Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
niedziela, 30 grudnia 2007

  

Do Gdyni dojechałem niemal dokładnie o północy i wkrótce potem dotarłem do domu. Kilkanascie minut po mnie zaś dojechał mój Anioł. Kochana, objuczona przeróżnymi pakunkami przyniosła wszystko, co potrzebne być mogło na świąteczne spotkanie. Pierogi, karp, zupa grzybowa, mięsa różnego rodzaju, ciasta, opłatek i wiele, wiele różnych innych rzeczy. Nakrylismy stół, Anioł podgrzał to i owo, ja zapaliłem świece oraz włączyłem płyte z kolędami i moglismy zasiąść do spóźnionej wieczerzy. Zakończylismy ją o wpół do czwartej nad ranem z mocnym postanowieniem, że nie limitujemy czasu na sen, bo następny dzień i tak spędzimy w domu.

Obudziłem się na chwilę o wpół do jedenastej. A kiedy następny raz otworzyłem oczy zbliżało się południe. Anioł był już ubrany i gotował wode na poranną kawę. Potrzeba było takiego luzu, oddechu.

Z oddechem jednak najlepiej nie było, poniewaz w miare upływu czasu nasilał się u mnie katar, ból gardła i samopoczucie ogólnie się pogarszało. W końcu około dziewiętnastej trzeba było pojechac do apteki, bo w domu skończyły się wszelkie środki.

Po powrocie dokończylismy swiateczny wieczór, lecz nie siedzielismy już tak długo. Następnego dnia odwiozłem Anioła do pracy, a sam zostawiwszy auto na parkingu, pociągiem pojechałem do Szczecina. Zdziwił mnie tłok na dworcach i w wagonach. Dawno nie widziałem tylu ludzi podrózujących koleją. Przeziębienie jeszcze dawało znac o sobie, więc prawie całą droge przespałem. Wpadłem prosto z dworca do taty, pogadalismy trochę, a potem pojechałem do siebie.

Sukcesem tego pobytu w Szczcinie było dostarczenie brakującej adnotacji o rozwodzie, bez której nie otrzymałbym nowego dowodu osobistego. Sam wyrok sądowy nie wystraczył. Musiałem więc pisać do USC w Opolu, żeby przysłali stosowny paierek do Szczecina. Powiadomili mnie, że przysłali do szczecińskiego USC i teraz trzeba było ów dokument odebrac i zanieść do urzędniczki zajmującej się dowodami. Na szczęście juz bez stania w kolejce, bo te po świętach zrobiły się gigantyczne. 19 lutego prawdopodobnie bedę mógł nowy dowód odebrać.

Popracowałem troche w domu przed komputerem, zeby nadrobić biurokratyczne zaległości, a 28 grudnia po południu spotkałem się z tatą i bratem na lampce szampana. Złożyliśmy sobie noworoczne życzenia, po czym wróciłem do domu, a wieczorem wsiadłem w kolejny pociąg, tym razem przez Wrocław do Jeleniej Góry. To juz moja druga, świąteczna podróż okrężna. Zakończę ją 1 stycznia jazdą z Jeleniej Góry do Gdyni. Dwie pętle w dziewięć dni. Można dostać kręćka.

Do Wrocławia jechało sie ok, bo załapałem sie jeszcze na wagon sypialny. Po przesiadce wsiadłem do wagonu I klasy i juz niemal tradycyjnie w przedziale nie było ogrzewania. Próbowałem o tym nie myśleć, ale nie dało się. Po kilkudziesięciu minutach wcisnąłęm się do innego przedziału, który na szczęście ogrzewany był. Dzięki temu mogłem jeszcze zasnąć. Obudziłem się przed samą Jelenią Górą.

Fajnie spotkac się znów z dzieciakami. Po sniadaniu i rozmowach na rozmaite tematy, wymyslilismy, że wybierzemy się na krótką wycieczkę do Liberca. Miał to byc przy okazji nasz dziewiczy przejazd przez granicę po wejsciu naszych krajów do strefy Shengen.

W Szklarskiej Porębie i Jakuszycach tłok był ogromny. Mnóstwo ludzi zjechało na Sylwestra i wiele osób postanowiło pojeździć na nartach. Szczególnie w Jakuszycach sznur aut zaparkowanych po obu stronach jezdni mocno ograniczał swobodę przejazdu. Za to na granicy luz. O dawnym posterunku granicznym przypominają juz tylko wciąż czynne kantory wymiany walut oraz puste budki strażników. Ani sladu szlabanów. Praktycznie bez zwalniania pomknęlismy w dół w kierunku Harrachova.

Liberec przywitał nas przenikliwym chłodem. Mróz potęgowany był przez wiatr. Nie były to warunki uprzyjemniające zwiedzanie, ale pospacerowalismy po rynku i okolicach.

Lubię jeździć i do Czech i na Słowację. Lubię dla ich kuchni (knedliki, vypražany syr) jak równiez i języka, podobnego do naszego. Czasem trzeba tylko pamietać, że toaleta z napisem „Pani” przeznaczona jest dla mężczyzn, ale generalnie idzie się dogadać ze wszystkim.

A jednak utknęlismy przy wyjeździe z parkingu. Opłata była pobierana przez automat. Instrukcja obsługi była tylko po czesku, lecz dość jasna dla nas. Trzeba było włożyć otrzymany przy wjeździe bilet (po czesku listek) z godziną rozpoczęcia parkowania do czytnika. Ten miał wyświetlic należność, którą należało wrzucić do specjalnego otworu, po czym bilet z odpowiednia adnotacją miał wrócić. Następnie ten bilet należało przyłożyc do czytnika przy szlabanie, który powinien zostać wtedy podniesiony. I wszystko byłoby dobrze gdybyby nie to, że pieniążki zosytały zainkasowane, ale bilet z automatu zwrócony nie został. Nie było więc czego pokazać przy szlabanie. Automat cierpliwie wyswietlał komunikat „Prosim pocekajte. Chybe tisku listku”. Tu już domyślna znajomość czeskiego na nic sie nie przydała. Nie wiedziałem o co automatowi chodzi. Sobota póznym popołudniem. Zimno i chula wiatr, na parkingu pustki i bezduszna maszyna blokująca wyjazd tajemniczo brzmiącym komunikatem. Na szczęście znajdowało sie koło ratunkowe w postaci interkomu. Połączyłem się przyciskeim z jakimś panem rezydującym w nieznanym mi miejscu, który na oznajmiony przeze mnie komunikat zapytał tylko czy stoimy autem „u wrót” i otworzył szlaban. Bylismy wolni, lecz ja nie dowiedziałem się co znaczy, że „chybe tisku listku”.

W ciemnościach po krętej i miejscami oblodzonej drodze jechało się powoli, ale podróż upłynęła nam na dyskusjach więc przeleciała nie wiadomo kiedy. Wieczorem pograliśmy trochę w gry komputerowe. No cóż, jako najmniej doświadczony w tej dziedzinie, sukcesu nie odniosłem. Może innym razem wezmę rewanż.

Jutro jeszcze jeden w miarę spokojny dzień, a pojutrze Sylwester. Rano przyjedzie Anioł. Spędzimy sylwestrową noc na pewno częsciowo w hotelowym pokoju w Cieplicach, a byc może też i na rynku w Jeleniej Górze, albo jeszcze gdzieś indziej. Zaimprowizujemy. Młodzi bedą bawić się na swoich imprezach u kolegów.

 

SZAMPAŃSKIEJ ZABAWY W NOC SYLWESTROWĄ

I WSZELKIEJ POMYŚLNOŚCI W 2008 ROKU.

NIECH KAŻDY DZIEŃ PRZYNOSI WAM NIEZLICZONĄ

ILOŚĆ POWODÓW DO RADOŚCI.

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!

 

Jelenia Góra,30.12.2007; 01:15 LT

wtorek, 25 grudnia 2007

Powoli, powoli mój  pociag zbliża się do Pomorza. Zamykam pętlę rozpoczętą przedwczoraj.

Pobyt w Szczecinie to przede wszystkim wizyta u taty oraz na grobie mamy. Cmentarz był najpierw, dopóki było widno. Pogoda w Szczecinie była w niedzielę przepiękna. Zimno, ale w wiekszości słonecznie. I do tego ta szadź, pamiatka po porannej mgle, która nadała drzewom iście bajkowe barwy i zrobiło się prawie zupełnie swiątecznie.

  

  

  

Spotkanie z tatą i z bratem potraktowaliśmy jako prawie wigilijne. Podzieliliśmy się opłatkiem, pogadaliśmy, powspominaliśmy. Nie odmówilismy też sobie kieliszka wódki, bo nieczęsto mamy ku temu okazję. Nawet jeśli się spotykamy, to samochód, praca, lekarstwa... powodów do unikania alkoholu zawsze jest dość. Siedzielismy tak we trójkę i czy to za sprawą bożonarodzeniowej atmosfery, czy też gorzałki, a pewnie i jednego i drugiego, poczuliśmy się wyjątkowo blisko. Tato i brat, sprzeczający się o wszystko każdego dnia, zakopali topór wojenny. Aż żal było wychodzić, ale zegar odmierzał czas nieubłaganie.

Po powrocie do domu ubrałem choinkę. Sztuczną, bo nie było czasu na szukanie żywej. Malutką, bo nie było czasu na ubieranie dużej. Poza tym – i tak nikt tam pewnie nie przyjdzie. Ja może wpoadnę po świętach na półtorej doby, a potem zacznie się remont, wiec tym bardziej trzeba będzie sprzatnąć wszytko jak najszybciej, żeby sie nie zakurzyło.

Jeszcze to i jeszcz etamto, jeszcze sprawy słuzbowe, jeszcze zyczenia świąteczne. Czas biegł jak szalony. Musiałem wstać o 04:30, żeby spokojnie zdążyć na pociąg, a tymczasem wybiła trzecia, kiedy zamknąłem komputer i skończyłem pakować walizkę. Która to już noc? Pierwsza na lotnisku w Nowym Orleanie, druga w samolocie, trzecia w pociągu do Szczecina (no, nie cała, ale w łóżku spałem tylko dwie godziny)... Ta była więc czwarta. Przyłożyłem głowę do poduszki i zaraz zadzwonił budzik. Automatycznie wykonywana poranna toaleta, ubranie się i wkrótce potem jechałem na dworzec.

Pociag był prawie pusty. Co jakis czas budził mnie konduktor sprawdzający bilety, lecz na dobre przejrzałem na oczy gdzies koło Wrocławia. Spałbym dalej, ale uświadomiłem sobie, ze jeszcze muszę wykonąc kilka telefonów z życzeniami i jeszcze kilka sms-ów wysłać. Kiedy wysiądę, już na pewno nie zdążę tego zrobić.

Skończyłem za Opolem. Niedługo potem juz mogłęm wysiadać. Na dworcu spotkanie z dziećmi. Warto było jechać, nie spać, dla tej jednej chwili. A właściwie nie dla tej. Ta najważniejsza nadeszła jakieś trzy godziny później, kiedy dzieliliśmy się opłatkiem. Zawsze wymiękam w takich momentach. Kiedy zapomina się o gonitwie, niepewności, stressach poprzednich dni a liczą się już tylko te najszczersze, najlepsze życzenia. I jeszcze jeden moment mnie wzruszył, Czekoladka „Danusia” znaleziona w mojej paczce. Kiedyś, ze dwa lata temu, przy okazji jakichs zakupów opowiadałem Tomkowi i Paulinie o tych czekoladkach, którymi jako małe dziecko byłem obdarowywany. Taka jedna kosteczka z mozaiki rozmaitych wspomnień z dzieciństwa. Nie sądziłem, że bedą to pamietac dłużej niz trwała tamta błaha rozmowa.

Na Pasterkę miałem iść sam, lecz w ostatniej chwili postanowiła mi towarzyszyc ex teściowa. Hm, tesciowa, a do tego ex, to nie jest to wymarzone towarzystwo, ale ja mam jakąś zdolność adapatcji. Trzeba było tylko znaleźć jakis temat do rozmowy. Pierwszy znalazł się szybko, przy okazji pytania o moją chrześnicę, a ex-tesciowej wnuczkę. Chrześnicy nigdy nie miałem okazji zobaczyć. Mieszka z rodzicami w USA i nawet do chrztu w moim imieniu podawał ją ktoś inny. Połynął więc monolog opowieści, który przerwany został dopiero w drzwiach kościoła. W drodze powrotnej zadałem kilka pytań dotyczacych miejscowej światyni. Moja ex jest bowiem jednym z aktywniejszych „moherowych beretów” w parafii, a mnie akurat parę rzeczy naprawdę interesowało. Otrzymałem więc wyczerpującą opowieść na temat genezy powstania oraz budowy tego kościoła.

Kościół, w kształcie piramidy prezentował się zresztą okazale przypruszony delikatnie cieniutką warstwą śniegu.

Wewnątrz tej dość wysokiej konstrukcji dominującym elementem jest ogromna figura Chrystusa podwieszona na jednej ze ścian. Jak dowiedziałem się z wykładu ex-teściowej jest to ponoć trzecia co do wielkości figura Chrytusa w Europie. Warto o tym pamiętać jesli ktoś kiedyś odwiedzi Kędzierzyn-Koźle.

Chrystus zawieszony pod skośną ścianą wyglada jakby unosił się w powietrzu. Moze to nie jest zbyt bogobojna myśl, ale zawsze bedąć tam na mszy zastanawiam się, czy ktoś sprawdza stan zawiesi i co by się stało, gdyby cos nagle pękło i figura runęłaby w dół.

Po Pasterce obejrzałem jeszcze żłóbek. Zrobiłem kilka zdjęć, aż któryś z księży podszedł na koniec zobaczyć co mi z nich wyszło.

Wrócilismy do domu o wpół do drugiej. Wreszcie zapowiadała się noc do wyspania. Nocleg miałem w pokoju z Tomkiem. Przez mini głośniczki leciała muzka z jego mp3.

- Tato, jeśli chcesz to wyłączę, powiedział kiedy kładłem się do łóżka.

- Nie, nie przeszkadza mi. Chętnie posłucham.

Słuchałem i nadziwic sie nie mogłem, że tyle starych piosenek przetrwało próbę czasu na tyle, by znaleźć się w odtwarzaczu mojego szesanastoletniego syna, który jeszcze kilka lat temu słuchał rozmaitych „łubu-dubu”. Wśród jego kawałków, które były do strawienia przeze mnie, co chwile przeplatały sie a to „Downtown”, a to „Here comes the sun”, a to „Imagine”... Gdzieś za „Imagine” zacząłem tracic swiadomość, którą odzyskałem kwadrans po dziesiątej gdy sniadanie czekało juz na stole. Ja musiałem jeszcze odczekać, aż Paulina wyjdzie z łazienki po porannej toalecie. Wiem, że jak Paulina jest w łazience, to mozna spokojnie zająć sie czyms innym, bo nie ma szans na szybkie zwolnienie. Zachowywałem cierpliwość, bo nauczyłem się od Anioła, że rasowej kobiecie nie wolno przeszkadzać rano w tych najważniejszych dla niej czynnościach. Mama i babcia jednak pokrzykiwaniem pod drzwiami wygnały dziewczynę, wobec czego mi pozostało tylko błyskawiczne golenie, mycie zębów i już mogłem dołączyć do stołu.

Po dwóch godzinach trzeba było zacząć się zbierać. Paulina z Tomkiem odprowadzili mnie na dworzec. I niedługo potem jechałem już do Katowic. W Katowicach trzy kwadranse oczekiwania na pociąg do Warszawy. W Warszawie zaś przy tym samym peronie czekał pociąg do Gdyni.

Już za godzinę spotkam się więc z Aniołem. Jakże wspaniale będzie móc być w Boże Narodzenie i z nią.

Tczew, 25.12.2007; 23:15 LT

niedziela, 23 grudnia 2007

  

Po drugiej stronie leją się łzy i zaproszenie się pojawia. Na kiedykowiek, byle w święta. Znów kalkuluję. Trzy miejsca to rajd dookoła Polski. Gdynia – Szczecin – Kędzierzyn-Koźle – Gdynia. Nie da się wszystkiego objechać. Najchetniej zostawiłbym wszystko po staremu, tak jak juz ustaliłem. W końcu świat nie kończy sie w te święta. A jednak nie potrafiłbym zrobić tego dzieciom. Kiedy będą pełnoletnie, same wybiorą dokąd zechcą pojechać, lecz póki co, ja powinienem zadbać o kontakt. Wracam myslami do pierwotnej propozycji taty. Dzwonię.

- Tato, ja w sprawie świąt. Nie przyjadę na wigilię. Pojadę do dzieciaków. A od nich nastepnego dnia do Gdyni.

- Dobrze – mówi tato – przeciez tak ci proponowałem na początku – odpowiada. Lecz z ton głosu mimo, że ciepły, zdradza smutek. – Ale jutro będziesz?

- Tak. Przyjadę, tak jak mówiłem.

- To fajnie. Podzielimy się opłatkiem jutro. Pogadamy...

- Ok, ale jeszcze będę chciał wpaść na cmentarz. Zjemy szybki obiad bo chyba o siedemnastej zamykają, a potem wrócę i posiedzimy dalej.

- Jak nie chcesz, to nie musisz iść. Ja byłem dziś. Zapaliłem znicze.

- No wiesz, nie chodzi o znicze... – poczułem, ze w gardle błyskawicznie rosnie mi kula.

- Ok, to od zobaczenia jutro.

Dojadę do Kedzierzyna w wigilię o trzynastej. Krótko przed kolacją. Sprawdzam rozkład jazdy. Do Gdyni nie ma stamtąd bezposrednich połaczeń. Wyszukiwarka jako najlepszą opcję 25 grudnia rano podaje mi jazdę do Stargardu Szczecińskiego i tam przesiadke na pociąg do Gdyni. Wtedy mam szansę dotrzeć około dwudziestej. Czasowo najkrócej wychodzi z dwiema przesiadkami: w Katowicach i Warszawie. Krócej lecz wyjazd późniejszy i przyjazd dopiero po dwudziestej trzeciej. Z drugiej strony – ta opcja dałaby mi szanse zjeść z dzieciakami normalnie śniadanie. W przeciwnym razie musiałbym wychodzić zanim w swiąteczny poranek zwloką się z łóżek. Tyle tylko, że Anioł zapewne nie będzie czekać na mój przyjazd aż do północy i stracimy ten wieczór.

Póki co, ciągniemy sprawę Sylwestra. Anioł stawia sprawę jasno:

- Dojadę jeżeli masz chęć ze mną sie spotkać, ale najpierw rozejrzę się w hotelach. Zrozum, ja nie potrafię tak po prostu przyjechać do obcego mieszkania pod czyjąś nieobecność...

No tak. Logiczne. Ale jak ja mam być i tam u dzieci i w hotelu zrazem?

- Pogadamy o tym jak się spotkamy – stwierdziłem, bo w międzyczasie bus dowiózł mnie pod dom.

- Przepraszam, ale tak źle się czuję, że nie bedę mogła przyjechać do Ciebie.

- Niepotrzebnie rozpoczynałem tę dyskusję...

- To nie od dyskusji. Sorry tak mnie dopadło...

Zdążyłem w międzyczasie wejśc do marketu, by kupic cos na kolację. Po ostatnim sms-ie pozostało mi tylko opróżnić koszyk z rozmaitych specjałów i zostawić tylko tyle, żeby cos przekąsić i nie byc głodnym.

Przepakowałem się na wyjazd, ubrałem choinkę i gotowy do wyjazdu wznoszę samotny toast kieliszkiem piña-colady. Płyty z kolędami są w Szczecinie więc zamiast kolęd z głośników płynie śpiew Edith Piaf. To prawie tak jakbym był z Aniołem.

Bez niej nie ma sensu czekać aż do dziesiątej. Mogę zamknąć drzwi i jechać do Szczecina już.

Gdynia; 23.12.2007; 02:10 LT

Wszystkim odwiedząjacym ten blog

Życzę na nadchodzące Boże Narodzenie

By obdarzyło Was

Wiarą w zwycięstwo dobra

Nadzieją na lepsze jutro

Miloscią w kazdej godzinie.

WESOLYCH SWIAT !!!

  

Boże Narodzenie, najpiękniejsze swięta, tak kiedyś uwielbiane, w dorosłym zyciu każdego roku zanim nastąpią, przynoszą tylko rozterki, stress, żal i poczucie winy, że znów kogoś krzywdzę swoją nieobecnością. Kiedy juz nastąpią i wszystko się wyklaruje, następuje chwila radości, by za jakis czas znów zaczęło sie odliczanie i kalkulacje. Tym razem przed Wielkanocą.

Tak się cieszyłem na ten przyjazd, ale już mi przeszło. Nagle, w podróży przyszlo mi ustalać porządek swiatecznych odwiedzin na kilku frontach jednocześnie. I to nie jest tak, że ktos chce, a ja nie chcę. Wtedy sprawa byłaby prosta. Odrobina asertywności i już.  Problem w tym, że dla mnie również święta bez tej czy tamtej osoby sa już tylko prawdziwych swiąt namiastką.

Już na początku listopada Ex powiedziała z własciwą sobie „delikatnością”: „dość świąt w Szczecinie. Ile można? Dzieci zapraszają cię do siebie.

- Mogę przyjechać na przykład na wigilię i sniadanie w pierwszy dzień swiąt a potem pojade dalej, albo zacznę gdzie indziej a z dziećmi spędzę drugi dzień świąt.

Propozycja została przyjęta lecz po kilku dniach kolejny sms. Szkoła w sobote i niedzielę nie pozwala je na przygotowanie wigilii więc jedzie z dziećmi do dziadków. Zrozumiałe, że w tej sytuacji zaproszenie stało sie nieaktualne. Zreszta żadna propozycja nie padła.

- Gdzie będziesz spedzać święta? – zapytał pod koniec listopada tato.

- Nie wiem jeszcze. Na pewno nie całe w jednym miejscu, ale jeszcze nie wiem gdzie i z kim.

- Pamiętaj o jednym. Anioł i dzieci są najważniejsze. Podziel czas między nich, a ze mną możesz zobaczyć sie albo przed albo po Bożym Narodzeniu.

Kochany tato. Mama, kiedy żyła, zawsze dbała o odpowiednie celebrowanie świąt, lecz nie ukrywała swojego rozczarowania kiedy wyjeżdżałem. Zawsze były łzy, że przez chorobę już pewnie następnych nie doczeka. Jakimś zrządzeniem losu umarła właśnie podczas swiąt – tak jakby ostatnim wysiłkiem woli doczekała aż wszyscy zbiorą się w wielkanocny poranek, po czym na naszych oczch zaczęła gasnąć z minuty na minutę.

- Gdzie bedziesz na święta? – zapytała ciocia na początku grudnia.

- Sam jeszcze nie wiem.

- Pytam, bo zaprosiłam twojego ojca i brata, więc jeżeli bedziesz w Szczecinie, to też czuj się zaproszony.

Nie wiedziałem co z dziećmi skoro nie miały przyjechać do Szczecina. Nie wiedziałem też co z Aniołem, z którym póki co snuliśmy plany sylwestrowego wyjazdu.

Potem był wypad na „Koty” do Warszawy i mój wyjazd na statek. A na statku dostałem najpierw „miły” sms od Ex, który przerodził się potem w awanturę telefoniczną. Dowiedziałem się ze wykorzystuję dzieciaki, które „szwędają się” po dworcach autobusowych bo mi nie chce się „ruszyć dupy”, żeby sie z nimi spotkać. Było to tak swieżo po wspólnym z nimi wyjeździe na owe „Koty”, co wymagało ruszenia dupy jak najbardziej, że kompletnie mnie zaskoczyło. Zawsze mi się wydawało, ze mam z dziećmi dobry kontakt, ale wtedy zwątpiłem. Może to tylko mi tak się wydawało? Telefon jeden, drugi do każdego z nich oddzielnie. Niezręczna rozmowa bo o co miałe zapytać? Czy czuja się opuszczone? A jaki rozwód nie odbija swojego piętna na dzieciach? Co miałyby mi odpowiedzieć? Że czuja się dobrze? Zapewniałem je, że je kocham, że są ogromnie ważne dla mnie i że nigdy nie pomyślałbym o unikaniu spotkania z nimi.

Kilka dni później kolejny sms. Ex wyjeżdża po świętach i wróci po Nowym Roku. Ktoś musi dopilnować by zwłaszcza w Sylwestra młodzi nie przesadzili z imprezowaniem. Krótko mówiąc, nie powinna zostać „wolna chata” na zbyt długo.

- Ja siedziałam w zeszłym roku. Teraz Twoja kolej.

- Z przyjemnoscią. Zabiore ich ze sobą...

- Nie ma mowy! Nie będa się nigdzie szwędać. Mają siedzieć na miejscu. Zresztą już się poumawiali na imprezy z kolegami.

Na moją uwagę, że ja też już zdążyłem sie umówić otrzymałem zapewnienie, ze możemy z Aniołem uzywać pod nieobecność Ex jej mieszkania do woli. Zakładała z góry, ze nie przyjadę sam lecz z Aniołem.

Ale Anioł nie chciał. I wcale jej się nie dziwię. Perspektywa zamiany sylwestrowego wypadu gdzieś w tylko nasze miejsce na zakwaterowanie w domu eks-małżonki swojego faceta nie wygladała zbyt pociagająco.

- Pogadamy o tym jutro – zakończyła patową dyskusję.

Jutro przeciagnęło się do dzisiejszego dnia...

Prościej było lecieć ze statku do Berlina, dokąd z Frankfurtu loty co godzinę, a do Szczecina rzut kamieniem. Ja jednak tym razem uparłem się na Gdańsk. Chciałem spotkac się z Aniołem, już przy choince. Tym bardziej, że na biurową wigilię się spóźniłem, a co do prywatnej jeszcze nic nie ustalone.

Do Gdańska biletów juz nie było, więc doleciałem do Warszawy, a dalej busem. W busie zaś zaczęła się prawdziwa telekonferencja.

Tato:

- To gdzie spedzisz swięta? Jedziesz gdzieś na wigilię czy zostaniesz w Szczecinie?

- Daj mi jeszcze pare godzin.

Od Ex zadnego sygnału więc chyba tamten adres moge odpuścić. Anioł zaś mówi o „wolnych” 25 i 26 grudnia.

Kalkuluję. Dzisiejszy wieczór spędzimy razem. Odpuszczę pociąg o świcie jak planowałem pierwotnie, bo przez ten bus mój przyjazd do Gdyni  mocno się opóźnił. Pojadę o dziesiątej. Będe na miejscu o piętnastej. W sam raz na mocno spóźniony niedzielny obiad. Później pomieszkam krótko w domu, a w poniedziałek się wyśpię, skoczę na grób mamy no i potem zaraz wigilia. Pójdę na nią do cioci. Tak jak zapraszała. W pierwszy dzień świąt po późnym śniadaniu wyjade do Gdyni, do Anioła.

Oddzwaniam. Potwierdzam powyższe.

Dawno nie słyszałem tyle radości w głosie taty. Już zaczął wszystko planować tak, zeby zgadzało się z moim rozkładem. Wigilia u cioci, bożonarodzeniowe śniadanie u niego...

Anioł tez zadowolony, chociaż  z nutką żalu, ze zamierzam wyjechać nazajutrz już o dziesiątej rano. Tłumacze i jest ok, ale przy okazji wracamy do sprawy Sylwestra i próbujemy dojść do jakiegos porozumienia.

Nie minęła godzina kiedy dostaję sms. Dzieciom jest przykro, że na dwa dni przed świętami wygląda na to, że nie znajdę dla nich czasu. Zaczyna się wymiana argumentów. Tłumaczę, ze nie pojade przecież ot tak sobie do ex teściów jeżeli nikt mnie nie zaprasza. Chciałem się spotkac z dziećmi, ale nie w taki sposób. Czekałem na jakikolwiek sygnał, ale go nie było i w końcu przyjąłem inne zaproszenie.

c.d.n.

piątek, 21 grudnia 2007

Nastrój juz prawie świąteczny, bo to i weekend się zaczyna, a Wigilia przecież w poniedziałek. Na dodatek nocna euforia z okazji wejscia do sterfy Shengen. Nie ma granic. I pomysleć, że jeszcze dwadziescia lat temu wyjazd na Zachód był dla wielu niedościgłym marzeniem.

Wracam do Polski. Ściślej to siedzę własnie na lotnisku w Nowym Orleanie i czeka mnie jeszcze ponad doba w podróży. Głównie za sprawą zakorkowanych linii lotniczych, w których przedświąteczny szczyt już sie zaczął na dobre. Nie mam szans, żeby dolecieć do Gdańska. Pozostaje Warszawa, a potem samochód.

Zanim jednak na dobre wpadnę w wir przesiadek, powracam jeszcze do dnia wczorajszego. To był ciąg dalszy żeglugi w górę Mississippi.

Zaraz po śniadaniu minęliśmy Nowy Orlean (bo ja z tego miasta pojechałem najpierw w dół rzeki, gdzie statek kotwiczył najpierw).

Nie podobają mi się te budynki. Toporne jakieś. I na dodatek jakoś nie ma to miasto szczęścia do owego „waterfrontu”. Kilka lat temu jakiś wielki statek, który stracił sterowność staranował położone na samej kei centrum handlowe, a jakis czas potem Katrina dopełniła zniszczeń. Jak widać, za każdym razem sie podnoszą i nawe wycieczkowce cumują co jakiś czas.

Potem zaczęła się kreta lecz troche monotonna jazda wśród bezkresnych równin. Dla mnie zas to był przede wszytkim czas pracy. Bo do zrobienia tyle samo co zwykle, a czasu znacznie mniej. Pogoda się zepsuła. Raz po raz przechodziły burze, a nad wodą unosiły sie opary mgły, z których mniejsze jednostki ledwie wystawały.

W końcu wieczorem dopłynęłismy do Darrow. A po północy już odpływałem motorówką na ląd, skąd samochód zabrał mnie na lotnisko w Nowym Orleanie. Zaraz ma pierwszy z lotów. Na początek do Chicago. Potem Frankfurt i na koniec Warszawa.

Nowy Orlean, 21.12.2007; 04:30 LT

 

 

 
1 , 2 , 3