Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
niedziela, 26 listopada 2006

                

No i nie pojechałem. Pokręciło sie trochę z dlugosciami postojów w portach, a i dyrekcja zmieniła niec zdanie i moje wizyty nie były juz sprawą najwyższej wagi. Miałem już zarezerwowany bilet do Vancouver i właśnie żegnałem się z moim Aniołem, kiedy otrzymałem telefon, że jednak nie teraz. Zamiast lecieć do Kanady mam sobie wziąć reszte niewykorzystanego jeszcze w tym roku urlopu. Dużo tej reszty nie zostało, zważywszy, że część zostawiam sobie na okres pomiędzy świętami, ale i tak zupełnie niespodziewanie wylądowałem na kilka dni w Szczecinie.

Mam tu parę spraw do załatwienia, które od dawna czekały na taką sposobność, lecz z drugiej strony już niesamowicie tęsknię. Nie wytrzymam całych czterech dni i chyba w srodę po obiedzie ruszę w podróż do Gdyni. To jakaś schiza z tym mieszkaniem w dwóch miastach. Teraz to już zupełnie nie wiem, która podróż jest „tam”, a która „z powrotem”.

Początek weekendu był rewelacyjny. Co prawda nasz pracoholizm nie pozwala nam zdążyć na tańce na dziewiętnastą, ale w piątek mieliśmy problem na dotarcie na kurs nawet na dwudziestą trzydzieści. Jechaliśmy dyskutując o stressie, jaki pozostaje po kończonej szybko i na siłę, chociaż dawno po godzinach, pracy. Niby czas odpoczynku,  a gdzieś w srodku niepokój i napięcie, że jeszcze to czy tamto pozostało do zrobienia. Ale już na miejscu jest inny świat. Zapominamy o tamtych wielkich kłopotach i myslimy jak przebrnąć przez rafy techniki nowych kroków i jak utrzymać się w rytmie melodii. Jeszcze bardziej stresuje nas fakt, że ta póniejsza godzina jest dla zaawansowanych, więc my, żółtodzioby idziemy swoim programem, katując w kącie sali krok podstawowy, podczas gdy inni wokół kręcą takie figury, że aż dech zapiera. Ale za to mamy prawdziwie indywidualny tok nauczania, bo ci zaawansowani podchodzą, pokazują co i jak, poprawiają, doradzają. Traktuja nas z niesamowitą życzliwością. Półtorej godziny mija jak z bicza strzelił, a my nabieramy coraz wiekszej ochoty na dalszy trening. Najważniejsze jednak, że już nie pamietamy o pracy i o czekających tam kolejnych obowiązkach. Te półtorej godziny tańca, nieważne, że pełnego potknięć, to fantastyczny relaks. Najpiekniejsze jednak jest to, że kiedy tylko wymawiam słowo „taniec”, oczy Anioła natychmiast nabierają blasku, a na jej twarz pojawia sie ten prześliczny uśmiech. A już naj-najpiękniejsza była możliwość usłyszenia od niej, że od zawsze chciała uczestniczyć w takich zajęciach, ale jakoś nikt z bliższych czy dalszych znajomych takiego zainteresowania nie przejawiał, aż nagle zaproponowałem jej to ja. Kurczę! Ja, taneczne beztalencie, właśnie tańcem spełniłem jedno z marzeń Anioła! Jakimiż meandrami toczy się nasz los. Jeszcze trzy miesiące temu na dźwiek słowa „potańcówka” dostawałem dreszczy, bo nie dla mnie improwizacja. Kiedy nie znałem kroków to wydawało mi się, że cała sala patrzy tylko na mnie. A teraz sprawiam przyjemność kobiecie, która jest dla mnie całym światem, uczę się pilnie i chyba przepędzam kolejne demony.

Od dawna załadaliśmy, że ten sobotni poranek bedzie wreszcie relaksem poświęconym kawie pitej w łóżku i zwyczajnemu leniuchowaniu. Postanowiłem odłożyć swój wyjazd do Szczecina, tym bardziej, że samolot z Berlina miałem zabukowany dopiero na poniedziałek.

Po kursie zahaczyliśmy jeszcze o ostatni czynny supermarket, aby kupić półprodukty na kolację. Miał być na to czas po pracy, ale obowiązki zatrzymały nas tam o dwie godziny dłużej, do samego kursu. Zanim więc dojechaliśmy do domu było już po północy. Przygotowanie kolacji też troche zajęło, ale kiedy zgasło swiatło i zapłonęły świece, z głośników połynęła muzyka i znów oddalismy się treningowi rumby, tanga i foxtrotta. W mieszkaniu mebli jest jeszcze mało i wciąż warunki nieco spartańskie więc mogliśmy się rozwinąć J. Biedni sąsiedzi z dołu. Pewnie słyszeli każdy krok. W przerwach zaś wiele innych przyjemności do których, wino, serki, grzybki, anchois i owoce w wiśniówce stanowiły miłe tło. Tak nam zeszło do piątej nad ranem, kiedy to już absolutnie trzeba było iść spać, jeśli miała byc mowa o jakimkolwiek poranku po przebudzeniu. Znów się dziwiliśmy, że tyle czasu spędziliśmy na stojąco, gdy można było usiąść albo poleżeć. Kiedy Anioł usnął, mi jeszcze żal było spać gdy mogłem cieszyc sie dotykiem jej wtulonego w moje objęcia ciała i czuwać nad jej spokojnym oddechem. Potem odleciałem w objęcia Morfeusza i ja, ale w radiu śledziłem na bieżąco komunikaty z meczu Polaków z Tunezją na mistrzostwach świata w siatkówce. Kiedy mecz sie zakończył, było już całkiem widno. Anioł tez się obudził.

- To co? Kawę?

- Tak, ale to ja zrobię – odpowiedziała i wysunęła się spod ciepłej pościeli.

Pomyślałem, że żadna kawa, nawet z najlepszym ciastem nie smakowała mi tak jak ta, którą miałem pić za chwilę.

- Helu nie widać! – powiedział Anioł gotując wodę, bo okno z kuchni wychodzi na Zatokę.

- Mglisty poranek – skomentowałem, też wysuwając się spod pościeli.

W kuchni znów ja przytuliłem. Ta rzecz zdecydowanie najlepiej nam wychodzi. Każdego dnia odkrwam przebogatą paletę przyjemności jaką może dać najzwyklejszy, najbardziej niewinny dotyk. A potem z kubkami kawy wylądowaliśmy znów w pościeli gdzie popijając, rozmawialiśmy i słuchaliśmy rozmaitej muzyki. Minęło południe i poranek się skończył. Anioł miał swoje popołudniowe obowiązki więc mi pozostała juz tylko jazda do Szczecina, zważywszy na planowany wkrótce lot. Pozostało mi już tylko odwieźć ją do domu. Po drodze wręczyłem jej kwiatek, za który... sama zapłaciła. Ależ plama! Zatrzymałem się bowiem przed kwiaciarnią, poprosiłem by wybrała ten, ktory podoba jej się najbardziej, po czym ze zgrozą stwierdziłem, że portfel został w marynarce, a marynarka w domu. Pani w kwiaciarni kart nie honorowała, więc Anioł uratował sytuację wyciagając potrzebną kwotę z własnej portmonetki. Bardzo romantyczne J

Poczatek drogi do Szczecina już za Wejherowem przerodził sie w koszmar. Początkowo planowałem podróż pociągiem, ale ponieważ dyrekcja odwołąłą mój lot i zaleciła urlop, stwierdziłem, że samochód sie przyda. Zmierzchało, jechałem sam, więc w milczeniu i nawet radio nie pomagało. Dochodziło do głosu zmęczenie i senność. Robiłem co mogłem, otwierałem okna, puszczałem głośną muzykę, ale nie na wiele sie to zdało. Kryzys narastał z każdym kilometrem, zwłaszcza po minięciu Lęborka. Postanowiłem dojechać jakoś do Słupska i tam zrobic przerwę oraz zadecydować co dalej. Liczyłem na to, że jak zwykle wieczorem mój organizm znów wejdzie na wysokie obroty. Droga jednak dłużyła sie niemiłosiernie ponieważ nie byłem w stanie sie kontrolować i mimowolnie zmniejszałem prędkość do około sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Pomimo to dwukrotnie zbytr blisko zbliżyłem się środkowej linii, a raz zbyt blisko krawedzi szosy. Po czymś takim uderzenie adrenaliny przywracało mi na parę minut trzeźwość myślenia, lecz potem znów wszystko zaczynało się rozmywać. Raz przyhamowałem, bo wydawało mi się, ze widzę stojący samochód, a to była tylko tablica z odległościami. Na szczęście to już było przed samym Słupskiem, gdzie czekała stacja benzynowa, na której miałem zamiar się zatrzymać. Była wybawieniem. Zatrzymałem sie na jej parkingu, odchyliłem oparcie siedzenia i natychmiast zapadłem w drzemkę. Nie była długa. Trwała z dwadzieścia minut, ale wystraczyło. Na następne dwadzieścia minut poszedłem na kawę do pobliskiego Mc Donalda, gdzie przy okazji przejrzałem gazetę. Wszytko ustąpiło jak ręką odjął. Od tej pory jechało mi się doskonale. Wiedziałem, że późnym wieczorem senność znów mnie dopadnie, więc nie zatrzymywałem sie wiecej. W doskonałej formie dotarłem do Szczecina krótko po dwudziestej pierwszej. Za to dziś spałem aż do jedenastej trzydzieści. Wstawać niemal w południe, po przespanej normalnie nocy nie zdarzało mi się juz bardzo dawno.

Szczecin, 26.11.2006; 22:45 LT

poniedziałek, 20 listopada 2006

                

O ile w ubiegłym roku przesiadywałem sie z samolotu na samolot, to w obecnym wyjazdy stanowiły wielką rzadkość. Tylko raz, późną wiosną, wyskoczyłem poza Europę. Podróże to mój żywioł więc przypisanie do jednego miejsca bardzo mnie frustrowało. Goraca jesień odsunęła jednak to wszystko na dalszy plan.

Piątkowy wieczór. Przejeżdżam przez Koszalin, kiedy dzwoni telefon. Mam jechać na statek. Jeden, drugi, trzeci... Cała seria. Zaraz. No, prawie zaraz, bo jednak jakoś to trzeba zaplanować.

Wyjścia do kina, na tańce i oddawanie się innym przyjemnościom, trzeba bedzie więc odłożyć. A tak fajnie zapowiadał się następny tydzień. Chciałem podróże no to je mam.

Z drugiej strony... kręci mnie już sama myśl o kolejnych lotniskach, przesiadkach, pakowaniu walizek.

Szkoda, że nie mozna mieć wszystkiego, że jedna przyjemność musi zawsze być kosztem innej. Może jest w tym jednak jakiś cel?  Może gdyby wszystko było na wyciągnięcie ręki, życie zbyt szybko stałoby sie nudne?

Gdynia; 20.11.2006; 01:40 LT

wtorek, 14 listopada 2006

                     

Oj, dawno nie pisałem nic nowego. Kiedy byłem zwykłym singlem nierzadko brakowało  mi czasu z powodu pracy. A teraz? Pracy wcale nie ubyło. Ba! Wygląda na to, że jest jej więcej bo moja wydajność (mam nadzieję, że dyrekcja tego nie czyta) spadła. Gapię się oślim wzrokiem w komputer i myślę o moim Aniele. Wiem, wiem, że to tylko chemia, że to stan umysłu podobny do narkotykowego odurzenia, że z czasem wrócę do normalności. Wszystko wiem, lecz tym bardziej chcę smakować każdą chwilę, oglądać je ze światłem i pod swiatło, cieszyć się każdym detalem. I mam nadzieję, że jeśli ów stan rzeczywiście przypomina alkoholowe upojenie, to ja jestem dopiero na początku suto zakrapianej imprezy.

Czasem targa mną niepokój, ze to wszytko jest tylko jakimś złudzeniem, kreacją rzeczywistości wygłodniałego samca, ale wtedy zjawia sie Ona, wypowiada kilka słów, które swoim ciepłem roztapiają moje woskowe serce i juz nic nie jestem w stanie pisać, ani jednego składnego zdania wypowiedzieć. Mrużę oczy, przyjemne dreszcze ganiają się na moim grzbiecie, dotykam ustami jej ust, przytulam i trwamy tak kilka minut, dopóki cisza w głośnikach nie uświadomi nam, że te kilka minut to cała płyta CD. Puszczamy następną i trwamy tak dalej. Nigdy nie przypuszczałem, że można na stojąco, na trzech metrach kwadratowych spędzić non-stop trzy nocne godziny. Mimo, że jest gdzie się położyć i na czym usiąść.

Z każdym dniem coraz bardziej pogrążam się w oceanie ciepła, czułości i namietności. Uzależniam się do cna i nawet nie próbuję bronić. Lecę jak ćma do światła. Ja, który trzeźwo analizowałem każdą sytuację i uważałem, że najważniejsza jest wolność okraszona od czasu do czasu jakimś miłym wieczorem ale pod pełną kontrolą z obu stron i bez wzajemnych oczekiwań. Ja, który pieczołowicie uzupełniałem cement gdy tylko jakaś kobieta paznokciem próbowała wydrapać rysę w spoinie wiążącej cegły muru jaki budowałem wokół siebie.

Być singlem było prosto i nieskomplikowanie. Wystarczyło wcześniej przyjść do pracy, kupić gazetę by było co czytać w wannie oraz kawałek ciasta do kawy. No i mieć pod ręką komputer oczywiście. Teraz komputer też jest potrzebny. Bo warto zarezerwować na wszelki wypadek bilety, wyszukać kurs tańców latynoamerykańskich, no i komunikować się bo przecież nie możemy byc razem przez cały czas. Z komputera czerpię wyrywkowe informacje, bo na gazety na razie nie ma czasu. Zamiast ciasta kupuję owoce i warzywa, które potem układam na przemian z serkami i czerownym winem, ładnie podświetlonym płomieniem kolejnej świecy. Nic nie jest proste, bo przecież ciągle muszę myśleć jaką muzykę dobrać by pasowała do swiecy i do wina i zeby się nie powtarzała. Zaplanować czego będziemy słuchać nic nie słysząc, a czego kiedy tuż przed zaśnięciem przyjdzie czas na piosenki „z tekstem”. Lecz kiedy to wszystko poukładam przychodzą chwile, przy których nawet proza mistrzów zawodzi. Coś pewnie da się musnąć poezją, ale przecież nie każdy rodzi sie Mickiewiczem. Patrzę wtedy i sycę oczy jej włosami delikatną firanką zakrywającymi twarz. Za ta firanką pojawia się uśmiech. Njapierw drgają tylko kąciki ust kiedy coś jej szepczę do ucha, a potem, śmielej, rozjaśnia półmrok biel jej zębów. Coś do mnie mówi lecz nie słyszę. Smakuję ten profil oświetlony falującym płomykiem świecy gdzieś zza jej pleców i myślę tylko o tym, by nie uronić nic z piękna owej chwili. Pochylam się by napotkać jej spojrzenie, skierowane w dół spod półprzymkniętych powiek. Ten błękit pomieszany ze szmaragdem, którego oczywiście nie sposób odgadnąć w tym oświetleniu, ale w który tyle razy wpatrywałem się na skąpanej złotojesiennym słońcem sopockiej plaży. Palcami tak spokojnie jak tylko to możliwe odgarniam jej włosy, podaję kieliszek czerwonego wina by potem spijać bordowe kropelki z jej ust.

I co z tego, że budzik dzwoni o wpół do siódmej, jeżeli potem trwa odliczanie kolejnych nieprzekraczalnych terminów, kiedy już koniecznie, naprawdę koniecznie trzeba wstać. Trzeba, lecz nie mogę się ruszyć. Ogrzewam jej chłodne dłonie, przytulam mocniej i staram się zapomnieć, że coś takiego jak czas w ogóle instnieje. Przymykam oczy, a kiedy w przypływie racjonalizmu rozluźniam uścisk by mogła wyjść do łazienki, ona i tak nawet nie próbuje się odkleić. Więc przytulam ją znów, w świetle poranka odnajduję zagubiony w nocy szmaragd jej oczu, coś znów szepczę i w nagrodę dostaję ten uśmiech, najpiękniejszy na świecie. A kiedy już dzwonią wszystkie alarmy świata i w biegu trzeba szykować się do wyjścia, otrzymuję w tym biegu świeżo uprasowaną koszulę. Już tyle lat żadna kobieta nie prasowała mojej koszuli, az zjawił się Anioł, który nie pytał, nie szukał, tylko mi ją podał, jeszcze gorącą, kiedy wychodziłem  z łazienki. Kilka winogron w locie na przemian z ogórkiem małosolnym, który między kawałkami pleśniowego serka przeleżał od wieczora musza wystarczyc na śniadanie zlikwidowane z braku czasu. Jogurty zje się w pracy, a teraz trzeba pędzić do auta. Jeszcze tylko podam jej tę białą różę, która nieco przywiędła od poprzedniego dnia, ale co gorsza od marszu LPR nabrała politycznego znaczenia. Pal licho politykę!

W aucie jej ostatni makijaż, który zawsze mnie rozbraja i skłania do kolejnych żartów. Jak bardzo tęskniłem za takimi porankami, pełnymi pośpiechu i beztroskimi zarazem! Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo! W radiu leci „Bombonierka” Basi Stępniak-Wilk, która zdążyła stać się „naszą” piosenką. Spoglądam na siedzenie obok. Nie jest puste. To nie sen.

Gdynia, 14.11.2006; 23:50 LT

sobota, 04 listopada 2006

Wygrałem sto dolarów! W konkursie fotograficznym organizowanym przez naszą firmę moja panorama Rio de Janeiro wygrała w jednej z kategorii.

Niby nic wielkiego, ale miło.

Nie pojechałem do Chin. Po raz kolejny pojechał mój współpracownik, bo tak zarządziła dyrekcja. Na dobre zapuściłem korzenie w biurze tego roku. Coraz mniej podoba mi sie ten wariant, bo bez podróży czuję się jak ryba bez wody.

Ale oczywiście jest i pozytywny aspekt obecnej sytuacji. Dzięki temu mogę więcej czasu spędzić z moim Złotowłosym Aniołem, który wprost z Siódemgo Nieba przybył by uczynić mnie szczęśliwym. Jesteśmy parą dokładnie od miesiąca i przez ten czas moje życie odmieniło sie kompletnie. Na lepsze oczywiście. Przytrafiło mi się coś, za czym bezskutecznie uganiałem sie mając lat dwadzieścia, co wydawało mi się na zawsze utracone w wieku lat trzydziestu i czego już nawet nie starałem sie szukać skończywszy lat czterdzieści. Bez względu na przyszłe losy będzie to jedna z najpiękniejszych jesieni mojego życia.

Po drodze wypadło Wszystkich Świętych. Po raz pierwszy przyszło mi iść z tej okazji na grób mamy. Jeszcze pojawiają się w telewizji reklamy, które wiosną razem komentowaliśmy, jeszcze trwają niektóre wątki seriali, o które czasem wspólnie oglądaliśmy. Jeszcze czasem łapię sie na tym, że myślę „opowiem o tym mamie” gdy zdarzy się coś ciekawego. Trwa to ułamek sekundy, po którym przychodzi otrzeźwienie, że już nie. Wizyta na cmentarzu nie była już jednak jakimś sczególnym wydarzeniem. Chodzę tam w każdy weekend jeśli akurat jestem w Sczzecinie.

Jeszcze tego samego dnia wieczorem rozpoczęła się zima. Niesamowite, jak szybko nastąpiło przejście z lata wprost do zimy. Nawet nie zdążyłem zmienić opon na zimowe. Śniegiem sypnęło tak, że postanowiłem nie ryzykowac jazdy na letnich oponach. Wsiadłem do pociągu i z iście zimowym, blisko dwugodzinnym opóźnieniem dotarłem do Szczecina. Wstałem wcześnie, o siódmej, by obejrzeć kolejny mecz naszych siatkarskich Złotek na mistrzostwach świata. Niestety, passa trzech zwycięstw została zakończona i nasza reprezentacja musiała w czwartym meczu uznać wyższość Tajwanu. Jutro rano ostatni mecz w grupie, którego stawką będzie drugie miejsce.w tej fazie rozgrywek. Nie będe musiał zrywać się rano, bo planują zacząć dopiero o dziesiątej.

Kończę bo już przysypiam nad klawiaturą.

Szczecin, 04.11.2006; 22:55 LT