Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
sobota, 31 grudnia 2005

            

Dziesięć lat temu dokładnie o tej porze, w pokoju, w którym piszę te słowa kończylismy z moją żoną układać panele na podłodze naszego nowego mieszkania. Skończyliśmy o osiemnastej, przebraliśmy się i wkrótce rozpoczęliśmy sylwestrową zabawę. Tylko nas dwoje i dzieciaki. Było tak fajnie...Kto z nas mógł wtedy przypuszczać, że rozejdą się nasze drogi?

Tak mi się skojarzyło przed wyjściem na imprezę.

Nasz los jest jedną wielką zagadką. Cieszmy się chwilą bo nie wiadomo co przyniesie jutro. Na szczęście rachunek prawdopodobieństwa sprawia, że miłe niespodzianki trafiają się (a przynajmniej powinny) równie często. Obyśmy wszyscy w nadchodzącym roku doświadczyli w nadmiarze tych lepszych.

Szczecin, 31.12.2005;  17:35 LT

17:37, searover
Link Komentarze (2) »

       

Życie na dwa domy ma swoje niedogodności. Wybrałem się dziś na późnowieczorny spacer, żeby zrobić kilka fotek przykrytego śniegiem i przybranego swiatecznymi swiecidełkami miasta. Niestety, własciwy statyw został w Gdyni, wiec musiałem podeprzeć się takim kieszonkowym, który jednak na czymś postawić trzeba. Grzązłem wiec w sniegu by znaleźć a to kubeł na smieci, a to słupek jakiś, a to samochód. W najgorszym wypadku zdowalałem się perspektywą żabią czyli zdjęciem niemal z poziomu chodnika, czy parkowej alejki. Wtedy niestety, trzeba było przyklęknąć co najmniej na jedno kolano i pochylić czoło ku ziemi, by zorientować się, co w kadrze się znalazło.

I kiedy w przemoczonych butach oraz (częściowo) spodniach dotarłem do domu, okazało się, że kabelek do transferu zdjęć z aparatu do komputera również został w Gdyni. Przez wzgląd na ewentualnego czytelnika nie przytocze tutaj słów, jakimi określiłem swoją durnotę. Jak znam życie, za kilka dni albo nie bedzie mi się już chciało, albo nie będę mieć czasu na zajmowanie się na blogu Szczecinem w wieczornej bieli.

Przypomina mi się pewna złota myśl Woody’ego Allena (cytuję z pamięci): „Fizycy odkryli, ze podobno wszechswiat jest ograniczony. To doskonała wiadomość dla tych, którzy nigdy nie pamiętają co gdzie położyli.” Ponieważ zaliczam się do tej grupy osób, wiadomość, że obszar poszukiwań statywu albo kabelka (że nie wspomnę o długopisach, które całymi stadami umykają z mojego pola widzenia) da się racjonalnie ograniczyć pozwala mi spać spokojniej.

A w domu wszędzie niesie się woń lakieru do paznokci i innych specyfików. To Paulina i jej koleżanki, które przyszły zanocować, upiększają się przed sylwestrową zabawą. Ja jakoś większych emocji w tym zakresie nie odczuwam. Trzeba będzie sie zdecydować jutro na jakąś koszulę i krawat do ciemnych spodni i butów i to chyba wszystko. Przypomniał mi sie na te okoliczność stary dowcip o stworzeniu świata przez Pana Boga.

Stworzył bowiem Pan Bóg niebo i ziemię oraz wszelkie rośliny i bardzo był zadowolony ze swojego dzieła. Stworzył wszystkie zwierzęta i bardzo mu się one podobały. Ostatniego dnia przed odpoczynkiem wymyślił i stworzył jeszcze mężczyznę. Mężczyzna również spodobał mu się bardzo. Już miał rozpocząć po skończonym dziele odpoczynek dnia siódmego, kiedy pomyślał, że przydałoby się towarzystwo mężczyźnie. Szybciutko więc wyjął Adamowi żebro, i na poczekaniu stworzył z niego kobietę. Ale zmęczenie sześciodniowym dziełem stworzenia odbiło się już na efektach. Przyjrzał się jej, skrzywił się lekko, głową pokręcił i rzekł:

- No, ty to będziesz musiała trochę się malować.

Po czym zasnął znużony ciężką pracą.

I malują się nieszczęsne kobiety, zwłaszcza przed Sylwestrem okupują gabinety kosmetyczne, doklejając albo odklejając to i owo oraz godząc sie na takie zabiegi, że juz od samej nazwy włos jeży sie na głowie. A zaczynają już jak tylko nauczą się chodzić i otwierać drzwi do szafy albo toaletki mamy. Tu może nieco przesadziłem, bo ostatnią toaletkę to pamietam z pierwszego mieszkania kiedy sam pacholęciem byłem. Potem wsyzstko przeniesiono do łazienek i przez to gdy tylko widzę Paulinę zmierzającą rankiem do tego przybytku, biegnę tam również proszę ją by pozwoliła mi wejść na chwilkę pierwszemu. Opróżniwszy pęcherz nie zwracam już potem uwagi, że okupuje to pomieszczenie nie krócej niż półtorej godziny.

Piszę tu jakieś dyrdymały i chyba mi się w ogóle zamierzony, główny wątek wpisu gdzieś zapodział. Może znajdzie się w 2006 roku, a póki co...

Wszystkim moim czytelnikom – przeszłym, przyszłym, a szczególnie obecnym, życzę by 2006 rok przyniósł im lawinę radości, sukcesów we wszystkich dziedzinach, podwyżek płac, obniżek cen, pomyslności w życiu rodzinnym i miłości, miłości, miłości. A na dodatek jeszcze trochę miłości. Wzajemnej oczywiscie J

Życzę Wam byście mogli powiedzieć przed następnym Sylwestrem, że rok który mija był najpiękniejszym okresem w Waszym dotychczasowym życiu.

Szczęśliwego Nowego Roku!

Szczecin, 31.12.2005; 01:30 LT

 

 

01:29, searover
Link Komentarze (10) »
piątek, 30 grudnia 2005

Wśród świątecznych zdjęć nie mogło zabraknąć fotografii mojego zwierzaka. Kot o imieniu Dudek przeniósł się niestety do mieszkania mojej Eks, ale przyjeżdża czasem do mnie na ferie J

Dystyngowany wąsacz z charakterem dwukrotnie z własnej nieprzymuszonej woli pokonał na skróty odległość z balkonu moich teściów (IV piętro) na ziemię. Teść z pewną dozą złośliwości twierdził, że nawet kot nie był w stanie wytrzymać z jego żoną J.

Dudkowi przywiozłem pod choinkę amerykańskie chrupki prosto z Florydy, a kiedy chciałem przy okazji dlużej go pogłaskać, odwzajemnił piesczotę wbijając kły w moją dłoń i poprawiając pazurami. Ot, kocia wdzięczność.

Piszę o kocie bo na dłuższy wpis nie ma czasu. Wyskoczyłem z biura w ostatniej chwili by zdążyć na pociąg, a pracę dokończyłem już po przyjeździe do domu. Właśnie ją skończyłem. I pomyśleć, że tyle możnaby zrobić w pociągu podczas kilku godzin podróży gdyby nie plaga złodziejstwa i rozbojów, powodująca, że strach rozkładać się z laptopem w pustawym wagonie.

Szczecin, 30.12.2005; 01:55 LT

 

01:55, searover
Link Komentarze (9) »
czwartek, 29 grudnia 2005

Ależ pięknie robi się na dworze. Drobny puch pada z nieba coraz intensywniej i stopniowo przykrywa bielutką powłoką całą okolicę. Za oknem jest w tej chwili własnie tak:

Piękno pieknem, ale mam nadzieję, że intensywny śnieg  nie przeszkodzi Paulinie w bezpiecznym dotarciu do Szczecina. Mam też nadzieję, że i ja się nie spóźnię dzieki czemu jutro wieczorem będziemy mogli znów cieszyć się swoją obecnoscią. Szkoda, że nie przyjedzie Tomek, ale niech cieszy się Sylwestrem w gronie swoich kolegów. Paulina i tak weźmie udział w imprezie ze swoimi znajomymi, a ja także ze swoimi – dinozaurami, którzy zdawali maturę przed ćwierć wiekiem. Jakby więc nie patrzeć i tak każdy ma inne plany.

Noc w pociągu minęła spokojnie. Wstałem wypoczęty i wyspany. Jeszcze wczoraj marzłem na stoku, a dzis rano prosto z pustego peronu, na który oprócz mnie wysiadły jeszce dwie osoby, dotarłem wprost na sopocką plażę targaną lodowatym wiatrem, w któremu w sukurs szły spienione grzywacze. Rzuciłem jedynie okiem na to szarobure zjawisko i postawiwszy kołnierz kurtki szybko wycofałem się za wydmy do furtki prowadzącej na teren naszego biura.

Miałem jeszcze trzy kwadranse do rozpoczecia pracy więc tradycyjnie już, jak zwykle po podróży najpierw wykorzystałem je na poranna toaletę, zamianę sztruksów na spodnie tradycyjne, zamszaków na czarne półbuty, T-shirta i bluzy na koszulę i marynarkę. Upchnąłem niepotrzebne rzeczy w walizce i odmieniony mogłem wyjść z umywalni by zająć miejsce przy biurku. Zanim komputer odpalił zdążyłem sobie zrobić kawę i otworzyć pudełeczko z wigilijnymi kluskami z makiem, które moja Eks zapakowała mi na drogę. Skończyłem śniadać tuż przed dziewiątą zanim pojawili się w biurze pierwsi koledzy.

W moim gdyńskim mieszkaniu odnalazłem dziś cudownie ocalałą płytę z kolędami. Przypadkiem nie zaplątała się jak inne do płytownika, który złodzieje zwinęłi mi wraz z innymi rzeczami niemal dokładnie rok temu. Dzięki temu w ten snieżny wieczór moge sobie słuchać ich po cichu. Pięknie korespondują z widokiem za oknem. I tylko choinki brakuje. Miałem wrócić z Ameryki wcześniej. Ponieważ wszystko się przedłużyło, naglił powrót do Szczecina, dziś odwiedziłem te kąty po czterech tygodniach nieobecności. Już nie opłaca się ubierać. Wszak jutro jade dalej, a do Gdyni wrócę już w 2006 roku.

Oprócz kolęd, widoku z okna, kawy oraz ciasta niewątpliwą atrakcją wieczoru była goraca kąpiel. Poleżałem w wannie, wygrzałem przemarznięte kosci i oddałem się lekturze swiątecznego numeru „Polityki”. Przeczytałem m.in. o czymś co od dawna instynktownie wyczuwałem, a mianowicie o koszmarach zwiazanych z nadmiarem opcji do wyboru. Chodzi o obfitość dóbr kuszących z półek rozmaitych sklepów wśród których klienci coraz bardziej czują się zagubieni. Autor przywoływał wyniki amerykańskiego eksperymentu z promocyjną sprzedażą dżemów przy kasie supermarketu. Pewnego dnia ustawiono regał z sześcioma gatunkami „promocyjnych dżemów”, na które skusiło się trydzieści procent klientów. Następnego dnia ofertę zwiększono do dwudziestu czterech gatunków i mimo, że wzbudzała znacznie większe zainteresowanie, to na zakup zdecydowało się tylko trzy procent klientów. Odstaraszyła ich perspektywa nietrafionego wyboru, bo prawdopodobieństwo, że zainwestują w najlepszy (cokolwiek by to nie oznaczało) słoik zmalało dramatycznie. Pamiętam jak za komuny kupowałem niemalże każdą mogącą mnie zainteresować   płytę, bo nowości było jak na lekarstwo i jeden rzut oka na półki księgarni muzycznej wystarczył by zobaczyć co zmieniło sie od ostatniego razu. Dziś półki Empiku albo Media Markt przeglądam po łebkach, losowo i bardzo czesto wychodzę z niczym. Kiedy usłyszę w radiu jeden utwór nie wiem czy warto dla niego kupować całą płytę, a gdy już prawie gotów jestem na podjęcie ryzyka, nagle spostrzegam jakąś starą płytę z szantami, na dodatek tańszą więc mógłbym dorzucić do niej coś jeszcze jakąś składankę. Już prawie wybrałem składankę, ale potem zastanawiam się czy warto wydawać kilka dych na składankę z lat siedemdziesiątych z dodatkiem szant, których przecież sporo mam na kasetach. Odkładam szanty i składankę na półkę i z pustym koszykiem idę pogrzebać w filmach albo książkach.

Autor pisał, że problem z wyborem dotyczy także wielu ważniejszych kwestii, na przykład drogi życiowej. Dziś, w porównaniu z pierwszą połową ubiegłego wieku świat oferuje niemalże nieograniczone możliwości w tym zakresie, zależne jedynie od naszych zdolności, fantazji i w pewnej części od posiadanych środków finansowych. To tez prawda. Próbowałem pracy w różnych kompaniach zanim przed czterema laty trafiłem do obecnej i mimo, że zakotwiczyłem tu na dobre, pewności nie mam czy nie skusiłaby mnie inna oferta, odpowiednio opakowana. Szukać, smakować, odnajdywać wciąż nowe możliwości to znacznie ciekawsze niż zadowolić się jedna opcją i tkwić przy niej aż do emerytury. Tyle tylko, że ceną jest wieczna tymczasowość. Cóż, każdy wybór ma swoje wady i zalety. Nikt jeszcze nie wynalazł uniwersalnego, w stu procentach dobrego sposobu na życie. Gdyby odnalazł, nie byłoby o czym pisać.

A w stosunkach damsko-męskich? Już Starowicz albo Wisłocka ostrzegali przed nadmiernym przebieraniem w kandydatach przez niektórych dwudziestolatków, którzy w końcu nagle zostali na lodzie orientując się nieco zbyt późno, że wszyscy znajomi pozakładali już rodziny. I na dodatek wcale nie z takimi znów cudami z pierwszych stron żurnali.  Nie mogąc się zdecydować na poślubienie jednego czy drugiego  z powodu ich nieznacznego odstepstwa od wyśnionego ideału, „tuż przed zamknięciem sklepu” biorą więc w końcu szybko to co pierwsze nawinie się pod rękę. I nieszczęście wisi w powietrzu.

Kończąc rozmyślania nad przeczytanym tekstem jeszcze z wanny zamówiłem przez komórkę pizzę i konsumując ja na kolację obejrzałem telewizyjne wiadomości. Pełne śniegu jak cały ten wieczór.

Gdynia, 28.12.2005; 23:55 LT

 

00:10, searover
Link Komentarze (4) »
wtorek, 27 grudnia 2005

        

Było fajnie chociaż na stoku wietrznie, mglisto i zimno. Miło było patrzeć jak dzieciaki śmigają na nartach. Miło było też odnaleźć w ich pokojach pamiatki z naszych letnich podróży.

Mglisty stok w dniu dzisiejszym.

Świateczna atmosfera i goście nie sprzyjali posiedzeniu i pogadaniu w skupieniu. Myslę, że wiecej moglismy sobie przekazać w Szczecinie, ale i tak warto było jechać te kilkaset kilometrów. Teraz powrót na północ, do Sopotu. Wagon sypialny prawie pusty. Mam nadzieję, ze wyśpię się dobrze. Jutro rano prosto z pociągu, z walizką pojadę do biura.

Oprócz wielu miłych akcentów, niezaprzeczalnym atutem dzisiejszego dnia była mozliwość porządnego wyspania się. Ze słowami „tego mi było trzeba”, zwlekłem się z łóżka o wpół do jedenastej. Dziesięć i pół godziny nieprzerwanego snu. Dawno nie doświadczyłem takiego luksusu.

Nie chce mi sie nic więcej pisać bo zawsze rozstania z dzieciakami są dla mnie dołujące. Zbyt świeże jest jeszcze pożegnanaie sprzed godziny.

W pociagu Szklarska Poręba – Gdynia gdzieś koło Janowic Wlk., 27.12.2005; 20:50  LT

 

20:56, searover
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6