Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
niedziela, 30 listopada 2008
 

Stosunki między Chinami i Tajwanem zawsze były napięte. Chiny nigdy nie uznały niepodległości tej prowincji i wywierają dużą presję na inne kraje, by postepowały podobnie. Z każdym rokiem, w miarę wzrostu chińskiej potęgi i po przyłączeniu kolejnych, odrębnych kiedyś terytoriów jak Hong Kong czy Macao, pozycja Tajwanu staje się coraz trudniejsza.

Wrogość dwóch chińskich krajów stwarza liczne problemy. Kraje te bowiem bojkotują się nawzajem. Na shippingowym podwórku na przykład, żaden statek, który płynie z Tajwanu, nie ma prawa zawinąć do portu chińskiego i vice versa. Nie byłoby w tym nic szczególnego. Niejedno wszak embargo i niejeden bojkot miały miejsce na przestrzeni wieków.

Idee co prawda są piękne, ale jednak pieniądze też nęcą i na dodatek nie śmierdzą. Jak pogodzić jedno z drugim? Ano tak, jak w owym dowcipie o chłopie który widział na płocie napisane słowo „dupa”, więc pogłaskał. Siła bowiem słowa pisanego jest ogromna. A słowa poparte pieczątkami mają moc niemalże tajfunu. Nic im się nie oprze. Wystarczyło dobrze się rozejrzec i tę madrość wprowadzić w czyn.

Jak ktoś dobrze sie rozejrzał, to zauważył, że całkiem niedaleko od Tajwanu leżą wysepki Sakishima, należące do Okinawy. Najodleglejszy na południowy zachód zakątek Japonii.

Wystarczyło po drodze z Tajwanu do Chin (albo odwrotnie), zawinąć tam na chwilę, by móc potem oświadczyć w porcie docelowym, że płynie się z Japonii, na dowód czego przedstawiając opatrzone stosownymi pieczęciami kwity odpraw granicznych. W tym momencie wszystko juz było w porządku i żadnnemu z urzedników ani polityków nie przyszło do głowy, by kwestionować taką rutę.

Własciwie jedyną niedogodnością jest położenie wysepek. Nie leżą idealnie „po drodze” i trzeba ładnych parę godzin nadłożyć, ale nic lepszego w okolicy sie nie znajduje. Płynie więc na redę położonego na wypie miasteczka Ishigaki cały sznureczek statków. Wśród nich i my. Wizyta trwa średnio dwie godziny. Tyle czasu potrzeba aby agent przypłynął motorówką, zabrał statkowe dokumenty, pojechał na ląd, dokonał odprawy granicznej na przyjazd i wyjazd zrazem, po czym wrócił i oddał dokumenty wraz ze stosownym kwitkiem. Otrzymawszy je, można podnosić kotwicę i płynąć dalej. Z Japonii!

Tak było i dziś. Rzuciliśmy kotwicę na redzie zaraz po śniadaniu, a jeszcze przed południem znaleźliśmy się z powrotem na otwartym oceanie, w drodze na Tajwan.

Jak komus fortuna sprzyja, to pieniądze mu same z nieba spadają. Mieszkańcy Ishigaki mieli szczęście mieszkać w odpowiednim miejscu i czasie. Od wielu lat czerpią niezłe profity z tytułu zawinięć statków do ich portu. No i co, że tylko na redę? Opłaty za odprawę sa takie same. Stałe opłaty agencyjne również. Rozmaite koszty manipulacyjne zapewne też nie są symboliczne. A ruch statków spory. Gdyby nie stosunki chińsko-tajwańskie, prawie nikt by tutaj nie zaglądał. Z czego ci ludzie będą sie utrzymywać, gdy politycy obydwu krajów się dogadają? Na razie wykorzystuja swoje historyczne pięć minut.

Morze Wschodniochińskie, 28.11.2008; 23:20 LT

Kiedy nasz statek odpłynął ze stoczni, a rachunki ze stoczni jeszcze nie były gotowe, zaproponowałem mojemu współpracownikowi wycieczkę do pobliskiej pagody. To były chyba jedyne dwie godziny, podczas których mogliśmy całkowicie oderwać się od zawodowych problemów.

Pagoda na wzgórzu, widoczna z daleka i samotna, tak naprawdę jest częścią klasztoru, który ulokował się w niewielkiej kotlinie poniżej.

Ukryty jest on jednak przed wścibskim wzrokiem niemal do samego końca. Ostatni zakręt wijącej się pod górę drogi odsłania bramę i widok na zabudowania dopiero gdy już się właściwie przed nimi stoi.

Obce świątynie zawsze są szczególnie tajemnicze, gdy oglada się akcesoria nie wiadomo do czego służące. Doskwiera brak wiedzy, ale też taka wizyta staje się bodźcem, by przy najblizszej okazji coś więcej o tych egzotycznych ceremoniach przeczytać.

Oczywiście wiedzieliśmy, że hitlerowcy zawłaszczyli swastykę ze wschodnich religii, lecz dopiero stojac w świątyni i czując dreszcz grozy na widok hakenkreuza na piersi bóstwa, człowiek uświadamia sobie jak wielkiego wypaczenia dokonała historia za sprawą szaleńców, którzy próbowali wymordować całe narody w imię urojeń o wyższości swojej rasy.

Pagoda, jak wspomniałem, stoi na szczycie wzgórza. Za sto yuanów otwarto nam prowdzącaą do niej bramę, a po krótkiej wspinaczce także i same drzwi do wnętrza.

Parter i każde z sześciu pięter wygląda podobnie. Na centralnym ołtarzu figura świętego, otoczona przez setki małych, drewnianych figurek ustawionych na czymś co, chyba ma być chmurami.

Niemal każda z tych niewielkich figurek ma zawieszoną na szyi nieco ordynarną karteczkę z numerem. Taki prosty sposób na inwentaryzację. Ale oprócz tego, częśc figurek, szczególnie na najwyższych piętrach dzierży w dłoniach monety, a nierzadko i banknoty złożone przez wiernych w ofierze. Oczywiście najwięcej kasy dzierży w dłoni figura na centralnym ołtarzu.

Inne jednak też nie mają się czego wstydzić.Ciekawy jestem jak często mnisi starają się ulżyć świętym, oswabadzając ich ręce od nadmiernego ciężaru.

Postanowiliśmy dorzucić się i my. Chińskie banknoty wylądowały na głównym ołtarzu, a polska dwuzłotówka na pamiatkę naszej wizyty spoczęła na trąbie słonia.

Z pagody znów zeszliśmy do zabudowań klasztornych. Nie wiem jak często i o jakiej porze przychodzą tutaj miejscowi ludzie. Zarówno bowiem w ubiegłym roku jak i teraz uderzało mnie, że poza mnichami,robotnikami zatrudnionymi na budowie (bo w budowie jest kolejna świątynia) oraz starszymi kobietami dbającymi o porządek nie było tam nikogo. A nawet i oni jakby skryli się w budynkach, więc napotkaliśmy raptem kilka osób.

Na pustym dziedzińcu wiatr targał suszące się na sznurze mnisie szaty. Sacrum i profanum w takich momentach bardzo zbliżają sie do siebie.

Gdzie przebywał własciciel owego stroju? Może, za którymiś z tych drzwi przyozdobionych obrazami? Drzwi stojące w szeregu, strzegące dostępu do sąsiadujących ze sobą pomieszczeń, stworzyły coś w rodzaju galerii, której czas nie zechciał oszczędzić.

 

Kiedy juz napatrzylismy się, przeszliśmy na kolejny dziedziniec w kierunku kolejnej świątyni. Już z daleka zaczęła kiwać do nas z jej wnętrza znajdująca się tam staruszka. Podeszliśmy, a ona wręczyła nam po dwie mandarynki.

Wszystko odbywało się niemal w absolutnej ciszy, bez słów, ale za to w przebogatym języku migowym, kiedy najpierw nieco zażenowani nie chcieliśmy przyjąć podarunku, ale starowinka tak nalegała, że uznaliśmy iż być może nie wypada nie wziąć. Odchodziliśmy w głębokich ukłonach dla tej tajemniczej kobiety, która pozostając wewnątrz, jakieś dobre dwa metry od drzwi, odprowadzała nas wzrokiem. Wyglądało to tak, jakby nie chciała, aby ktoś ją zauważył. Zresztą w podobny sposób na przywoływała. Nie wychodząc na próg, z zapraszającym gestem, lecz pozostając w półmroku budynku, w pewnej odległości od drzwi, kiwnięciem ręki dając znaki, abyśmy podeszli. Nie wiedzieliśmy, czy te owoce nam podarowane to jakiś religijny zwyczaj, czy też zwykły gest sympatii. Tak niewiele rozumieliśmy z otaczającego nas świata...

Pora była wracać do stoczni. Pogrążony w ciszy klasztor pożegnał nas kolejną swastyką, wyraźnie odcinającą się od tła jednej ze ścian.

O umówionej wcześniej godzinie przyjechała taksówka, którą wrócilismy na dół do pełnej zgiełku industrialnej cywilizacji.


Morze Wschodniochińskie, 27.11.2008; 00:25 LT


Ilekroć myślę o drobnych biznesach przedsiębiorczych Chińczyków zawsze wspominam pomysłowych złomiarzy. To, że stocznie żelastwem stoją, wiedzą wszyscy, ale kto wie ile odpadków zamiast na składowisku, ląduje wprost za burtą, bo tak wygodniej wysłanym na statek pracownikom? Musi być tego niemało jeżeli ktoś na łodzi przeczesuje dno. W pierwszej chwili wydawać by się mogło, że to rybacy. Co chwilę wyrzucają za burtę jakiś sznur, by po chwili ciągnąć go z powrotem. Zamiast haczyka i przynęty na jego końcu znajduje się... magnes. Jeśli dopisze szczęście, to zamiast ryby, przyczepiony do sznura dyndać będzie kawał złomu. Wygląda na to, że jest w stanie zapewnić utrzymanie kliku współpracującym ze sobą osobom.

Wśród chińskich impresji nie może zabraknąć także podróbek. Ten kraj przecież słynie z piractwa i nielegalnego kopiowania wszystkiego co możliwe. Jakość nie ma znaczenia, byle tylko rzecz z wyglądu przypominała oryginał. W odróżnieniu od nam znanych, które wstydliwie kryją się w odleglych zakamarkach targowisk, podróbki w Chinach zajmują eksponowane miejsca na sklepowych półkach.

Na półkach z kosmetykami tyle jest flakoników z markami rózniącymi się od oryginału jedną tylko literką, że nawet jeśli znajdzie się poprawnie napisana, trudno uwierzyć w jej autentyczność. Z płytami nikt nawet nie próbuje udawać. Podobnie jak z i-podami czy inną elektroniką. Czekolada „Dove” (jedyna dostepna w okolicach stoczni) była tak podła, że zatsanawaiłem się jak to mozliwe. A być może i ona była jakimś garazowym, a nie fabrycznym produktem?

Przymierzałem się od jakiegoś czasu o napisaniu paru zdań o jedzeniu, ale jakoś cięzko mi się zebrać. Być może dlatego, że nie miałem tym razem zbyt wielu okazji do skosztowania czegoś niecodziennego. Pozostawię to więc do następnej wizyty, a teraz jedynie odtrąbie larum. Tak, larum. Idą bowiem niespokojne czasy. Gołąbek pokoju zakończył żywot w jakiejś brytfannie.

No, może to nie gołąbek, ale cokolwiek to nie jest, nosi miano ptaszyny pokoju. Jakoś przykro patrzeć, że upieczo ją i wystawiono na sprzedaż za jedyne 38 yuanów.

Morze Wschodniochińskie, 26.11. 2008; 23:00 LT


Moja opowieść o wyjeździe do Chin zupełnie już zatraciła chronologię, a jeszcze bardziej aktualność. Zdarzenia sprzed tygodnia mieszają się z tymi sprzed trzech tygodni. Rzadko zaś mam czas, by napisać o tym co dzieje się w danej chwili. A ostatnie dni chociaż nie były już tak wyczerpujące fizycznie, to z okolei upłynęły pod znakiem zmiany miejsc.

Na wyspie Liuheng po zakończeniu negocjacji mieliśmy z moim współpracownikiem pojechać do Ningbo, skąd on dalej miał kontynuować swą podróż via Szanghaj do Polski, a ja do Nanjing na kolejny statek. Wystarczył jednak szybszy niż spodziewaliśmy się załadunek i otrzymałem informację, że muszę przyspieszyć swój wyjazd o dobę. Na szczęście ostateczną wysokość rachunku zdążyliśmy ustalić do wieczora, więc kolega pozostał do zakończenia formalności w dniu następnym, a ja wcześnie rano opuściłem wyspę. Stoczniowy krajobraz wolałem pamiętać taki, jaki był nocą, czysty i pełen świateł. Rano wyłazi szarość i bylejakość.

Do Nanjing agent zawiózł mnie samochodem. Podróż trwała siedem godzin, pomimo, że jechaliśmy autostradą. Kiedy przyglądałem się chińskim drogom, zazdrościłem, że u nas wciąż więcej się mówi niż buduje. I nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby podobne właśnie Chińczycy zbudowali nam przed Euro 2012. Tyle tylko, że chyba jakoś cicho na ten temat po wizycie premiera w Pekinie. A może tylko mi się zdaje?

Na dłuższą metę podróż z ominięciem miast, pomimo, że szybka i wygodna, staje się nudna. Jeżeli zaś doda się do tego zmęczenie i odpływ adrenaliny po zkończonym definitywnie remoncie, nie dziwi, że większą część tej jazdy przespałem.

Dopiero późnym popołudniem dotarliśmy do Nanjing. Kiedy zjechaliśmy z autostrady mogłem znów przyglądać się poczynaniom chińskich kierowców, którzy czasem zachowują się na drodze tak, jakby grali w rosyjską ruletkę. Jazda pasem pod prąd gdy wszystkie w danym kierunku akurat są zajęte to niemal reguła. To, ze jadąc prosto, mój kierowca na skrzyzowaniach zajmował pas do lewoskrętu (bo to pozwalało mu wyprzedzić tych co jechali normalnie) to również praktyka nierzadka. Ci z przeciwka czynili podobnie, więc zazwyczaj trudno było dokładnie przewidzieć co wydarzy się po kolejnej zmianie swiateł. Na wszelki wypadek wszyscy trąbili na wszystkich i węzeł jakoś się rozładowywał. Nie zawsze się udaje, o czym w tym roku przekonał się jeden z naszych kolegów, którego auto zostało staranowane przez ciężarówkę jeszcze na terenie stoczni. Z połamanymi żebrami przeleżał czas jakiś w chińskim szpitalu. Miał szczęście, że siedząc na tylnym siedzeniu nie zapiął pasów. Dzięki temu siła uderzenia rzuciła nim o przeciwny bok auta i ogolnie połamała. Gdyby zapiął pasy, utknąłby w poważnie pogniecionej części samochodu ze skutkiem o wiele cięższym.

Chińczycy mają jakąś dziwną skłonność do przepychania się. Zauważyłem, że prawie nigdzie nikt nikomu nie ustępuje drogi. Być może stąd bierze się ich brawura na drogach. Oczekiwanie na wejście na dość długi i przede wszystkim wąski trap było zawsze bardzo irytujące. Nikomu nie przyszło nawet do głowy, żeby poczekać te kilka sekund, aż zejdzie czy wejdzie ktoś z przeciwnej strony. Czekałem w nieskończoność na próżno. A kiedy w końcu udawało się uchwycić moment gdy trap był pusty, to i tak zanim doszedłem do końca, ktoś pakował się bezeceremonialnie i zaczynała się przepychanka. Pewnego razu zostało mi do końa może ze cztery metry, kilka kroków zaledwie, gdy pojawił się Chińczyk z wielkim pakunkiem. Paczka była ciężka, ledwie ją mógł udźwignąć, a przy tym na tyle duża, że z trudem sam mieścił się na trapie. Oczywiście nie zaczekał ani chwili, bym zrobił te ostatnie cztery kroki i zostawił mu wolne przejście lecz wpakował się na trap. Nie było szans aby się wyminąć. Zwarliśmy się w jakimś dziwacznym klinczu, którego centralną część stanowił ów pakunek. Praw fizyki ominąć się nie da i skończone wymiary trapu stały się ślepą uliczką. Ktoś musiał ustąpić. Ja nie zamierzałem mając za sobą przemierzony prawie cały odcinek i koniec dosłownie na wyciągnięcie ręki. Chińczyk też nie cofnął się o te trzy kroki. Jakimś nadludzkim wysiłkiem podniósł paczkę na tyle wysoko, by móc oprzeć ją na poręczy i przesunąć nieco w bok. Tym samym zrobił mi niewielką szczelinę na przeciśnięcie się. Potem mógł ruszyć pod górę. Stracił więcej czasu i energii, niż gdyby po prostu na kilka sekund zatrzymał się przed trapem. Kierowcy postępują podobnie. Przepisy ruchu liczą się najmniej. Ciężarówki wymuszają pierwszeństwo na osobowych, te na skuterach, skutery na rowerach, a na samym dole tej drabiny znajduje się pieszy. Walka z niebezpieczną jazdą prowadzona jest perswazją. Widziałem coś w rodzaju gazetki ściennej w gablotach na jednym z postojów na autostradzie. Oprócz kilku rysunków przedstawiających pożądane zachowania, znadowało się kilka zdjęć obrazujących skutki. Zdjęć bardzo realistycznych i wstrząsających. Nie mogę zapomnieć widoku małego chłopca w krótkich spodenkach leżącego w kałuży krwi, wgniecionego w asfalt kołem potężnej ciężarówki. Spod koła wystawały jedynie te spodenki i nogi. Fotografie ( i ta, i inne) przedstawiają wypadek z bliska i z detalami. Nie wyobrażam sobie takich publikacji w naszej części świata, ale jak widać co kraj to obyczaj.

Po formalnościach w Immigration Office w Nanjing, na statek dotarłem prosto na kolację. Jeszcze przed śniadaniem zaś rzuciliśmy cumy odpływając do Lianyungang.

Najpierw czekała nas doba jazdy po rzece. Jak zwykle ogromne wrażenie robi ruch na Jangcy. Nie wiem czy nie jest to najbradziej ruchliwa wodna arteria na świecie. Wygląda tak, jakby wszystlko co unosi sie na wodzie i potrafi przewieźć cokolwiek, ruszyło na ten szlak. Można też natknąć się na prawdziwe barkowe pociągi jak ten na zdjęciu zestaw dziesięciu barek wypełnionych węglem, ciągniętych z mozołem przez cztery holowniki.

Najprzyjemniejszy jednak był spokój po wyjściu na otwarte wody. Zbiegło się to także z początkiem weekendu. Nie miałem już tak wiele obowiązków jak jeszcze kilka dni wcześniej, maile nie przychodziły, wiec mogłem wreszcie wyjść na pokład spokojnie, by w wyciszeniu i bez pośpiechu pogapić się na zachód słońca.

W Lianyungang zaś zamknąłem raport z wizyty, spakowalem walizki i znów wsiadłem do samochodu, by ruszyć dalej na północ, do Qingdao, gdzie znów miałem spotkać się ze stakiem, który opusciłem niedawno po stoczniowym remoncie. Dojechałem tu wczoraj , a dziś w porannej mgle opuściliśmy port, biorąc kurs na Tajwan.


Morze Wschodniochińskie, 25.11.2008, 23:55 LT


poniedziałek, 24 listopada 2008

  

Wyspa Liuheng była kiedyś słabo zaludnionym lądem z kilkoma rybackimi osadami. Do czasu, kiedy zadecydowano, że jej tereny zostaną przeznaczone na cele przemysłowe. Obecnie znajduje się tam pięć stoczni, w tym trzy duże: Longshan, Xinya i COSCO. Ta ostatnia to prawdziwy moloch. Zajmuje obszar o dlugości pięciu i szerokości dwóch kilometrów. Przejście z jednego nabrzeża na drugie to czasami cała wyprawa. Ja często odbywałem półgodzinny marsz z naszej kei do stoczniowego biura i taki sam z powrotem. Ale stocznie to przede wszystkim ludzie. Samo COSCO zatrudnia ponoć dwanaście tysięcy pracowników. Zjechali tu z najodleglejszych zakątków swojego wielkiego kraju. Jeżeli dodać pozostałe stocznie, zrobi się pewnie jakieś dwadzieścia tysięcy.Taka masa ludzi przyjechała (oczywiście nie od razu) na wyspę nieomal dziewiczą. Trzeba było zbudować dla nich mieszkania, a także całą miejską infrastrukturę. Tam, gdzie nie ma praktycznie żadnej konkurencji, o zarobek najłatwiej. W ślad za nimi napłynęła więc cała masa przedstawicieli świata usług. Za marynarzami pojawili się zaś sklepikarze z elektroniczną tandetą, restauratorzy, taksówkarze i... panie wątpliwej reputacji. Opdowiadali mi miejscowi, że jeszcze niedawno głównym środkiem transportu na wyspie był rower i co najwyżej skuter. Dziś sporo jest tam samochodów, głównie zdezelowanych, ale trafiają się i wypasione bryki. Miasteczko, które składa się z jednej ulicy o nieutwardzonej jeszcze nawierzchni, wieczorem rozbłyska neonami licznych barów: „Athina”, „Pireus”, „Manilla”, „Captain” i.t.p. Tam każdego wieczoru  ląduje w kasach twarda waluta i właściciele tych przybytków to z pewnością najbogatasza część wyspiarskiej społeczności. Na drugim końcu są ci, których dzienny dochód pozwala im zapewne ledwie zaspokoic głód. Widywałem na przykład kalekiego szewca, który rozkladał się ze swoim „warsztatem” na płachcie plastiku wprost pod gołym niebem. Miał niewielką, ręcznie napędzaną maszynę, którą reperował buty, tanie przeciez w Chinach lecz prawdopodobnie drogie w stosunku do robotniczych zarobków. Tei są zresztą zapewne bardzo zróżnicowane, jak i standardy życia stoczniowców. Wielu z nich mieszka w porządnych, zakładowych osiedlach. Domy nie ustepują tym, jakie my znamy, a wejście na teren czysto utrzymanego osiedla wiedzie przez bramę z portiernią.

Na drugim biegunie są ci, którzy zasiedlają coś w rodzaju hoteli robotniczych. Baraki rozrzucone po terenie stoczni, w oknach zamist firanek i zasłon mają poprzyklejane do szyb gazety. Nieliczne niezasłonięte odkrywają świat metalowych, piętrowych łóżek, upchnietych wzdłuż ścian i pozostawiających niewiele wolnego miejsca na srodku „pokoiku”.

Nie miałem czasu, by chodzic na spacery, lecz kiedy statek już odpłynął, a my ślęcząc od rana nad kolumnami cyferek w rachunkach robilismy przerwę na lunch, była to okazja do krótkiej przechadzki po stoczniowych okolicach.

Na lunch chodziłem do Koreanki. To nasza umowna nazwa koreańskiej restauracji (i jej wlascicielki), które nie wiadomo jak nazywaja się naprawdę

Zamawiałem tam zawsze kalmary, do których jako przystawkę otrzymywałem kim-czi, coś w rodzaju kiszonej (lecz nieszatkowanej) kapusty przyprawionej bardzo pikantnie.

Zajadałem się tym kim-czi, które szczególnie w połączeniu z zimnym piwem smakuje wybornie.

Kilkadziesiąt metrów dalej standard kulinarnych usług wyraźnie się obniża. Na chodniku wyrastają uliczne garkuchnie. Posiłki przygotowywane są wprost na oczach przechodniów i wśród nich też, przy przeróżnej maści stolikach są konsumowane.

To jest jednak wciąż wyższa sfera. Przed budynkiem z ciągiem handlowym, na betonowym chodniku pozwalającym utrzymać czystość. Właściciele co jakiś czas zamiatają i spłukują ten chodnik, by utrzymać miejsce swojej pracy w przyzwoitym stanie.

Nowy budynek na skraju stoczniowego osiedla kończy się jednak, a wraz z nim kończy się chodnik. Na dzikim placu rozciagającym się dalej powstało lokalne targowisko.

Tutaj można zjeść znacznie taniej. Amatorów nie brakuje. Wokół rozłożylo się wiele prowizorycznych kuchni pod gołym niebem. Lepią pierogi, gotują zupy i makarony. Na jednym z takich stanowisk, nad osłoniętym przypaloną tekturą garnkiem z wrzątkiem, mozna było zobaczyć maszynkę do robienia makaronu. Kawałek ciasta ładwany był do niewielkiego zasobnika, po czym wyciskany lądował w postaci długich nitek wprost do woka.

Ponieważ jednak nie samym chlebem żyje człowiek, pomyślano też o rozrywkach. Pod prowizorycznym dachem, ustawiono kilka przeraźliwie zakurzonych stołów bilardowych, z których po pracy chetnie korzystają stoczniowcy.

Na tym targowisku prowizorka i bud są porażające. Chociaż trzeba przyznać, że podziw budzi też pomysłowość Chińczyków otwierajacych swoje usługowe „biznesy” prawie niczym nie dysponując.

Tkwią na tym ponurym klepisku z dźwigami stoczniowymi w tle, żyjąc z tysięcy pracujących tam, za bramą. Może kiedys dorobią się swojego warsztatu albo baru, a może staną się kiedyś poważnymi biznesmenami jak jedna z najbogatszych Chinek, która zaczynała od sprzedawania herbaty wprost na ulicy. Kariera od pucybuta do milionera jest jak widać możliwa nie tylko w USA.

Kończy się jednak i targowisko. Dalej rozpościera się już tylko pusty plac. Rynkowa nisza dla potencjalnych milionerów, którzy być może właśnie w tej chwili przemierzają tysiące kilometrów z odległych, zachodnich prowincji do swojej wyspiarskiej ziemi obiecanej.

 

Lianyungang, 22.11.2008, 11:20 LT

 
1 , 2