Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
niedziela, 28 listopada 2010

W końcu musiała nadejść ta chwila. Odkąd w 2004 roku rozpocząłem pracę w Trójmieście moje zamieszkiwanie w Szczecinie, ograniczane do niektórych weekendów stawało się coraz większą fikcją. Utrzymywanie nieużywanego na codzień mieszkania generowało niepotrzebne koszty, a na dodatek załatwienie czegokolwiek w weekend było prawdziwym wyzwaniem. Urzędy zazwyczaj w soboty nie pracują, nawet odebranie listu poleconego wymagało pełnomocnictw. Z drugiej strony coraz bardziej doskwierało mi oddzielne mieszkanie moje i Anioła. Randki są rzeczą fajną i romantyczną, ale chciałoby się wreszcie odejść od codziennego ustalania, czy zjemy razem kolację i czy nazajutrz razem, czy oddzielnie pojedziemy do pracy? Postanowiłem więc sprzedać szczecińskie mieszkanie, a uzyskane środki w części dołożyć do naszego wspólnego lokum nad brzegiem Bałtyku. Mam nadzieję, że będzie to już na zawsze nasze wymarzone gniazdko...

Oferta 1

Nabywca się znalazł, umowa podpisana i trwa pakowanie. Mieszkanie zastawione kartonami. Niesamowite jak wieloma rzeczami obrastamy przez lata. Jak wiele z nich zalega w szafach i szufladach, nieużywanych i niepotrzebnych. Dobrych kilkanaście wielkich worków wyniosłem już na śmietnik. Mimo wszystko jednak sporo z nich unika śmietnikowego wyroku, no bo przecież nie można tak po prostu wyczyścić z pamiątek cały szlak za sobą, nawet gdyby owe gadżety miały nigdy do niczego się nie przydać.

Przeprowadzka 1

Przeprowadzka 2

Pakowanie rzeczy to wielka podróż przez kawał mojego życia. Dwie półki po brzegi wypełnione paczuszkami z widokówkami, które namiętnie kupowałem we wszystkich portach, jakie dane mi było odwiedzać, a tylko nieliczne z nich doczekały się ekspozycji w albumach. Zeszyty dzieciaków, wyciągniete z ich regałów, pozostawione tam od czasu gdy z moją Eks przeniosły się do Jeleniej Góry. Gazety pozostawione na pamiątkę, jak choćby ta anonsująca nasze przystąpienie do Unii Europejskiej, czy atak Al Kaidy na WTC, albo wcześniejsze, z datą 14 grudnia 1981. Własnej roboty wina jeszcze z czasów kawalerskich, z naklejkami czerwiec 1989 (pomyśleć, że nastawiałem je w czasach gdy upadał komunizm), obrusy będące  świadkami niejednej imprezy, bombki choinkowe. niektóre kupowane przez moją mamę kiedy ja jeszcze nawet nie chodziłem do szkoły, Szkolne świadectwa mojego taty z nagłówkiem „Generalne Gubernatorstowo dla okupowanych obszarów polskich” zabrane przeze mnie z chaty babci po jej śmierci. Dziś nie ma już tamtej chałupy, pozostał jedynie kamień, który leżał przed progiem drzwi wejsciowych. Nie byłoby więc już pewnie i tych świadectw. Moje listy do malutkich jeszcze dzieci, w których pisałem im o odwiedzanych portach, ułożone w kartonach po butach razem z ilustrującymi je zdjęciami i widokówkami.

Przeprowadzka 3

Plecak, który towarzyszył mi w tylu górskich wędrówkach, tylu przygód był świadkiem nie pojedzie już do Trójmiasta. Tam w szafie leży nowy, a ten sfatygowany i popruty wyląduje na śmietniku. Duży zbiór płyt winylowych ocaleje. Cały karton kaset (audio i video) także. Niektóre z nich nagrywałem jeszcze w liceum. I pewnie ze dwadzieścia lat nie odśłuchiwałem.

Nad każdą z tych rzeczy trzeba pochylić się oddzielnie i zadecydować: worek i śmietnik, czy karton oraz podróz na nowe miejsce?

Im bliżej do opuszczenia mieszkania, tym częściej wszyscy mnie pytają, czy mi nie żal? Mój Boże! To miejsce jest świadkiem prawie jednej trzeciej mojego życia. Trudno tak po prostu zamknąć za soba drzwi i bezstressowo pójść przed siebie. Zostawiam podłogi, które osobiście układałem nawet w sylwestrowe popołudnie, stół w kuchni, przy którym przegadałem z przyjaciółmi niejedną noc, pokoje w których bawiły się moje dzieci. Nie może nie być żal. Na szczęście to nie przymus lecz wolny wybór i nie wyruszam w nieznane lecz tam gdzie czekają mnie, nie mam wątpliwości, nowe, cudowne chwile, będące źródłem przepięknych wspomnień w kolejnych latach...

Zostawiam swoje rodzinne miasto.

Szczecin 2010-10-31  01

Pamiętam, jak na początku mojej pracy w Trójmieście, spotykając się z przyjaciółmi z liceum mówiłem: „wracam za tydzień”. Ktoś wtedy odpowiedział: „dobrze mówisz, że wracasz mając na mysli Szczecin właśnie”. Utkwiło mi to mocno w pamięci i pamiętam jak za czas jakiś stopniowo zacząłem mówić o powrotach w kontekście Gdyni. Pamiętam też jednak słowa mojej mamy, która opowiadała, jak mieszkając od wielu lat w Szczecinie, zawsze czuła wzmożone bicie serca gdy dojeżdżała do Ostrołęki i do położonego nieopodal rodzinnego Kleczkowa. Pewnie nigdy nie wyzbędę się tego uczucia i ja, i już zawsze będę siedzieć w pociągu podekscytowany, z nosem przyklejonym do szyby gdy tylko łoskot kół oznajmi wjazd na most nad Regalicą. Niezwykła jest siła nostalgii, tęsknoty za naszą t.zw. małą ojczyzną, zwięźle określaną przez Niemców mianem heimat. Niezwykła jest też siła marzeń – losu, który bliżej lub dalej układa się wzdłuż ich linii. Kiedyś, chyba jeszcze w podstawówce, mówiłem, ze gdybym miał kiedyś wyprowadzić się ze Szczecina, to tylko do Gdańska lub Krakowa. I proszę, spełnia się. Na dodatek w Gadańsku czeka na mnie Miłość przez duże M – taka, o jakiej marzyłem przez całe moje życie i wydawało mi się, że już nie dane będzie mi jej doświadczyć, że pozostanie mi zazdrościć nielicznym szczęśliwcom i filmowym bohaterom.

Zabieram ze sobą obrazki szczecińskich symboli: Odry, Wałów Chrobrego, Zamku Książąt Pomorskich i wielu innych.

 Szczecin 2010-10-31  02

Szczecin 2010-10-31  03

Szczecin 2010-10-31  04

Na szczęście świat bardzo nam się kurczy. Juz teraz podróż pociągiem z Gdyni do Szczecina zajmuje cztery i pół godziny (pamiętam, że osobowym na poczatku lat siedemdziesiatych jechało się godzin osiem). Na upartego możnaby wyjechać rano, załatwic coś, a kolację zjeść z powrotem w domu. Dla moich rodziców podróż pociągiem to było wydarzenie, do którego przygotowywali się co najmniej dwa dni, a na dworcu zjawiali się kilkadziesiąt minut przed odjazdem. Ja wchodze do pociągu niczym do tramwaju – w ostatniej chwili i bez zbędnych emocji. Tak jak moje dzieci do samolotu, który przestał być czymś niezwykłym. Dlatego moje pożegnanie z grodem Gryfa jest raczej symboliczne. Nadal będę tu przyjeżdżać, tyle tylko, że już nie do swojego mieszkania, a samochód będzie oznakowany gdańską tablicą rejestracyjną.

No to dalej do pakowania. W poniedziałek muszę oddać klucze i zaopatrzony w zaświadczenie o wymeldowaniu ze Szczecina, po południu ruszyć w śnieżycę w podróż do Gdyni. Dziś więc zielona noc. Niestety, bez szaleństw, po cichu, wśród zapełnianych kartonów.

Kocham Szczecin

Szczecin, 28.11.2010; 17:30 LT

poniedziałek, 22 listopada 2010

Wystąpią: Olga Borys, Ewa Kasprzyk, Andrzej Nejman, Paweł Królikowski, Joanna Kurowska, Andrzej Grabowski, Stefan Friedmann, Wiktor Zborowski, Marian Opania, Piotr Pręgowski, Zbigniew Zamachowski, Wojciech Malajkat, Tomasz Karolak, Mirosław Baka, grupa wokalno- rozrywkowa "Szafa Gra", Borys Szyc wraz z zespołem! 

Aktorska Gala Kabaretowa to wyjątkowe widowisko, do którego zaprosiliśmy najznakomitszych aktorów polskiej sceny rozrywkowej.                                                 

To niespotykana szansa, aby podczas jednego wieczoru na scenie zobaczyć tylu wybitnych aktorów w ich najlepszych kreacjach kabaretowych! Wieczór uświetni wyjątkowy koncert Borysa Szyca wraz zespołem. 

Dodatkowo wspaniali prowadzący oraz występ artystów Teatru Buffo. 

Całość w reżyserii Stefana Friedmanna i w doskonałej oprawie muzycznej jest gwarancją wspaniałej zabawy i rozrywki na najwyższym poziomie!

 

Tak reklamowano Aktorską Galę Kabaretową. Na takie nazwiska można iść w ciemno i tak też było. Pomimo drogich biletów widownia zapełniła się niemal w całości. A mimo to, była to największa klapa, jaką dane mi było oglądać.

Zaczęło się normalnie. Widzów rozruszał zespół „Szafa Gra”, a potem na scenę wyszedł Stefan Friedmann. Skecze może nie z tych co przejdą do historii kabaretu, niektóre dowcipy pamiętałem z ardzo dawna, ale nie narzekałem. Publiczność zresztą też nie.

Kabaret 01

Z biegiem czasu jednak coraz bardziej zaczynała doskwierać świadomość, że cały ten program jest zlepkiem przypadkowych numerów. Nie było w nim ani trochę spójności. Nawet konferansjera, który próbowałby swoją narracją wprowadzać widza w atmosferę kolejnych skeczy. Nic. Artyści wychodzili po sobie jak uczniaki na szkolnej akademii, opowiadali jakiś tekst, schodzili, w ramach przerywnika zagrał czasem zespół „Szafa Gra”, a potem wychodziła następna osoba odfajkowując swój numer.

Kabaret 03

Kabaret 04

W tym grochu z kapustą najlepiej wypadli Wojciech Malajkat i Zbigniew Zamachowski, których skecz o kupowaniu drzwi prawdziwie rozgrzał publiczność, a zarówno tekst jak i jego wykonanie było godne nieśmiertelnego „Sęka” z kabaretu „Dudek”.

Niestety, ożywienie i aplauz były tylko chwilowe.

Mniej więcej od połowy programu publiczność znudzona jego mizernym poziomem zaczęła opuszczać halę. Z początku były to pojedyńcze osoby, lecz w miarę upływu czasu pustych siedzeń na widowni przybywało coraz szybciej. I w tym momencie na scenę wyszedł Borys Szyc. Borys Szyc z zespołem, jak napisano w reklamie. Tyle tylko, że ani w reklamie nikt nie napisał jaki to zespół, ani jak długo będzie grać. A zespół zagrał przeboje... AC/DC!!! Borys Szyc zaśpiewał i trzeba przyznać, że zarówno jego wokal, jak i muzyka zespołu wypadły perfekcyjnie, ale na Boga, powinny być skierowane do zupełnie innej publiczności! Wiekszość na widowni stanowili poważni, spokojni ludzie, którzy nierzadko w odświętnych ubraniach przyszli do hali niczym do teatru, obejrzeć program kabaretowy, a tymczasem zafundowano im koncert hard-rcokowy. Mury hali drżały od decybeli, ludzie w pierwszych rzędach (ci którzy zapłacili po 120 złotych za bilet, aby aktorów ogladać z bliska) siedzieli wciśnięci w krzesła, a Borys Szyc śpiewał, lecz oczywiście nie musiał tego robić długo by zorientować się, że dzieje się coś niedobrego. Widział coraz większy potok ludzi masowo już opuszczających widownię, oraz siedzących w milczeniu tych w pierwszych rzędach. Dla aktora tej klasy to jest upokorzenie, więc czuć było jak puszczają mu nerwy:

- Ludzie, co się dzieje? – zaczął łagodnie – Śpicie?

Odpowiedziało mu milczenie.

- Wyglądacie jakbyście ogladali film o papieżu! – odciął się więc i zaczął śpiewać dalej.

Kabaret 05

Na widowni tymczasem zapanował już kompletny rozgardiasz. To już był prawdziwy potok ludzi sunący do wyjścia tak, jak gdyby przed chwilą zakończono program.

- Jestem zawiedziony! – krzyknął artysta – Jesteście nudni!

Było to już żenujące, bo przede wszystkim, to publiczość powinna była krzyknąć te słowa w kierunku sceny, ale nie uczyniła tego przez grzeczność. Z drugiej strony nie zazdrościłem panu Szycowi jego sytuacji, bo akurat dobrze wykonywał swoją robotę, lecz dał się wpuścić w kanał producentom owego show, którzy nie zastanowili się do kogo kierują program. Nowa hala ma zarobić na siebie, więc po prostu ściągnięto znane nazwiska bez zawracania sbie głowy scenariuszem i oczekiwaniami. Ważne było tylko to, żeby sprzedać bilety. Borys Szyc ze swoim zespołem dałby doskonały koncert, na który prawdopodobnie przyszłoby wielu fanów hard rocka, a już AC/DC w szczególności. Wpuszczeni na płytę (bez krzeseł) przed estradą nawiązaliby doskonały kontakt z artystami. Wtedy jednak byłyby to dwie imprezy – jedna dla fanów muzyki, druga dla wielbicieli kabaretu. Jedna i druga zapewne nie dawałyby gwarancji zapełnienia sali przy wysokich cenach biletów. Zakpiono więc z publiczności, zakpiono i z artystów. Tyle tylko, że pan Borys Szyc jadąc na galę kabaretową zdawał sobie zapewne sprawę, że koncert hard-rockowy z kabaretem niewiele ma wspólnego. Publiczność natomiast szła na „Borysa Szyca z zespołem” nie wiedząc co to za zespół, bo tego w reklamie przezornie nikt nie napisał. Mogli więc przypuszczać, że to zespół tworzący kabaret. W podobny sposób kiedyś zapelniono pewną salę anonsując występ niejakiego J.Pietrzaka. Ludzie kupili bilety i dopiero na widowni dowiedzieli się, że nie chodzi o znanego artystę kabaretowego Jana Pietrzaka, lecz o kogoś, kto przypadkiem nosił to samo nazwisko, a jego imię chociaż inne,  też rozpoczynało się na literę J.

Borys Szyc próbował ratować systuację biegając po widowni i przekazując mikrofon przypadkowym ludziom.

Kabaret 06

Pomogło to trochę bo w końcu z trudem jakis kontakt między nim a publicznością został nawiązany, chociaż większość czuła się urażona jego napastliwym tonem sprzed paru minut. Podczas następnych utworów widownia, która na początku była wypełniona w całości, teraz w większości świeciła pustkami.

Kabaret 08

Takiego masowego opuszczania swoich miejsc podczas trwania programu jeszcze nigdy nie widziałem.

Kiedy pan Szyc skończył śpiewać i powiedział do ludzi „dobranoc”, wydawało się, że to był finał programu i wszyscy zaczęli wstawać z miejsc oraz zbierać się do wyjścia. Wtedy na scenę wybiegł pan Friedmann i zaczął krzyczec do ludzi, żeby zostali, bo to jeszcze jeszcze nie koniec. Część machnęła ręką i wyszła mimo wszystko, a część zawróciła, żeby zobaczyć co się jeszcze będzie działo. Jednym słowem, wszystko wymknęło się spod kontroli – kompromitacji i upokorzenia artystów w imię nabijania kasy ciąg dalszy.

Kiedy już nastąpił prawdziwy finał i zapalono światła, zrobiłem zdjęcia pachnącej jeszcze nowością hali mając nadzieję, że nigdy już nie będzie musiała być świadkiem takiej chały.

kabaret 09

A potem już tylko na parking do auta. Kończy mi się miejsce, więc tylko wspomnę, że organizacja imprezy pod względem logistycznym też była daleka od doskonałości. Dojazd fatalny, bo ulice wokół ciągle jeszcze rozgrzebane. Wjazd na parkingi jedną bramą ale trzeba za przywilej zaparkowania auta zapłacić 10 złotych! Ciekawe co by było gdyby ktoś akurat nie miał pieniędzy przy sobie, nieprzygotowany na taką konieczność. Potem ludzie z biletami biegali od wejścia do wejścia, bo te pomimo iż oznaczone wielkimi lierami, to jednak nie zawierały z daleka widocznej informacji do jakich sektorów wiodą. O wejściach do poszczególnych sektorów informowały prowizoryczne, niewielkie  tablice przyczepione byle jak, krzywo, do przypadkowych słupów. Po wyjściu zaś po panach, którzy skrupulatnie pobierali słone opłaty parkingowe nie było śladu, więc długie kawalkady aut cisnące się ze wszystkich stron do jednej bramy same musiały dać sobie radę z wyjazdem. Kasa zebrana, więc jaki frajer sterowałby teraz za darmo ruchem?

Gdynia, 22.11.2010; 00:35 LT

niedziela, 14 listopada 2010

Najbardziej dystyngowanym, polskim autem lat sześćdziesiątych była oczywiście warszawa.

Muzeum Techniki 23

Muzeum Techniki 24

Jeżeli wierzyć informacji podawanej w muzeum, „prikaz” produkcji warszawy wiązał się z zerwaniem prawie juz gotowej umowy licencyjnej z fiatem, która miała kosztować dwa miliony dolarów. Zamiast niej państwo kupiło od bratniego Związku Radzieckiego licencję pobiedy za... osiemdziesiąt milionów dolarów. Oczywiście ta radziecka myśl techniczna był delikatnie mówiąc plagiatem – większość zerżnięto z samochodów amerykańskich.

Warszawy garbusy to chyba jedno z pierwszych samochodowych wspomnień jakie kojarzę. Na szczecińskich postojach taksówek w latach sześćdziesiątych dominowały właśnie te auta. Później pojawiła się nowsza warszawa, typu sedan, której jednak szczecińskie muzeum nie posiada. Są za to fiaty 125p oraz 126p, które pchnęły do przodu polską maotoryzację w latacch siedemdziesiątych, a potem stopniowo stawały się symbolami jej zacofania w siermiężnych latach osiemdziesiątych. Na ich podstawie powstało jednak kilka ciekawych konstrukcji. Ot chociażby taki wszędołaz (co za koszmarna nazwa):

Muzeum Techniki 07

Był to taki maluch na gąsienicach, wykorzystywany przez służby energetyczne do inspekcji słupów sieci przesyłowej. Zazwyczaj słupy te stoją w szczerym polu, gdzie zwykłym samochodem się nie dojedzie.

Innym pojazdem, gdzie wykorzystano elemnty maucha, był lekki pojazd transportowy dla wojska. Mógł on także pływać, ale wśród wojskowych nie znalazł uznania i nie wszedł do seryjnej produkcji.

Muzeum Techniki 16

Wziął za to udział w serialu "Pan Samochodzik i Templariusze" jako pojazd tytułowego bohatera.

Następcą malucha miał być nieco większy od niego beskid. Prace były już mocno zaawansowane gdy przyszło polecenie z Warszawy, aby je przerwać, a prototypy zniszczyć. Twórcy nie zniszczyli wszystkich, dzięki czemu możemy dziś oglądać beskida w muzeum.

Muzeum Techniki 17

Ciekawostką niech będzie fakt, że kilka lat później niemal natychmiast po wygaśnięciu ochrony patentu bardzo podobne auto (przynajmniej z zewnątrz) pojawiło się w ofercie renault. Był to model twingo.

Zanim pojawił się maluch, długo szukano mozliwości produkcji malutkiego, jak najtańszego auta dla mas. Takie poszukiwania trwały wówczas w wielu krajach. W Polsce stworzono m.in. mikrusa...

Muzeum Techniki 18

...oraz smyka

Muzeum Techniki 19

Smyk, szczecińska konstrukcja w wersji podstawowej miał jedne drzwi, a stanowiła je... maska samochodu. Całą przednią ścianę uchylało się, by do srodka mogli wejść pasażerowie, po czym zatrzaskiwano i jazda! Swoją drogą aż starach pomyśleć co dzialoby się z pasażerami w przypadku kolizji. Nie było żadnej strefy zgniotu – ot przednia ścianka i zaraz za nią fotele.

Do masowej produkcji wszedł droższy od smyka mikrus, ale na krótko, do czego być może przyczyniły się protesty NRD, że bez żadnej umowy skopiowano ich konstrukcję.

W muzeum licznie reprezentowane są motocykle, motorowery i skutery. Szczególne zainteresowanie na fali powracającej mody na skutery budzi popularny w latach sześćdziesiątych skuter osa.

Muzeum Techniki 14

Ponoć był to doskonały poojazd na randki chociażby z tego powodu, że przykrótkie siedzisko wymagało mocnego przytulenia się pasażera do kierowcy i kurczowego go sciskania, by nie zsunąć się na tylny błotnik juz przy pierwszym wstrząsie.

Njapiękniejsze są jednak produkowane w Szczecinie legendarne junaki

Muzeum Techniki 26

Szczecińska motoryzacja ma też w muzeum swoich przedwojennych przedstawicieli. W tym mieście mieściła się bowiem aż do wojny fabryka produkująca rozmaite modele samochodów marki stoewer, z charakterystycznym gryfem na masce.

Muzeum Techniki 20

Muzeum Techniki 21

Muzeum odkupiło niedawno wrak innego stoewera i obecnie zbiera środki na jego renowację

Muzeum Techniki 27

Z uśmiechem ogląda się produkowany w latach czterdziestych i pięćdziesiątych ciągnik ursus.

Muzeum Techniki 15

To ten model ogladać można na rozmaitych ówczesnych agitkach z hasłami „dziewczyny na traktory!”

Rozrzewnienie budzi też leciwy star w wersji wozu straży pożarnej.

Muzeum Techniki 25

Sam już chyba powinienem pójść do muzeum, bo zdaje mi się, że jeszcze tak niedawno widywałem te wszystkie stary, jelcze, warszawy, nysy na ulicach...

Popołudnie przeleciało bardzo szybko. Zapadł zmierzch i zbliżała się godzina zamknięcia muzeum. Wyszedłem w wieczór bardzo usatysfakcjonowany wizytą i z głębokim przeświadczeniem, że Szczecin zyskał badzo wartościowy obiekt na turystycznej mapie. Dzięki grupce zapaleńców pragnących ocalić od zapomnienia pojazdy jeszcze niedawno tak powszechne, ze ich zniknięcie zostało niemal niezauważone.

Muzeum Techniki 29

Szczecin, 14.09.2010; 10:30 LT

Coraz  większe zaległości tworzą mi się na blogu. To efekt kompletnego braku czasu w dni powszednie. Wracam do domu późnym wieczorem i ze zmęczenia zasypiam niemal natychmiast. Nastawiam budzik na szóstą i wstając rano już wiem, że o dziewiętnastej będę ziewający jechać na tańce. Tam się troche rozruszam, zrelaksuję, ale po powrocie do domu znów padnę i znów nastawię budzik na środek nocy, by przed oficjalnym rozpoczęciem dnia pracy zdążyć zrobić to, czego nie udało się dzień wcześniej. I tak w kółko...

Nie wiadomo, które zaległości nadrabiać najpierw. Może więc w ramach retrospekcji wrócę do wizyty w otwartym niedawno w Szczecinie Muzeum Techniki. Jest to przykład pozytywnego, oddolnego działania mieszkańców miasta. Grupa pasjonatów komunikacji miejskiej założyła parę lat temu stowarzyszenie. Z jednym z nich (o nicku Phobos) miałem swego czasu przyjemność współpracować w równie oddolnym Forum dla Szczecina, które miało być platformą działania dla osób chcących coś zmienić w mieście. Rekrutować się mieli głównie z forów dyskusyjnych. Niestety, Forum dla Szczecina okazało się efemerydą, w szczytowym okresie liczącą około dziesięciu członków. Umarło śmiercią naturalną, do czego pośrednio przyczyniłem się i ja rozpoczynając w 2004 roku pracę w Trójmieście i nie mogąc w związku z tym uczestniczyć dalej w spotkaniach. Szczecińskie Towarzystwo Miłośników Komunikacji Miejskiej działało lepiej i to właśnie ono zwróciło uwagę na możliwość wykorzystania w charakterze muzeum służącej miastu w latach 1912-2004 zajezdni tramwajowej przy ul. Niemierzyńskiej. Oni też uratowali przed zezłomowaniem kilka tramwajów (niestety, niektóre przedwojenne, znane mi jeszcze z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku zniszczono zanim miłośnicy komunikacji zdążyli skrzyknąć się do działania). Gdyby nie STMK, które pozyskało ważnego sojusznika w postaci Muzeum Narodowego w Szczecinie, stara zajezdnia prawdopodobnie również zostałaby zlikwidowana. Udało się przekonać miasto do utworzenia tam muzeum komunikacji, udało się pozyskać środki finansowe i na dodatek warszawski kolekcjoner, pan Leszek Liszewski postanowił przekazać swoją ogromną kolekcję właśnie tutaj. Dzięki temu Muzeum Techninki i Komunikacji – Zajezdnia Sztuki, jak oficjalnie się nazywa, mogło w październiku bieżącego roku otworzyć swe wrota dla zwiedzających. Odwiedziłem je tydzień później. Odnowiony budynek zajezdni zachęcał do wejścia.

Muzeum Techniki 01

Jednym z pierwszych eksponatów, które „witają” wchodzących jest t.zw. „ogórek” czyli charakterystyczny autobus jelcz. Na zdjęciach, które robiłem podczas licealnych rajdów widać je stojące szeregiem na przystankach autobusowej pętli na Basenie Górniczym. To było jeszcze w drugiej połowie lat siedemdziesiątych.

Muzeum Techniki 02

Potem zostały zastąpione przez licencyjne jelcze-berliety, których przedstawiciel również znajduje się w muzeum.

Muzeum Techniki 13

Nowe jelcze, zmodyfikowane nieco w Polsce (wydłużono je i dodano srodkowe drzwi) cechowała duża awaryjność i relatywnie krótki żywot. Grożącą komunikacyjną zapaść powstrzymano decydując się na import wytrzymalszych i większych, węgierskich ikarusów. Nie ma ikarusa w muzeum, ale może jeszcze nie wszystko stracone. Jest za to san, który w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dominował w taborze PKS – państwowego monopolisty w przewozach międzymiastowych.

Muzeum Techniki 12

Sana pamiętam z jakiejś szkolnej wycieczki jeszcze z podstawówki. Pamiętam, że był przeraźliwie niski wewnątrz. Sprawdziłem to jeszcze raz w eksponacie muzealnym i rzeczywiście. Wyższy człowiek musiałby się chyba schylać. Być może ma to związek z bardzo wysokim zawieszeniem. W tym autobusie zrobiono chyba wszystko, by maksymalnie utrudnić wejście osobom niedołężnym. Nawet sprawnemu nie jest zupełnie łatwo gdy pierwszy stopień znajduje się powyżej kolan.

Z komunikacyjnych ciekawostek na uwagę zasługuje najstarszy zachowany szczeciński tramwaj, t.zw. bremen, obecnie pomalowany na orygiunalny kolor – taki nosiły przedwojenne tramwaje w niemieckim Szczecinie.

Muzeum Techniki 10

Muzeum Techniki 11

Co ciekawe – numer boczny muzealnego wagonu, 144, nie zmienił się przez całe jego życie. Taki nosił przed wojną i pod takim służył jeszcze przez około trzydzieści lat w polskim Szczecinie.

W muzeum oprócz długo (za długo) eksploatowanych w Szczecinie popularnych w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych tramwajów typu N, stoi również charakterystyczny przegubowiec, bedący rewolucją techniczną na owe czasy.

Muzeum Techniki 08

Pamiętam dzień gdy pierwszy z nich, o numerze bocznym 601, rozpoczął regularne kursy na trasie linii nr 8. Miałem wtedy chyba z dziesięć lat i pół dnia przestałem na przystanku przepuszczając wszsystkie stare „enki”, żeby w końcu trafić na owo cudo techniki i przejechać się nim w obie strony.

Doskonałym pomysłem muzeum było urządzenie sali projekcyjnej w jednym z wagonów. Można usiąść i na duzym ekranie LCD oglądać rozmaite dokumentalne filmy dotyczące prezentowanych obiektów.

Muzeum Techniki 09

Oprócz eksponatów związanych z masową komunikacją, w muzeum jest bardzo dużo innych pojazdów, często niezwykłych. Czyż nie jest bowiem niezwykły polski bolid biorący udział w wyścigach t.zw. formuły 1 krajów socjalistycznych?

Muzeum Techniki 04

W każdym z krajów socjalistycznych odbywał się jeden wyścig danego cyklu. Ponoć dominowały w nich pojazdy z ZSRR i NRD. Polski bolid jeździł z prędkością około 200 kilometrów na godzinę i ścigał się nawet na węgierskim torze Hungaroring, zbudowanym dla potrzeb prawdziwej formuły 1.

Gdzieś obok stoi poczciwa nysa, która do spółki z żukiem zdominowały ówczesny polski tabor samochodów dostawczych.

Muzeum Techniki 03

Zarówno nysy jak i żuki występowały w przeróznych wersjach – od mikrobusów przez samochody-chłodnie, zwykłe ciężarówki po karetki pogotowia i wozy straży pożarnej. Już z własnymi dziećmi, czyli na poczatku lat dziewięćdziesiątych korzystałem jeszcze z nys – mikrobusów podczas urlopu w Szczawnicy.

Pamiętam też pierwsze auto moich rodziców – syrenę. Nasz model nosił numer 104 i był nowszą wersją prezentowanego w muzeum modelu 101. Miał taki sam kolor jak ten w muzeum, tak samo odwrotnie (zawiasy z tyłu a nie z przodu) otwierane przednie drzwi.

Muzeum Techniki 06

Dzięki syrenie staliśmy się mobilni – jeździlismy na grzyby oraz na niedzielne i wakacyjne wycieczki. A z tylnego siedzienia razem z bratem obserwowaliśmy z zapartym tchem jak na podszczecińskiej autostradzie tato cisnąc gaz do dechy przekraczał magiczną barierę prędkości 100 km/h.

Syrena miała mieć też inne wersje. Pracowano na przykład nad sportowym modelem tego auta, którego prototyp też znajduje się w muzeum

Muzeum Techniki 05

Zbliżam się do granicy dozwolonej długości wpisu, więc ciąg dalszy w następnym odcinku.

Szczecin, 14.09.2010; 08:50 LT

niedziela, 07 listopada 2010

Większą część soboty przesiedziałem w biurze. Ono powoli staje się moim drugim domem. Inna sprawa, że właśnie w sobotę jest tam na tyle spokojnie, że można wreszcie trochę nadgonić zaległości. Nie przychodzą interesanci, nie dzwonią telefony (o ile nie rodzi się jakaś akcja specjalna).

Na szczęście wieczorem mogłem już spotkac się z Moim Aniołem, a w niedzielne popołudnie wybralismy się na recital Magdy Umer.

bilet - Magda Umer

To jedna z naszych ulubionych piosenkarek, ciepła i bezpośrednia.

Z informacji o koncercie dowiedzieliśmy się, że Pani Magda zaprezentuje piosenki, których dotąd nie nagrywała. Przyznam, że wzbudziło to mój lekki niepokój, bo nowości to jednak zawsze wielka niewiadoma. Jakże się myliłem! Piosenki wybrane na płytę, to dzieła starych, uznanych mistrzów, że wymieńmy tu choćby takie nazwiska jak Agnieszka Osiecka, Jeremi Przybora, Wojciech Młynarski, Jonasz Kofta czy Marek Grechuta...  Łączy je temat: miłość (najczęściej nieszczęśliwa) lub jej brak oraz przemijanie. No i oczywiście interpretacja artystki.

Podoba mi się, że niemal przed każdą piosenką wokalistka ma do opowiedzenia jakąś krótką historię z nią związaną. Najczęściej świadczą one o dużym dystansie do swojej osoby – Magda Umer nie pozuje, jest badzo bezpośrednia, żartuje ze swojego wieku, lecz jej słowa nigdy nie są puste, a każde zdanie trafia dokładnie w samo sedno.

Mi szczególnie zapadły w pamięci słowa o nieszczęśliwych miłościach, o ludziach, którzy długo rozpamiętują ból po stracie ukochanej osoby. I pewnie nie ma znaczenia, czy strata spowodowana jest n.p. śmiercią kochanka, czy na przykład perfidną zdradą i porzuceniem. Ból pozostaje bólem. Jednak te osoby mają przynajmniej wspomnienia, mają co rozpamiętywać. Co mają powiedzieć ci, którzy nie mają co wspominać? Ci, których nikt nigdy nie pokochał tak do cna? Ileż bólu w obserwowaniu szczęśliwych, przytulonych, zakochanych do szaleństwa par, gdy wokół siebie ma się pustkę i pełną goryczy świadomość, że czas ucieka i chyba już nie w tym życiu...

Po wyjściu z teatru rozmawialiśmy o tym z Aniołem i przyznaliśmy się, że każde z nas miało podobne doświadczenia. Ponieważ kjednak każdy dzień niesie z sobą nadzieję odmiany, doczekaliśmy swoich pięciu minut, od których rozpoczęło się nasze szczęście.

Słuchaliśmy, słuchaliśmy i dawaliśmy się ponieść interpretacjom Pani Magdy. Aniołowi pociekły łzy gdy popłynęły słowa „Od nocy do nocy” do melodii walca z „Nocy i dni”. No cóż, znów Osiecka, i znów kilka słów zaledwie, ale jakże trafnych….

http://www.youtube.com/watch?v=Te3gNLyoIJc&feature=related

Mi ścisnęło się garadlo gdy słuchałem, już w ramach bisów „Jeszcze w zielone gramy”, chyba najpiękniejszej piosenki napisanej dla tych, którzy mają coraz bardziej z górki...

Jeszcze w zielone gramy, 
Jeszcze nie umieramy, 
Jeszcze się spełnią nasze piękne sny, marzenia, plany, 
Tylko nie ulegajmy przedwczesnym niepokojom 
Bądźmy jak stare wróble, które stracha się nie boją 
Jeszcze w zielone gramy, choć skroń niejedna siwa 
Jeszcze sól będzie mądra, a oliwa sprawiedliwa 

(...)

Jeszcze na strychu każdy klei połamane skrzydła 
I myśli sobie Ikar, co nieraz już w dół runął 
"Jakby powiało zdrowo, to bym jeszcze raz pofrunął!" 

Zastanawiałem się, czy podczas bisów, artystka zapyta co chcemy usłyszeć i chodziła mi po głowie piosenka „Oczy tej małej” ze spektaklu „Sztukmistrz z Lublina”. Nie byłem jednak pewien tytułu, a zresztą i tak nie listy życzeń nie tworzono.

- Brakowało mi w tym programie jednej piosenki – powiedział Anioł kiedy szliśmy na parking do samochodu

- Jakiej?

- Nie pamiętam tytułu. „Oczy tej małej” czy jakos tak...

Zatrzymałem się zaskoczony. Ileż musieliśmy szukać się we wszechświecie, by po latach odnaleźć się, nadający na dokładnie tych samych falach!

Wspomniałem o bisach... Gdyńska publiczność gromkimi, niekończącymi się oklaskami wymogła wykonanie kilku. Potem zaś była owacja na stojąco, jaką  niewielu artystów otrzymuje.

Magda Umer na początku koncertu wspomniała o tremie. Nie wiem, czy to właśnie trema, czy może już „nie te” struny głosowe sprawiły, że momentami odnosiłem wrażenie iż piosenkarka nie jest w stanie wyciągnąć odpowiednio pewnych fragmentów. Podczas bisów jednak, gdy zaśpiewała swobodnie, dowiodła swojego kunsztu. Ciekawe, jak zabrzmi to na płycie, której premiera jeszcze w listopadzie.

Gdynia, 07 listopada 2010; 23:50 LT

 
1 , 2