Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
środa, 25 listopada 2009

Opuszczamy Norfolk.

 

Przed nami kilka dni drogi do Kolumbii.  Sporo pracy, ale też z pewnością i chwila wytchnienia wieczorem i odrobina czasu na uzupełnienie wpisów na blogu. Jeszcze kilka zdjęć z ostatniego pobytu w Szczecinie czeka na publikację, i fotki z jesiennego spaceru nad Radunią w okolicy wodnej elektrowni Rutki, a  życie niesie wciąz coś nowego.

 

Teraz już nie ma czasu. Za kilkanaście, góra kilkadziesiąt minut znajdziemy się na Atlantyku i skończy się zasięg.

Norfolk, 24.11.2009; 19:20 LT

poniedziałek, 23 listopada 2009

W poprzednich wpisach opowiadałem o podróży do Strzelec Opolskich i związanych perypetiach z opóźnieniem pociągu.

http://mojaszuflada.blox.pl/2009/08/ZNOW-JADE-POCIAGIEM.html

http://mojaszuflada.blox.pl/2009/08/NA-DWORCU-W-KRAKOWIE.html

http://mojaszuflada.blox.pl/2009/10/Nocny-Maraton-Blogerow-9-ZA-DUZO-LUDZI.html

Dziś historii ciąg dalszy. Napisałem odwołanie. Zobaczymy co z tego wyniknie.

*   *   *

Szanowny Panie,

Bardzo dziekuję za odpowiedź z dnia 02/09/2009 zawartą w piśmie BZGHS1-772-443/09 (kopia w załączniku) na moją reklamacje z dnia 05/08.2009 (kopia również w załączniku).

Niestety, muszę przyznać, że tłumaczenie opóźnienia dołączeniem wagonu z uwagi na zwiększoną frekwencję podróznych jako przyczyną niezależną od PKP Inetrcity, której jak Pan pisze "przewoźnik nie mógł przewidzieć" uważam za niewystarczającą. Każda osoba, która kiedykolwiek podróżowała koleją wie, że latem ilość podróżnych szczególnie na trasach łączących regiony turystyczne (a za taką niewątpliwie uchodzi relacja Hel - Kraków) znacznie rośnie. Tez wzrost jest szczególnie duży w okresach zmiany turnusów, czyli m.in. około 31 lipca, kiedy miałem okazję odbywać swoją podróż. Wie o tym nawet laik, a niewiedza o powyższym władz spółki "PKP Intercity" może co najwyżej wystawić jej świadectwo braku profesjonalizmu. Wydaje mi się również, że jest to sytuacja, o jakiej każdy z przewoźników powinien marzyć, ponieważ zwiększona frekwencja podróżnych to większe wpływy z biletów. Z tonu Pańskiego tłumaczenia wynika zaś, że była to dla PKP Intercity skrajna niedogodność.

W dalszej części listu pisze Pan, że "sytuacji tej [opóźnienia i utraty dalszego połączenia - przyp. mój] nie można zaliczyć do kategorii obciążającej przewoźnika" oraz, że "w drodze wyjątku (...) podjęto decyzję (...) zwrotu kosztów podróży za niewykorzystany bilet e-IC na odcinku Warszawa Centralna - Opole Gł."

Jestem zdziwiony uznaniem za WYJĄTKOWĄ decyzję zwrotu kosztów za niewykorzystany bilet. Przypominam, że wykorzystać go nie mogłem z powodu znacznego opóźnienia pociągu, którym podróżowałem z Gdyni do Warszawy. Taka decyzja nie powinna być żadnym wyjątkiem, lecz normalną procedurą

W mojej reklamacji wystąpiłem o zwrot nie 98 złotych za niewykorzystany bilet na trasie Warszawa - Opole, która uważam była mi należna bez żadnych wątpliwości, lecz 148 zł, czyli kosztów podrózy jaką faktycznie odbyłem (z kolejną przesiadką Krakowie, podróżując pięć godzin dłużej niż planowałem) aby dostac się na miejsce po utracie wspomnianego wyżej połączenia. Przypominam też, ze owe 148 zł musiałem zapłacić dodatkowo, ponieważ posiadając bilet internetowy nie miałem prawa do zwrotu zapłaconej wcześniej kwoty w trybie natychmiastowym (zgodnie z regulaminem, PKP Intercity ma 30 dni na rozpatrzenie prosby o zwrot naleznosci za taki bilet).

Przynanie mi 98,00 zł, która to kwota jak Pan pisze "zostanie wpłacona na adres wskazany w reklamacji" uważam w świetle powyższego za niewystarczające. Będę wdzięczny za Pański komentarz oraz zmianę decyzji.

Będę wdzięzny również za komentarz, dlaczego pomimo decyzji o zwrocie 98,00 zł otrzymałem przekaz pocztowy jedynie na 31,00 zł (kopia w załączniku).

 Z poważaniem (…)

Norfolk, 23.11.2009; 07:30 LT

Staliśmy w milczeniu stłoczeni w ciasnej windzie wiozącej nas do saloniku dla lojalnych klientów „Star Alliance”. Grupa przypadkowych ludzi, którzy mieli spędzić ze sobą jakieś czterdzieści sekund.

Nagle jakiś pan z lekka murzyńskiej urody odezwał się.

- Dzień dobry. Jak się macie? Wszystko w porządku? Cieszę się, że mogę jechać z wami tą windą – mówił non-stop jakby przemawiał na jakimś miniaturowym, windowym wiecu.

- A Ty? – zwrócił się do mnie – Ty chyba jesteś z Europy Wschodniej?

- Tak – odpowiedizałem – Jestem z Polski i tez się cieszę, że mogę jechać z Tobą – rzekłem bardziej kurtuazyjnie niż szczerze. Nie, zebym miał coś przeciwko niemu, ale było mi doprawdy wszystko jedno z kim jadę te kilkadziesiąt sekund – A skąd Ty jesteś?

- Z Etiopii.

W tym momencie drzwi się otworzyły. Dojechaliśmy na nasze piętro. Ściśnięci natychmiast wylalismy sie na zewnątrz i już każdy zaczął rozglądac się za wolnym stolikiem. Zdążyłem tylko krzyknąć, że było mi miło.

Nawet nie zdążyliśmy się pożegnać A jednak ciekawie byłoby się dowiedzieć kim był ten  nietuzinkowy człowiek.

Samolot do Filadelfii był zatłoczony jak ta wspomniana wyżej winda. Wszystkie miejsca zajęte. Wiedziałem, że tak będzie, bo już podczas odprawy on-line, gdy poprzedniego dnia wieczorem wybierałem sobie miejsce, niemal wszystko było już zaznaczone na czerwono. Wyciagałem właśnie książkę i gazety do czytania podczas podróży, gdy podeszła stewardessa i poprosiła bym... przesiadł się do biznes klasy. Mieli overbooking i aby wszystkich zabrać musieli kogoś przesunąć do wyższej klasy. Zazwyczaj traktują to jako specjalny bonus dla posiadaczy „złotej karty” programu lojalnościowego. Przesiadłem się z przyjemnością i z żalem pomyślałem, że ów uprzywilejowany status skończy mi się w lutym. Pomimo bowiem dość długiego pobytu poza krajem w tym roku, samych lotów miałem zbyt mało by uzbierać sto tysięcy mil wymaganych do przedłużenia ważności karty. W przyszłym roku będę musiał zadowolić się srebrną.

Plusem lotu w biznes klasie jest również fakt zajmowania miejsca blisko wyjścia. Jest to istotne szczególnie w USA, gdzie odprawa graniczna jest wyjątkowo uciążliwa i niemal zawsze wiąże się ze staniem w długich kolejkach. Mając miejsce na czele stawki, liczyłem na szybką odprawę i trochę czasu dla siebie przed kolejnym lotem. Ledwie jednak wyszliśmy z samolotu, a już pracownik Immigration zatrzymał na w korytarzu.

- Stop! Proszę nie iść dalej! Hala odpraw jest pełna i musicie poczekać tutaj, aż zrobi sie dla was miejsce.

No to ładnie. Już się szybko odprawiłem.

Staliśmy tak dobre dziesięć minut, a może trochę dłużej. Potem wpuścili nas do hali. Tam zaś kolejki, kolejki, kolejki. Do każdego okienka co najmniej dwadzieścia osób. Zważywszy, że urzędnik każdemu musi sprawdzić paszport, wizę, zapytać po co tu przyleciał, gdzie zamierza się zatrzymać i jak długo, przeczytać ewentualne listy potwierdzające prawdziwość oświadczeń, a na koniec pobrac odciski palców, wtkonac fotografię i wbić stosowne pieczątki zezwalające na pobyt – procedura taka trwa dobrych kilka minut. Pomnożona przez dwadzieścia kilka osób w kolejce wydłuża ten czas tak, że moje dwie godziny na przesiadkę zaczynały być niewystarczające. Okienek dla „visitors” było czynnych kilkanaście. Około dziesięciu zamkniete na głucho. Urzędnicy wiedzą kiedy przylatuja samoloty i ile mniej więcej ludzi. Teoretycznie możnaby więc przewidzieć, że w określonych godzinach należy otworzyć wszystkie okienka. Nikt się tym jednak specjalnie nie przejmuje. Wydłużają się procedury, bo co jakiś czas odpowiedzialni ludzie wymyślają coś nowego, lecz niewiele idzie w ślad za tym. Czasem wydaje mi się, że takie traktowanie podróznych jest częścią systemu, który ma pokazać, jak niewiele pojedyńczy człowiek znaczy wobec tej urzędniczej machiny. Śmiertelna powaga, nierzadko wręcz obcesowe zachowanie, a nad zmęczonym, czekającym w pokorze tłumem napis „Welcome in USA”.

Tak samo jak kilka innych osób wyciągnąłem książkę i zająłem się lekturą, bo ileż można patrzeć na stojacych w bezruchu ludzi? Po drugiej stronie hali w nieco krótszych kolejkach do odprawy czekali obywatele z amerykańskim paszportem. Ich procedury trwały nieco krócej, więc liczyłem na to, iż w końcu tamte kolejki znikną i przynajmniej część osób z naszej, gorszej połówki skierują właśnie tam.

Minęła godzina oczekiwania w kolejce. Wciąż miałem daleko do okienka, gdu nagle pewna pani urzedniczka krzyknęła:

- Prosze usytawiać się również do pozostałych okienek po drugiej stronie!

Dziki tłum ruszył galopem tak, jakby oferowano tam w świątecznej promocji bezpłatny sprżęt elektroniczny. Byłem czujny, więc znalazłem się na czele biegnacego peletonu i jakieś dziesięć minut później byłem odprawiony. Czasu miałem w sam raz tyle, by odebrać bagaż przejść przez odprawę celną, nadać bagaż ponownie i przemieścić się z terminalu A na terminal F.

Norfolk przywitał mnie bezchmurnym niebem i ciepłem (około 16˚ C) pomimo panującego już wieczornego mroku. Z lotniska jeszcze dwadzieścia minut jazdy samochodem i wreszcie znalazłem się na statku. Oczywiście wcześniej musiałem przejść kontrolę przy wejściu do portu, ale ponieważ legitymowałem się już opisywanym parę tygodni temu TWIC-em, mogłem osobiście pójść na keję, bez wymaganej eskorty.

Staliśmy w cichym kanale za kilkoma zwodzonymi mostami, przy elektrowni, do której dowozimy węgiel. Stąd w poniedziałek wieczorem, lub we wtorek rano wyruszymy w podróż do Kolumbii.

Norfolk, 23.11.2009, 05:25 LT

sobota, 21 listopada 2009

 

Po długim wieczorze i krótko przespanej nocy, zaraz po piątej budzik dał sygnał aby wstawać. Och jak nie chciało się opuszczać ciepłego łóżka! Samolot jednak nie poczeka. Walizka spakowana, jeszcze tylko poranna toaleta, ostatnie sprzątanie i pora ruszac na lotnisko.

Po drodze, już w taksówce zorientowałem się, że lecę nie przez Monachium, lecz przez Frankfurt. Ot taki drobiazg, na który wcześniej nie zwróciłem uwagi. Tyle tylko, że wylot z Gdańska zamiast o 08:45, miał tym samym miejsce o 08:15. Dobrze, że miałem trochę zapasu. Czasu było tyle, by kupić czasopisma na podróż, pożegnać się z Aniołem i szybciutko przebiec przez security check, bo już zaczęli wzywać pasażerów do właściwej bramki.

Z kronikarskiego obowiązku dodam, ze tym samym samolotem leciał pan Michalczewski, zwany Tygrysem. Nie wiedziałbym, gdyby nie Anioł. Mój Anioł zawsze mi zwraca uwagę na napotykanych polityków, aktorów, spiortowcóe. Ja, roztrzepany, chyba bym wpadł na takiego człowieka i dopiero po chwili, zorientował się, że skądś go znam.

Kilkanaście minut później siedziałem już w samolocie. Mogłem zobaczyć przez okno maleńki inny samolocik, kompanii, ktora uruchomiła niedawno loty ze Szczecina do Krakowa, i podobnie działa w Gdańsku. Z Gdańska mają byc jeszcze połączenia do Wrocławia.

Trzymam kciuki za to przedsięwzięcie, która może wreszcie złamie monopol LOT-u na połączenia krajowe, skazujące nas na brak połączeń między poszczególnymi miastami za wyjatkiem kombinacji z porzesiadką w Warszawie (co na ogół czyni podróż drogą i zarazem niepotrzebnie dłuższą).

Chwilę potem bylismy gotowi do startu. Z dalekiej perspektywy widać, że pas lotniska nie jest gładki jak stół.

A potem już widok na lotnisko z lotu ptaka i mogłem pospać podczas podróży do Frankfurtu.G

Przede mną transatlantycki lot do Filadelfii, a potem do Norfolku.

Frankfurt, 21.11.2009; 12:10 LT

środa, 18 listopada 2009

Dwudziesta rocznica obalenia berlińskiego muru zaistniała w rozmaity sposób również i w polskich miastach. W Szczecinie urządzono z tej okazji wystawę fotografii Tadeusza Czerniawskiego, który na przestrzeni kilku lat fotografował ów symbol podziału Europy, ze szczególnym uwzględnieniem momentu jego upadku.

Obalenie muru jak i całą gorącą drugą połowę 1989 roku, od pamietnych wyborów 4 czrewca w Polsce po barbarzyńskie (mimo wszystkich ich win) rozstrzelanie Nicolae i Eleny Ceausescu w Boże Narodzenie, mam wciąż w pamięci, a ponadto te wydarzenia ciągle powracają w mediach. Dlatego mniej skupiłem sie na tym okresie, dłużej przyglądając się wcześniejszym zdjęciom.

To podzielone miasto fascynowało mnie od zawsze. Ileż to czasu spędziłem nad planami, próbując oczyma wyobraźni przeniknąć tunele metra biegnące z jednej strony miasta na drugą, podzielone podwórka, domy z oknami na „tamtą stronę”. Ze Szczecina do Berlina jest rzut kamieniem i odkąd przestałem do NRD jeździć z rodzicami, każda moja wycieczka musiała zahaczyć o mur.

Najbardziej pamiętam tę w zimowe ferie 1980 roku. Byłem wtedy w klasie maturalnej i wybralismy sie tam z moim kolegą Witkiem na trzydniowy wypad. Zwiedzalismy wschodnioniemiecką stolicę, ale mnie korciło, zeby zobaczyc jak to jest z linią S-bahn, która biegła przez terytorum Berlina Zachodniego, wjeżdżała do wschodniej części miasta, gdzie miała jeden przystanek (przynajmniej na planie), a potem tory znów zawracały na Zachód. Znałem takie przypadki choćby z linii kolejowej Krościenko – Ustrzyki Dolne, którą  swego czasu wybralismy się na przejażdżkę by zobaczyć jak się jedzie między polskimi miastami bez paszportu tranzytem przez ZSRR. O przejażdżce przez Berlin Zachodni nie mieliśmy co marzyć, ale chciałem koniecznie zobaczyć ten dziwny przystanek. Jak on wygląda? Zamknięty? Ogrodzony? Strzeżony przez policję?

Namawiałem Witka byśmy tam poszli i zaplanowaliśmy to na ostatni dzień, przed wizytą w Pergamon Museum. Pociąg powrotny do Szczecina mieliśmy wieczorem, ale pokój w schronisku musieliśmy zwolnić rano, więc rzeczy zawieźliśmy do przechowalni bagażu. A potem już pojechaliśmy S-bahnem w okolice owej stacji.

Mur ciągnął się wzdłuż chodnika po jednej stronie ulicy. Intrygowało mnie, że przy tym samym chdoniku stały budynki z bramami prowadzącymi na podwórza. Jak wyglądały te podwórka? Przecież musiały znajdować się już wewnątrz owej zakazanej strefy! Kusiło, żeby zajrzeć. Witek pierwszy podchwycił ten pomysł. Przeszliśmy na drugą stronę i nie zdążyliśmy nawet zbliżyc się do bramy, gdy zagrodził nam drogę policjant. Poprosił o dokumenty. Podałem swoje, ale Witek na próżno przszukiwał kieszenie. Jego tymczasowy dowód osobisty został wraz z innymi rzeczami w przechowalni bagażu. Na policjancie nie zrobiło to większego wrażenia. Z kamienną twarzą wzywał przez ukaefkę radiowóz.

- Dwóch Polaków, jeden bez dokumentów... – tłumaczył.

Suka przyjechała szybciutko. Zapakowali nas i powieźli na jakiś komisariat. Posiedzieliśmy czekając na jakiegoś pana, który miał nas przesłuchać. Kiedy przyszedł, opowiedzieliśmy wszystko, ze szczególnym naciskiem podkreślając fakt, że wieczorem mamy pociąg do Szczecina, którym chcielibyśmy wrócić do domu. Pan pytał gdzie mieszkaliśmy w Berlinie (Jugendherberge „Egon Schulz”) i dlaczego spacerowaliśmy wzdłuż  muru? No i weź tu człowieku wytłumacz teraz, że spacerowaliśmy, bo chcieliśmy tylko zobaczyć, jak to jest z tą linią S-bahn z Berlina Zachodniego i czy ta jedyna stacja we Wschodnim stacja jest zamknięta dla ludzi? Ot tak, wyłącznie z ciekawości. Głupio, ale jakoś tak się tłumaczyliśmy. Potem pan kazał nam wrócic na miejsce, t.zn. posadzono nas na jakiejś ławce, czy krzesłach w innym pomieszczeniu i czekaliśmy co będzie się działo dalej.

Czas płynął. Pergamon Museum przepadło. Szkoda. Teraz zastanawialismy się, czy wrócimy tego dnia do domu. Głupio byłoby nie wrócić, bo rodzice nas oczekiwali, a nie wiadomo czy pozwoliliby nam kogokolwiek powiadomić.

Nie wiemy co działo się przez ten czas. Czy sprawdzali nasze alibi, czy może rozrzewniła ich nasza naiwność i chcieli nas tylko postraszyć. W każdym razie po dłużącym się oczekiwaniu wywołali nas ponownie i powiedzieli, że radiowóz zawiezie nas w okolice dworca Berlin Lichtenberg, skąd odjeżdżały pociągi do Szczecina i, że mamy nigdzie więcej już nie chodzić, tylko wracać do Polski. Przyrzekliśmy tak własnie zrobić i późnym wieczorem jak gdyby nigdy nic zameldowaliśmy się w domach.

Tamtego miasta poszukiwałem na zdjęciach. I znalazem. Szkoda, że na niewielu. Skromna to wystawa.

  

  

  

  

I są to zdjęcia głównie od strony zachodniej, od której mur był kolorowy, pomalowany przez grafficiarzy. W moim domowym archiwum zachował sie jeden niewyraźny slajd ze zdjęciem ponurego muru od strony wschodniej, z charakterystyczną tablicą ostrzegawczą. Pstryknąłem go chwilę przed zatrzymaniem przez owego policjanta. Jesli nie zapomnę, to może odszukam go podczas następnej wizyty w Szczecinie, zeskanuję i dołączę do tego wpisu.

A podczas mojego zwiedzania zamkowej wystawy, miała miejsce prelekcja dla jakiejs licealnej grupy. Rozpoczęła się słowami:

- Jesteście młodzi i nie pamiętacie tamtych czasów...

  

Ależ staro się poczułem! Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że przecież Pergamon Museum odwiedziłem pierwszy i jedyny raz dopiero po wielu latach, już w zjednoczonym Berlinie, gdy moje dzieci zaczęły chodzic do podstawówki. A jak to w końcu było z tamta stacją S-Bahn nie wiem do dziś.

Sopot, 18.11.2009; 17:00 LT

 
1 , 2 , 3