Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
piątek, 29 grudnia 2006

                             

Pewnie dlatego, że wciąż wielką wodą nienasycony, wybieram się z moim Aniołem nad morze, by tam przywitać rok 2007. Wróciłem już po świętach do Gdyni, spakowałem się i niedługo wyruszamy. Przed nami trzydniowy, sylwestrowy weekend. Pierwszy wspólny wyjazd. Ależ się cieszę!

A niewiele brakowało by plany legły w gruzach. Wczoraj, jadąc ze Szczecina do Gdyni, gdzieś w okolicach Słupska odebrałem telefon, że tatę pogotowie zabrało do szpitala. Bolał go brzuch i nic więcej nie było wiadomo. Zastanawiałem się czy zawracać, czy kontynuować podróż. W głowie zaraz zaczeły kłębić się czarne myśli. Deja vu. Przecież mama umarła w święta kilka miesięcy temu, odchodząc niemal na naszych oczach. W Wielka Sobotę jeszcze chodziła, skosztowała ciasta oraz obiadu, a Wielkanoc przywitała w łóżku i podczas śniadania słabła z każdą chwilą. Kolejne świeta i...? Fatum jakieś czy co?

Mimo wszystko postanowiłem wytrzymać nerwowo do rana. Pomyslałęm, ze prześpię się w Gdyni i rano zadzwonię do szpitala, żeby dowiedzieć się jakie są wyniki badań i jakie plany. W razie czego, wsiadłbym natychmiast do auta i za pięć godzin byłbym w Szczecinie.

Godzinę później zadzwonił tato. Wrócił do domu. Okazało się, że przyzczyną bólu były kamienie w nerkach. Dostał srodki rozkurczające i chyba przeciwbólowe, po których poczuł się lepiej. Odetchnąłem z ulgą. Dziś rozmawiałem z nim kilka razy przez telefon i do wieczora ból nie powrócił. Jest więc szansa, że przynajmniej do Nowego Roku będzie spokój. Oby był i trwał jak najdłużej

Wszystkim odwiedzającym ten blog życzę by nadchodzący 2007 rok był najlepszy z dotychczas przeżytych. Niech troski, smutki i zwątpienie zapomną o Waszym istnieniu, a radość, szczęście i wiara w lepsze jutro na stałe zagoszczą w Waszym życiu.

Szczęśliwego Nowego Roku !

Gdynia, 29.12.2006; 22:15 LT

                                         

wtorek, 26 grudnia 2006

Święta juz po półmetku. Jeszcze tylko jeden dzień.

Wigilia minęła dość spokojnie. Posiedzieliśmy przy stole do dwudziestej, a na wpół do jedenastej poszedłem na wczesniejszą pasterkę (w naszej parafii były dwie). Rok oraz dwa lata temu byłem na pasterce o północy, lecz przedwczorajszej nocy spałem niecałe trzy godziny i nawet o wpół do jedenastej oczy już mi sie kleiły.

Za to rano można było pospać do dziewiątej co było niezłym wynikiem w porównaniu z poprzednim tygodniem. Może jutro uda sie nawet ten czas nieco wydłużyć? Służbowe maile przychodzą w rozsądnych ilościach i dotyczą głównie zwyczajowych raportów, więc (tfu, tfu, tfu, oby nie zapeszyć) i pod tym względem swięta są spokojne. Męczy mnie jednak to codzienne siedzenie za stołem. Jutro szykuje sie kolejne, a wolałbym zwyczajnie poleniuchować. „Polityczna poprawność” wymaga jednak pewnego poświęcenia, aby bliższej i dalszej rodziny nie urazić. Pokolenie naszych rodziców i wujków i ciotek niestety wykrusza sie coraz bardziej. Mysleć tylko o sobie oznacza pozostawić ich samych sobie. Dla nich te swiąteczne dni są długo oczekiwaną okazją do rodzinnych spotkań, które w ich życiu stają sie coraz rzadsze. Nie wiem jaki ja będę na starość. W tej chwili nie boję sie samotności bo brak mi czasu by w pełni oddać się swoim zainteresowaniom. Co będzie jednak jesli tego czasu mieć będę w nadmiarze, a dom będzie świecić pustkami? Czy nie będę wypatrywać wizyt dzieci?

Na razie piękne jest to, ze minęła pierwsza w nocy, a ja nie muszę się martwić, że jutro trzeba wstać wcześnie bo tyle rozmaitych rzeczy jest do zrobienia.

Szczecin, 26.12.2006; 01:15 LT

niedziela, 24 grudnia 2006

             

Wszystko już prawie przygotowane.

Zupełnie inne te święta od poprzednich. Dla mnie szczególnie ważny był dzień wcześniejszy, kiedy składaliśmy sobie zyczenia z moim Aniołem. Ona przygotowuje Wigilię dla licznej swojej rodziny, ja zaś powinienem być w Szczecinie, bo to pierwsze święta bez mamy i trzeba jakoś łatać tę pustkę, jaka pojawiła się po jej śmierci.

Złożylismy więc sobie życzenia i odliczamy dni do następnego, sylwestrowego weekendu, który w całości spedzimy tylko we dwoje.

Przyjechałem do Szczecina. Czekały już dzieci oraz Eks. Eks wie, że Anioł jest teraz najważniejszy. Anioł zaś wie, że Eks jest tu na święta, lecz jest w zupełnie innym charakterze. To jak ktoś znajomy sprzed lat, z którym ma się rozmaite wspomnienia, lecz mało tematów o teraźniejszości. Chociaż u nas takim są oczywiście dzieci. Wszystko jest jasne, a jednak jakoś mi niezręcznie. Prościej by było gdyby Anioł mógł być tutaj.

Tato zupełnie rozkleił się przed świętami. Wydawało mi się, że im dalej od pogrzebu, tym lepiej, lecz najwyraźniej rany jeszcze sie nie zabliźniły.

Wigilia jest u nas. Eks zaanektowała kuchnię i przygotowuje kolejne specjały. Uzbiera sie nas parę osób. Nazajutrz pójdziemy z wizytą do siostry mamy. Z mamą dogadywały sie doskonale i po śmierci jej męża, ciocia zawsze święta spędzała u nas. W tym szczególnym roku to ona postanowiła zaprosić nas na Wigilię, lecz skoro przyjechała Eks, odwrócilismy porządek z czysto logistycznych względów.

Drugi dzień świąt mielismy spędzić u taty, lecz stwierdziłem, że prościej dla nas i lżej dla niego będzie zaprosić znów rodzinkę do nas. Nie będzie więc w drugi dzień świąt wizyt u przyjaciół, ale cóż, nie tym razem.

Jakoś dziwnie było odwiedzać tatę wczoraj i dziś. Niby u niego wszystko gotowe do świąt. Wszędzie wysprzątane, przystrojona choinka stoi tam gdzie zwykle, a jednak uderza atmosfera nicnierobienia. Zawsze o tej porze w domu pachniało już ciastem, pieczonym mięsem. W kuchni gorąco od piekarnika, w pokojach odświętnie, a do kawy był pierwszy kawałek makowca na spróbowanie czy się udał. Potem zaś dostawalismy po makowcu i serniku na święta, bo mimo, że pieklismy swoje, to jednak „na spróbowanie” musiało być. Teraz Eks zaoferowała, że upiecze tacie mięso, ciocia przyniosła mu sałatkę. Ciasto kupił w cukierni (dostanie jednak mimo to makowiec od nas). Kuchnia cicha i opuszczona. Jedynie lodówka pełniejsza niz zwykle.

 

Wszystkim czytenikom tego bloga zycze, zdrowych, wesołych i spokojnych swiat. Niech bedzie to dla Was czas spotkan z najblizszymi, ktorzy niechaj nie skapia Wam ciepla i milosci. Niech bedzie to czas przeznaczony na odpoczynek, ktorego w codziennej gonitwie brakuje coraz bardziej. Niech blogoslawi Wam Boze Dzieciatko i wleje w Wasze serca nie tylko nadzieje lecz i wiare w lepsze jutro.

Wesolych swiat!

Szczecin, 24.12.2006; 00:55 LT

niedziela, 17 grudnia 2006

         

I już znów w Polsce, lecz po nerwowych rezerwacjach biletów. Cóż, święta coraz bliżej i widać to nie tylko w sklepach, lecz także na dworcach i lotniskach. Apogeum nastapi za trzy – cztery dni, ale wzmożony ruch już się czuje. Mój przyspieszony powrót sprawił, że była okazja wybrac się na przedstawienie rosyjskiego baletu, na którym Aniołowi tak zależało. Postanowiłem ją zaprosić i wszystko było na dobrej drodze, bo mój samolot miał wylądować w Gdańsku o 12:30. Anioł zakupił bilety, a tymczasem mimo zbliżającego się wyjazdu rezerwacja wciąż nie była potwierdzona. Opuściłem hotel i wdrodze na lotnisko okazało się, że nic z tego. Miejsce nie zostało zabukowane.  Najwcześniejszy potwierdzony lot dawał gwarancję przybycia do Gdańska o 20:30. Musztarda po obiedzie. Został więc Anioł z biletami sam, a ja w tej sytuacji via Paryż i Berlin skierowałem sie do Szczecina. W Szczecinie byłem o 19:00. Do Trójmiasta pojadę jutro.

Ostatniej nocy w San Francisco znów rozdzwoniły sie telefony i wyjeżdżałem niewyspany. Z całego lotu pamietam więc tylko posiłek po wystrtowaniu, a potem obudził mnie łagodnie jakiś głos z głosników informujący, że za półtorej godziny będziemy lądować. Otworzyłem oczy i spostrzegłem, że stewardzi podają już śniadanie. W Paryżu czasu było akurat tyle żeby przesiąść sie na samolot do Berlina i tamten lot tez cały przespałem. Tak samo jak i większą część trasy samochodem z Berlina do Szczecina. Pamietam tylko tablice z napisem „Szczecin 122 km”, a zaraz potem obudziłem sie na granicy. To pewnie dzięki temu siedze teraz przed kompem rześki jak lipcowy poranek. Ciekawe tylko jak będę sie czuc w porze śniadania?

Szczecin, 17.12.2006; 02:13 LT

piątek, 15 grudnia 2006

           

Po wielu trudach, na sam koniec podróży udało mi się dostać do internetu. Grzech nie skorzystać. Zakończyłem swoją wizytę na statku i jutro waracam do Polski. Dyrekcja postanowiła skrócić mój pobyt skoro Jones Act nie pozwala mi na podróżówanie morzem. Ale przejażdżkę z Los Angeles do San Francisco zaliczyłem. Trwała ponad osiem godzin.

Za radą agenta wybrałem wariant najdłuższy, ale najładniejszy: Pacific Highway biegnącą samym brzegiem oceanu. Wkrótce jednak zorientowałem się, iż jeśli nie przyspieszę, nie dojadę na miejsce o rozsądnej porze. Przeniosłem się więc na trasę 101, wzdłuż której co chwilę napotykałem dziwne znaki.

„Droga Królewska” albo „Królewski szlak”. Zastanawiałem, się co to mogło być. Rozwiązanie zagadki przyszło na jednym z postojów. Przypdkiem bowiem zatrzymałem się w miejscowości San Miguel, gdzie mieściła się misja o tej samej nazwie. Poszedłem ją zobaczyć, lecz okazało się iż przechodzi właśnie remont po zniszczeniach jakie dokonało tam niedawno trzęsienie ziemi.

Nie była jednak zamknięta całkowicie, więc mogłem dowiedzieć się iż, że San Miguel to jedna z dwudziestu jeden misji założonych przez Hiszpanów ponad dwieście lat temu. Były odległe od siebie o mniej więcej jeden dzień drogi konno i rozciagały się od San Diego aż po Sonomę na północ od San Francisco. Dzisiejsza autostrada 101 pokrywa sie mniej więcej z tym historycznym szlakiem i stąd owe znaki. W samym San Francisco El Camino Real biegnie potem wzdłuż drogi 82 i właśnie przy niej, w okolicach lotniska wypadł mój ostatni nocleg.

San Francisco przywitało mnie deszczem

 

A po drodze był i ocean i góry i pożar (media, szczególnie latem, ciagle donoszą o jakichś pożarach w Kaliforni) i ostrzeżenia o wężach, lecz jak zwykle czas mnie goni, bo nieprzeczytanych maili sterta. Musze to przejrzeć zanim pojadę z hotelu na lotnisko.

San Francisco, 15.12.2006; 07:00 LT

 
1 , 2