłumaczył, że może wziąć tylko cztery i niech lepiej poczekają na van. Zgodziły się, więc ja w przypływie desperacji zapytałem czy jest „available”. Był. Wskoczyłem i kazałem jechać do iralndzkiego pubu przy Murray Street 67, naprzeciwko którego zostawiłem auto. Pan ruszył i zawołał do centrali, że „van nużien na (tu podał dadres). Tam turistki chocziat na Times Square pojechat’, no ich piat’ i ja nie mog ich wziat’”.  Słuchałem i nie wierzyłem własnym uszom. Koniec świata, Rosjanie na taksówkach w USA. Potem pan jeszcze tłumaczył, że zamiast tamtej piątki wiezie takiego jednego na Murray Street. Dobrze, że go wziąłem bo auto wcale nie było blisko. Wyglądało na to, że w poszukiwaniu znajomych nazw ruszyłem w przeciwnym kierunku..

Kiedy znalazłem się na miejscu, najpierw spakowałem wszytko, żeby zaoszczędzić czas w wypożyczalni samochodów. Zostawiłem tyko w odtwarzaczu CD Zembatego. Pomieszane jego własne „piosenki z trumienki” oraz jego interpretacje Cohena. Ruszyłem. Żeby tylko nie pomylić trasy! Każda nawrotka to cenne minuty. Zegar tymczasem zbliżał się do 18:10. Udało się! Po drogowskazach, jak pokazywały dotarłem na ulicę zablokowaną przez auta cierpliwie, w ślimaczym tempie przesuwające się w kierunku tunelu. Zapalało się zielone swiatło, trzy auta przejeżdżały przez skrzyżowanie a reszta musiała czekać i tak, bo nie było miesca na następne. Nic nie mogłem zrobić. Postanowiłem skupić się na piosenkach i nie spoglądać na zegarek. Wytrzymałem tak aż do przyjadu na lotnisko. Dopiero gdy oddałem auto i pakowałem walizki na wózek, dyskretnie odsunąłem rękaw marynarki. Dziewiętnasta piętnaście! Omal nie skoczyłem z radości do góry. Prawie jakbym wygrał los na loterii. Miałem całą godzinę, a ponieważ przy odprawie nie było już kolejki, zdążyłem nawet jeszcze wpaść na chwilę do Starbucks Coffee.

Szczecin, 20.12.2009

czwartek, 17 grudnia 2009

Po załatwieniu wszystkich spraw i wypiciu porannej kawy wyruszyłem w kierunku Nowego Jorku. Po drodze musiałem odwieźć na lotnisko mojego holenderskiego kolegę, Jaapa. Odlatywał cztery godziny przede mną, do Amsterdamu.

Była piękna, słoneczna pogoda, chociaż wciąż trzymał mróz. Na szczęście nie wiało już tak jak poprzedniego dnia. W sobotę nie było korków, więc już po półtorej godziny dojechaliśmy do Newark. Jaap wysiadł, a ja postanowiłem wykorzystać okazję, że mam i czas, i samochód, więc pojechałem na Manhattan.

Po odcinku wijacej się estakadami autostrady, podziwiając to las wieżowców po drugiej stronie rzeki, to Statuę Wolności na pobliskiej wyspie, doatrłem do wjazdu do tunelu. Na portalu zawisły już świąteczne dekoracje.

Tu dobre się skończyło. Szeroka autostrada zwężała się stopniowo aż do dwupasmowej jezdni. W ogromnym korku i w ślimaczym tempie auta przesuwały się ku gardzieli tunelu. Z surowym zakazem zmiany pasów ruchu, przedostałem się na drugą stronę rzeki Hudson.

Prosto w tą gęstwinę drapaczy chmur. Nie zamierzałem po Manhattanie przemieszczać się autem. Postanowiłem oszczędzać czas i korzystac z metra. Zaparkowałem niedaleko tunelu i zarazem kilka przecznic od miejsca po wieżach WTC. Ground Zero nadal ogrodzony, lecz po katastrofie nie ma już śladu. To już po prostu

teren budowy.

Na nim poustawiane dźwigi i rosnące w górę stalowe konstrukcje przyszłych budynków.

Na parkanie okalającym ów ogromny plac można zaobaczyć m.in. wizualizację przyszłej zabudowy.

Tuż obok demonstarcja przeciwko projektowi przyznania więźniom z Guantanamo praw obywatelskich i traktowania ich na takich samych zasadach jak innych aresztantów.

Manifestuje zaledwie kilkanaście osób. Niewiel więcej jest obserwatorów. Emocje jednak nadal silne. Ktoś ogląda jedno z wielu zdjęć wywieszonych niedaleko płotu i wybucha płaczem.. W jakiejś bocznej uliczce pod pamiątkową tablicą wciąż stoją kwiaty.

Tablic, pełnych patosu jest zresztą wiele wokół Gruound Zero.

Najlepszy widok na plac budowy rozciąga się z pasażów ocalałych budynków WTC. Tu zawsze widać grupki przechodniów przyglądających się wyłaniającym się z ziemi konstrukcjom.

  

Stamtąd wyszedłem wprost na bulwar. Gdzieś daleko, akurat w oślepiających refleksach słońca odbijającego się od rzeki, wyraźnie odcinała się od płaskiego terenu Statua Wolności. Jeśli jeszcze kiedyś trafię do Nowego Jorku  i będę mieć więcej czasu, pojadę tam.

Teraz zaś przede wszystkim czasu mi brakowało. Miałem do dyspozycji wszystkiego raptem jakieś cztery godziny.

Zawróciłem. Spojrzałem raz jeszcze na wyrastające wokół szklanych tafli nowoczesnych drapaczy chmur szkielety ich najmłodszych, a już słynniejszych braci.

Dobrze, że powstanie tam budynek bez wątpienia piękniejszy i wyższy od zawalonych wież. Dobrze, że Nowy Jork jak i całe Stany Zjednoczone przesyłają czytelny sygnał terrorystom: zraniliście nas, ale to nas tylko zmobilizowało, by zbudowac coś jeszcze okazalszego. Oby tylko nie spełnił się czarny scenariusz i oddanie budynku do użytku nie zmobilizowało terrorystów do krwawej licytacji, by pokazać, że to ich będzie na wierzchu. Budowa to tylko jeden etap. Znacznie trudniejsza będzie ochrona – niewdzięczna służba wymagająca ciągłej koncentracji, by z morza bodźców wyłuskać to co podejrzane, aby nie dopuścić do tego jednego, jedynego razu.

Wszedłem w sąsiednie uliczki - wąwozy w poszukiwaniu stacji metra, aby pojechac nim w okolice Times Square.

                                  

Gdynia, 17.12.2009; 00:20 LT

 
1 , 2 , 3