Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
środa, 31 grudnia 2008

  

Wyładunek zakończony.

Statek właśnie jest w trakcie zmiany miejsca cumowania. Jutro zaczną ładować siarkę i drugiego stycznia wyruszą w dalszą podróż. Ale to już nie moje zmartwienie. Ja obejrzałem to, co chciałem, zebrałem materiał do raportu i mogę wracać. Siedzę właśnie w saloniku dla pasażerów Star Alliance i obserwuję jak mój samolot jest przygotowywany do lotu do Frankfurtu.

Za pół godziny rozpocznie się boarding.

Jeszcze tylko chwila wspomnienia skąpanych w słonecznych promieniach, a jednocześnie muskanych niskimi chmurami gór okalających Vancouver i powoli można bedzie się pakować.

Zapowiadana śniezyca na szczęście nie nadeszła. Wiało straszliwie, lecz kiedy temperatura zaczęła gwałtownie spadać poniżej zera, opady ustały. Ani płatka śniegu! Jedynie lodowisko na jezdniach i nielicznych odśniezonych chodnikach. Kiedy nad ranem znów zebrały się ciężkie chmury, temperatura podniosła się na tyle, że znów rozpadał się deszcz. Dzięki temu mam szansę zdążyć dolecieć do Gdańska jak planowano, krótko po szesnastej.

Nie sądzę bym miał jeszcze czas i głowę żeby pmiedzy przylotem a północą zasiąść przed komputerem, więc już teraz wszystkim odwiedzającym Moją Szufladę składam noworoczne życzenia.

Dziękuję, że byliście ze mną w roku 2008 i w poprzednich. Zapraszam Was na tą strone w nowym roku i pragnę by kojarzyla się Wam ona z lekturą mającą miejsce podczas Waszych najpiękniejszych dni, kiedy spełniać się będą Wasze marzenia i będziecie odnosić największe sukcesy. Niech tylko takie dni przynosi Wam 2009 rok. I niech upływa Wam  radośnie, z uśmiechem na twarzy i ciepłem w sercu.

Szczęśliwego Nowego Roku!

   

Vancouver, 30.12.2008; 15:00 LT

 

 

wtorek, 30 grudnia 2008

  

Wydawać by się mogło, że miasto, które walczyło o organizację zimowych igrzysk olimpijskich, powinno byc zadowolone, ze pada śnieg. Igrzyska co prawda dopiero za rok, ale w czasach globalnego ocieplenia człowiek ma czasmi ochote sprawdzić, czy biału puch nie pozostanie przypadkiem wspomnieniem. Na przykład w ciągu ostatnich dwóch lat dni ze śniegiem, czy to w Szczecinie, czy w Gdyni, szłoby policzyc na palcach jednej ręki.

Kiedy wylądowałem w Vancouver, jak zwykle szybko zająłem miejsce w kolejce do odprawy, aby uniknąć niepotrzebnego czekania. Poszło wyjatkowo sprawnie i teraz wystarczyło tylko odebrać bagaż, by spotkac się z agentem, który miał mnie zwieźć na statek. Nie pierwszy to raz, kiedy moja perfekcyjnie przygotowana i wykonana akcja zajęcia odpowiedniego miejsca do szybkiej odprawy zawodzi.

- Bagaż z samolotu Lufthansy, lot LH 492 z Frankfurtu będzie do odebrania na tasmie nr 24 – informował miły głos z głośników, więc po przejściu odprawy, szybko udałem się w tamtym kierunku.

Stałem i czekałem. Dochodzili kolejni pasażerowie po odprawie, a taśma jak stała tak stała.

- Podrózni, którzy przylecieli z Frankfurtu proszeni sa o przejście do tasmy nr 23. Bagaz zostanie wyłożony na taśmę 23 – poinformował miły głos.

Wszyscy podróżni biegiem rzucili się do rzeczonej taśmy, żeby zając jak najlepsza pozycje do obserwacji walizek i żeby, nie daj Boże, nie być zmuszonym do odczekania jeszcze jednego kółka gdyby walizki czy torby w porę nie udało się zauważyć.

- Przepraszamy pasażerów z Frankfurtu, ale najpierw zostanie wyłożony bagaż z Hong Kongu. Bardzo dziękujemy za państwa cierpliwość.

Nie bardzo rozumiałem co ma Hong Kong na sąsiedniej taśmie do naszego bagażu, ale być może nie wiem wszystkiego.

Początkowo byłem zadowolony z rozprostowania nóg po długim locie, ale tego prostowania robiło się stanowczo za dużo. Z braku lepszych możliwości usiadłem na pustym wózku do przewożenia walizek, który na razie do niczego innego mi się nie przydawał.

- Bagaż podróżnych z Seulu zostanie wyłozony na taśmę nr 23 informował dalej miły głos.

Zapanowała lekka konsternacja. Nie wiadomo było, czyj bagaż pojawi się najpierw, albo czy obydwa jednocześnie, ale ponieważ na monitorze na tasmą pojawiły się obydwa loty my, pasażerowie z Frankfurtu musieliśmy się niec ścisnąć by wchłonąć do swojej grupy nadbiegających od strony jakiegoś innego pasa podróznych z Seulu.

Kiedy już obie grupy zintegrowały się i wspólnie zajęły strategiczne pozycje, tasma co prawda ruszyła, lecz krążyło na niej kilkanascie walizek z Toronto, w tym jedna z krzyczacą w oczy zawieszką „RUSH” oznaczającą, ze jej właściciel nie dysponował przesadnie wielką ilością czasu. Nie wiem co z owym włascicielem się stało, ponieważ ani on, ani tych paru innych po odbiór się nie zgłaszali. Moze już polecieli dalej?

- Pasażerowie z Frankfurtu proszeni są przejscie do tasmy nr 24 – wyrwał mnie z zadumy znajomy głos z głośnika – państwa bagaż zostanie wyłożony na taśmę 24. Przepraszamy za opóźnienie i dziękujemy za cierpliwość. Przepychając się między pasażerami z Seulu, pasażerowie z Frankfurtu wystartowali ze swoimi wózkami zająć strategiczne pozycje przy taśmie, którą juz raz obastawiali ponad godzinę wcześniej. Formuła 1 z jej monotonnymi, jednokierunkowymi torami i raz na starcie ustaloną kolejnością zawodników to pikus wobec wózkowych slalomów po takim komunikacie. Tym niemniej już po chwili całe towarzystwo ustawiło się karnie i wpatrywało się intensywnie w nieruchome urządzenie.

W końcu ruszyło. I pojawiły się walizki. Nasze. Co za szczęście! Po półtorej godziny czekania.

- To wszystko przez śnieżyce – informowali nas, przepraszając, przedstawiciele Lufthansy.

Kiedy wyszedłem na zewnątrz, padajacego śniegu nie zauważyłem, a elektroniczny wyświetlacz pokazywał temperaturę +3˚C, ale śnieu wokół, rzeczywiście troche leżało. Agent zaś opowiadał z podnieceniem:

- Trzydzieści lat mieszkam w Vancouver i takiego śniegu jeszcze tu nie widziałem! Tutaj w ogóle rzadko kiedy pada śnieg, a tu nagle az czetrdzieści centymetrów!

- Działa już nowa linia sky train? – zapytałem nie na temat, bo mijaliśmy akurat stację budowanej nowej linii kolei miejskiej, która przed Olimpiadą ma połączyć lotnisko z centrum.

- Sky train? – zapytał wytrącony z toku rozmowy, a raczej monologu kierowca – Nie, nie działa! Tutaj nic nie działa. Wczoraj autobusy nie jeździły z powodu śniegu. Wszystko się wokół lotniska zakorkowało. O! Popatrz! Ktoś odśnieża samochód. Ja tu przez trzydziesci lat nie odkopywałem ze śniegu samochodu, a teraz robiłem to już dwa razy!

W porcie główne drogi były już przejezdne, a zadbały o to, wydawało mi się specjalne spychacze. A jednak nie! Spychaczy bowiem nie było. To po prostu niewielki kontener na sztaplarce pełnił rolę pługa. Potrzeba matka wynalazku.

Kiedy na chwile pojawiło się słońce port pod białą kołderką wyglądął całkiem sympatycznie.

Ale jeszcze fajniej wyglądały wyłaniające się z kłębiących się przy ziemi chmur góry.

Wieczorem wybrałem się do pobliskiego centrum handlowego. W normalnych warunkach dziesięciominutowy spacer.Tym razem szło mi albo brnąc po kolana w mokrym śniegu, albo tam gdzie został odgarnięty lub stopniał, przeskakiwać przez głębokie do kostek kałuże. O zrobieniu jakiegoś przejścia nikt nie pomyślał. Dopiero przed samymi sklepami wreszcie pojawił się czarny i nie zatopiony chodnik.

Wśród zwałów śniegu, tego który sam napadał, i tego odgarniętego z parkingów, pokazały się w końcu pawilony i stoją ce przed nimi samochody.

Kiedy po godzinie wracałem na statek, zaczął padać deszcz. Pada do tej pory czyli od jakichś osiemnastu godzin. Ponoć w najbliższych godzinach nie ma przestać, a na dodatek temperatura znów ma się obniżyć, więc deszcz zamieni się znów w śnieg. Wziąwszy pod uwagę, że jutro odlatuję do Polski, nie jest to miła perspektywa. Jeżeli lot się znacząco opóźni, mogę nie  złapać połączenia do Gdańska, a wtedy... Sylwetser zamiast rzutem na taśmę w Trójmieście, przyjdzie spędzać w poczekalni jakiegoś terminalu.

Vancouver, 29.12.2008; 14:05 LT

sobota, 27 grudnia 2008

 

Późno, bo dopiero około dwudziestej wyruszylismy w drugi dzień świąt ze Szczecina. Dochodziła pierwsza kiedy dotarliśmy do Gdańska. Odwiozłem Anioła prosto do domu i pojechałem do siebie przepakowac walizki. Nastawiłem budzik na 05:45 i po krótkiej drzemce jechałem już na lotnisko. Teraz czekam we Frankfurcie na przesiadkę do Vancouver. Nabrała przyspieszenia końcówka roku.

Wigilia też była zakręcona. Zaczęło sie niewinnie, tak jak planowaliśmy. Praca do 12:00, potem życzenia i wolne. Tyle tylko, ze w trakcie życzeń przyszedł e-mail o awarii na jednym ze statków. Zamiast więc wsiadać do samochodu i jechać do Szczecina, trzeba zostać w biurze by przynajmniej jakoś rozpocząć akcję przywracania stanu normalnego, do czasu otrzymania naste pnych wiadomości. Wyruszamy z prawie półgodzinnym opóźnieniem.

- Juz chyba nic nie będzie z tych pasztecików. – mówi Anioł smutno gdy zamykamy drzwi biura.

Mieliśmy zamówione paszteciki z kapustą i grzybami, lecz piekarnia była czynna tylko do 13:00. Właśnie powinni ja zamykać.

- Spróbujmy jeszcze. Moze się uda?

I udało się! Rzutem na taśmę. Kupujemy to, co zamówione i jeszcze parę drobiazgów na drogę. Odjeżdżamy.

- Zadzwonię z życzeniami do rodziców – mowi Anioł i zaczyna przekładać rzeczy w torebce. W miarę szperania mina jej rzednie.

- Telefon został w biurze. Podłączony do gniazdka i ładowarki.

- Zawracamy!

- Nie, jedź! Dam radę bez telefonu. Jesteśmy i tak spóźnieni.

- Nie! Musisz miec telefon służbowy. Statki mogą dzwonić. Zawracamy.

- Jedź!

- Nie! Zawracam.

Jedziemy z powrotem do biura.

Wiadomo, że nie dojedziemy na osiemnastą, jak planowaliśmy, ale może uda się chociaż zminimalizować spóźnienie. Przed Koszalinem wygląda na to, że stracimy raptem jakieś pół godziny.

Dzwoni telefon. Od Eks. Eks tez pracowała tego dnia i razem z Pauliną jedzie własnie do swoich rodziców. Ma mniej więcej podobną odległość do pokonania co my, lecz  na południu, autostradą A4 powinni dotrzeć szybciej.

Odbieram. Nie zdążyłem dobrze sie odezwać zalany potokiem komunikatów przerywanych szlochem.

- Słuchaj! Sytuacja jest dramtyczna. Paulina drętwieje, coś ja dusi! Wezwałam karetkę i czekam przy zjeździe z autostrady!

W pierwszej chwili myślałem, że mieli wypadek, ale na szczęście nie. Zatrzymujemy się na jakiejś stacji benzynowej w Koszalinie. Podtrzymuję rozmowę z Eks bo widzę, że w tej chwili to jest najważniejsze. Opanować zdenerowanie. Paulina jest przytomna i jest z nia kontakt. Może rozmawiać. To najważniejsze. Eks i tak zachowała mnóstwo zimnej krwi, że zadzwoniła pod 112, zlokalizowała dokładnie swoje położenie i czeka w umówionym miejscu na pomoc. Ja mogę tylko wspomóc ją obecnością pod telefonem. Cały czas coś mówię, zadaję pytania, uspokajam. W końcu słychać syrenę nadjeżdżającej karetki. Umawiamy się na telefon jak juz będzie wiadomo co dalej.

Kiedy Eks jedzie za karetką w kierunku Krapkowic, my z Koszalina kontynuujemy jazdę do Szczecina.

Jest telefon. To było uczulenie na antybiotyk. Paulina miała zapalenie tchawicy. Dostała jakiś silny antybiotyk. Źle się poczuła juz rano, ale nie tak bardzo i nie skojarzyła tego z lekiem. Po południu zrobiło się gorzej. Obrzęk gardła. Ale już jest ok, dostaje kroplówkę i dochodzi do siebie.

Po następnych trzech kwadransach dzwoni sama Paulina. Jest już w aucie i razem z Eks kontynuują wigilijną podróż.

Docieramy do Szczecina około dziewiętnastej. Wszystko gotowe, wszyscy czekają tylko na nas, więc po przywitaniu od razu łamiemy się opłatkiem i siadamy do kolacji. O dwudziestej drugiej idzimy na pasterkę. Córka znajomych ma śpiewać wraz z chórem koledy w jednym z kosciołów więc umawiamy się tam. Ich chór zdobył własnie pierwsza nagrodę na konkursie w Malezji. Podobnie w Australii.

Po mszy owi znajomi ciągną nas jeszcze do siebie na kawę. Idziemy sześcioosobową grupą z gorącym postanowieniem, ze tylko na chwilę. Do domu wracamy gdzieś koło pierwszej w nocy. To był długi dzień.

Po krótkiej drzemce wstaję o czwartej nad ranem do komputera, żeby zobaczyć jak rozwinęła się sytuacja ze statkiem. Zupełnie o nim zapomniałem gdy zaczęły się problemy ze zdrowiem Pauliny. Statek też jakoś sobie radził więc rano największym problemem było niedospanie.

Pierwszy dzień świąt minął, jak to było planowane na spotkanie w rodzinnym (tym samym co na Wigilii) gronie. Suto zastawiony stół i pół dnia spędzone przy talerzach. No cóż, tradycja.

Drugi dzień to przede wszystkim wreszcie długi sen. Wstalismy z Aniołem dopiero około południa. Świąteczne, leniwe śniadanie o trzynastej przeciągnęło się do piętnastej. W planach mieliśmy wyjazd o czawrtej po południu, ale nie zrealizowaliśmy nic z wczesniejszych punktów. Jeszcze spacer po mieście, wizyta w zywej szopce, wizyta na cmentarzu na grobie mojej mamy, pożegnalna kawa z moim tatą... Po wizycie u taty jedziemy jeszcze na chwilę na moje ulubione Wały Chrobrego. Sam tam uwielbiam chodzić, więc nie mogłem opuścić tego miejsca przy okazji wizyty z Aniołem.

Tam zakończylismy szczecińskie święta i rozpoczęlismy podróż powrotną do Trójmiasta.

A teraz pozostaje mi mieć nadzieję, że nic się nie opóźni i wyląduję w Gdańsku w Sylwestra o 16:20 zgodnie z rozkładem lotów. Oby!

Frankfurt, 27.12.2008; 11:35 LT

środa, 24 grudnia 2008

  

Pamiętam jak powoli w czasach dzieciństwa mijały kolejne miesiące i zmieniały się pory roku. Czas od jednego Bożego Narodzenia do następnego to była niemal cała wieczność, podczas której poszczególne zdarzenia, które zapadały w pamięć dawalo się dośc precyzyjnie umiejscowić. W miarę jak przybywało mi lat, przyspieszał kalendarzowy kołowrót. Wiosny, zimy, jesienie, przemijały w mgnieniu oka, a rozmaite wypadki juz nie tylko trudno było powiązać z miesiącami lecz nawet z konkretnym rokiem.

Jeszcze niedawno objeżdżałem Polskę niemal dookoła by choć przez kilkanascie godzin pobyc z bliskimi mi osobami na święta, a już kolejna Wigilia za pasem. Tak szybko, a przecież tak wiele się wydarzyło.

Kiedyś, w tym odległym okresie kiedy marzyło się o dorosłości, liczył sie śnieg, choinka, wybierane palcami surowe ciasto z foremek... Byłbym przysiągł że smakowało pięć razy lepiej niż to upieczone, lecz mama zabraniała nam go jeśc, by nie rozbolał nas brzuch. Był to jednak taki raczej pogodny zakaz, z dyskretnym usmiechem na ustach, w odróżnieniu od tych codziennych, surowych. Dziś, po latach, gdy jej sernik pozostał tylko wspomnieniem, Boże Narodzenie kojarzy mi się przede wszystkim z logistyką podróży, wnikliwym studiowaniem kalendarza, liczeniem godzin, by móc zadowolić każdego z bliskich. Wciąz lubiłem tą tak podkreslaną przez media magię owych dni, lecz coraz większą niechęć budziły we mnie przygotowania by tej magii doswiadczyć. Wszystko było kosztem czegoś i kogoś. Mieszały się żal z radością.

Coś się jednak zmieniło. Mój kochany Anioł przyjął zaproszenie na święta do Szczecina. Kosztowało ją to jednak zmaganie się z identycznym stressem, by złagodzic zawód sprawiony swoim rodzicom. Rozmowa z Pauliną zakończyła się deklaracją z jej strony, że moja nieobecność na Wigilii z nią i z moją Eks nie bedzie dla niej niewyobrażalną traumą. Wprost przeciwnie, uważa że ważne jest budowanie relacji przez cały rok, a nie sprowadzanie ich do tego jednego wieczoru. Kochana Paulinka. Pewnie nawet nie przypuszcza jak wielki kamień spadł mi z serca. Jednak nie do końca. Kilka dni temu w porannej „Trójce” usłyszałem t.zw. myśl dnia. Oznajmiała ona, że w pogoni za prezentami, którymi chcemy obdarować na świeta bliskie nam osoby, zapominamy, ze najpiękniejszym prezentem jest ten bardzo cenny, nie do kupienia w zadnym sklepie: przezent z własnego czasu. Znam doskonale ogrpomną wartość czasu, którego wiecznie mi brakuje i wiem, że rzeczywiście to jedna z najtrudniej dostępnych rzeczy, którą mógłbym ofiarować. Pomyslałem, że mógłbym Paulinie podarować troche swojego czasu gdzieś między Bożym Narodzeniem a Sylwestrem.

Wszystko wiec już zaplanowane. Nawet żywe choinki kupione, by te święta z Aniołem były wyjątkowe. Co prawda pracujemy oboje w Wigilię, lecz zaraz po pracy wsiadamy w samochód by po kilku godzinach jazdy z Trójmiasta dotrzeć do Szczecina prosto na wigilijną kolację. I będzie czas by rano pospać troche dłużej...

Poniedziałkowy poranek. Boss wzywa nas wszystkich. Są trzy statki wystawione na sprzedaż. Efekt kryzysu. Możemy je kupic, lecz najpierw trzeba je obejrzeć. Pierwszy stoi w Belgii. Trzeba lecieć natychmiast, a powrót w Wigilię

- Kto z Was poleci? – pyta szef. Zapada nerwowa cisza. Kalkuluję w myślach. Wracając w Wigilię do Gdańska, nie zdążę dojechać do Szczecina o rozsądnej porze tego dnia. Zgłaszają się ochotnicy, którzy mieszkają tutaj. Prosto z zebrania pojechali do domu po walizki i paszporty, a w porze lunchu wystartowali z gdańskiego lotniska. Trzymamy kciuki, by  zdążyli na czas.

Pozostały do obsadzenia pozostałe dwa statki. Jeden w Korei, drugi w Vancouver. Mi przypadł ten drugi. Raniutko 27 grudnia mam leciec do Kanady. I tak szczęscie, że przynajmniej swięta w całości w Polsce. Bo jesli nie będzie niespodzianek to w południe w Sylwestra będę z powrotem w Gdyni. 

Boze Narodzenie

Wszystkim, którzy odwiedzają ten blog życzę radosnych, zdrowych i spokojnych świąt. Niech Boże Narodzenie przyniesie Wam nadzieję na lepsze jutro i umocni wiarę w dobroć  rodzaju ludzkiego. Życzę Wam też byście zawsze mieli tyle czasu, by móc bez problemu ofiarować go rodzinie, przyjaciołom oraz pozostałym potrzebującym.

Wesołych Świąt!

Gdynia, 24.12.2008; 01:15 LT

 

 

poniedziałek, 22 grudnia 2008

  

Spacerując Ramblas powrócilismy w okolice hotelu, a ponieważ zostało nam jeszcze kilkadziesiąt minut do wymeldowania z hotelu, postanowiliśmy jeszcze usiąść gdzieś na kawę. Ze mną nie było problemu. Łasuchowi każde ciastko pasuje, zwłaszcza jesli jest równie duże jak apetyczne, ale Paulina postanowiła skosztować słodyczy wyłącznie symbolicznie.

- To malutkie poproszę – pokazała na wypiek wielkości znaczka pocztowego.

- Jedno? – zdziwiła się pani za ladą.

- Tak, jedno.

Pani mruknęła cos pod nosem, na szczęscie po hiszpańsku, więc nie zrozumieliśmy i niedbale rzuciła ciasteczko na wagę.

- Może jeszcze taką pralinkę bym skosztowała. Slicznie wyglądają – zastanawiała się Paulina.

Pralinki były wystawione  w gablotce na przeciwległej ścianie cukierni, Trzeba było wyjść zza lady i przejść, by dostać się w tamto miejsce.

- Poproszę jeszcze pralinkę, ale z mlecznej czekolady. O, tamtą – pokazała Paulina.

- Ile? – nachmurzyła się pani.

- Jedną – odparła zdziwiona pytaniem Paulina.

Pani fuknęła i dziarskim krokiem ruszyła w strone gablotki. Coś sobie mruczała pod nosem przez całą drogę, ale znów nie zrozumieliśmy. Wrzuciła czekoladkę na talerzyk i przyniosła nam do stolika, gdzie zdążyliśmy rozlokowac się z kawą. Rozmawialiśmy czas jakiś kiedy Paulina zaproponowała:

- Może dojesz tą pralinkę? Podała mi gorzką czekoladę, a ja jeśli mam już łamać czekoladowy zakaz to wolę moim ulubionym smakiem.

Pochłonąłem pół pralinki mimochodem i stwierdziłem, że możemy zamówić tą własciwą.

- Poproszę jeszcze jedną pralinkę, ale z mlecznej czekolady.

Pani nabrała powietrza głęboko w płuca i wyglądała tak jakby za chwilę miała eksplodować. Nie eksplodowała jednak lecz z jakimś mruczandem pobiegła do gablotki. Ja za nią.

- Którą? – spojrzała groźnie.

- O, tą – pokazałem na apetycznie wyglądającą mleczną czekoladkę.

Pani nałożyła ją na talerzyk i podała z niesmakiem.

- Tato, może jak będziemy wychodzić, to kupimy sobie po jeszcze jednej na drogę? – zachichotała Paulina

- Tak, ale pod warunkiem, że każda będzie inna. – podjąłem wątek

- I dopiero wtedy gdy pani skasuje nas za te obecne i wyda resztę.

Nie sprawdziliśmy jednak odpornosci pani kelnerki na kolejne stressy. Wróciliśmy do hotelu bez dodatkowych czekoladek.

A potem już jazda na lotnisko, prawie na styk. Kiedy przeszlismy odprawę i bramki security, moglismy wsiadać na pokład samolotu. Przez Monachium dotarliśmy do Wrocławia.

Tam nadeszła najmniej przyjemna chwila z całej wycieczki. Pożegnanie. Smutne, ale nie tak bardzo, bo w końcu zebrało się sporo fajnych wspomnień. Odprowadziłem ją do autobusu, uściskałem, a kiedy zajęła w nim miejsce, wróciłem na lotnisko. Czekały mnie jeszcze dwa loty: do Warszawy i Gdańska. Ech, kiedy nadejdą takie czasy, że można bedzie przemieszczać się samolotem między polskimi miastami bez konieczności przesiadki w Warszawie? Dobrze, że przynajmniej starty i ladowania są jakoś skorelowane. Dzięki temu noc poprzedzającą poniedziałkowe wyjście do pracy przespałem we własnym łózku.

 

Szczecin, 21.12.2008; 19:30 LT

 
1 , 2 , 3 , 4