Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
niedziela, 18 listopada 2012

W samochodzie jak zwykle towarzyszy mi radiowa „Trójka”.  Tak było i w sobotę. Wyjechałem do Szczecina bardo wcześnie. O szóstej wyłącczyłem muzykę z płyty i rozpocząłem słuchanie porannej audycji. W wiadomościach mówili coś o kongresie PSL i o tym, że będą wybierać nowego szefa partii. Rywali było dwóch:  dotychczasowy prezes, Pan Pawlak, oraz w opozycji do niego Pan Piechociński. Komentarz w serwisie był taki, że pomimo mającego dopiero się odbyć głosowania, jego wynik jest przesądzony. Podobnie wypowiadął się Waldemar Pawlak – że jest spokojny o wynik wyborów.

O dziesiątej jak w każdy weekend rozpoczęło się śniadanie w Trójce. Prowadząca pani redaktor zapytała o przewidywany wynik PSL-owej elekcji.

- Ja myślę, że wygra Piechociński – odpowiedział pół żartem poseł Oleniczak.

Takiego zgodnego wybuchu śmiechu wszystkich polityków, jak po tych jego słowach nie słyszałem już dawno. Przez całą audycję kłócili się zawzięcie na rozmaite tematy, a na koniec wszyscy zgobdnie gruchnęli śmiechem.

A z popołudniowych wiadomosci dowiedzialem się, że wygrał... właśnie Piechociński.

Rzadko wspominam w swoim blogu o polityce. Wydawało mi się, że najmniej powodów będę mieć by pisać o PSL – partii, która prawie wcale mnie nie interesuje. Czy będzie w niej rządzić Pan Pawlak, czy może Piechociński narazie niewiele mnie obchodzi. Warto jednak zapamiętać tę lekcję, której udzieliła nam demokracja. Wszyscy mogą się śmiać, przywódcy mogą spać spokojnie, pewni, że wynik wyborów jest przesądzony, by nagle obudzić się w zupełnie innej rzeczywistości. Można wtedy się dziwić, że to jakaś pomyłka, że byc może nie wszyscy zagłosowali, albo że ktoś sobie zażartował oddając głos na kogoś innego, a nieszczęśliwie parę innych osób zażartowało podobnie. Za późno. Game over. Wybory zakończone, głosy przeliczone, układ sił określony na następnych kilka lat.

Nie boję się, że cokolwiek złego może nam się przytrafić ze strony prezesa Piechocińskiego. Po 11 listopada obawiam się jednak, że możemy jeszcze nie raz usłyszeć o tworzonym właśnie Ruchu Narodowym i jego bojówkach w postaci Straży Niepodległości. Pierwsze akcje już niedługo, 13 grudnia. Te inicjatywy traktuje się trochę jak folklor – grupka szaleńców coś tworzy, ale pomimo groźnie brzmiących haseł nic złego stać się nie może, bo to polityczny margines, pożywka dla dziennikarzy i nic poza tym. Do czasu aż kiedyś przytrafią się wybory. Ktoś zagłosuje na Ruch Narodowy, bo „inni już byli u władzy”, ktoś inny „żeby było ciekawie”, jakaś babcia bo przekonał ją wnuczek – taki grzeczny i mądry patriota, i nagle okaże się, że budzimy się rano wśród najzupełniej legalnie wkraczających do Sejmu brunatnych koszul. Siedemdziesiąt, osiemdziesiąt lat to wystarczająco dużo by nie tyle przytępić pamięć czym był faszyzm i od czego doprowadził, ale zapomnieć w jaki sposób doszedł do władzy. Na tyle, by uznać, że w normalnym społeczeństwie nic takiego nie może się już przytrafić. Kto z przeciętnych ludzi zna drogę Hitlera do władzy i jego początkowe nieudane próby? Hitler zdobył władzę nie dlatego, że wszystkim Niemcom nagle padło na mózg, lecz dlatego, że był zręcznym politykiem i wykorzystał  meandry demokracji, może nie zawsze czysto, ale przy milczącym przyzwoleniu innych polityków. Dopiero potem demokrację zlikwidował.

Dziś nawet jeśli paru chłopców przebiera się w koszule, na których widok drżeli ich rodzice i dziadkowie, bo ich  życie nie było nic warte gdy nad Polską powiewały swastyki, niewielu traktuje ich jako realną groźbę dla kraju. Wyniki wyborów są przecież przewidywalne. Sondaże pod kontrolą. W PSL też były i Waldemar Pawlak do końca był przekonany, że nic mu nie grozi. Uspokojony popełnił grzech zaniechania. Warto tę lekcję zapamiętać, póki jest czas.

Szczecin, 18.11.2012; 12:30 LT

Kilka lat temu, długo po premierze obejrzałem film Wima Wendersa „Buena Vista Social Club”. O zespole wiedziałem wówczas bardzo niewiele, a to co zobaczyłem na ekranie nie poruszyło mnie specjalnie. Może dlatego, że nie byłem jakimś szczególnie zagorzałym fanem latynoskich rytmów, a i Kuba nawet jeśli „jak wulkan gorąca”, ani mnie mocniej grzała, ani ziębiła niż inne kraje Karaibów.

Zupełnie innaczej było z Moim Aniołem. Jej wystarczy kilka taktów „del ritmo callente” by całą duszą przenieść się na karaibskie laguny i zatracić w tańcu. A słowa „Buena Vista Social Club” wypowiadała z taką nabożnością i zachwytem w oczach, że chociaż nic z tego nie rozumiałem, nie czułem smaku tak jak dziecko liżące cukierki przez szybę, to jednak zdawałem sobie sprawę, że tam za tą szybą mojej ignorancji znajduje się coś wyjątkowego.

Był chyba wrzesień. Jeden z ostatnich, słonecznych dni lata. Jechałem akurat samochodem przez Gdynię, kiedy przez moment kątem oka dostrzegłem na słupie ogłoszeniowym kolorowy plakat z nazwą zespołu.

Buena Vista w Gdyni? Czy to możliwe? Niemal natychmiast sprawdziłem w internecie. Tak! W nowej, gdyńskiej hali, czternastego listopada. Zastanawiałem się jak ja to wytrzymam, ale pokusa ujrzenia promyków szczęścia w oczach Mojego Anioła była silniejsza. Pomyślałem sobie, że to dobra okazja bym mógł obejrzeć nową halę, bo w Ergo Arenie na granicy Gdańska i Sopotu byłem, na bursztynowym, gdańskim stadionie również, a w Gdyni do tej pory jakoś nie. Niebiosa mi sprzyjały, bo dostałem miejsce w drugim rzędzie, więc zaskoczenie i radość w oczach Anioła oglądałem dwukrotnie – najpierw, gdy pokazałem bilety na koncert, którego w ogóle się nie spodziewała, a potem gdy przeczytała, że będziemy siedzieć przed samą sceną. Ten widok mi wystarczył i właściwie nie musiałem już iść na sam koncert, ale oczywiście poszedłem.

Zaczęło się... Wychodzą, przedstawiają się, mówią coś po hiszpańsku, ale rozumiem tylko bardzo po łebkach. I zaczynają grać. Kurczę, fajnie to brzmi. Może dlatego, że na żywo? A może to tylko jeden taki utwór? Pierwszy, na rozgrzanie publiczności?

 

Nie, drugi też fajny. A przy trzecim straciłem poczucie czasu. Byłem zachwycony zespołem, którego podstawowi muzycy byli już w wieku mocno emerytalnym, a grali i poruszali się tak, jakby upływ czasu ich nie dotyczył. Zresztą jeden z bardziej zaawansowanych wiekowo muzyków występował w garniturze, jakby dopiero co wyciągniętym z szafy zamkniętej od czasów gdy Fidel Castro przejął władzę na wyspie. Ten garnitur był niczym owe muzealne samochody na ulicach starej Hawany. Przywoływał tamtejszą atmosferę. Całe szczęście, że ów muzyk nie założył normalnego, wieczorowego stroju. Mnie najbardziej poruszyło, kiedy diva kubańskiej muzyki, Omara Portuondo przedstawiła swojego męża, Papi Oviedo. Tych dwoje staruszków dało potem taki pokaz tańca, że publiczność oszalała. Zresztą wraz z pojawieniem się na scenie wielkiej Omary temperatura gwałtownie podskoczyła. Sam nie wiem kiedy wstałem z krzesła, ale już do końca na nim nie usiadłem. Zresztą wkrótce cała przestrzeń przed sceną została zapełniona publicznością, która porwana muzyką tańczyła gorące salsy, rumby i cha-che.


Niezwykła była dla mnie swoboda członków zespołu. Pewnie istotna była w tym rutyna, której im nie brak, ale nie wyczuwałem wyreżyserowanych, sztucznych momentów. Widać było, że bawi ich wspólna gra, a dzielenie się kubańską muzyką (słowo „kubańska” podkreślali wielokrotnie) sprawiało tym większą przyjemność, z im większym entuzjazmem była przyjmowana. A, że entuzjazmu gdyńskiej publiczności nie brakowało, wytworzyło się swoiste sprzężenie zwrotne. Bisy improwizowane na gorąco odbywały się przy żywiołowych reakacjach widzów, a raczej tancerzy i wielkiej owacji na koniec.

Muszę przyznać, że był to jeden z najpiękniejszych koncertów, w jakich dane mi było uczestniczyć. Nie wiem jak mogłem nudzić się na filmie Wima Wendersa. Może do wszystkiego trzeba dojrzeć? 

Póki co, na pamiątkę pozostaje mi zapis zrobiony telefonem komórkowym.

http://youtu.be/X6GAvUEkN18

Z tego całego uniesienia zapomniałem przyjrzeć się dokładniej gdyńskiej hali.

Szczecin, 18.11.2012; 00:10 LT.

piątek, 16 listopada 2012

Czasem przychodzą takie e-maile, że nie wypada traktować ich jak zwykły komentarz, lecz bardziej jako oddzielny wpis. Niech takim będzie otrzymana niedawno rumuńska impresja Doktorka...

* * *

Przejechałeś Przyjacielu Rumunię za szybko. Ona jest jak wino wygrzebane z zapomnianej beczki. Bez nazwy, ale ma genialny smak. Gdy posmakujesz, masz świadomość, że tego już się nie da powtórzyć. Nie zatrzymałeś się Mój Kapitanie przy ławeczce z rumuńskim starcem. Nie spróbowałeś z nim pogadać. Znają rosyjski i opowiadają bardzo ciekawie.

Na drodze za Cluj złapałem "stopa". Przesympatyczny kierowca zabrał mnie na nocleg. Mówił, że  blisko, do swojej rodziny. Byłem wtedy na czwartym roku medycyny, on świetnie mówił po rosyjsku, ja też. Blisko okazało się ok. 60 km po czymś co tylko trochę przypominało drogę. W końcu dojechaliśmy. Wiocha równie bajkowa co nasz Trześniowy Groń. Ostrewki, krowy, chałupy kryte gontem, zero cywilizacji. Kierowca wiezie mnie na podwórko, mówi żebym  poczekał,  przeprasza że tak długo trwa. Minęło około dwudziestu minut, stoję na podwórku. Było fajnie, trochę mnie podpili rakiją. Po następnych kilku szklaneczkach piekielnej śliwowicy z tej potwornie brzydkiej bramy wyszło zjawisko. Dziewczyna nieprawdopodobnie piękna. Niesamowita twarz, zjawiskowa sylwetka, miała na sobie jakąś bawełnianą sukienkę, całkiem przezroczystą, bajeczne piersi, które nigdy nie widziały biustonosza. Chyba wiem dlaczego tak długo czekałem na podwórku. Mój Kapitanie, była zjawiskowa, widziałem  ją  pięć minut, śni mi się do dzisiaj.

Potem przed chałupę wyszedł jej mąż. Masakra, zaproponował mi że za równowartość chyba czterech paczek papierosów to zjawisko może być moje. Do  dzisiaj zastanawiam  się czy dobrze zrobiłem uciekając.Chyba dobrze, ona była za bardzo piękna, żeby być realna.

Prześladuje  mnie tylko jeden obraz, miała takie wielkie całkiem czarne oczy. Jak zabrałem plecak i uciekałem, tam było strasznie dużo łez.

Pozdrawiam Cię Mój Kapitanie.

Doktorek

* * *

Drogi Doktorku,

Tak, nie zatrzymałem się przy żadnej ławeczce, nie zagadałem... Zawsze zazdrościłem ludziom, którzy już po kilku minutach przebywania w jednym pomieszczeniu z grupą nieznajomych znali najważniejsze fakty z ich biografii dyskutując jakby znali się od lat. Ja może nie tyle wolę, co lepiej się czuję przyglądając się z dystansu. Pocieszam się tylko, że Wyspiański stworzył „Wesele” również jedynie się przyglądając :)  A, że za szybko... Najbardziej mi żal, że brakowało czasu na notatki podczas podróży. Minęły już blisko dwa miesiące, a ja na kartach bloga wciąż nie dojechałem do Bukaresztu. Trudno w tej sytuacji o świeże emocje. Chociaż może czasem nie trzeba się spieszyć? Twoja opowieść świadczy, że niektóre przeżycia nawet po latach pozostają równie intensywne, a wiek tylko dodaje im smaku.

Pozdrawiam...

No i jak mam się podpisać? „Steve”, jak na Niemcowej? Searover brzmi zbyt obco jak na taką okazję, a sam przecież kapitanem tytułować się nie będę

Gdańsk; 14.04.2012; 02:40 LT



sobota, 10 listopada 2012

Lubię polować na lotnicze okazje. Z tradycyjnie tanimi liniami jest różnie. One są rzeczywiście tanie tylko wtedy, jeśli nie zabiera się ze sobą walizki. Dodanie kosztu bagażu rejestrowanego oraz dodatkowej opłaty jeśli nie dokonuje się opłaty kartą Wizz Air to wydatek rzędu stu kilkudziesięciu złotych (n.p. w przypadku lotu Gdańsk – Barcelona to 90 zł za 1 szt. bagażu + 36 zł opłaty manipulacyjnej za opłatę inną kartą). Do tych 126 zł należy doliczyć kilkadziesiąt złotych za droższy przejazd z lotniska, które zazwyczaj jest położone dalej i gorzej skomunikowane niż „główne” lotniska. Myślę, że nie popełnię dużego błędu jeżeli założę, że dodatkowe koszty to przeciętnie 150 zł od ceny wyjściowej. Oczywiście nie oznacza to, że nie można przejechać tam i z powrotem nawet za kilka złotych jeżeli nie zabiera się ze sobą bagażu i płaci właściwą kartą.

Ja jednak, jadąc na kilka dni jakiś bagaż ze sobą zabierać lubię i dlatego poluję na okazje normalnych linii lotniczych. Takimi są n.p. „szalone środy” LOT-u. Jeżeli termin wyjazdu nie odgrwa większego znaczenia, ponieważ ma to być t.zw. „city break” – krótki turystyczny wypad, warto śledzić oferty. I tak 18 kwietnia w ramach szalonej środy zarezerwowałem loty do Madrytu. Na listopad. Koszt 354 zł od osoby za lot z Gdańska z przesiadką w Warszawie, czyli 177 zł w jedną stronę. W maju zarezerwowałem na grudzień loty z Gdańska do Moskwy za 378 zł w obie strony, czyli 179 zł w jednym kierunku. Lecę na główne lotnisko, z normalnym bagażem, z poczęstunkiem na pokładzie i bez nieprzyjemnego wrażenia, że ktoś robi mi łaskę wpuszczając na pokład (w tanich liniach n.p. aparat fotograficzny na szyi jeśli nie jest schowany do torby to już dodatkowy bagaż podlegający opłacie, niewielka torebka z flakonikiem perfum zakupiona w sklepie wolnocłowym także).

LOT, poza krótkim okresem konkurencji z OLT Express  dolicza co prawda 48 zł za wystawienie biletu, lecz łatwo to obejść korzystając z rezerwacji na stronie Expedia.com. Tam bilet jest tańszy niż na stronie przewoźnika (sic!) ponieważ nie dolicza się owej opłaty.

Czas leci szybko. Owo pół roku naprzód minęło nie wiadomo kiedy i w piątek o świcie wystartowalismy z Gdańska.

Po krótkim pobycie w Warszawie wystartowaliśmy w dalszą drogę, by o 14:30 wylądować na lotnisku Madrid Barajas.

Reszta zaś jak zwykle później.

Madryt; 10.11.2012; 13:00 LT

niedziela, 04 listopada 2012

Tak jak chyba 99% Polaków jeszcze tydzień temu nie zdawałem sobie sprawy z istnienia takiego tenisisty. Znali go pewnie tylko najzagorzalsi fani tej dyscypliny. Ostatni tydzień kompletnie odmienił jego życie. Z dnia na dzień znalazł się na tenisowych salonach, mówi oni cały świat. Na naszych oczach urzeczywistnia się bajka o Kopciuszku.

Sport jest pełen niezwykłych historii, dramatycznych pojedynków dawidów z goliatami, wzruszających nieoczekiwanych zwycięstw jak i dramatycznych porażek. Na tym polega jego piękno.

Na mnie szczególnie działa skromność bohaterów. Kiedy wyniesionym nagle na szczyty popularność nie uderza do głowy, nie pozują, nie kreują się supermanów, pozostają sobą.

Dziś zobaczyłem wywiad jakiego Jerzy Janowicz udzielił telewizji Sky Sports. Jestem pod głębokim wrażeniem prawdziwości emocji człowieka, który miał zarezerwowany lot powrotny na dzień po pojedynku z Murrayem w 1/8 finału, a teraz śni swój najpiękniejszy sen stając po pokonaniu czołowych zawodników do finałowego pojedynku.  Kłaniam się przed Panem z najgłębszym szacunkiem Panie Janowicz.

http://www.youtube.com/watch?v=93lBUhcR3NA&feature=colike

P.S.

W tym tygodniu nauczyłem się nowego słowa: dropszot. I coś mi się zdaje, że już wkrótce będę poznawać tajniki tenisa jak wcześniej narciarskich skoków.

Gdańsk, 04.11.2012; 12:40 LT

 
1 , 2