Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
niedziela, 24 lutego 2013

Oskarowa noc nadchodzi, a moje zaległości w raportowaniu obejrzanych filmów rosną. Trzeba tez jednak przyznać, że po okresie zastoju, nagle pojawiło sie w repertuarze sporo ciekawych tytułów, więc bywa, że zaliczamy nawet kilka seansów tygodniowo.

NĘDZNICY

- Znów się popłaczę – odparł Mój Anioł pakując chusteczki do torebki gdy wychodziliśmy do kina.

Ja ten musical widziałem tylko raz, w Teatrze Roma więc trudno o głębsze prównania. Film ma ogromną przewagę techniczną. Przede wszystkim może operować zbliżeniami podczas gdy siedzący w ostatnim rzędzie widz teatralny niewiele z twarzy aktora rejestruje.

Kiedy jednak czytam swój tekst o spektaklu w „Romie” i porównuję z wrażeniami z filmu, odczucia są podobne. Czy aby na pewno jest to musical wszechczasów? Byłbym ostrożny w stawianiu takich ocen, bo za chwilę może się okazać, że przynajmniej jedna czwarta obejrzanych musicali to dzieła „wszechczasów”. Tym niemniej jest kilka evergreenów, które zawsze słucha się z przyjemnoscią, a podczas filmu brzmią szczególnie. Sporym zaskoczeniem będzie jednak wykonanie bodaj najsłynniejszego z nich „I dreamed a dream”. Wersja Anne Hathaway (Fantine) jest czymś nowym, nie tylko odtwórczym i wcale bym się nie zdziwił, gdyby została nagrodzona tej nocy. Oczywiście nie jest aż takim zaskoczeniem jak znane już na całym swiecie za pośrednictwem YouTube (potęga internetu!) nagranie Suzanne Boyle z angielskiej wersji „Mam Talent”. Przyjechała bezrobotna kobiecina ze wsi, której wygląd i zachowanie na scenie prowokowało do kpin, zwłaszcza gdy opowiadała o niespełnionych marzeniach zostania sławną śpiewaczką, a potem zaśpiewała tak, że wszystkim szczęki opadły. Tam jednak zadziałał efekt zaskoczenia i dlatego klipy z YouTube obejrzały setki tysięcy jeśli nie miliony widzów. Anne Hathaway zaś przedstawiła wersję autorską (i reżyserską) tego utworu, wspaniale zagraną, w scenografii i charakteryzacji, jakiej kobiety niekoniecznie pragną.

Sceny na barykadach, a potem końcówka kiedy Cosette i jej ukochany odnajdują ukrytego w klasztorze, konajacego starca to obowiązkowy wyciskacz łez. Tym bardziej, że pięknie zmontowany z niebiańską barykadą na, której radośnie witali przybysza wszyscy polegli w walkach na ulicach Paryża.

Trudno nie sięgnąć po chusteczkę w takim momencie i Mój Anioł wiedział co robi.

NIEMOŻLIWE

Jej chusteczka poszła w ruch również na hiszpańskim filmie „Niemożliwe”. To jedna z naszych największych niespodzianek repertuarowych tej zimy.

Film już prawie znikał z repertuaru, kiedy zdecydowaliśmy się go obejrzeć. Bo też wyglądał po prostu na jeszcze jeden obraz katstroficzny. Ileż razy mozna oglądać ten sam hollywoodzki schemat w zmieniających się dekoracjach? Czy to pożar wieżowca, czy trzęsienie ziemi, czy atak obcych – zawsze jeden heros, jedyny sprawiedliwy otwarcie przeciwstawia się chciwości albo bezmyślności władz i potem niemalże w pojedynkę wyprowadza głównych bohaterów ze strfy zagrożenia. Tsunami z 2004 roku zadawało się być kolejnym pretekstem do opowiedzenia kolejnej tego typu historii.

A jednak otrzymaliśmy coś zupełnie innego. Może dlatego, że jest to film europejski. Olbrzymia katastrofa, która o ile dobrze pamiętam pochłonęła dwieście tysięcy istnień ludzkich została tu przedstawiona z pozycji przeciętnego człowieka, rodziny która przyjechała na wakacje.

Nie ma tłumaczenia co się stało, nie ma informacji o trzęsieniu ziemi, nie ma nawet stopniowania napięcia. Ot po prostu: dzień jak codzień, siedzą przy basenie i nagle zza ściany palm zwala się na nich pedząca masa brunatnej wody.

- Nie ma pojęcia o tsunami, kto tego nie zobaczył – rzekł Mój Anioł, kiedy wychodziliśmy.

Rzeczywiście. Pędząca, skotłowana masa wody, ciskająca człowiekiem we wszystkich kierunkach, ciała rozrywane o podwodne przeszkody, uświadamiają widzowi kompletną bezradność człowieka wobec żywiołu.

A potem zaczyna się pojawiać obraz akcji ratunkowej widziany nie anonimowo z pozycji dowodzących akcją, lecz pojedyńczego człowieka zagubionego w chaosie jaki wyłonił się po przejściu fali.

Nikt nie wie jak się zachowa w obliczu tak ogromnego nieszcżęścia. Jedni podzielą się resztką wody, inni będą pomagać wszystkim dookoła, jeszcze inni popadną w kompletną apatię, a niektórzy jak skarbu bedą strzec przed swojego telefonu komórkowego. Twórcy filmu nie oceniają jednak nikogo. Tego co odmówił użyczenia telefonu nie spotyka żadna boska kara (w hollywoodzkiej produkcji najpóźniej kwadrans potem przytrafiłoby mu się coś złego). Katastrofa to próba charakterów. Chwała tym, którzy wykażą się bohaterstwem, ale nikt nie potępia tych, których sparaliżowało zwykłe tchórzowstwo. My, siedzący w wygodnym fotelu slai kinowej nie mamy prawa ich oceniać, bo nie wiemy jak sami byśmy się zachowali.

Gorąco polecam ten film wszystkim, którzy jeszcze mają szansę zobaczyć go w kinie.

TAJEMNICA WESTERPLATTE

Inny dylemat pojawia się w filmie opowiadającym o początku II Wojny Światowej. Major Sucharski, dowódca polskiej placówki na Westerplatte otrzymał tajną informację, że polskie wojsko wycofało się na południe i w przypadku wojny nie ma co liczyć na jakąkolwiek odsiecz. Nie może poinformowac o tym nikogo, by nie osłabiac morale.

Tymczasem od wybuchu wojny minęło dwanaście godzin, przez które mieli się utrzymać, potem doba. Rozkaz o utrzymaniu się przez dwanaście godzin został wypełniony z nawiązką i wiadomo było, że dalsze trwanie nie zmieni niczego.

Kolejni żołnierze tracą życie, a dowódca obwinia siebie. Gdyby się poddał, być może ocaliłby tych ludzi. Wszak ich opór dla dalszego przebiegu wojny pozbawiony jest jakiegokolwiek znaczenia. Innego zdania jest jego przyjaciel i zarazem zastepca, kapitan Dąbrowski. Honor żołnierza i przysięgę stawia ponad wszystko. Faktycznie odsuwa od władzy przeżywającego załamanie psychiczne majora. Westerplatte broni się i odpiera kolejne ataki.

Pamiętam głosy oburzenia gdy powstawał ten fim. Zarzucano twórcom, że bohaterów wojennych przedstawili jako grupę pijaków ignorujacych zasady wojskowej dyscypliny. Mi się wydaje, że bohaterowie po prostu zeszli z cokołów i oglądamy prawdziwych ludzi, których garstka pozostawiona samym sobie musiała stawić czoła najeźdźcy, stając przed niewiadomym. Nikt przecież nie wiedział jeszcze jak będzie wyglądać ta nowa wojna. A wódka... Lała się we wszystkich armiach i na wszystkich frontach tej oraz przyszłych wojen. Pewnie bez odurzenia, psychicznego „znieczulenia” normalny człowiek nie byłby w stanie znieść tego koszmaru.

Mógłbym pomysleć, że konflikt między majorem Henrykiem Sucharskim, a kapitanem Franciszkiem Dąbrowskim wymyślono na potrzeby filmu, lecz zarówno jego istnienie jak i mozliwość rozstrzelania dezerterów potwierdza ekspozycja Muzeum II Wojny Swiatowej na Westerplatte właśnie, którą oglądaliśmy podczas majowej nocy muzeów. http://mojaszuflada.blox.pl/2012/05/NOC-MUZEOW-2012-8211-WESTERPLATTE.html Długo by dyskutować co wazniejsze: honor, czy życie żołnierzy, walka do końca czy poddanie się by ocalić miasto i ludzi. Nasz naród w nierównej walce o wolność poświęcił Warszawę, która została zrównana z ziemią, podczas gdy n.p. Francuzi widząc swe beznadziejne położenie po prostu poddali Paryż, by nie obrócić go w ruiny. Rozsądek podpowiada, że Francuzi postąpili mądrzej. Jak wyglądąłaby dziś Warszawa gdyby nie bombardowania z 1939 roku, a potem Powstanie Warszawskie? Jak wyglądąłyby inne miasta? Ale z drugiej strony po cóż byłoby prowadzić wojnę gdyby kierować się wyłacznie chłodną kalkulacją? Trzeba byłoby od razu oddać Polskę Hitlerowi, a to byłaby zdrada i hańba nie do przebaczenia przez wieki.

Ktoś zarzucił twórcom, że „Tajemnica Wetserplatte” to bardziej spektakl teatralny niż film i, że polskim „Szeregowcem Ryanem” pod wzgledem scen batalistycznych to on na pewno nie będzie. Pisząc o spektaklu recenzent miał zapewne na myśli uwypuklenie przede wszystkim konfliktu wspomnianych dwóch postaw: kapitulacji przeciwko walce do końca. Uważam, że to było dobre. Taka samo jak „odbrązowienie” Westerplatte i ukazanie prawdziwych ludzi targanych skrajnymi emocjami. Czego innego uczono nas w szkole, a nie każdy miał szansę zweryfikowac swoją wiedzę. Dobrze więc, że powstał ten film. A, że sceny batalistyczne nie tej klasy co w Hollywood? No cóż, zapewne inne środki do dyspozycji, ale nie sądzę, by dyskwalifikowały one ten obraz. Polecam.

LOT

Kolejnym obejrzanym przez nas filmem był „Lot”.

W samolocie odbywającym krótki, lokalny lot dochodzi do awarii steru wysokości. Zaczyna spadać. Rozbicie o ziemię wydaje się nieuniknione. Tymczasem kapitan, doświadczony pilot serią karkołomnych manewrów doprowadza do ustabilizowania lotu (aczkolwiek w pozycji kołami do góry), by potem po ponownym odwróceniu posadzić samolot na ziemi, na jakimś polu. Zginęło „tylko” sześć osób z grubo ponad setki na pokładzie. Kapitan zostaje okrzyknięty bohaterem.

Rozpoczyna się śledztwo. Ustalono, że za katastrofę odpowiada jedna z części steru wysokości, której podczas okresowego przeglądu nie wymieniono w terminie zgodnym z instrukcją. Na symulatorze przebadano te warunki i możliwość ladowania z udziałem najlepszych pilotów. Nikomu nie udało się nie rozbić samolotu doszczętnie. Kapitana feralnego samolotu otacza jeszcze większa chwała.

Jest tylko jeden szkopuł. On jest alkoholikiem. Przed lotem nie spał, pił alkohol i zażywał narkotyki. Ba! Pił jeszcze podczas lotu! Jest to ewidentne narażenie życia pasażerów. Czy jego stan miał wpływ na sutuację? Niewątpliwie awaria nie miała żadnego związku z jego zachowaniem. A potem? Żaden trzeźwy, doświadczony pilot jej nie sprostał. On, pomimo alkoholu tak. A gdyby nie pił? Kto wie, może zadziałałby bardziej standardowo i mniej brawurowo, a wtedy jemu także by się nie udało? Z drugiej strony – dla picia nie może być usprawiedliwienia nawet jeśli jeden przypadek na tysiąc pokażą, że jego działanie mogło mieć pozytywny skutek. Pozostałe dziewięćset dziwięćdziesiąt dziewięć na pewno nie, więc kapitan z urzędu może byc oskarżony o sprowadzenie niebezpieczeństwa i obwiniony o śmierć sześciu pasażerów. Za to grozi mu nawet dożywocie.

Są ludzie, którzy chcą mu pomóc. Lecz aby pomoc była skuteczna, alkoholik musi przede wszystkim chcieć pomóc sam sobie. Przede wszystkim przynać się przed samym sobą, że jest uzależniony. Tymczasem pilot idzie typową dla wielu alkoholików drogą: „to, że piję, to mój wybór, a jeśli zechcę przestać to bez problemu przestanę”.

Film nie jest wybitny, ale stanowi na pewno ciekawą analizę alkoholizmu i prowokuje do dyskusji. Warty obejrzenia.

SYBERIADA POLSKA

I na koniec ostatni, jeszcze ciepły, wczoraj obejrzany film. Bardzo chciałem go zobaczyć, bo to chyba pierwszy polski film opowiadający o wojennych zesłańcach.

Syberiada polska plakat

Jakiż kontrast między przepiękną przyrodą (zdjęcia kręcono w prawdziwych, syberyjskich plenerach) a losem jaki zgotowano tym ludziom.

Syberiada 04

Twórcy filmu podjęli bardzo trudnego zadania. Na podsatwie losów jednej rodziny musieli przedstawić wieloletni okres zsyłki, ajki był udziałem wielu Polaków. Mamy więc i pakowanie się w środku nocy, kiedy w ciągu kwadransa musieli opuścić swój polski dom, i daleką podróż i wreszcie sam obóz pracy, który nie był typowym łagrem dla skazańców, więc ich los i tak jeszcze nie był tak okrutny jak innych.

Syberiada 03

Co nie znaczy, że był znośny. Praca ponad siły brak żywnosci i lekarstw, wystawienie na bezduszność strażników... Lecz z drugiej strony byli i normalni Rosjanie, którzy w zesłańcach widzieli nie wrogów lecz ludzi. Pomagali im, pojawiała się miłość, chociaż nie do zaakceptowania przez ówczesną władzę radziecką.

Podobało mi się, że relacje polsko-rosyjskie na najniższym szczeblu przedstawiono nie jednostronnie, bo z pewnością jednostronne nie były. Dzięki temu film wiele zyskuje. Nie jest tylko pełnym patosu przedstawieniem oporu dobrych Polaków wobec złych Rosjan, lecz stosunków panujących między zwykłymi ludźmi, bo przecież i los wielu Rosjan był nie mniej pogmatwany.

Kiedy wkrótce po napaści Hitlera na ZSRR udzielono zesłańcom amnestii i obiecano możliwość wstąpienia do formującej się polskiej armii, wydawąło się, że kłopoty się kończą. Nic jednak nie było proste. Nawet tam gdzie mogłoby być działała bezduszna machina biurokratyczna poparta działaniem NKWD.

Syberiada 02

Syberiada 01

Piękny film, godny obejrzenia, zwłaszcza, że jak wspomniałem to pierwszy o takiej temtyce. Przeszkadzało mi tylko jedno: skakanie po datach nierzadko z ledwie muśniętym wątkiem. Rozumiem, trudno taką epopeję zawrzeć w stu kilkudziesięciu minutach opowieści. Tam tematów było na kilka filmów. Jeśli jednak przymknąć oko na tę niedogodność, warto obejrzeć, bo będzie to z pewnością jeden ze znaczących filmów w historii naszej kinematografii.

* * *

I jeszcze jedna rzecz na koniec. Plakaty. Proszę spojrzeć na wyżej umieszczone reprodukcje plakatów do filmów „Niemożliwe”, „Tajemnica Wetserplatte” albo „Lot”. To są prawie kalki, w któryc tylko fotosy się zmieniają. Podejrzewam, ze „Nędznicy” obronili się tylko dlatego, że wymagała tego czcionka będąca znakiem firmowym musicalu. Przykre jest, że coś co kiedyś było sztuką samą w sobie, dziś zostaje zupełnie wyparte przez komercję. Plakaty filmów sprzed lat pamięta się tak samo jak i same filmy

plakat egzorcysta

plakat kabaret

plakat hair

plakat kiler

Kto zapamięta plakaty do współczesnych filmów? Większość jest do siebie podobna, więc po co pamiętać? Współczuję grafikom, którym producenci narzucają komercyjne kajdany. Ich praca przypomina obecnie zajęcie architektów w PRL, którzy mogli projektować domy wyłącznie z wielkiej płyty.

Sopot; 24.02.2013; 14:45 LT

piątek, 22 lutego 2013

Po przyjeździe do hotelu w środku nocy ranne wstawanie do najlżejszych nie należało. Tymczasem już od ósmej czekały mnie spotkania. Sześć godzin, bo tyle mniej więcej czasu mielismy do lotów powrotnych. Mój samolot startował dwie godziny po innych, więc pożegnawszy się, mogłem jeszcze przed odlotem rzucić okiem przynajmniej na zamek w Turku.

Jego początki sięgają XIII wieku, ale dzisiejszą formę uzyskał trzy wieki później. I ten okres jest dla nas najciekawszy, bo związany z Polską, która przeżywała wówczas swój złoty wiek.

Njamłodsza córka króla Zygmunta Strego i królowej Bony, Katarzyna Jagiellonka poślubiła księcia Finlandii, Jana Wazę. Oboje zamieszkali właśnie w tym zamku.

Podejrzewani o spiskowanie z Polską zostali przez króla Szwecji Eryka XIV pojmani i uwięzieni w zamku Gripsholm niedaleko Sztokholmu. Tam przyszedł na swita ich syn, którego wizerunek mozemy do dziś oglądac na słynnej kolumnie przed Zamkiem Królewskim w Warszawie. Tak, to Zygmunt III Waza. Uwięzienie książęcej pary nie na wiele się zdało Erykowi XIV ponieważ jego postępujący obłęd doprowadził do tego, że w końcu został usunięty z tronu siłą, a jego miejsce zajął właśnie Jan, znany potem jako król Jan III Waza. Królowa Katarzyna (Katarina Jagellonica) zasiadała na szwedzkim tronie przez czternascie lat. Spoczywa u boku swojego męża w katedrze w Uppsali.

Dzisiaj zamkowi w Turku daleko do dawnej świetności, chociaż trwa remont, który być może chociaż częściowo przywróci dawny blask.

Inna sprawa, że historia nie obeszła się z nim łaskawie. Przerobiony najpierw na więzienie i magazyny (w takim charakterze żegnał wiek XIX), spłonął w 1941 roku podczas wojennych bombardowań. Dopiero dwadzieścia lat później został udostępniony do zwiedzania.

Niemal przed samym zamkiem ulokowały się przystanie, skąd odplywają m.in. promy do Sztokholmu.

Spacer koło zamku był tylko krótkim epizodem. Trzeba było jechać na lotnisko.

Port lotniczy w Turku jest niewielki. Stąd poleciałem do Helsinek


Z Helsinek zaś do Warszawy o potem do Gdańska. Wylądowałem dwadzieścia minut przed północą. To były jeszcze ciągle Walentynki, więc czym prędzej wskoczyłem do samochodu, którym przyjechał po mnie Mój Anioł i niedługo (aczkolwiek już po północy) zasiadaliśmy do specjalnie na tę okazję przyrządzonej kolacji.

Gdańsk, 22.02.2013; 00:30 LT

czwartek, 14 lutego 2013

Miał być walentynkowy masaż gorącymi kamieniami, ale zamiast tego trzeba było ubrać się ciepło i ruszyć na północ. Niby nie tak daleko, do Turku w Finlandii. Nawet Wizz Air tam lata z Gdańska, lecz akurat nie w te dni, w które było potrzeba.  Dzięki temu zafundowałem sobie wieczorne latanie po Skandynawii.

Najpierw, prosto z biura pojechalem na lotnisko i wsiadłem w samolot do Kopenhagi.


To niecała godzina lotu. Zdrzemnąłem się trochę i obudziło mnie dopiero niezbyt miękkie lądowanie. Jak się ma pięćdziesiąt minut na przesiadkę, to w zasadzie nie ma co się rozglądac, tylko iść prosto do następnej bramki. I już wkrótce siedziałem w dużym odrzutowcu odlatującym do Sztokholmu. Chcialem troche poczytac kupioną na lotnisku w Gdańsku „Politykę” lecz zasnąłem zaraz po felietonie Stanisława Tyma.

Kiedy się obudziłem, za oknem sypał śnieg. Musieliśmy być już bardzo nisko. Rzeczywiście, chwilę potem znów tapnęło i zaraz zaczęło się hamowanie. 


W Sztokholmie było zdecydowanie więcej śniegu niż w Gdańsku i Kopenhadze, a na dodatek wciąż sypał.

W stolicy Szwecji półtorej godziny przerwy. Lotnisko prawie puste, bo i pora taka. Dochodzi dwudziesta druga, Powoli szykuja się do nocnej przerwy. Jeszcze tylko kilka odlotów i będą mieć spokój do szóstej.

Znów mały samolocik. I w dodatku śmigłowy.

Na szczęście SAAB przewyższa poczciwe ATR-y i plomby noie wypadają z zębów podczas podrózy.

- Często latasz do Turku? – zapytał mnie pasażer z sąsiedniego fotela. Już wiedziałem, że się nie zdrzemnę.

- Nie, pierwszy raz. A Ty? Mieszkasz w Turku?

- Nie, lecę z Rzymu.

Ostatni lot trwał tylko trzydzieści minut, więc w sam raz tyle, aby nie znudzić się taką rozmową o niczym.

Wyladowaliśmy wsród lasów. Jeśli miałbym sobie wyobrażać Finlandię to własnie tak. Sosny jak okiem sięgnąć. Brakuje tylko jakiegoś jeziorka nieopodal. A może jest?

Jest za to Muminek. Wita przylatujących pasażerów przy taśmie z bagażami. No tak, przeciez to kraina muminków. W takiej scenerii o pierwszej w nocy chciałoby się wierzyć, że niedaleko na leśnej polanie stoi sobie muminkowy dom, a zza zwałów śniegu w wieczornej ciszy nagle wyłoni się Buka.

Na podróż śladami muminków przyjdzie jednak pora podczas jakiegoś urlopu. Tej nocy najważniejsze było by jak najszybciej znaleźć się w hotelu i zdrzemnąć przed porannymi spotkaniami oraz wieczornymi lotami powrotnymi.

Turku; 14.02.2013; 02:50 LT

sobota, 09 lutego 2013

Kiedy w radiu nadawano piosenki  Artura Andrusa pokrętło głośności natychmiast wędrowało w górę, a ja milkłem. Dlatego przy pierwszej nadarzającej się okazji otrzymałem od Mojego Anioła w prezencie jego płytę. Nie, nie dlatego, żebym się nie odzywał, ale z dobrego serca, żebym mógł sie nasłuchać do woli. Kiedy więc odpuszczała mi akurat tegoroczna grypa i kończyło się zwolnienie lekarskie, nic nie mogło mi zrobić lepiej jak program „Myśliwiecka”, z którym Pan Andrus akurat zawitał do Gdyni.


Nastawiłem się na kilkadziesiąt minut piosenek z płyty o tej samej nazwie, a tymczasem okazało się, że był to dwugodzinny program, w którym muzyka aczkolwiek wiodąca to jednak nie zdominowała go. A że gawędziarzem ów związany z „Trójką” artysta jest świetnym, było to doskonale spędzone popołudnie. Uwielbiam zmysł obserwacji i odpowiedni komentarz Artura Andrusa. Większość jego tekstów to nie są, jak w przypadku typowych twórców kabaretowych, wymyślane gagi lecz po prostu zebrane i odpowiednio oprawione prawdziwe sytuacje z naszego codziennego życia. Jest chyba tylko jeden człowiek, który robi to równie doskonale: Stanisław Tym, od którego felietonów zaczynam zawsze lekturę „Polityki”. Współtwórca „Misia” i „Rozmów kontrolowanych” okrasza swoje obserwacje celnym, nierzadko gorzkim komentarzem, próbując wskazać, że w życiu nawet w najbardziej dystyngowanych salonach władzy (a może przede wszystkim tam) oprócz ideologii i wytyczania jedynie słusznych dróg ku świetlanej przyszłości przydałoby się trochę zwykłego, zdrowego rozsądku. Pan Artur zaś swoje obserwacje, trochę mniej upolitycznione przekuwa na utwory sceniczne. „Z kogo się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie”, chciałoby się zawołać za Gogolem, kiedy publiczność (czyli my także) zrywała boki ze śmiechu słuchając rozmaitych cytatów z ogłoszeń, reklam, kalendarzy.


- Ogród zoologiczny. Dzikie zwierzęta w zasięgu ręki! – czytał satyryk fragment reklamy któregoś z polskich ogrodów zoologicznych. Aż się chce wystawić rękę :)

Dorzucimy więc i my w podobnym stylu coś od siebie. Może daltego, że lubimy latać i oswoiliśmy się już trochę z samolotami, oglądamy często na „National Geographic” serial „Katastrofy w przestworzach”. Zrobiło się o nim nieprzyzwoicie głośno zupełnie niedawno przy okazji poświęcenia jednego z odcinków katastrofie smoleńskiej, lecz abstrahując od niej polecam ten serial jako mający duże walory edukacyjne dla przeciętnych pasażerów mających niewielkie pojęcie o tym, co tak naprawdę kadłub pasażerskiego odrzutowca skrywa w sobie i co może zawieść. Niesamowite jest jak drobna niesprawność prostych, niewielkich elementów może skutkować ogromnymi konsekwencjami. Nam wydaje się, że samolot naszpikowany jest technologią kosmiczną, a tymczasem okazuje się, że jakaś obluzowana drobna nakrętka mocująca stalową linkę sterów może doprowadzić do katastrofy. Technologia rodem z garażu sąsiada „złotej rączki” z podwórka, lecz jest wystarczająca dopóki inspekcje przeprowadzane są solidnie, a procedury przestrzegane. Przykuwająca widza do ekranu jest opowieść o śledztwie dotyczącym przyczyn wypadku. Bo nasze obecne bezpieczeństwo jest okupione krwawym żniwem ofiar tamtych wypadków. Byśmy czuli się bezpiecznie, należało usunąć przyczyny, lecz najpierw je odkryć i właśnie żmudna praca śledczych układających puzzle z najdrobniejszych szczegółów, z których często otrzymują zaskakujące wyniki są pasjonującą historią. Jednym słowem serial bardzo dobry, godny polecenia. Lecz oto kiedy przysypialiśmy przed telewizorem pewnego wieczoru, rozbudził nas odgłos reklamy (wiadomo, reklamy są głośniejsze), a tam podekscytowany lektor nawoływał:

- Katastrofy w przestworzach! Nowy sezon! Już od 25 lutego!

Nie jestem pewien, czy dobrze zapamiętałem datę, ale cała reszta to autentyk.

Uwielbiam „Trójkę” za promowanie ambitnej rozrywki. Nie gagów w stylu rozpaćkania tortu na czyjejs twarzy, lecz czegoś więcej. Może to trochę zasługa mojej licealnej nauczycielki języka polskiego? W pierwszej klasie zawsze na klasówkach wybierałem t.zw. wolne tematy. Unikałem w ten sposób konieczności interpretowania lektur, a za to mogłem swobodnie rozpisywać się o filmach, koncertach czy audycjach radiowych, w tym o „60 minut na godzinę”, którą każdej niedzieli nagrywałem na kasety i wiele z tekstów znałem na pamięć. Profesorka w końcu odgórnie zabroniła mi wybierać wolne tematy, ponieważ jak twierdziła, chciała także sprawdzić moją wiedzę zakresu programu nauczania. Zawsze jednak miałem u niej zagwarantowane podciągnięcie oceny w górę dzięki słuchaniu „Sześćdziesiątki”

- Nasz wolnotematowiec... Tym razem ci nie wyszło, ale masz czwórkę za to, że słuchasz „60 minut na godzinę” – mówiła oddając kartkę z moimi wypocinami.

Odpalam dziś komputer, a tam informacja, że na liście przebojów „Trójki” już piąty tydzień z rzędu króluje Jaromir Nohavica i jego „Minulost” („Przeszłość”). To chyba jedyna tak powszechnie sluchana lista na której Artur Andrus może pokonać Phila Collinsa, a śpiewający po czesku Nohavica zostawia w tyle całą polsko-angielską koalicję.

Około północy puka do bramy nieproszony gość
Za węgłem stoi, patrzy na ciebie - twoja przeszłość
Koszula, buty, włosy te same, zupełnie taka jak ty
Chociaż kuleje, nadąża, jest obok, i mówi ci 

Oto mnie masz
Taką mnie znasz
Uchyl mi drzwi
Siądźmy dziś ty
I ja - Twoja przeszłość.

(...)

Piosenka do słuchania własnie gdzieś tak około północy, kiedy tacy nieproszeni goście lubią pojawiać się najczęściej. Piękna wyciszająca, lecz w pełni dociera dopiero kiedy rozumie się tekst. W internecie można już znaleźć rozmaite jej tłumaczenia. Te dosłowne jak i takie zachowujące rytm i linię melodyczną.

Sukces „Przeszłości” skłonił autora do napisania listu na swojej stronie internetowej:

Piszę o tym, ponieważ właśnie Artur Andrus zrobił bardzo wiele by rozpropagować w Polsce twórczość czeskiego barda.  Sam zresztą na płycie „Myśliwiecka” śpiewa polskie wersje piosenek Nohavicy. „Petersburg” i „Cieszyńska” są własnie autorstwa Pana Jaromira. Nie mogło więc zabraknąć takiego akcentu również podczas gdyńskiego występu. Tym razem gość specjalny Artura Andrusa, solistka zespołu „Czerwony Tulipan”, Krystyna Świątecka zaśpiewała „Sarajewo”.


- Popatrz jakie dziwne to dwudzieste stulecie – miał powiedzieć ponoć kiedyś Nohavica do Andrusa – Sarajewo jak klamra spięło jego umowny początek w 1914 i koniec w 1995 roku.

Właśnie tego końcowego akordu – ponadtrzyletniego oblężenia Sarajewa i wojny, która pochłonęła według rozmaitych szacunków od stu do dwustu tysięcy istnień ludzkich dotyczy owa piosenka.

Z halickich połonin dmie złowrogi wiatr

Nasz dobytek skromny potok porwał w świat

Żeglujemy niebem jak zurawi sznur,

Dwa wedrowne ptaki, dwa listy pośród chmur,

Jeszcze tańczy ogień trzaska drzewo,

Ale pora już iść spać,

Tam za gorą, tam jest  Sarajewo,

Tam, Kochany, ślub będziemy brać

(...)

Z białego kamienia, zbudujemy dom,

Bedzie szumiał nad nim rozłożysty dąb,

Niechaj wszyscy wiedzą, żeś mi słowo dał,

Dom nasz będzie pewny, na wieki bedzie stał,

Jeszcze tańczy ogień, trzaska drzewo,

A już wzrok zachodzi mgłą,

Tam za górą czeka Sarajewo,

Tam wyznamy Bogu miłość swą...

Podobnie jak 1939 roku nikt na Zachodzie nie chciał umierać za Gdańsk, tak przez długi okres w latach dziewięćdziesiątych świat przyglądał się nie tyle bezradnie, co bezczynnie rzezi na Bałkanach. Jak to możliwe, że ludzie, którzy na tej ziemi żyli wspólnie od wieków, nagle skierowali lufy karabinów przeciwko sobie? Wszystko jest możliwe gdy zdrowy rozsądek zagłuszy pełen nienawiści nacjonalistyczny jazgot polityków.

Kiedy słucham oryginalnego wykonania „Sarajewa” za każdym razem ściska mnie w gardle. Patrząc na twarze zasłuchanych albo razem z Nohavicą nucących tę pieśń ludzi, chciałoby się krzyczeć: „jak to było możliwe?”. Z drugiej strony te skupione, łagodne i myślące spojrzenia zebranych na koncercie ludzi budzą nadzieję, że tym razem to już naprawdę po raz ostatni.

Gdańsk; 09.02.2013; 22:30 LT

Pisałem niedawno o „Lincolnie” i o tym, ze mnie uśpił. Na „Wrogu numer jeden” też miałem chwilę sennej słabości, aż wypadł mi w pewnym momencie kubek z herbatą, lecz nie miało to nic wspólnego z akcją filmu.

Film długi (bo tez i poszukiwania Osamy bin Ladena trwały aż dziesięć lat) lecz zrealizowany perfekcyjnie. Nie mam złudzeń, że nie jest to dokument. Z pewnością wiele faktów zostało zmienionych bo inaczej równałyby się wyrokowi śmierci na opisywane tam osoby. Bitwa została wygrana, potężny cios zadany, lecz do wygranej wojny z terroryzmem jeszcze daleko. Na pewno jednak sama idea poszukiwań została odtworzona .

Dla mnie to była największa wartość filmu. Z jednej strony ogromny walor poznawczy, a z drugiej świetne kino akcji. Ta zaś wcale nie była łatwa do pokazania. Na poczatku bowiem trudno było o postęp. Największy terrorysta oraz jego ludzie grali Amerykanom na nosie. Śledztwo stało w miejscu, a terroryści zuchwale atakowali kolejne cele. Dochodziło nawet do tego, że zamachowcy popełniali samobójstwo wewnątrz dobrze chronionej wojskowej bazy.

Po wielu przesłuchaniach uczepiono się rozpaczliwie jednego wątku: kuriera Abu Ahmada, lecz i tu przesłuchania nie przynosiły większego postępu i agenci CIA raczej dreptali w miejscu niż notowali postępy. Jak zwykle w takich sytuacjach bywa poszukiwania były bliskie zawieszenia. Utrzymano je niemal wyłacznie dzięki ogromnej determinacji głównej boahaterki filmu, prowadzącej śledztwo agentki, która od rozpoczęcia pracy w wywiadzie nie miała jeszcze okazji zając się czymkolwiek innym. Dziesięć lat życia poświęciła wyłącznie na tropienie numeru pierwszego na liście poszukiwanych przestępców.

Niezwykłe to było polowanie. Kiedy po wielu próbach (od tortur po ogromne łapówki) uzyskano wreszcie trop, był on ciągle wątły. Jak odnaleźć poszukiwanego kuriera, o którym nie wiadomo prawie nic, poza tym, że od czasu do czasu dzwoni do matki z pewnego miasta, lecz za każdym razem z innych, publicznych telefonów. Szukanie igły w stogu siana.


Kolejny majstersztyk to obserwacja podejrzanego domu, który odkryto po kolejnym okresie śledztwa. Otoczony wysokim murem w dobrej dzielnicy, wśród innych domów, na terenie obcego państwa, nie mógł być tak po prostu inwigilowany lub spenetrowany. Właściwie pozostawały jedynie zdjęcia satelitarne. Na nich nikogo podejrzanego nie widać, lecz to że nie widać staje się podejrzane, kiedy analizuje się ilość i płeć pojawiających się na podwórzu osób. Surowe tradycje i twardo przestrzegane reguły muzułmańskiego życia naprowadzą agentów na trop. Czy to jest jednak wystarczający dowód aby wysłać tam oddział wojska?  Jeśli pewności nie będzie, grozi skandal na skalę międzynarodową: nieuzgodniona z nikim  akcja wojskowa na terenie zaprzyjaźnionego (teoretycznie) państwa. Wiadomo jednak, że nic więcej z samych obserwacji nie wyniknie.


„Wróg numer jeden” również nie ma zadatków na kino akcji jakie lubi przeciętny widz. Nie ma oszałamiających pościgów samochodowych, nieustannej strzelaniny, kaskaderskich popisów czy efektów specjalnych. Podobnie jak w „Lincolnie” bardzo wiele dzieje się w zaciszach gabinetów albo w zaciemnionych celach więzień.

Tyle tylko, że w odróżnieniu od „Lincolna”, w tym filmie kamera towarzyszy aktorom przez cały czas i ci zmuszeni są grać, a nie opowiadać widzom co się wydarzyło. Tak jak ludzie „Lincolna” snuli intrygi by zdobyć odpowiednią ilość głosów, tak agenci CIA próbowali różnych sztuczek by uzyskać choćby strzęp informacji. Twórcom „Wroga” sfilmowanie tego wyszło jednak zdecydowanie lepiej.  Film uzyskał mniej nominacji do Złotych Globów i Oscarów. Na rozdaniu Złotych Globów był remis. Gdybym miał obstawiać Oscary, postawiłbym również na remis (bo Lincoln może wygrać w scenografii i kostiumach),  lecz jeśli miałbym po prostu polecić komuś wyjście do kina na tylko jeden z tych dwóch filmów, zdecydowanie poleciłbym „Wroga numer jeden”.

Sopot; 09.02.2013; 19:05 LT 

 
1 , 2 , 3