Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
środa, 23 listopada 2011

Opuscilismy Bangkok dzis rano. Przywitalismy wiec rok 2001 w Tajlandii i ruszylismy w droge do Korei.

Ja od poczatku mialem zamiar byc o polnocy wsrod witajacych Nowy Rok ludzi na ulicach. Niestety, przez dlugi czas nikt nie mogl mi podac zadnej informacji co do tego, gdzie taka publiczna celebracja bedzie miec miejsce i czy w ogole bedzie. Tajlandczycy nie witali roku 2001. U nich tej nocy mial zaczac sie rok 2544 (wedlug kalendarza buddyjskiego). Ale oczywiscie napisy 2001 przewijaly sie wszedzie, bo ogromna rzesze ludzi stanowili turysci, a poza tym co by nie mowic, chrzescijanski kalendarz zdominowal swiat i to glownie on jest uzywany we wszelkiej miedzynarodowej komunikacji, pozostale zas sa jedynie komplementarne. Nie bylo jednak jakiegos wielkiego oczekiwania i podniecenia celebracja, jak ma to miejsce na przyklad w Europie.

Nie mogac uzyskac zadnej konkretnej informacji, postanowilem szukac na wlasna reke. Kupilem angielskojezyczna gazete "Bangkok Post" i po dlugich poszukiwaniach znalazlem krociutka informacje, ze na placu przed World Trade Center bedzie mial miejce Bangkok New Year Countdown, na ktora to uroczystosc zaprasza sie wszystkich. I nic wiecej - ani slowa o programie, o czasie rozpoczecia i.t.p.  W tej sytuacji 31 grudnia w poludnie jadac do internet-cafe aby wysylac zyczenia, po drodze wstapilem na ow plac w celu sprawdzenia na miejscu jak sie sprawy maja. Mialy sie dobrze, bo zaawansowane przygotowania szly pelna para: wielka scena, ogrodki gastronomiczne, stragany z gadzetami - znak, ze nie bedzie to impreza wieksza niz sugerowal rozmiar notatki w gazecie. Wiedzialem juz, ze moge przyjezdzac tu bez obaw.

Popoludnie spedzilem w Mahboonkrong Shopping Center, w internet cafe na siodmym pietrze. Uwijalem sie jak w ukropie by nadrobic wszelkie listowe zaleglosci i wyslac zyczenia wszystkim znajomym. Udalo sie i nawet jeszcze starczylo czasu, aby wpasc na krotko na czat, ale pustki tam byly wiec miejsca nie zagrzalem.

Na statku o dwudziestej oficjalnie rozpoczalem zabawe sylwestrowa. Szczegoly omowilem wczesniej z chiefem oficerem i kucharzem. Poniewaz stalismy w porcie i to w dodatku w Tajlandii, zaloga chciala zaprosic dziewczyny. Dlugo nie moglem tego z nich wyciagnac. Widzialem, ze cos kreca, ze nie chca mi powiedziec i przygotowania do sylwestra nie ida tak fajnie jak do Wigilii. Az w koncu wyrzucili to z siebie. Byli przekonani, ze sie nie zgodze, poniewaz przed wejsciem do portu zrobilem zebranie i kazalem uwazac na obcych, aby nie ukradli czegos ze statku oraz by byc ostroznym w kontaktach z panienkami z powodu AIDS, innych chorob, a takze mozliwej kradziezy. Kiedy jednak powiedzialem, ze nie mam nic przeciwko - sa przeciez dorosli, a chodzi tylko o to, aby byl porzadek, wszystko natychmiast sie odmienilo. A gdy wyplacilem zaliczki nawet tym, ktorzy brali je juz a konto pensji lutowej (bylem zabezpieczony, poniewaz w razie czego potracilbym im z t.zw. pensji wakacyjnej wyplacanej na koniec kontraktu), w ludzi wstapil nowy duch. Wszyscy zaangazowali sie w przygotowania, zaprosili dzien wczesniej dziewczyny, w sylwestra od rana piekli prosiaka, dekorowali messe i o dwudziestej wszystko bylo prawie gotowe. Otworzylem wieczor krotkim przemowieniem polaczonym z zyczeniami i toastem. Potem potowarzyszylem im przez godzine i o dwudziestej pierwszej wsiadlem do motorowki udajac sie do miasta.

Do World Trade Center taksowka nie dalo sie dojechac. Straszne korki. Wysiadlem wiec wczesniej i ostatnia czesc drogi pokonalem nowoczesna kolejka miejska "sky train" poprowadzona estakadami nad ulicami. Cos w rodzaju metra tylko, ze nie pod lecz nad ziemia. Na plac dotarlem tuz po dwudziestej drugiej. Bylo tam juz mnostwo ludzi. Tlum przemieszczal sie stale, lecz z braku miejsca bardzo powoli. Wszystkie liczne ogrodki piwne i nie tylko byly wypelnione. Duza czesc w tej cizbie stanowili turysci, sczegolnie biali, latwo odrozniani od miejscowych. Zjadlem kielbaski z rusztu, popilem piwem - prawie jak w Niemczech. Zreszta i Niemcow bylo tam calkiem sporo.

Czas mijal szybko i przed polnoca nalezalo znalezc jakies dobre miejsce do obserwacji tego co sie bedzie dzialo oraz... wypicia szampana, ktory mialem ze soba. Blisko sceny tlum byl juz bardzo zwarty. Przed jednym ze sklepow zobaczylem jednak stadko calkiem sporych... sztucznych sloni. Slonie byly metalowe (puste w srodku) i przeznaczone na sprzedaz jako rekodzielo. Mialy dobre poltora metra wysokosci. I na tych sloniach siedzialo dwoch Europejczykow (mogli byc Anglikami lub Irlandczykami sadzac po rudych wlosach i bladej cerze). Postanowilem nie tracic czasu na dalsze poszukiwania tylko pojsc w ich slady.Wgramolilem sie na kolejnego slonia i po zajeciu miejsca od razu zostalem pozdrowiony jako "swoj" przez tamtych dwoch. Ze sloni widok byl przedni. Pogadalem troche z „Anglikami”  i wszystko rozwijalo sie fajnie, ale o 23.53 przyszedl policjant i kazal nam zlezc na dol. Nie bylo juz czasu na dalsze poszukiwania, trzeba bylo zostac. Ale okazalo sie, ze i tak miejsce bylo wybrane idealnie, bo mimo slabszego (z dolu) widoku sceny, na ktorej zebrali sie wlasnie wszyscy prowadzacy program i wystepujacy w nim, doskonale bylo widac "oficjalny" zegar, a w momencie wybicia polnocy, fantastyczne fajerwerki rozblysly wprost na naszymi glowami. Wystrzelil tez moj szampan co bylo wielka rzadkoscia w tym tlumie i musze przyznac, ze wlasnie brak szampanow byl dla mnie najwiekszym zaskoczeniem - wydawalo mi sie do tej pory, ze nie da sie powitac nowego roku bez tego tradycyjnego toastu. Moi swiezo poznani “Anglicy” gdzies sie w zamieszaniu ulotnili wiec toast wznioslem sam. Wypilem za wszystko co dobre spotkalo mnie w odchodzacym wlasnie XX wieku. Za rodzine, przyjaciol, cudowne szkolne wspomnienia, gorskie i kajakowe wedrowki, prace i za te wszystkie drobiazgi, których nie sposób tu wymienic, a bez których moje zycie byloby o wiele ubozsze i... nie byloby moje. Wypilem tez za wszystkie demony, które czyhaja wciaz, aby to zycie pogmatwac i uczynic nieznosnym – niech odejda precz i nigdy nie wracaja. Fajerwerki nagradzane byly raz po raz okrzykami zachwytu i oklaskami. Ale musze przyznac, ze ludzie w Europie sa w te noc bardziej spontaniczni. Nie bylo szalenczej zabawy, skladania zyczen wszyscy wszystkim, szampanow ani tez “dzikich” fajerwerkow. Pokaz sztucznych ogni zakonczyl sie po jakis dwudziestu minutach i na scenie rozpoczely sie znow wystepy jakichs miejscowych muzykow. Ludzie jednak wkrotce zaczeli sie powoli rozchodzic. Dopilem w koncu i ja swojego szampana. Schowalem telefon komorkowy, nie uzyskujac wyjscia na miedzynarodowa, aby zadzwonic do Polski z zyczeniami. Na jakims murku pozostawilem plastikowy kubeczek oraz pusta, zielona butelke ze srebrna etykietka z napisem “2001” i poszedlem na spotkanie swojego wieku XXI. Co mi przyniesie?

Na dobry poczatek wstapilem na kawe i donuty w budynku World Trade Center. Kiedy po pierwszej stamtad wyszedlem, tlum byl juz mocno przerzedzony i jedna nitka jezdni obok placu zostala juz wlaczona do ruchu. Bylem umowiony, ze o drugiej bedzie czekac na mnie motorowka, by odwiezc mnie z ladu na statek wiec o 01.30 wsiadlem do taksowki. Korki byly straszne i zamiast 15 minut, jechalismy az 45. Lodka jednak czekala mimo spoznienia i tak o 02.20 dotarlem na statek. W messach bylo juz cicho i pusto - tylko na stolach pobojowisko, jak to po imprezach. Zaladunek byl juz zakonczony. Okazalo sie, ze skonczyli tuz przed pierwsza, ale zgodnie z umowa, czekalismy z wszystkimi formalnosciami i wyjsciem do rana. Drugi oficer z marynarzem wachtowym przygotowywali sie wlasnie do zamykania ladowni, a mi nie pozostalo nic innego jak pojsc sie zdrzemnac troche przed wyjsciem w morze. 

Uff, opisalem sylwestra, a gdzie jeszcze pozostale rzeczy: wizyta w Vimanmek - dawnej rezydencji krolewskiej oraz wycieczka do miasta Ayutthaya - dawnej stolicy Tajlandii. Pobyt w Bangkoku byl tak intensywny, ze zupelnie nie mialem czasu na pisanie. Teraz czeka nas osiem dni jazdy do Korei wiec podczas podrozy nadrobie zaleglosci.

Zatoka Tajlandzka,  01.01.2001, Poniedzialek

wtorek, 22 listopada 2011

Uff, przeszlo przyjecie ladowni. Mamy teraz ladowac cukier wiec ladownie musialy byc wyjatkowo czyste. Problem byl w tym, ze wyladunek stali zakonczyl sie wczoraj o 18.20, a cukier dotrze dopiero jutro przed polnoca. Ktos musi za przestoj statku zaplacic i kazdy sie odpycha. Normalne w takich wypadkach jest, ze zaladowca albo port staraja sie znalezc jakiekolwiek uchybienia, zeby stwierdzic, ze ladownie nie sa jeszcze nalezycie przygotowane. Wtedy zyskuja pol dnia albo caly dzien do kolejnej inspekcji, a potem jesli trzeba, znow cos znajduja. Szczegolnie w USA, kiedy laduje sie zboze na Missisippi, a barki nie zdaza na czas trwa taka zabawa. Inspektorzy ogladaja kazdy centymetr kwadratowy ladowni, a kiedy barki przyplywaja, podpisuja stwierdzenie gotowosci w ciemno, nawet nie fatygujac sie aby rzucic okiem czy zalecenia wypelniono. Podobnej sytuacji obawialem sie dzisiaj. Wycisnalem wiec z zalogi ile sie dalo, lacznie z malowaniem fragmentow ladowni. Zlozylem Notice of readiness w poludnie i o tej samej godzinie pojawili sie inspektorzy. Nie bardzo mieli sie do czego przyczepic, ale wymyslili, ze trzeba zamiesc podloge ladowni jeszcze raz. Przytrzymalem wiec ich u siebie w biurze, a ludziom nie pozwolilem isc na obiad tylko wyslalem kogo sie dalo do ladowni. Mialo byc duzo ruchu i jak najszybszy koniec. Skonczyli o 13.30 i inspektorzy podpisali, ze ladownie sa w porzadku. Teraz moglem puscic ludzi na zasluzony posilek i dac im extra wolne. Udalo sie. Mamy spokoj do jutrzejszego wieczora.

Pierwszego dnia postoju, korzystajac, ze w Europie swietowano jeszcze drugi dzien swiat Bozego Narodzenia, wybralem sie do miasta zaraz po obiedzie. Wiedzialem, ze przede wszystkim powinienem zobaczyc w tym miescie Wielki Palac, a wraz z nim caly zespol budynkow na powierzchni prawie 22 hektarow, otoczony murem. Wsrod nich wyroznia sie m.in. Swiatynia Szmaragdowego Buddy.

Wsiadlem w taksowke i od razu kazalem sie wiezc w tamto miejsce. Kierowca uprzedzil mnie, ze to jest daleko, na ulicach korki wiec lepiej pojechac autostrada. Oczywiscie pod warunkiem, ze zgodze sie za nia zaplacic. Zgodzilem sie, tym bardziej, ze kosztowalo to 40 bahtow czyli niecalego dolara.  I po chwili sunelismy juz przez miatso, ale caly czas estakadami, ponad jego ulicami. Szerokie jezdnie, drapacze chmur robia wrazenie. To prawdziwa metropolia i moglem sobie uswiadomic jak wielka nas czeka jescze droga aby dogonic nie tylko Europe, ale wlasnie azjatyckie tygrysy, takie jak Korea Pld., Malezja czy Tajlandia, bo o Singapurze to w ogole nie ma co wspominac. Mimo szybkiego rozwoju, mimo szerokich ulic i autostrad, Bangkok i tak cierpi na paraliz komunikacyjny. Samochodow mimo wszystko przybywa jeszcze szybciej. Wskutek tego w godzinach szczytu wiecej sie stoi niz jedzie. My w koncu tez musielismy zjechac z autostrady aby dojechac do Wielkiego Palacu i moglem urokow takiej jazdy doswiadczyc na wlasnej skorze. W koncu jednak, po czterdziestu minutach bylem na miejscu.

Od razu przy wejsciu na ten wielki, ogrodzony fragment miasta natknalem sie na dluga kolejke turystow. Myslalem, ze to kolejka po bilety, ale na szczescie dla mnie czekali na wypozyczenie okryc wierzchnich. Jak przeczytalem bowiem na wielkiej tablicy, zabroniony byl wstep w szortach i koszulkach bez rekawow. Ja bylem ubrany przyzwoicie, t.zn. w dzinsach i w t-shircie, wiec moglem udac sie prosto do kasy. Najpierw jednak musialem przejsc wzdluz kolejnego muru, ogradzajacego kompleks swiatyn. Zza niego widac bylo tylko dachy budowli, ale i to bylo niesamowite. Podobnie jak wiekszosc turystow nie wytrzymalem i stanalem na chwile, aby zrobic zdjecie.

Do kasy kolejki nie bylo. Zaplacilem 200 bahtow. W tej cenie byly trzy bilety: do swiatyn i Wielkiego Palacu, do muzeum monet i orderow oraz do Vimanmek Mansion - drewnianej rezydencji krolewskiej z poczatku XX wieku. Zaczalem oczywiscie od swiatyn, ktore wygladaly imponujaco. Bogactwo zdobien, zlotem kryte (a moze tylko malowane farba o zlotym kolorze?) dachy przypominaly mi ogladana przed laty pagode Shwe Dagon w Rangunie, ktora az kapala od zlota i kamieni szlachetnych. Tutaj moze az takiego bogactwa (na zewnatrz) nie bylo, ale trudno odmowic temu miejscu przepychu. Cala masa detali przykuwa wzrok od pierwszego momentu po przekroczeniu bramy. Wielkie figury wartownikow, cala masa drobniejszych postaci, ktorych roli nie znalem i zloto, zloto, zloto - nawet jezeli sztuczne to i tak niesamowite w swoim blasku. Wlasciwie to czlowiek z aparatem dostaje tam malego amoku. Nie bardzo wiadomo w ktora strone wycelowac obiektyw. W pierwszym odruchu chcialoby sie fotografowac wszystko i dopiero po chwili przychodzi opamietanie, ze to najzwyczajniej w swiecie niemozliwe. Uspokoiwszy sie wiec nieco, mozna zaczac ogladac na wszystko na zywo, a nie przez wizjer aparatu. Figury, kwiaty, drzewa bonzai , malowidla na scianach, modlacy sie ludzie wsrod dymu kadzidelek - to wszystko przesuwa sie blyskawicznie przed oczami. Tak na dobra sprawe to same malowidla, zajmujace cala wewnetrzna powierzchnie muru trzeba by ogladac pol dnia jezeli nie dluzej.

W koncu jednak dochodzi sie do Kaplicy Szmaragdowego Buddy. W jej centralnym punkcie, wysoko na tronie spoczywa tytulowy Budda. Jest rzeczywiscie szmaragdowego koloru, chociaz oczywiscie nie ze szmaragdu jest wykonany. Zostal wyrzezbiony z jednego kawalka jadeitu, kamienia polszlachetnego, ale nawet jak na kamien polszlachetny bryla musiala byc imponujacych rozmiarow. Siedzaca postac ma bowiem okolo 40 centymetrow wysokosci. Figura Buddy odkryta, albo raczej opisana po raz pierwszy zostala w 1464 roku i zmieniala swoje miejsce pobytu w zaleznosci od ukladow politycznych i potegi lokalnych krolow. Ostatecznie po zalozeniu Bangkoku przez krola Rame I i upadku Ayutthayi, dawnej stolicy Tajlandii, Szmaragdowy Budda zostal umieszczony w specjalnie dla niego wybudowanej, krolewskiej kaplicy i przebywa tam do dzis.

Chwila kontemplacji i opusczam swiatynie, a takze i ogrodzony ich kompleks. Przychodzi pora na palace - siedziby krola i ministerstw.  Nie wszedzie mozna sie bylo dostac do srodka Palace Boromabiman oraz Mahamontien ogladam wiec tylko od zewnatrz. Cakri, chyba najbardziej okazaly z nich mozna zwiedzac jedynie na parterze. Jest tam obecnie muzeum broni. Przed palacem stoi warta poniewaz jest on nadal uzywany przez krola i rzad. W palacu Dusit mozna bylo zwiedzic sale tronowa sluzaca do audiencji. Nad tronem umieszczony jest charakterystyczny, okragly baldachim skladajacy sie az z dziewieciu elementow o coraz mniejszej srednicy, umieszczonych nad soba, ktore w efekcie tworza cos w rodzaju pokrojonego w plasterki stozka. Dziewiec warstw baldachimu to oznaka wladzy krolewskiej. Krolowej przysluguje juz tylko siedem warstw, ale to i tak niezle w porownaniu z Budda, ktory musi sie zadowolic baldachimem pieciowarstwowym.

Zaczynam juz miec troche dosc. Kazde intensywne zwiedzanie w koncu zaczyna nuzyc. Na szczescie Palac Dusit byl ostatni. Mam jeszcze godzine do zamkniecia muzeum monet, orderow i innych kosztownosci wiec  jeszcze rzutem na tasme udaje sie tam. Poniewaz bilet do Vimanmek Mansion jest wazny przez miesiac, tam wybiore sie innego dnia.    

Muzeum na mnie wieliego wrazenia nie zrobilo. Zbyt wiele naogladalem sie juz w zyciu przeroznych pieniazkow w szklanych gablotach od dalekiej starozytnosci po dzien dzisejszy i ta ekspozycja nie wyrozniala sie niczym szczegolnym, pomijajac oczywiscie wartosc historyczna, ale ja nie mialem wystarczajacej wiedzy aby ocenic wartosc poszczegolnych eksponatow. Wieksza uwage przykuwaly ordery. Troche jako ciekawostka, a troche i dla porownania, poniewaz oprocz bogatej kolekcji tajlandzkiej wystawione byly rowniez wysokie odznaczenia krajow azjatyckich oraz z zachodniej Europy. Dla mnie najwazniejsza byla replika Szmaragdowego Buddy ubrana w oryginalny, szczerozloty stroj. Budda ma wykonane trzy stroje bedace prawdizwymi dzielami sztuki jubilerskiej. Jeden przeznaczony jest na pore letnia, upalna, drugi na deszczowa, a trzeci na zime. Wczesniej w swiatyni widzialem Budde wlasnie w plaszczu zimowym, o czym wtedy jeszcze nie wiedzialem i co mnie zmylilo nasuwajac szereg watpliwosci, czy to jest na pewno ten wlasciwy Budda, poniewaz wygladal inaczej niz ten na zdjeciu w przewodniku, majacy na sobie skromniutki stroj letni. Teraz wszystko sie wyjasnilo. Stroje chwilowo nie uzywane mozna bylo obejrzec dokladnie przez szybe, a w trzeciej gablotce byla karteczka z informacja, ze zimowy plaszcz mozna obejrzec w swiatyni na oryginalnej figurze.

Muzeum bylo ostatnim punktem programu. Po opuszczeniu owego 20-hektarowego kompleksu pospacerowalem po okolicy, a potem wsiadlem do motorikszy, zwanej tutaj tuk-tuk i pojechalem zobaczyc Wielkiego Budde. Statua rzeczywiscie byla ogromna. Miala dobre kilkanascie metrow wysokosci. Sfotografowalem go, a potem zostalem poproszony przez jakas turystke, aby zrobic jej aparatem zdjecie jej i jej kolezankom. Prosbe spelnilem, a nastepnie poprosilem o rewanz, aby tez uwiecznic siebie na swoim aparacie.

- Mozemy byc z Toba na zdjeciu? - spytaly kolezanki owej turystki. Oczywiscie zaprosilem je i kolezanki natychmiast ustawily sie obok. Potem chciala miec jeszcze zdjecie owa wlascicielka aparatu wiec powtorzylismy ujecie z nia. Dziewczyny koniecznie chcialy, abym wyslal im zdjecia do domu. Okazalo sie ze mieszkaja w Indonezji, na Sumatrze, w Belawan i Medan. Tak sie zlozylo, ze bylem w obydwu tych miastach jesienia ubieglego roku. mielismy wiec wspolny temat. Jak na Muzulmanki (dwie z nich w tradycyjnym muzulmanskim stroju) byly kobietami prawdziwie wyzwolonymi. Islam nie toleruje zdjec na ulicy z pierwszym lepszym facetem. Jedna, ta w stroju, nazwijmy to europejskim, byla jescze bardziej wyzwolona sadzac po swobodnym zachowaniu i po imieniu Mimi, ktorym sie przedstawila zapisujac swoj adres. Wlascicielka aparatu przedstawila sie jako Halimatun Sakdiah. Przynajmniej tak jest napisane na wizytowce. Nie wiem gdzie tu imie a gdzie nazwisko.

Tego dnia mialem szczescie do nowych znajomosci. Po pozegnaniu z Muzulmankami, w nastepnej swiatyni jakis mezczyzna zapytal mnie czy jestem wyznawca buddyzmu. Powiedzialem, ze nie, ogladam tylko. Zaprosil, zebym usiadl kolo niego (znow po turecku, czego tak nie lubie) i pogadalismy troche. On w Bangkoku byl tylko przejazdem, ale znal miasto, powiedzial mi ile mam placic za tak-tuk, aby nie dac sie wykiwac i co najwazniejsze hi hi, gdzie znalezc dobre internet-cafe. Potem poprosil o moja wizytowke i obiecal wyslac e-maila, jak wroci do domu.

Konczac zwiedzanie pospacerowalem jeszcze troche po okolicy, a w koncu wsiadlem w tuk-tuk i kazalem sie zawiezc do Mahboonkrong Shopping Center, gdzie na siodmym pietrze mialy byc komputery. Kiedy znalezlismy sie na miejscu stoczylem istna walke z kierowca tuk-tuka, ktory nie zaakceptowal moich 20 bahtow zaplaty (tyle wedlug tego, co mi powiedzial Surasak Non, poznany w swiatyni, sie nalezalo). Pokazalem na policjantow stojacych obok i powiedzialem, ze jesli za malo, to niech ich zawola i niech sie poskarzy. Oczywiscie nie zrobil tego. Wzial dwudziestke, strasznie przy tym zlorzeczac, a ja nie czekalem na ciag dalszy tylko udalem sie czym predzej na gore. Tam spedzilem wieczor. Znow skrzynka byla pelna e-maili i wiedzialem, ze bede potrzebowac sporo czasu aby na wszystkie odpowiedziec. Narazie dalem sobie spokoj - zapisalem tylko na dyskietce to, co przyszlo, a potem wszedlem na czat pogadac troche ze znajomymi.

Po wyjsciu z Shopping Center natychmist oblegli mnie wlasciciele tuk-tukow z pytaniami dokad chce jechac. Kiedy pokazalem karteczke z zapisana w tajlandzkim alfabecie z nazwa naszego miejsca postoju, od razu zaczeli marudzic, ze to daleko i zadali nawet 200 bahtow za kurs. Potem zas wspanialomyslnie opuszczali na 100. W tej sytuacji zrezygnowalem z ich uslug i wsiadlem do taksowki, odprowadzany niemilymi odzywkami i okrzykami, ze za taksowke zaplace 400 bahtow. Oczywiscie byl to bluff z ich strony, bo szybciej i wygodniej dotarlem na miejsce za jedyne 67 bahtow,  tak jak wskazal licznik.

Bangkok,  28.12.2000, Czwartek

poniedziałek, 21 listopada 2011

Beaujolais noveau nadchodzi w trzeci czwartek listopada.

Pamiętam pewną niezwykłą celebrację tego dnia we Francji. Płynąłem wtedy niewielkim coasterem do... Lyonu. Egzotyczna trasa jak na kapitana oceanicznych statków, ale skoro mogłem dopłynąć nawet do Paryża, to cóż tam Lyon? Problem  w tym, że w owym czasie wskutek ulewnych deszców Rodan gwałtownie przybrał i dolinę nawiedziła niewielka powódź. Sama w sobie nie była by ona dla nas taka straszna gdyby nie gwałtowny prąd. Rzeka rwała ku ujściu jak szalona, a my z trudem, mozolnie pchalismy się w górę by dopłynąć do owego Lyonu. Im bardziej w górę rzeki, tym gorzej bo koryto coraz węższe. Zatrzymywaliśmy się na noc w rozmaitych miejscach, a rano znów zaczynała się walka nurtem.

Tak dotarliśmy do niewielkiej miejscowości, której nazwa po kilku latach wyleciała mi już z głowy. Brzegi rzeki spinał most o dość często spotykanym łukowatym kształcie. Jego krańce opadały w dół ku brzegowi, a najwyższy punkt łuku znajdował się centralnie ponad osią rzeki. Trzeba przyznać, że z powodu wspomnianej wcześniej wysokiej wody prześwit pomiędzy lustrem wody a owym łukiem nie był zbyt duży. Pozwalał jednak zmieścić się nam bezpiecznie pod warunkiem utrzymania się w osi toru.

Tak też uczyniliśmy. Na „całej naprzód” ruszyliśmy w kierunku mostu. „Cała naprzód” jest konieczna dla utrzymania sterowności, lecz w tym przypadku chodziło także o pokonanie prądu. Nasze dwanaście węzłów przy pełnym obciążeniu silnika głównego, dawało w efekcie niecałe dwa węzły rzeczywistej prędkości gdy odjęło się przeciwny prąd rzeki. Na piechotę byłoby szybciej. Problem jednak w tym, że jak to często przy budowie mostów bywa, przyczółki wcinają się trochę w koryto rzeki, zwężając je w tym miejscu. A zwężenie koryta przy zachowaniu przepływu tej samej ilości wody jest możliwe tylko przy zwiększeniu jej prędkości. Prawo Bernoulliego nie pozostawiarze żadnej wątpliwości. Istotnie, wystarczyło spojrzeć w kierunku przyczółków, by zauważyć jak opływająca je woda wciskana w przewężenie przyspiesza wyraźnie.

Mechanik wiedział, że musi wycisnąć z silnika ile się da, lecz log był nieubłagany. W miarę jak dziób wpływał pod most, prędkość malała. Jeden przecinek pięć, jeden przecinek dwa, zero przecinek dziewięć, zero przecinek siedem... Dziób już przeszedł pod mostem. Przedni maszt idealnie wsunął się pod najwyzszym punktem łuku i już był po tamtej stronie. Teraz most znajdował się niemal dokładnie nad środkiem ładowni.

Zero przecinek pięć, zero przecinek trzy...

Jeszcze trochę! No! Jeszcze z dwadzieścia metrów – tyle co nadbudówka i rufa. Miniemy przewężenie i prąd zelżeje...

Zero przecinek zero. Stoimy w miejscu.

Silnik pracuje na maksymalnych obrotach a my nie jesteśmy w stanie pokonać siły rwącego nurtu. Chwilę trwa próba sił, lecz wystarczył moment wahnięcia kierunku wektorów sił by chwiejna równowaga została zakłócona. Nie mogąc pójść ani do przodu ani do tyłu statek zaczynał przesuwać się w bok, w kierunku brzegu. A przecież łuk mostu przy brzegu obniżał się znacznie! Znaleźliśmy się w pułapce. Nawet gdyby prąd pozwolił, nie wolno nam teraz przesunąć się ani do przodu, ani do tyłu. Jazda naprzód to kolizja nadbudówki z mostem, a wstecz to identyczna kolizja przedniego masztu.

Rzeczny, francuski pilot nie mówił po angielsku, a ja nie znałem francuskiego. W bardziej skomplikowanych przypadkach dzwoniliśmy do agenta, który przez telefon komórkowy tłumaczył o co komu chodzi. Teraz jednak nie było na to czasu. Musieliśmy utrzymać statek dokładnie pod mostem, ale żeby się wydostać z pułapki należało tak manewrować by przesunąć go bokiem pod najwyższy punkt łuku.

Angielskiego pilot nie znał, ale w sterowaniu był mistrzem. Bez słowa wywijał z ogromną gwałtownoscią kołem we wszystkie strony jakby odprawiał jakiś rytualny taniec, a statek metr po metrze, niechętnie, ale jednak wracał ku osi rzeki. Nie potrzeba języków, żeby wiedzieć co dalej. Wiadomo było, że gdy tylko maszt znajdzie się w osi mostu, należy zredukować predkość i pozwolić ponieść się prądowi w dół rzeki, z powrotem przed most.

Obserwowałem i maszt, i pilota. Jeszcze chwila...

- Teraz?

- Teraz!

Pół naprzód!

Silnik zmniejsza obroty, a i zaczynamy łagodnie sunąć wstecz. Maszt wysuwa się spod mostu. Pozwalamy nieść się prądowi jeszcze jakis czas, a w miedzyczasie dzwonimy do agenta, żeby tłumaczył z francuskiego na angielski i odwrotnie. Pilot mówi, że milę poniżej mostu jest keja, przy której możemy zacumować i poczekać, aż rzeka się trochę uspokoi. To nastąpi zapewne dopiero za jakąś dobę albo dwie. Tak robimy. Cumujemy. Adrenalina opada. Po raportach czas na kolację, przy której pilot zauważa

- Dziś nadchodzi Beaujolais noveau!

- Spróbujemy?

Idziemy na spacer. Wchodzę na most, który kilka godzin wcześniej był naszą pułapką. Patrzę w dół na rwącą rzekę, a potem idziemy do pobliskiej knajpki. Pijemy młode wino, a potem wracamy na statek...  Beaujolais noveau od tej pory zawsze kojarzyło mi się z owym mostem.

A w tym roku Beaujolais noveau po raz pierwszy wypiłem z Moim Aniołem w naszym mieszkaniu. Warunki jeszcze spartańskie. Za stół robił odwrócony karton od mikrofalówki. Z braku zlewozmywaka używamy jednorazowych sztućców. To jedyne takie celbrowanie. Pod koniec miesiąca powinny pijawić się pierwsze meble i zrobi się normalnie. I pewnie niejedno Beaujolais  jeszcze tu wypijemy, lecz to A.D. 2011 będziemy wspominać szczególnie.




Gdańsk; 21.11.2011; 00:45 LT
sobota, 19 listopada 2011

Na reklamę tego filmu wydano chyba krocie. Jeszcze na długo przed premierą wabiły nas zwiastuny oraz dość liczne wzmianki w mediach, które zapewne nie wynikały jedynie z dociekliwości dziennikarzy. Zawsze obawiam się wyjścia na film, który juz przed premierą okrzyknięty bywa wydarzeniem, by po kilkunastu dniach z zażenowaniem i po cichu grany na coraz mniejszej liczbie seansów spadac coraz niżej w rankingach. Drugi raz alarmowa lampka zaświeciła mi się, gdy dowiedziałem się, ze to film o Wigilii Bożego Narodzenia i wchodzi na ekrany w listopadzie. Czyż nie ma jaśniejszego dowodu, że chodzi wyłącznie o komercję? Tak jak każde wakacje muszą miec swój przebój i twórcy przez całą wiosnę ścigają się, która z kompozycji (nieskomplikowana, lecz wpadająca w ucho melodia oraz proste słowa o słońcu, plaży i wakacyjnej miłości do zanucenia na promenadzie i zatańczenia wieczorem na dyskotece) zdobedzie miano hitu lata, tak szanujące się kino albo stacje telewizyjne między listopadem  a Nowym Rokiem koniecznie muszą nawiązać do choinek, Świetego Mikołaja i zwyciężającej zło miłości.

Przypominam sobie jak nie raz siedziałem na komediach śmiertelnie znudzony i obawiając się o swoją percepcję „dzieła” starałem się liczyć wybuchy śmiechu widzów. Kiedy tych w ogóle nie było, to lróbowałem odnotowywać choćby pojedyńcze chichoty, lecz i tych było jak na lekarstwo.

Dlatego z dużą rezerwą poszedłem na „Listy do M”.


Film bronił się tylko jednym: gwiazdorską obsadą:  Maciej Stuhr, Roma Gąsiorowska. Paweł Małaszyński, Piotr Adamczyk, Agnieszka Dygant, Tomasz Karolak, Beata Tyszkiewicz i... niech mi wybaczą pozostali, bo to naprawdę nie koniec tej listy. Ale już reżyser... Mitja Okorn. Kto z t.zw. przeciętnych widzów słyszał wcześniej to nazwisko?

Opowieść, jak to często w komediach romantycznych bywa, a w tych „świątecznych” w szczególności, toczy się kilkoma wątkami jednocześnie, które gdzieś w finale splotą się ze sobą. Generalnie schemat jest ten sam: bohaterom nie wiedzie się w życiu, ale ale wigilijny, „magiczny” wieczór odmieni wszystko. Temat tak zgrany, że aż strach zasiadać na widowni. Mamy więc samotną dziewczynę, która nie znosi świąt i związanej z nimi „koniecznosci” spędzania ich z ukochanymi osobami, dziennikarza radiowego samotnie wychowującego syna, faceta dorabiającego sobie jako Święty Mikołaj, ale tak naprawdę nienawidzącego dzieci, małżeństwo, które odniosło sukces finansowy, lecz w ich sterylnym domu wieje chłodem większym niż w zamku Królowej Śniegu i.t.d.


To nie mogło się udać.

A jednak się udało. Udało i to całkiem fajnie. Dlaczego? Myślę, że przede wszystkim dlatego iż zachowano umiar i uwierzono w inteligencję widzów. Nie był to więc zlepek luźno powiązanych ze sobą gagów zaprawionych rubasznym dowcipem na ogół nie silącym się na jakąkolwiek subtelność. Historie filmowych bohaterów opowiadane są swobodnie i lekko, z ciepłem i sympatią. Jest mniej lub bardziej śmiesznie, ale nie prostacko. Po śmiechu następuje zmiana nastroju, trochę nostalgii i wzruszenia, ale nie przekraczającego bariery kiczu. Potem zaś znów śmiesznie.


Jedną z moich ulubionych komedii romantycznych jest „Notting Hill”, ciepło i spokojnie, a zarazem wesoło i z polotem opowiedziana historia, która oczywiście musiała skończyć się szczęśliwie. W podobny sposób zrealizowane są również „Listy do M”. Ogląda się z przyjemnością. Jedyne co mnie raziło, to zbyt gwałtowny zwrot losów niektórych bohaterów, moim zdaniem mało prawdopodobny w t.zw. „realu”. Jakoś nie chce mi się wierzyć, by zwaśniona rodzina Kariny mogła nagle zacząć kochać się i rozumieć po jednej w niecodzienny sposób spędzonej Wigilii, chociaż kto to wie? Może to przełom w ich losach i od czegoś trzeba zacząć? Tak samo jak nie przekonuje mnie nagła metamorfoza chłodnej i nieprzystępnej Małgorzaty, ale może rzeczywiście mała, rezolutna dziewczynka z domu dziecka sprawiła, że coś w jej lodowatej zbroi pękło?

Oczywiście wiemy, że mamy do czynienia z komedią romantyczną, a nie filmem psychologicznym aspirującym do oscara, więc jeśli przyjmiemy reguły gry gatunku i przymkniemy oko na drobne niedoskonałości wyjdziemy z kina usatysfakcjonowani, żeby nie powiedzieć zadowoleni. Ja w każdym razie taki byłem.

A, że cuda, nawet te rodem z komedii romantycznych się spełniają, świadczy chociażby mój przykład. Słuchałem opowieści Macieja Stuhra w roli dziennikarza w jednej z początkowych scen filmu, kiedy przekonywał on smutną dziewczynę twierdząc, że każdy dzień może przynieść niezwykłe niespodzianki odmieniające dotychczasowe życie. Słuchałem siedząc obok Mojego Anioła, z którym od pięciu już lat oglądamy razem filmy i za każdym razem gdy trzymając ją za rękę odwracam wzrok od ekranu by spojrzeć na jej uśmiech za woalką blond włosów, dziękuję losowi, że to właśnie moje życie odmienilo się w jeden dzień niczym w takich właśnie filmach.

Sopot; 19.11.2011; 18:15 LT

czwartek, 17 listopada 2011

Spokojny swiateczny dzien. Nawet morze sie uciszylo. Jedynie teleksy z Tajlandii zaklocaly bloga cisze, no ale oni nie swietuja Bozego Narodzenia. 

Wieczor wigilijny byl bardzo udany. Piekne dekoracje, zaloga zaangazowana i gotowa do zabawy, stoly zastawione obficie. Zaczelismy o dwudziestej. Przywital wszystkich drugi oficer jako gospodarz wieczoru. Potem byla wspolna modlitwa, a nastepnie krotkie moje przemowienie, ktore zakonczylem podzieleniem sie ze wszystkimi oplatkiem otrzymanym wczesniej w liscie. Pozniej zaczely sie konkursy, zabawy, moze niewiele majace wspolnego z Bozym Narodzeniem, ale caly czas pelne oczekiwania na nadejscie polnocy. Kiedy dwunasta wybila, odspiewalismy "Silent Night", wreczylismy sobie nawzajem lezace pod choinka prezenty i... dokonczylismy program, ktory okazal sie tak napiety, ze skonczyl sie dopiero okolo pierwszej w nocy.

Zachowanie zalogi zaskoczylo mnie bardzo mile. Pokazali, ze umieja sie swietnie bawic i na dodatek praktycznie bez alkoholu.

Dzisiaj jest glownie odpoczynek, slodkie lenistwo. Jedzenie oczywiscie tez. Kucharz wciska mi i chiefowi mechanikowi rybe przez caly dzien. To efekt nieporozumienia. Mowilem, zeby przygotowal rybe na Wigilie, bo u nas taka tradycja, a on sobie to wzial do serca i smazy przez cale swieta. A ani chief ani ja do amatorow ryb nie nalezymy.

- Cale szczescie, ze on nie wie, ze u nas 26 grudnia to tez swieto - powiedzial przy kolacji chief mechanik - inaczej jedlibysmy ja jeszcze jutro.

Jutro jednak swiatecznie juz nie bedzie. Okolo piatej rano bedziemy na redzie Bangkoku i od razu z biegu mamy wchodzic do portu.  Bedzie duzo ludzi, spraw do zalatwienia, jak to zwykle na poczatku. Moze po poludniu zrobi sie troche spokojniej, ale wtedy chcialbym wyskoczyc do miasta.

Zatoka Tajlandzka,  25.12.2000, Poniedzialek


 
1 , 2 , 3 , 4