Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
piątek, 30 listopada 2007
   

Wszystkiego się spodziewałem tylko nie tego. Wkładałem wtyczkę USB aby zgrać kolejne zdjęcia z telefonu i w tym momencie coś pisnęło, ekran laptopa zgasł i zapadła cisza. Próby reanimacji się nie powiodły. Natychmiast skontaktowałęm się z działem IT i po opisie zdarzenia rokowania są złe. Oczywiście jeżeli coś dzieje się źle, to na ogół w sytuacjach najmniej sprzyjających. Również i tym razem. Jestem w Szczecinie, mam w planie krótką wizytę w Trójmieście i wypad z Aniołem na weekend. Teraz muszę znaleźć czas na podrzucenie laptopa do naprawy, lecz przede wszystkim tracę co najmniej 5 dni na zrobienie czegokolwiek. A wszystko miałm już dokładnie zaplanowane. Zamiast nadrobić zaległości, tylko je pogłębię. Jedyny plus tego wszystkiego, to przymusowo niezakłócony weekend z Aniołem. Nie będę odrywać się do zajęć związanych z pracą, bo brak laptopa mi to uniemożliwi. Jak znam życie, pewnie świat się od tego nie zawali. Chociaż nagle uświadomiłem sobie jak bardzo uzależniony jestem od tego urządzenia. Nagle nie mogę w domu nie tylko pracować, ale również skorzystać z usług banku, wrócić do rezerwcji biletów, przjrzeć prasy no i oczywiście pisać bloga.

Z drugiej strony... to był pierwszy od dawna prawdziwie wolny dzień. Wróciłem do papierowego wydania gazety czytanej przy kawie, wylegiwałem się w wannie nieprzyzwoicie długo, a wieczorem bezstressowo oglądałem telewizję.

Tylko gdzieś tam w zakamarkach świadomości tliła się iskierka niepokoju, że ten spokój jest tylko pozorny, bo odcięto mnie od informacji.

Szczecin, 30.11.2007; 11:45 LT

wtorek, 27 listopada 2007

  

Po „Kotach” i przebudzeniu w Trójmieśie, w piątek pojechałem do Szczecina. Na trochę, bo w niedzielę odbywał się w Gdyni koncert zespołu „Pod Budą”. Jak już jakis czas temu wspominałem, obchodzą w tym roku 30-lecie działalności. Trzydzieści lat ich piosenki mi towarzyszą. Pamiętam, jak za pierwszym razem, w liceum, pomyliło mi się „Pod Budą” z „Budką Suflera”. Tu buda, tam budka... Ale potem, mimo całej sympatii dla Budki, wierny pozostałem Budzie. Pierwsza, winylowa płyta zjechana była straszliwie. Czeka od dawna na lepsze czasy, kiedy dorobie się ponownie gramofonu, więc tym milej było usłyszeć te dawne kawałki na koncercie. „Bardzo smutna piosenka retro” to samograj pamietany do dziś, ale „Ciotka Matylda” czy „Gdy mnie kochać przestaniesz” przypomniały się poruszając w sercu te najwrażliwsze struny. Wspaniale było je usłyszeć.

Największym jednak przeżyciem tamtego wieczoru były nie piosenki znane już wczesniej, lecz jeden utwór, który Maja Sikorowska, córka lidera grupy, zaśpiewała w brawurowym stylu. Musiał pochodzić z jedenej z nowszych płyt, której dziwnym trafem nie posiadłem. Z wrażenia zapomniałem tytułu. Traktował o Grecji. Wykonany był z takim kunsztem wokalnym, że dostawałem gęsiej skórki targany przyjemnymi mikrodreszczami. Artystka zebrała zresztą za to wykonanie ogromne brawa od publiczności. Żałuję, że nie zdobyła się na bis.

W ramach bisów pojawiła się za to jedna z moich ulubionych piosenek.

Kiedy poranną sączę kawę
rozgrzany po niedawnym śnie
przeglądam pierwsze strony gazet
i mówiąc szczerze boję się
Wokół ruiny i pożogi
płyną powodzie spada śnieg
i wszędzie twarze pełne trwogi
bo zbliża się kolejny wiek

Więc ci dziękuję losie choćby tylko za to
że nie musiałem się urodzić pod wulkanem
że średni u nas klimat i przeciętne lato
ale dzieciaki są przeważnie roześmiane
i chociaż czasem przyfruwają szare dni
a przez mój ogród nie chce płynąć żyła złota
to przecież zawsze mogłem robić rzeczy trzy
jeść pić kochać

Kiedy poranną sączę kawę
i topię w niej niedawny sen
przeglądam pierwsze strony gazet
to jedno wiem naprawdę wiem
Gdy dookoła puste słowa
i nowa bitwa wciąż u drzwi
to trzeba umieć uszanować
tę jedną chwilę która lśni

Więc ci dziękuję losie...

 

Tekst tej piosenki, był jednym z tych, które często towarzyszyły mi w t.zw. dalekich podróżach myślowych. Jeść, pić i kochać... Trzy słowa, a taki ogrom szczęścia. Często przychodzą mi do głowy podczas gorących debat jak chociażby przy okazji niedawnych wyborów. Myślałem też o nich kiedy z Aniołem jechaliśmy nazajutrz rano do pracy. Los akurat ostatnio nie skąpi mi żadnej z tych trzech rzeczy, więc... to chyba szczęscie jest?

W pracy zaznaczyłem tylko symbolicznie swoją obecność, bo przeciez jestem na urlopie. Wypiłem z Aniołem poranną kawę, po czym wsiadłem do samochodu i ruszyłem w ponowną drogę do Szczecina. W poniedziałek miało na drogach być źle. Zapowiadano załamanie pogody. W Gdyni popadywał co prawda przelotny deszcz ze śniegiem, ale nie były to jakieś ekstremalne warunki. Na dodatek w okolicach Koszalina zrobiło sie zupełnie sucho więc rokowania były całkiem dobre.

Nie wiem czy Nowogard jest na Pomorzu Zachodnim takim biegunem zimna jak Suwałki dla całej Polski, ale w tym roku już trzy razy załamanie pogody łapie niemal dokładnie w tym samym miejscu. Zaczyna się w okolicach Płotów, ciagnie sie przez Nowogard i zanika w okolicach Goleniowa. Tym razem niemal dokładnie przy wjeździe do Płotów droga zrobiła się nagle oblodzona. Pola wokół pokryte były śniegiem. Wszyscy ograniczyli prędkość.

Ograniczenie prędkości zmniejszyło przepustowość trasy, którą zakorkowała sygnalizacja swietlna w samym Nowogardzie. Przy wjeździe. do miasta zrobił się długi na jakieś dwa kilometry korek.

Nowogard był cały przysypany białym puchem. No, puch to może nie był, ale biało było wszędzie.

A po wyjeździe z tego miasta sytuacja zaczęła się po prawiać i tradycyjnie w okolicach Goleniowa śnieg zniknął zupełnie. Do Szczecina doatrłem z ponad godzinnym opóźnieniem. W Szczecinie w ogóle śniegu nikt tego dnia nie widział.

Najchetniej zamknąłbym się teraz w swoim mieszkaniu i przez te kilka dni nie wystawiał nosa za drzwi. Nazbierało się jednak spraw do załatwienia podczas mojej nieobecności. Mimo wszystko zwolniłem jednak troche obroty i to jest pozytywne.

Szczecin, 27.11.2007; 23:45 LT

poniedziałek, 26 listopada 2007

 

Szans wielkich nie ma, ale ja czekam i kibicuję kandydaturze Wrocławia na Expo 2012. Cuda się przecież zdarzają, a dopóki piłka w grze... Poczekam jeszcze te parę minut.

Minuty się przeciągają.

Współczuję Wrocławiowi. Pozostał osamotniony na placu boju. Najpierw był nie dość wspierany przez MSZ (czytałem kilka miesięcy temu artykuł opisujący kardynalne zaniedbania w tym względzie). Dziś zaś traktowany jest przez najwyższe władze jak trędowaty. Tak jakby ewentualna porazka była zaraźliwa. Po porażce zapewne szybko zapadnie cisza. Sprawa żyć będzie jedynie na szczeblu lokalnym.

Chaciałbym zaś zobaczyć te pełne euforii powitanie, z pewnością spotkania i z premierem, i z prezydentem oraz z każda inną władzą gdyby tylko temu miastu się powiodło. Ojców sukcesu natychmiast pojawiłoby sie w nadmiarze.

Przykre gdy patrzy się jak sami na własne zyczenie, przez własną nieudolność tracimy dużą szansę. To przecież szansa nie tylko dla Wrocławia lecz dla całej Polski. Trudno wyobrazić sobie lepszą okazję do promocji naszego kraju niż Euro i Expo w tym samym roku. Co za gorące lato by było! Kiedyś taką drogą poszła Hiszpania. Olimpiada w Barcelonie, Expo w Sewilli oraz mistrzostwa swiata w piłce nożnej – trzy wielkie imprezy w ciągu dwóch lat.

Dużo się dziś mówi o nieuczciwej konkurencji i  o złożonym proteście, który jednak rozpatrzony będzie nazajutrz – musztarda po obiedzie. Nasuwa się pytanie: czy nie wiadomo było o tym wczesniej? Czy nikt nie widział co się święci? Dlaczego nie nagłaśniano sprawy na przykład tydzień temu? Gdzie był premier? Gdzie był prezydent? Kandydatury marokańską i koreańską reprezentują najwyższe władze. Polską... wstyd wspominać. Żenujące były duskusje wokół odwołanej wizyty marszałka Senatu i w końcu jego zmiana decyzji oraz dotarcie do Paryża w ostatniej chwili.

Sam Wrocław też trochę jakby poddał się w ostatniej chwili. Nasza polska tradycja uczyła nas walczyć do końca, pomimo splotu przeciwieństw i braku atutów. Gdyby ufać wyłącznie rozsądkowi nie mielibyśmy Euro 2012. Nawet więc jeśli wszystko było przeciw, warto było grać do końca. Tymczasem nawet zwykłych pikiet nie było widać. Ani w Paryzu ani w samym Wrocławiu. Szkoda.

Godzina 21:52. Właśnie nadeszła wiadomość, ze Wrocław odpadł w I turze.

Dostał tylko 13 ze 140 głosów. Mimo wszystko gratuluję mierzenia sił na zamiary. I próby spełnienia marzeń. Wrocławian lecz także i moich, mimo, że we Wrocławiu bywam zazwyczaj tylko przejazdem.

Szczecin, 26.11.2007; 22:05 LT

niedziela, 25 listopada 2007

To przykre, ale „Koty” definitywnie schodzą z afisza w warszawskim Teatrze Roma.

Bardzo lubiłem słuchać nagrań utworów z tego musicalu, lecz nigdy nie widziałem samego spektaklu. Ani na żywo, ani w postaci nagrania. Wyglądało, ze to jedna z ostatnich okazji. A ponieważ nie udało się nam z Aniołem ani razu nigdzie wyjechać tego roku, był to dobry pretekst do zafundowania sobie jednodniowej wycieczki do Warszawy specjalnie na ten spektakl.

Wyjechaliśmy z Trójmiasta pociągiem IC skoro świt. Początek, to mały falstart jak na Intercity, ponieważ okno w naszym przedziale nie dawało się zamknąć. Uprzejmy konduktor poradził nam przesiąść się do ostatniego wagonu, gdzie było sporo pustych przedziałów, ale tamten wagon był dziwnie wyziębiony. Zamknęliśmy przedzial (wyziębiony był szczególnie korytarz), odkręciliśmy grzejnik i powoli temperatura zaczęła się podnosić.

W samo południe dotarliśmy do stolicy.

Zamknęliśmy w skrytce nasz bagaż i moglismy bez obciążenia ruszyć na spacer. Najpierw, po sąsiedzku, Złote Tarasy.

Pamiętałem rozkopoany teren koło dworca „Warszawa Centralna” przed trzema laty, lecz nie przypuszczałem, że efekt będzie tak dobry. Nie robilismy żadnych zakupów w tym centrum handlowym. Przyjemnością było jednak obejrzeć tę niebanalną budowlę. Na mnie oczywiście najwieksze wrażenie zrobiło owo szklane, pofałdowane sklepienie.

Potem zrobiliśmy skok o ponad pół wieku wstecz, czyli wybralismy się na taras widokowy Pałacu Kultury i Nauki. Widoki były przednie, chociaż mgła znacznie ograniczyła dystans. Tarasowi przydałby się jednak lifting. Wygląda nieco topornie, ale przecież Pałac to juz jednak zabytek. Może kojarzyć się źle, lecz nikt nie zaprzeczy, że stał się jednym z symboli Warszawy. Nalężę do grona tych ludzi, którzy stanowczo sprzeciwialiby się pojawiającej się co jakis czas idei wyburzenia tego obiektu.

Po powrocie na dół, poszliśmy do Teatru Roma odebrac zamówione bilety, by bez pośpiechu  spokojnie dojechać potem na spektakl.

Następnie pojechaliśmy na Stare Miasto.

Tam znalazłem to, co często umyka oczom, kiedy spaceruje sie ulicami. Stylowe „rzygacze”. Żyją jakby w innym świecie, zawieszone kilkadziesiat metrów nad głowami przechodniów, odległe i niedostępne, tajemnicze, baśniowe istoty.

Nigdy nie mam dość czasu, by zwiedzić Zamek Królewski. Pewnie dlatego, że wiąże się to z kilkugodzinną przechadzką, a ja zawsze wpadam do stolicy jak po ogień.

Rynek piękny, ale nieco już senny o tej porze roku. Smętny konik zaprzężony do dorożki daremnie oczekiwał klientów.

Zdążyliśmy już nieco i zziębnieć i zgłodnieć w trakcie tego spaceru. Kusił „Bazyliszek”. Kiedyś obawiałem się, że po wejsciu w tamtejsze progi powali mnie nie tyle wzrok bestii, co wysokośc rachunku, ale na szczęście nie było tak źle. Przynajmniej w porównaniu z innymi niezłymi restauracjami. Najedliśmy się juz samą przystawką w postaci całego garnka muli w masle czosnkowym, krewetek z grilla (akurat były one promocyjnym daniem dnia: 5 sztuk za 9,90 zł), ciepłymi bułeczkami, i białym winem. Potem Anioł skusił sie na sałatkę ze szpinaku a ja na kotleciki cielęce w sosie z kurek. Sos co prawda z trudem dojrzałem na talerzu, ale całe wrażenie z tej „obiadokolacji” było bardzo pozytywne.

Kiedy wyszliśmy, rynek spowijał juz mrok. Księżyc w pełni świecił nad Syrenką i dachami pobliskich domów.

Przeszliśmy do Brabakanu , a później na Muranów, skąd metrem wrócilismy pod Pałac Kultury i Nauki. W sam raz był już czas aby udać się do teatru. Przed wejściem i w srodku tłum. Widownia zaskoczyła nas swoim wystrojem. Owe balkony z lożami, secesyjne lampy... Szkoda tylko, że fotele również z odległej epoki. Dawno nie siedziałem tak niewygodnie. I niestety, z szesnastego rzędu trudno było dostrzec podłogę z przodu sceny. To są jednak szczegóły, których nie warto się czepiać, kiedy weźmie się pod uwagę to, czym uraczyli nas aktorzy.

„Musicalowe mistrzostwo świata” – takie hasło, fragment recenzji z jednej z gazet wisi nad schodami prowadzącymi do szatni. Święta prawda. Spektakl zabiera nas w tajemniczy, przepiękny świat dachowych kotów, który pochłania nas bez reszty. Odkrywamy przy tym, ze ten koci świat, chociaż odmienny, jest także bardzo ludzki. Szczególnie, kiedy powracają wątki o przemijaniu (Grizabella, Gus, Nestor). Smutek czy zaduma nie są jednak w stanie zagościć na dłużej w naszych sercach, kiedy co chwilę ogląda się zapierające dech w piersiach układy wykonywane przez tancerzy.

 

 

 

 

 

Kostiumy należałoby oglądać i smakować na spokojnie każdy z osobna. Podobnie z fryzurami. Lecz charakteryzacja to jedno, a kocie ruchy aktorów to drugie. Są perfekcyjne. Ci ludzie każdym, najdrobniejszym gestem odkrywają przed nami kocią naturę. Gdyby spektakl był wyłącznie pantomimą, również świetnie by się oglądał. Lecz przecież są tam piosenki. I to jakie! I to ile! Byłem bardzo zaskoczony faktem, że aktorzy śpiewają i tańczą praktycznie przez cały czas. Nie ma „przerw”, w czasie których akcja posuwa się do przodu w normalny, t.zn. tradycyjny sposób. Słuchając płyty wydawało mi się, że tracę coś, co jest pomiędzy songami. Teraz wiem, że w zasadzie (w zasadzie, bo jest kilka utworów, których z płyty nie pamiętam) wszystko mam. Wszystko oprócz obrazu.

No właśnie. Obraz. Tańce są wyjatkowej urody, kocia charakteryzacja także. Konfrontacja z wyobraźnią zawsze jednak jest nieco bolesna. Może na tym polega przewaga książek nad innymi mediami, że kreujemy opisany w nich świat wedle własnej wyobraźni? Ta nasza jest jedyna i najlepsza. Swoją drogą ciekwie byłoby móc za pomocą jakiegoś zmyślnego aparatu obejrzeć dowolną opowieść widzianą oczyma wyobraźni rozmaitych osób. Jeden tekst, a zapewne tyle odmiennych interpretacji. Rozczarowałem się więc nieco Bywalcem (Bywalcem szczególnie), Gusem i Semaforro. Co nie znaczy, że wyglądają źle. Ot, po prostu nie pasowały te koty do mojej własnej bajki.

Scenografia też rewelacyjna. Żadne tam półśrodki. Wszystko na maksa, bez ograniczeń. Wielkie pieniądze zapewne zainwestowano, ale też i obłożenie widowni przez wszytkie ponad trzysta spektakli oscylowało w granicach 96-98%. Publiczność doceniła ten wysiłek.

Powiem tyle: Zbrodnią jest zdejmowac z afisza tak piękne przedstawienie. Przedstawienie z pierwszej, międzynarodowej ligi, grane przy pełnej widowni i przy powszechnym aplauzie. Wiele teatrów przez lata marzy o czymś takim, co dla „Kotów” „Romy” jest codziennością. Chyba jednak rozumiem zespół. Pewnie nikt nie chciałby grac przez pół życia jedną i tę samą rolę. Nawet najpiękniejsze rzeczy wykonywane po wielokroć w końcu nużą. Mimo wszystko żal okrutnie. Dziś rzutem na taśmę zarezerwowałem bilety na ostatni spektakl 9 grudnia. Chciałbym, żeby Tomek i Paulina też mogły go obejrzeć. Nie wiadomo wszak, kiedy znów trafi się okazja.

Brakuje już miejsca (limit na tekst prawie wyczerpany) więc tylko wspomnę, że po spektaklu wylądowaliśmy jeszcze w sympatycznej, portugalskiej knajpce na lampce wina i deserze, zanim nocną kusztetką ruszylismy w powrotną podróż do Gdyni.

W pociągu Szczecin – Gdynia, gdzies koło Runowa Pomorskiego, 25.11.2007; 00:35 LT

   

wtorek, 20 listopada 2007

  

Nie, nie sposób nie napisać o Euro 2008. Pierwszy w historii awans polskiej reprezentacji do finałów mistrzostw Europy. Celebrowaliśmy z Aniołem oglądanie meczu w jednym z sopockich pubów. Miejsce nie okazało się wybrane zbyt dobrze. Oglądałem nieraz mecze w rozmaitych knajpkach, lecz nigdzie nie miałem problemu z usłyszeniem głosu komentatora. Tutaj, pomimo ustawienia głośności dźwięku blisko maksymalnej, i tak wszystko zagłuszał nieznośny gwar. Wyglądało to tak, jakby publika przyszła sobie pogadać, a na mecz patrzyła jednym okiem ot, tyle tylko, by zobaczyć, czy bramka jeszcze nie padła.

Bramki  nie padały długo, ale gdy padły to dwie jedna po drugiej. Jedna tuż przed przerwą po koszmarnym błędzie belgijskiego obrońcy i dzięki doskonałej szybkości Euzebiusza Smolarka, który dogonił piłkę podaną niefrasobliwie w kierunku bramkarza. Ebi w tych eliminacjach tego typu prezentów nie marnuje. Krótko po przerwie gol drugi. Również autorstwa Smolarka. Tym razem spokojnym i precyzyjnym lobem przerzucił on piłkę ponad bramkarzem gości, który rzutem na ziemię odbił ją po  potężnej bombę Krzynówka.

Po drugiej bramce mecz znów sie uspokoił. Nasi kontrolowali gre broniąc wyniku, a Belgowie nie bardzo mieli pomysł na sforsowanie polskiej obrony. I tak się to skończyło. 2:0 dla Polski po może nie najpiękniejszym meczu, ale kto o tym będzie kiedyś pamiętać? We wspomnieniach pozostanie fakt historycznego awansu.

Ponieważ każdy sukces ma wielu ojców muszę przyznać, że i z naszej strony pojawiło się wsparcie. Otóż po koszmarnym poczatku, kiedy zamiast sześciu punktów, w dwóch meczach na własnym boisku Polska zdobyła zaledwie punkt jeden (porażka 1:3 z Finalandią oraz remis 1:1 z Serbią) i co niektórzy odtrabili kolejną klęskę w eliminacjach, zeszły się nagle drogi moja i Anioła. Nasz pierwszy wspólnie oglądany mecz to niesamowita metamorfoza polskiej drużyny i pamiętne zwycięstwo 2:1 z Portugalią. Zwycieski pochód trwał przerwany tylko raz – porażką z Armenia 0:1, kiedy to mój pobyt w Chinach uniemożliwił wspólne oglądanie tamtego pojedynku. Krótko mówiąc – współne oglądanie meczu przez nas oboje stanowiło gwarancję sukcesu J

Ten weekend był niesamowity. W sobotę przed meczem pojechaliśmy do Sopotu. Od dawien dawna nie do pracy lecz po prostu na spacer. Obejrzelismy między innymi mocno juz zaawansowaną budowę tunelu pod Monciakiem

Poszliśmy tez na molo. Jesienią jest tam więcej ptaków niż ludzi. Ale to dzięki okruszkom rzucanym przez tych drugich proporcje sa właśnie takie. Mewy z dzikim wrzaskiem kręciły kółka oraz pętle

  

Niedzielę zaś postanowiliśmy przeleniuchować w odwecie za utracone w ferworze pracy wakacje.

Obudziłem sie o wpół do siódmej, lecz tylko na chwilę. Na dobre przegnałem sen dopiero o dziesiątej. Do wstawania jednak wcale nam się nie spieszyło. Gdzies koło jedenastej Anioł przyniósł do łóżka kawe capuccino, a ja włożyłem płytę z filmem do odtwarzacza. Obejrzeliśmy go, po czym znów przyjęliśmy pozycję horyzontalną. Ileż rozmaitych przyjemności może dostarczyć zwykłe łóżko, kiedy zapomni sie o codziennym pośpiechu? A my zapomnieliśmy na amen. Słońce zaczęło chylic się ku zachodowi, potem zaszło, znów zrobiło się ciemno... Siedemnaście godzin. Tyle czasu nie wstawaliśmy. Dopiero gdzies około 17:30 opuściliśmy ten przyjazny azyl, by doprowadzic się do porządku (ja w ramach relaksu poczytałem sobie w wannie „Politykę”) a następnie przyrządzić śniadanio-kolację. Krewetki panierowane podane na smażonych warzywach. Do tego chorwackie, białe wino. W sam raz po tym można było wrócić do łóżka na „Taniec z gwiazdami”. I pozostac w nim aż do dźwięku budzika w poniedziałkowy poranek.

Nie żałuję ani minuty z tego perwersyjnego wrecz lenistwa. Należało nam się po miesiącach pracy poganianej pracą. Owe siedemnaście godzin w łóżku to była często norma na cztery dni, więc po prostu odebraliśmy nasz dług.

Gdynia, 20.11.2007; 00:35 LT

 
1 , 2