Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
środa, 30 listopada 2005

         

No i szlag trafił plany. Nagle okazało się, że musimy zrobic jeszcze jedna inspekcję w USA. W grę wchodził 5 lub 6 grudnia. Przedstawiciela firmy, do której zadzwoniłem zapytałem z nadzieją w głosie, która z dat im bardziej odpowiada?

- Piąty. Tylko piątego grudnia.

A niech go!...

Telefon do działu podróży.

- Muszę być w Port Canaveral piatego rano. Jest jakiś samolot czwartego wieczorem?

- Przykro mi, ale nie. Wszystkie samoloty lecące na zachód startują rano, a te na wschód po południu. Jeżeli chce pan byc piątego to musi wylecieć czwartego rano.

Coś podobnego! Nie wiedziałem o takiej zależności.

- To w takim razie najpóźniejszy z tych porannych... – odparłem zrezygnowany.

Po pietnastu minutach dowiedziałem się, że będę startować z Berlina w niedzielę w południe. Oznacza to wyjazd ze Szczecina około ósmej rano. Nie nacieszę się przyjazdem Pauliny. To znaczy, nacieszę sie jeden dzień.

Jedynym plusem tej sytuacji jest fakt, ze statek odplynie 7 grudnia, a następny (na który planowałem wyjazd zgodnie z grafikiem) pojawi się cztery dni później. Nie opłaca się wracać do Europy. Będę urzędować w hotelu. Przy dzisiejszym stanie telekomunikacji, biuro mam wszędzie, gdzie jest mój laptop. Nie zmniejszy się więc specjalnie czas mojej pracy, ale zdala od biura, nierozpraszany przez nikogo, będę mógł wreszcie dokończyć spokojnie raporty. I wrócić przed świętami bez zaległości. O ile nic się w miedzyczasie nie wydarzy.

Jedyne co muszę zrobić, to przygotować swoje komentarze do propozycji przedstawionej kilka dni temu w pewnej prezentacji. W niedzielę wyjeżdżam, soboty szkoda, piątek ostatni dzień w biurze, więc... najbezpieczniej będzie chyba zabrać się za to teraz i spać potem spokojnie.

Port Canaveral jest fajnym miejscem do pracy w kameralnych warunkach. Hotel to zespół bungalowów tuz przy plaży. Za zimno juz na kąpiel, ale fajnie bedzie pójść na spacer, odpocząć od biurokracji...

Plaża w Port Canaveral

Kiedy wrócę, bedzie już około 18 grudnia. Tuż przed świętami. Niesamowite, jak szybko biegnie ten czas. Jego prawo tak biec, a naszym obowiązkiem robić wszystko, by nie przeciekał między palcami.

Gdynia, 30.11.2005; 23:25 LT

23:31, searover
Link Komentarze (4) »

         

Dopiłem kawę, zjadłem przedostatni kawałek ciasta. Ostatni zostanie na jutro. Jem je już od soboty. Mam juz dosyć. Lubię ciasto i zawsze zagryzam coś słodkiego do kawy, ale ileż mozna jeść to samo? Problem w tym, że to ciasto od mojej mamy. Wiem ile wysiłku kosztowało ją jego upieczenie. I wiem, że piekła je specjalnie na mój przyjazd. Jedna babkę na poczęstunek, a drugą, żebym wziął ze sobą. Nie moge więc sie jej teraz tak po prostu pozbyć. Dojem do końca. Przyjdzie czas, że będę tęsknić za bezpowrotnie utraconym smakiem jej wypieków.

- Przyjdziesz w niedzielę na obiad?

- Nie, zjem u siebie. Odwiedzę was, ale nie chcę się umawiać na konkretna godzinę, bo nie wiem jeszcze dokładnie co będę robić rano.

Przychodzę w niedzielne popołudnie, gdzieś około szesnastej. Obiad na talerzu grzeje sie na parze postawiony na garnku.

- My zjedliśmy o drugiej, ale trzymam dla ciebie. Siadaj, jedz...

- Nie chcę jeść. Jadłem już. Mówiłem, ze nie przyjdę na obiad.

- A tam, jadłeś. Takie jedzenie... Co jadłeś? Przecież sobie nie gotowałeś?

- Nie gotowałem bo mi się nie chciało. Wolałem zjeść kanapkę.

- Ciepłego zjedz!

Inna wersja z kolejnego weekendu:

- A tam, jadłeś. Takie jedzenie... Co jadłeś? Przecież sobie nie gotowałeś?

- Nie, jadłem na mieście. Byłem w kinie i przy okazji zjadłem na ciepło.

- Nie smakuje ci u nas? Wiem, ja już teraz zupełnie nie mam smaku, źle doprawiam. I siły juz nie mam.

Wersja z następnego weekendu:

- Przyjdziesz w niedzielę na obiad?

- Przyjdę. O czternastej.

Poddaję się i przychodzę. Tylko dlatego, żeby nie zrobić jej przykrości, że nie smakuje mi już jej jedzenie.

- Jedz, bo wystygnie.

- Przeciez jem!

- Wyjeżdżasz gdzieś w przyszłym tygodniu?

- Nie, nigdzie nie wyjeżdżam. Cały tydzień w Sopocie. O ile się nic nie wydarzy oczywiście...

- Dołóż sobie! Na pewno się nie najadłeś.

Coraz bardziej odnoszę wrażenie, że jedzenie, a obiad w szczególności to dla mojej mamy sprawa najwyższej wagi. Świat może się walić, ale obiad należy zjeść. Najlepiej o ustalonej dzień wcześniej godzinie. Czasem mam już tego dość. Czasem najzwyczajniej mi przykro, gdy na niedzielny obiad przychodzę z dzieciakami, one opowiadają o swoich sprawach, a jedynym komentarzem jest:

- Może dołożyć wam jeszcze kurczaka?

Wiem, że za późno na tłumaczenie, dyskusje, asertywność... Trudno odmówić drobnych przyjemności chorej babci, mamie. A tu jeszcze starość czyni naturalne spustoszenie w zdolności kojarzenia faktów. Z tygodnia na tydzień coraz trudniej o rzeczową rozmowę.

„Dzień świra”. Jest tam taka scena kiedy syn, 49-letni nauczyciel, odwiedza matkę.

- Co się stało? Zjedz coś.

- Mamo, nie jestem głodny. Uderzyłem się w skrzynkę

- W skrzynkę? Zupy zjedz talerz gorącej. Pomidorowa. Przynajmniej dobra.

- Mamo, nie chcę zupy. Chce z mamą pozrozmawiać.

- Możesz rozmawiac i jeść.

- Nie chcę jeść, mamo. Nie dokończyłem dziś lekcji!

- Dokończysz kiedy indziej. Zjesz. Jak to nie dokończyłeś?

- Bo pierdzieli.

- Nie mów tak!

- Prykali.

- Nie mogłes im czegoś powiedzieć?

- Czego? Komu?

- Ja bym im powiedziała.

(...)

- Więc nie wiem jak ci pomóc. Jedz, może mało soli?

- Muszę odpocząć mamo.

- Jasne, że odpocząć.

- Mam mnie wcale nie słucha!

- Słucham! Odpocząć. Możesz teraz.

- O to chodzi, ze nie mogę, nie potrafię.

- To już nie wiem. Może pieprzu trochę? Pieprz niedobry na nerki.

- Jestem taki zmęczony.

- Jasne, że zmęczony. Połóż się trochę... Czym znowu zmęczony?

- Sobą, życiem

(...)

- Młody jesteś (...) gdybym ja miała życie przed sobą...

- Mama już miała zycie przed sobą. Ja też nie będę mieć dwóch żyć.

- Jedz, zupa ci wystygnie.

(...)

- Powinieneś zrobić sobie górne światło

- Nienawidzę górnych swiateł, tyle razy mamie powtarzałem

- Pierwsze słyszę.

- Bo mnie mama nigdy nie słucha.

- Zawsze słucham.

- Nigdy!

- Odkaziłeś to chociaż? Jedz, zupa ci wystygnie.

Czyżby Marek Koterski miał podobne doświadczenia do moich? A może nie jest to taka znowu rzadkość? Często zastanwiam się co wpłynęło na taki a nie inny stosunek do jedzenia? Może bieda w dzieciństwie, przed wojną oraz głód w czasie wojny? Może gdy przejdzie się próbę głodu, zostaje uraz i jedzenie staje się priorytetem bez względu na okoliczności? A może obiad jest tym czymś co scala rodzinę? Okazją do spotkań? Tylko po co upierać się przy tym jedzeniu gdy już wszyscy się spotkają, zamiast skupic sie na rozmowie? Być może ten obiad jest jedyną rzeczą, którą może jeszcze dla nas zrobić? Ale jak pamiętam, to samo działo się kiedy jeszcze była całkowicie sprawna.

Wątpię bym kiedykolwiek zgłębił tę tajemnicę.

Gdynia, 30.11.2005; 01:35 LT

02:05, searover
Link Komentarze (7) »
wtorek, 29 listopada 2005

Gdybym miał stworzyć hierarchię wartości, którymi w zyciu staram się kierować przede wszystkim, tolerancja stanowiłaby wierzchołek tej góry. Nie lubię szufladkowania ludzi, oceniania z góry. Bywało, że z całego serca miałem ochotę pozbyć się jakiegoś pracownika, otrzymując sygnały o jego mizerii popartej cwaniactwem, lecz mając takie możliwości nie uczyniłem tego dopóki nie miałem dowodu czarno na białym. Bywało, że ignorowałem podszepty „życzliwych”. Spotkania w górach nauczyły mnie, ze w każdym człowieku drzemie coś wyjątkowego i warto szukać tego, co dana osoba ma do zaoferowania lecz boi się albo nie potrafi ujawnić. Pisałem już o tym kilka miesięcy temu. Warto szukać szlachetnych kamieni zamkniętych pod skorupą zwykłej skały. Warto poznawać i odkrywać człowieka zamiast go ganić i wyszydzać.  

Niedawno przeczytałem wpis Drexler na jej blogu. Dotyczył pewnego lekarza i jego specyficznego stosunku do ludzi. Nie do pacjentów lecz do ludzi właśnie. Profesja nie była tu najważniejsza,bo chociaż odrażająca była jego bezduszność w stosunku do pacjentów, to równie bezdusznie traktował wszytkich napotkanych na swej drodze, nie wyłączając kochanych (ciekawe co przez to rozumiał?) kobiet.

I teraz myślę sobie, co z moją tolerancją? Gdzie miejsce poszukiwanie diamentów ludzkiej duszy? Ludzie często zarzucają mi, że tolerancja z jednej strony jest może i piękna, lecz z drugiej stanowi przyzwolenie na zło. Myslę, że nie. Każda tolerancja ma przecież swoje granice. Moja ma wyjatkowo elastyczne, ale przecież ma. Na pewno nie tolerowałbym zachowania dupka, który wyśmiewa się za plecami przerażonej, ciężko chorej staruszki. Tylko co dalej? Co oznacza w tym przypadku brak tolerancji? Wymierzenie kretynowi ciosu w szczękę? Wygłoszenie mowy oskarżycielskiej w towarzystwie próbując wywołać skruchę? Ignorowanie jego osoby? Każda z takich reakcji zostałaby prawdopodobnie opacznie zinterpretowana przez adresata. Z dużym prawdopodobieństwem mozna przyjąć, że niczego by nie zrozumiał i byłby oburzony chamskim atakiem na swoją osobę.

        

Mamy tu do czynienia ze specyficzną niszą społeczną zajmowaną przez „niereformowalnych”. Dopóki nie złamią prawa pozostają bezkarni. A pozostając bezkarni zatruwają swoją obecnością obszar o promieniu co najmniej kilku metrów dookoła siebie. Trzeba sie bronić, lecz chyba tylko dobrem i zwykłą, ludzką solidarnością. Bardziej radykalne metody, kuszące łatwym rozwiązaniem problemu mogą tylko spowodować odruch wymiotny gdy zmuszeni zostalibysmy zanurzyć ręce, a może i twarz w kloace prymitywnych odruchów. A gdybyśmy pozostali odporni na obrzydliwości, sami łatwo moglibyśmy popaść w konflikt z cywilizacyjnymi normami. Trudny wybór. Pomyślałem o towarzyskiej banicji, lecz już widzę szyderczy smiech tych, którzy wcześniej wypominali mi grzechy zaniechania, torujące drogę złu.

            

Kręcą się codziennie wokół nas. Pozornie zwykli ludzie, czasem może irytujący swoim narcyzmem. Jeśli mamy szczęście, unikniemy spotkań z nimi. Gdy szczęścia mniej, nasze drogi życiowe czesto się przeplatają i zmuszeni jesteśmy przyglądać się codziennemu chamstwu przyodzianemu w białe rękawiczki.

                

Ja miałem to szczęście, że podobnych ludzi spotykałem niezmiernie rzadko (może intuicyjnie ich omijałem). Dziś jednak kładę się spać z niepewnością, czy tolerancja rzeczywiście powinna być czubkiem mojej hierarchii wartości.

Gdynia, 29.11.2005;  00:30 LT

00:27, searover
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 28 listopada 2005

         

Było wszystko. Wilgoć i „szklanka” w Szczecinie, śnieżyca pod Nowogardem, ulewny deszcz za Płotami, ponownie śnieg za Koszalinem i mgła w okolicy Słupska... Nie było natomiast senności więc jazda w takich warunkach była prawdziwą przyjemnością. Mimo, że trwała dłużej niż zwykle.

Nie widziałem dziś ani jednego lisa (a średnia wynosi dwie rude kity w każdej podróży), nie widziałem ani jednego wypadku po drodze (tydzień temu trafiłem na dwa), ani jednego patrolu policji i jedną zabłakaną piaskarkę.

Okno tym razem zamknąłem dobrze, więc w domu przyjemnie ciepło, a za oknem sypie coraz gęstszy śnieg. Jest pięknie biało, cicho i spokojnie. W sam raz aby odlecieć w sen zimowy do wpół do ósmej rano.

Gdynia, 28.11.2005; 02:00 LT

 

01:59, searover
Link Komentarze (4) »
niedziela, 27 listopada 2005

         

Wybrałem się wieczorem do kina na film „Harry Potter i czara ognia”. Bacznie przyglądałem się widowni i muszę stwierdzić, że większą  jej część stanowiły osoby dorosłe. Część z nich została przyprowadzona przez dzieci, ale liczna grupa wybrała się do kina samodzielnie.

Pierwszego „Harrego” dzieciaki wepchnęły mi do walizki przed wyjazdem w jeden z rejsów. Nie na rękę było mi dźwiganie takiej cegły, ale nie sposób było odmówić. Trzeba było odrobić zadaną pracę domową, a raczej statkową. Na następne już nie musiały mnie specjalnie namawiać. Jestem zawsze zaraz po nich w kolejce do czytania. Mozna się spierać czy albo na ile książka jest wartościowa, ale jeżeli możemy dyskutować cały wieczór o perypetiach i charakterach jej bohaterów to już jest dobrze. Przecież głównym problemem międzypokoleniowym jest zerwana nić porozumienia, utracony kontakt między rodzicami i dziećmi gdy światy jednych i drugich rozmijają się całkowicie.

Muszę przyznać, że film zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Nie wiem jak odebrał go ktoś, kto książki nie czytał. Być może nie wszystkie watki były dla takiego widza czytelne, bo przecież nie sposób uniknąć poważnych skrótów by zamknąć opowieść w rozsądnych ramach czasowych. Mi natomiast długi przecież seans przeleciał jak z bicza strzelił. Było to sprawne kino akcji, pełne efektów specjalnych (magia zobowiązuje) czyli wpisujące się świetnie w trend dzisiejszej sztuki filmowej, wciąż zafascynowanej rosnącymi mozliwościami techniki komputerowej. Scena walki tytułowego bohatera z rogogonem węgierskim (to taki gatunek smoka), niesamowicie dynamicznie sfilmowanej jest prawdziwym majstersztykiem tego typu opowieści.

W poprzednich odcinkach drażnił mnie dubbing. Albo się przyzwyczaiłem, albo odtwórcy podciągnęli sie warsztatowo bo poza nielicznymi potknięciami, wpadek nie zauważyłem.

Słyszałem, że w następnych filmach główne role będą odgrywane przez innych aktorów, ponieważ prawdziwe życie toczy się szybciej niż filmowane są kolejne części i niestety, obecni będą już zbyt dorośli. Trochę szkoda, ale może wniesie to do serii coś ożywczego?

Świat czternastoletnich bohaterów jest już dość dobrze zrozumiały przez dorosłych i świetnie odegrane, zawiłe i często jeszcze przerastające zainteresowanych relacje między odmiennymi płciami są również zaletą filmu jako kina familijnego. Wątek balu i dobierania się w zwiazku z nim w pary jest zabawnym, realnym przerywnikiem pomiędzy kolejnymi konkurencjami turnieju trójmagicznego.

Finał filmu i zarazem finał turnieju mimo dramatycznych okoliczności wyraźnie traci tempo. Inaczej niż w klasycznym kinie tego gatunku, gdzie akcja wyraźnie przyspiesza pod koniec, wspomagana doadatkowo coraz większą ilościa efektów specjalnych. Tutaj odnosi się wrażenie, że twórcy (z autrorką książki włącznie) „wypstrykali się” wcześniej. Nie przeszkadza to jednak specjalnie miłośnikom serialu, którzy doskonale zdają sobie sprawę, że czarta część to dopiero przekroczony półmetek.

W oczekiwaniu na piątą część filmu już na początku przyszłego roku z przyjemnością sięgnę po szósty, przedostatni tom przygód młodego czarodzieja. A jutro zadzownię do swoich dzieciaków z pytaniami o wrażenia.

Szczecin, 27.11.2005;  02:50 LT

02:57, searover
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5