Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
niedziela, 27 lutego 2011

Jeszcze kilka miesięcy temu, gdy miałem więcej czasu, poświęcałem oddzielne wpisy kolejnym oglądanym filmom. Obecnie cieszę się, jeśli w ogóle uda się wyjść do kina. Bywa więc, że „zaliczamy” z Aniołem filmy hurtowo, jak podczas niedawnego weekendu, kiedy to bylismy aż na trzech seansach. Oglądamy hurtowo, więc i hurtowo je potraktuję. Z kronikarskiego obowiązku.

Jeszcze jesienią, chyba podczas ostatniej wizyty Tomka w starym, szczecińskim mieszkaniu, wybraliśmy się wieczorem na „Social Network”.


Przełom dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku obfituje w błyskotliwe kariery  w branży informatycznej. Chyba jeszcze nigdy w historii mit „od pucybuta do milionera” nie stawał się rzeczywistością tak powszechnie. Gwałtowny rozwój naszej cywilizacji związany jest z narzędziami, które do niedawna trudno było sobie wyobrazić. Google, YouTube, Facebook oraz wiele innych nieodwracalnie odmieniły nasze życie. Mogą się o tym przekonać choćby dyktatorzy Północnej Afryki, obalani jeden po drugim wskutek ruchów społecznych organizujących się mniej lub bardziej spontanicznie za pomocą takich własnie narzędzi. Pamiętając czasy kiedy kserokopiarka była nowością i kiedy wykonując fotokopię należało wylegitymować się w punkcie usługowym, który zmuszony był prowadzić rejestrację klientów, zastanawiam się, jak wyglądałyby w naszym kraju komunistyczne restrykcje obecnie, gdyby system nie upadł w 1989 roku. Podejrzewam, że żadna władza nie miałaby już monopolu na informację. Obalanie niczym kosteki domina totalitarnych reżimów Europy Wschodniej było chyba ostatnimi rewolucjami epoki przedinternetowej. Jakże odmiennie, łatwiej organizowane są bliźniaczo podobne dzisiejsze powstania w Afryce Północnej. A to wszystko za sprawą gadżetów powstających w przysłowiowych „garażach” i głowach wizjonerów, którzy początkowo sami nie zdawali sobie sprawy ze zanaczenia ich wynalazków. Wynalazków zmieniających świat w ciągu miesięcy a nie lat i równie szybko skoromnych studentów lub świeżo upieczonych absolwentów uczelni kreujących na milarderów. Dziś wszystko zależy od pomysłu, a w znacznie mniejszym stopniu od kapitału i chyba nikt nie jest w stanie przewidzieć jakimi gadżetami będziemy się pasjonować za kolejne dziesięć lat. Kolejni milarderzy być może krążą gdzieś blisko nas. Niepozorni chłopcy czy dziewczyny odrabiający (lub nie) lekcje wieczorami być może właśnie mają już w głowach projekty, które sami jeszcze lekceważą, bo nie wiedzą jak siła w nich drzemie. I o tym właśnie jest ten film.


Młody, ambitny chłopak, Mark Zuckerberg, opetany myślą przyszłej kariery zawodowej, do której droga ma wieść poprzez pokazanie się wśród elit, rozstaje się z dziewczyną, która nie godzi się na odgrywanie roli skromnego pionka na szachownicy jego życia. Sfrustrowany wraca do pokoju i od ręki tworzy program do oceny atrakcyjności studentek uczelni. Coś, co miało być hucpą, jednorazowym dowcipem staje się zalążkiem sieci komunikacyjnej studentów Harvardu. Wkrótce to, co miało być siecią w tej uczelni, wylewa się także do innych, a to co miało być siecią międzyuczelnianą, zupełnie niespodziewanie staje się ogólnoświatową. Oczywiście nic nie dzieje się samo i beztrosko. To nie autor wynalazku jest świadom potęgi nowego narzędzia, lecz inni. Tamci też wykładają pieniądze, a za kulisami rozgrywane są intrygi dotyczące praw autorskich i profitów, bo że pieniadze będą wielkie to widać, chociaż wciąż chyba nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie jak bardzo...


Doskonale się ogląda, szczególnie że dotyczy historii, która dzieje się na naszych oczach i jeszcze się nie zakończyła. Ba! Historii, którą większość z nas, użytkowników Facebooka na swój sposób współtworzy. Temat samograj, lecz sprawnie zrealizowany.

Niedługo potem wybrałem się z Aniołem na „RED”.


Obsada może przyprawić o zawrótgłowy. Bruce Willis, John Malkovich, Morgan Freeman – tych aktorów nie trzeba przedstawiać.


I chociaż nie jestem miłosnikiem filmów szpiegowskich w stylu „Agenta 007” czy „Mission Impossible”, to był to jeden z przyjemniejszych seansów, jaki dane mi było ostatnio oglądać. Poszedłem się rozerwać i otrzymałem produkt, o jaki nam chodziło: lekki, z przymrużeniem oka, ale zarazem trzymający w napięciu. Emerytowany agent, niewygodny świadek poważnych machlojek na szczytach władzy staje się kolejnym celem do zlikwidowania. Business is business, sentymenty się nie liczą. To nieważne, że kiedyś pracował z ogromnymi sukcesami dla CIA. Życie toczy się dalej i obecnie jest dla CIA niewygodny. Taki już los szpiega. Trzeba działać szybko, bo pętla się zaciska. Emeryt nawiązuje kontakt z innymi emerytowanymi agentami i zgodnie z zasadą, że najlepszą obroną jest atak, podejmują walkę z potężnym przeciwnikiem. 


Polecam, chociaż już pewnie nie do obejrzenia w kinach.

Po Nowym Roku przyszedł czas na „Czarnego Łabędzia”. To mój główny faworyt oskarowy.


Niezwykła, pokręcona historia. Trudna do oglądania, niejasna i z zaskakujacym (jak dla mnie) finałem. Dopiero po wyjściu z kina, kiedy zacząłem układac sobie te wszystkie puzzle, fascynowała mnie bardziej i bardziej. Doskonała rola Natalie Portman. Zdziwiłbym się, gdyby nie otrzymala za nią Oscara.

Życie Niny, głównej bohaterki, jest w całości podporządkowane baletowi. Jej celem jest perfekcyjność. Dążenie do perfekcji staje się jej obsesją. Pracuje znacznie więcej niż inni, wymaga od siebie ekstremalnie dużo, by móc kiedyś zostać obsadzoną w głównej roli. Niemałą rolę odgrywa w tej historii jej matka. Życie tej kobiety również związane było z baletem i możemy się domyślać, że jak wielu rodziców, swoje niespełnione marzenia i ambicje kieruje ku swoim dzieciom. To one mają dokonać tego, co im się nie udało. Matka pilnuje więc rozkładu dnia córki, odmierza jej posiłki, jest powierniczką wszystkich sekretów.

W nowym sezonie wraz z odejściem dotychczasowej primabaleriny ma zmienić się obsada Jeziora Łabędziego. Perfekcyjna i wrażliwa Nina staje się murowaną kandydatką do głównej roli Królowej Łabędzi. Reżyser jednak ma swoją wizję spektaklu. Chce, by wybrana tancerka wystąpiła w dwóch głównych rolach. Oprócz wyżej wspomnianej, ma odegrac także Czarnego Łabedzia – uosobienie fałszu, zdrady, nieczułości. Nina tańczy pięknie, zmysłowo, lecz zbyt pięknie i perfekcyjnie. Nie potrafi wydobyć owych czarnych cech charakteru. Jej czarny łabędź nie różni się od białego. Reżyser daje do zrozumienia, że obsadzenie jej w głównej roli staje się coraz mniej realne.


W miedzyczasie teatr przyjmuje nową tancerkę, Lilly. Lilly wydaje się być stworzona do roli Czarnego Łabędzia. Życie i obowiązki traktuje na luzie, a zasady moralne też nie są zbyt sztywne. Rozpoczyna się rywalizacja, a zarazem dziwna przyjaźń między Niną i Lilly. Za jej sprawą Nina krok po kroku przełamuje kolejne tabu, wśród których niezwykle dramatyczne staje się zerwanie patologicznej więzi z matką. W pewnym momencie sami się gubimy i już nie wiadmo czy to odtrącona matka popada w przesadną histerię, czy pogrążająca się w obłęd Nina rzeczywiście niszczy wszystko, nad czym przez całe życie pracowała.

Jej niezwykła, mroczna relacja z Lily jest zarazem bardzo tajemnicza. Trudno odróżnić jawę od wizji. Widz czuje się równie zagubiony jak główna bohaterka, która niczym ćma do światła gna teraz na oślep ku złu, nie cofając się przed niczym, by tylko zdobyć i perfekcyjnie odegrać powierzoną rolę.


Wygrywa. Otrzymuje tę podwójną rolę i odgrywa je tak, że w finale otrzymuje od rozentuzjazmowanej publiczności brawa na stojąco. Była perfekcyjna aż do zburzenia wszelkich granic.

To bardzo uniwersalny fim. Wstrząsająca opowieść o autodestrukcji w imię narzuconych sobie ambitnych celów. Jedna z tych, które powracają w myslach jeszcze długo po zakończeniu seansu.

Obejrzany podczas tego samego weekendu „Turysta” nie mógł oczywiście zrobić już takiego wrażenia, bo to film rozrywkowy – kino akcji w stylu „RED”.


Kto z nas nie marzy o cudownej odmianie i przejścia jak za sprawą czarodziejskiej różdżki z szarej codziennośći na salony elit? Taki los spotyka pewnego amerykańskiego nauczyciela, który podróżuje do Wenecji. Przypadkiem poznana piękna kobieta zaprasza go do jednego z najlepszych hoteli w tym mieście. Ma w tym swój cel, wiec pobyt tam idyllą nie będzie.



Pościgi po kanałach, zaskakujące zwroty akcji, wartka narracja sprawiają, że jest to fajny film na niedzielne popołudnie, chociaż nie wiem dlaczego znacznie bardziej o nim głośno niż o podobnym przecież RED. Może sprawiły to weneckie plenery, a może większy budżet na reklamę?


Rzutem na taśmę podczas owego weekendu obejrzeliśmy jeszcze „Skyline”. Ja uwielbiam filmy o kosmitach. Tak mi zostało z dzieciństwa. Anioł nie jest nimi specjalnie zachwycony, ale toleruje moje zachcianki i towarzyszy mi dzielnie. Przebrnęlismy jakoś pare miesięcy temu przez „Dystrykt 9”, ale niezrażony, a skuszony zwiastunami, zapewniłem, że „Skyline” bedzie ciekawszy.


To, co zobaczylismy przeszło najśmielsze oczekiwania. Cukierkowy „Dzień Niepodległosci” przy tym filmie to niemal top gatunku z głębookim przesłaniem. Nawet wspomniany „Dystrykt 9” pretenduje przy nim do miana arcydzieła. Dawno nie ogladałem takiej chały, jaką zaprezentowali twórcy „Skyline”. Jedyne czym broni się ten film, to efekty specjalne.



A już ostatnie sekwencje pokazujące, że celem zmasowanego ataku kosmitów było zdobycie ludzkich mozgów, które od ręki montowane są w ich ni to robotach, ni żołnierzach, były tak żenujące, że aż wstyd. Ech, łezka w oku się kręci, gdy pomyśli się o „Wojnie Światów” Wellsa. Napisana jakieś osiemdziesiąt lat temu, wciąż porusza głębią analizy (n.p. wizja exodusu mieszkanców Londynu przed kosmicznymi najeźdżcami, stała się rzeczywistością już wkrótce kiedy to nie Marsjanie, lecz hitlerowskie wojska pustoszyły kolejne kraje). Do trzech razy sztuka – mam nadzieję, że jeśli uda mi się namówic Anioła na kolejny film t.zw. SF (chociaż używanie okreslenia fantastyczno-naukowy w przypadku takiej szmiry jak „Skyline” wydaje się zbyt daleko idącym pochlebstwem), wreszcie trafimy na coś sensownego.

Jakże inaczej oglądało się „Jak zostac królem”, w którym oskarową (mam nadzieję) kreację stworzył Colin Firth. Szkoda tylko, że dystrybutor zmienił oryginalny tytuł „Przemówienie króla”, który dotyka sedna sprawy na taki, który sugeruje jakieś dworskie intrygi.


Głównemu bohaterowi, księciu Albertowi dokucza jąknie się. Mozna sobie wyobrazić jak wielką torturą stają się dla niego publiczne wystąpienia. Publiczne tym bardziej, że nowy wynalazek, radio, sprawia iż przemawia do całego narodu w czasie rzeczywistym.  Na początku widzimy księcia, który nie jest w stanie wydusić z siebie jednego zdania przed audytorium złożonym z widzów na trybunach i tysięcy jeśli nie milionów słuchaczy radiowych. 


Możemy się domyślać, że wada wymowy króla ma podłoże psychiczne i być może korzeniami sięga relacji z ojcem, który do wyrozumiałych nie należał. Książe próbował rozmaitych metod, ale wszystkie po kolei zawodziły. Poddał się, lecz jego małżonka szukała nadal. I w końcu sprawą zajął się ekscentryczny Australijczyk, który za nic miał sobie książęcy majestat, ale jego niekonwencjonalne metody okazały się skuteczne. Ich współpraca jednak przez długi czas nie układała się najlepiej. Więcej było w niej zgrzytów niż wzajemnego zrozumienia. Okoliczności jednak sprawiają iż książe niespodziewanie zostaje koronowany. Mowa tronowa w Katedrze Westminsterskiej to pierwsze wielkie wystąpienie.  Przyszły król po raz pierwszy chyba w pełni akceptuje rolę swojego niekonwencjonalnego terapeuty i broni go zdecydowanie przed wpływowym oraz nieprzychylnym mu arcybiskupem.


Wkrótce historia postawi Króla Jerzego VI przed jeszcze większym wyzwaniem. Wojna z Niemcami i Hitlerem, którego zdolności oratorskie porywające tłumy fascynowały monarchę. W dniu wybuchu wojny trzeba przemówić do narodu. Chyba cała Anglia i jej rozsiane po świecie kolonie skupia się przy radioodbiornikach. W kabinie z mikrofonem zostaje król i jego terapeuta, który niczym dyrygent orkiestry kieruje jego oddechem i dykcją. Przemówienie się udaje pod każdym względem. Król z lękliwego posadzonego wbrew sobie na tronie przywódcy staje się prawdziwym mężem stanu i ojcem narodu. To również bardzo uniwersalne przesłanie o przezwyciężaniu własnych słabości. Co ciekawe, zarówno ten film, jak i omówiony na początku pretendent do Oscarów „Social network” oparte są na faktach. Czyżby brak weny u scenarzystów? A może potwierdza się stara prawda, że najciekawsze scenariusze pisze samo życie? Dobrze to wiedzieć, bo wtedy po dwóch godzinach w kinie wracamy do najważniejszego z filmów, w którym na dodatek gramy główną rolę. I ten „nasz” film bije na głowę niejedną hollywoodzką produkcję.

Życie napisało scenriusz również ostatniego z obejrzanych przeze mnie ostatnio filmów: „127 godzin”.


Idąc do kina wiedziałem już mniej więcej o czym jest to film. Młody, wysportowany mężczyzna jedzie na weekend na pustkowie jednego z parków narodowych.


Jest przewodnikiem, ratownikiem, zna teren doskonale i śmiga po górach oraz wąskich szczelinach kanionów niczym tatrzańskie kozice po urwiskach. Pomaga napotkanym dziewczynom i biegnie dalej, nie po szlakach, bo zna ciekawsze drogi. Aż do chwili kiedy jego pełna dynamiki ekskursja niczym stopklataka zatrzymuje się w głębokiej szczelinie, gdy osuwający się razem z nim głaz zakleszcza się w głebokiej i wąskiej szczelinie, przy okazji przygniatając rękę nieszczęśnika.

Chłopak dopiero teraz uświadamia sobie w jak fatalnym położeniu się znalazł. Wiedząc wszystko lepiej i ufając swoim umiejętnościom, z założenia nie informował nikogo dokąd jedzie. Prawdopodobieństwo, że ktoś odnajdzie go na takim pustkowiu i w dodatku w równie głębokiej co wąskiej szczelinie jest praktycznie zerowe. Ogladamy tytułowe sto dwadzieścia siedem godzin walki o życie.

Idąc do kina byłem pełen niepokoju, jak uda się opowiedzieć tę aż do bólu statyczną historię.


Musze przyznać, że film wybronił się znakomicie. Był to jeden z lepszych obrazów, jakie miałem okazję obejrzeć w ciągu ostatniego roku. Okazuje się raz jeszcze, że człowiek jest w stanie znieść bardzo wiele, by przetrwać. Pamiętam z wykładów na temat przetrwania rozbitków (obowiązkowe szkolenia dla marynarzy), że podstawową sprawą jest psychika. Człowiek jest w stanie znieść bardzo wiele dopóki ma w sobie wolę walki. Świadczą o tym chociażby niewiarygodne historie przetrwań w obozch śmierci, walk z rakiem, czy przetrwań pod gruzami zawalonych domów. Kiedy słabnie psychika, poddaje się cały oraganizm. Sam doświadczałem tego podczas marszów na sto kilometrów w ciągu doby. Gdy po kilkudziesięciu kilometrach przychodziło zwątpienie, myśl żeby sobie odpuścić stawała się tak natrętna, że odparzone stopy z każdym krokiem bolały podwójnie i tylko one zaprzątały całą uwagę. Sił wystarczało akurat do miejsca, gdzie można było łatwo zejść z trasy.

Główny bohater filmu, nie mając nadziei na ocalenie z zewnątrz i wypiwszy ostatni łyk wody wie, że w tej sytuacji zostało mu co najwyżej kilkanaście godzin życia. Nie poddaje się jednak. Tępym, chińskim scyzorykiem odcina sobie zakleszczoną rękę i uwolniony z pułapki rusza jeszcze w takim stanie na szlak w poszukiwaniu pomocy. Gorąco polecam.                                

Sczecin, 27.02.2011; 09:40 LT

poniedziałek, 21 lutego 2011

Słowiński Park Narodowy z jego ruchomymi wydmami intrygował mnie od zawsze, to znaczy od czasów kiedy w ostatnich klasach podstawówki na dobre oddałem się turystycznej pasji. I wstyd się przyznać, nigdy jakoś nie było mi podrodze, żeby tam się wybrać. Nawet jeśli przypadkiem trafiłem do Łeby albo do Ustki, to i tak zazwycaj na krótko. Zbyt krótko by pójść na wydmy.

Tym razem nasz walentynkowy pobyt w Rowach miał wreszcie zatrzeć tę białą plamę na mapie moich wędrówek. Przynajmniej symbolicznie. Postanowiłem i przekonałem Anioła by wybrać się na Wydmę Czołpińską, znajdujacą się u nasady mierzei pomiędzy Bałtykiem a Jeziorem Łebsko.

Rowy 24

Dzień był mroźny, a wiejący od morza wiatr potęgował uczucie chłodu. Na szczęście w samochodzie, którym dojechaliśmy do Czołpina było przyjemnie ciepło, a dopóki szlak wiódł lasem, byliśmy osłonięci zarówno przez drzewa jak i wał owej wydmy przed nami, którego jeszcze nie widzieliśmy. Większa część wędrówki przez las to było ślizganie się jak na lodowisku. Kałuże na drodze oraz stojąca wśród drzew woda (nie wiedziałem, że znaczną część tego obszaru zajmują torfowiska) sprawiały, że momentami sunęliśmy po gładkim lodzie kilkanaście albo i kilkadziesiąt metrów. Jak ludzie będą tamtędy chodzić gdy zaczną się roztopy?

W końcu zza drzew zaczęła prześwitywać żółtawa góra piachu. Jeszcze chwila i stanęliśmy przed nią.

Rowy 08

Była wysoka jak na nadmorskie standardy. Szybko znaleźlismy się ponad wierzchołkami drzew. A dalej jak okiem sięgnąć rozciągały się piaski, porośnięte tu i ówdzie kępami traw. Wśród nich prowadził szlak wytyczony drewnianymi palikami, między którymi rozciągnięto liny. I bardzo dobrze, bo zapewne latem przewijają się tamtędy tłumy, które stratowałyby wydmy, gdyby je puścić samopas. Tego dnia na szczęście spotkaliśmy tam tylko dwie osoby.

Rowy 10

Rowy 11

Z tabliczki przy jednym z takich słupków dowiedziałem się co nieco o gatunkach traw porastających wydmy. Wśród nich znajduje się popularna w Europie jak i w Ameryce Północnej piaskownica zwyczajna (ammophilia arenaria), która zalicza się do t.zw. roślin pionierskich, czyli tych, które jako pierwsze zasiedlają nagie, nadmorskie piaski. Ich korzenie stabilizują położe i umożliwiają tworzenie się wydm. Oczywiście, takie ustabilizowane podłoże przestaje wędrować. Wśród wydm Słowinskiego Parku Narodowego zauważyć można wiele t.zw. ostańców, czyli stromych pagórków powstałych wskutek przeniesienia przez wiatr niezwiązanego piasku w inne miejsce, i pozostaniu takiego związanego przez korzenie fragmentu, zwanego właśnie dlatego ostańcem. Raz zasiedlone, stają się stopniowo celem kolonizacji przez kolejne rośliny. Na czubku jednego z nich zobaczyliśmy nawet dzielnie walczącą o przetrwanie, wysmaganą przez wichry sosenkę.

Rowy 12

Co mnie najbardziej zaskoczyło podczas tego spaceru, to rozległość owej wydmy. Wyobrażałem sobie ruchome piaski jako pojedyńcze, wysokie pagórki gdzieś na plaży, a tymczasem po wyjściu z lasu szliśmy, szliśmy, a morza wciąż nie było widać.

- Tyle lat mieszkałam stosunkowo niedaleko, a nie wiedziałam, że mamy prawdziwą pustynię w pobliżu – powiedział Anioł.

Rzeczywiście, krajobraz bardzo przypominał pustynię.

Rowy 13

Rowy 14

Rowy 15

W końcu wreszcie pokazało się morze.

Rowy 16

Wcale jednak nie u podnóża piasków, lecz gdzieś daleko, za następnym lasem. Sam fakt, że je widzieliśmy, był możliwy dzięki temu, że znajdowaliśmy znacznie powyrzej wierzchołków drzew, co świadczy o wysokości tej wielkiej masy piachu. Ponoć na terenie Słowińskiego Parku Narodowego ruchome wydmy wznoszą się na 30-45 metrów nad poziom morza. Paliki znaczyły drogę w kierunku owego nadmorskiego lasu, lecz my postanowiliśmy zawrócić, by zdążyć na zarezerwowany na późne popołudnie relaksacyjny masaż w miejscowym spa.

Rowy 17

Przed nami znów rozciągała się pustynia.

Rowy 18

Rowy 23

Wiatr na wzgórzach i mróz doskwierały, ale wkrótce znów skryliśmy się w lesie. Do hotelu wróciliśmy niemal w ostatnim momencie i trzeba przyznać, że godzina masażu od palców u nóg po skronie i powieki w wykonaniu pań z Bali szczególnie po takim spacerze była bardzo przyjemna.

Nazajutrz wracaliśmy do Trójmiasta, ale postanowiliśmy po drodze pojechać raz jeszcze do odkrytej podczas wycieczki do Czołpina... wędzarni ryb.

Rowy 07

Znajduje się ona w miejscowości Gardna Wielka, nad Jeziorem Gardno.

Dobrze trafiliśmy, bo akurat wyjechały stelaże pełne świeżo uwędzonych ryb. Poprzedniego dnia oglądaliśmy szprotki, a tym razem były to jakieś tuńczykowate, oraz halibuty.

Rowy 25

Rowy 26

Zapytalismy panią, która zdejmowała dla nas z haków świeżutkie sztuki, czy wędzą ryby bałtyckie?

- Bałtyckie też, ale skupujemy przede wszystkim te łowione gdzie indziej. Wedzarnia musi stale pracować by zarabiać. Te ryby, które teraz wynieśliśmy pojadą zaraz do Wrocławia. Węgorze natomiast są stąd, prosto z naszego jeziora.

Kupiliśmy trochę tego i tamtego, a potem pojechaliśmy nad jezioro ucztować. Zatrzymaliśmy się nad samym brzegiem i tam odłupywaliśmy pachnące dymem mięso zajadając się do syta.

Rowy 28

Czy to wcześniejsza odwilż, czy niedawna cofka sprawiły, iż poziom wody w jeziorze wyraźnie się podniósł. Lód skuwał rosnące nad brzegiem drzewa.

Rowy 29

Czy był mocny? Hm, ten na kałużach w lesie trzeszczał czasem pod moim ciężarem. Na jeziorze zaś widzieliśmy jeżdzących na łyżwach dorosłego i dziecko. Być może to ojciec z synem. Ja bym się bał.

Najedzeni ruszyliśmy w dalszą drogę. Nie musieliśmy się bardzo spieszyć bo czasu było dość, lecz i tak (a może właśnie dlatego) w ostatniej chwili zdążylismy na środową lekcję tanga.

Gdynia; 20.02.2011; 23:50 LT

środa, 16 lutego 2011

Przed samym nawrotem zimy pojawiło się... słońce.  Szarość ustąpiła tak nagle i zrobiło się tak kolorowo i prawie wiosennie, że nie mogłem powstrzymac się, by przed wyjściem do pracy nie wstąpić na chwilę na gdyński bulwar.

Przed samym nawrotem zimy pojawiło się... słońce.  Szarość ustąpiła tak nagle i zrobiło się tak kolorowo i prawie wiosennie, że nie mogłem powstrzymac się, by przed wyjściem do pracy nie wstąpić na chwilę na gdyński bulwar.

Gdynia 2011-02-10  01

Słońce akurat wyłaniało się zza widnokręgu. Gdzieś daleko jakis statek podążał w stronę Gdańska, albo w stronę ognistej kuli jeśli ktoś woli. Oprócz mnie przypatrywały się temu dziesiątki mew uwijających się w poszukiwaniu porannego posiłku oraz zapaleńcy rozpoczynający dzień od joggingu.

Gdynia 2011-02-10  04

Promienie barwiły wszystko na intensywnie złoty kolor, a okrągła, szklana fasada akwarium niczym ogromny heliograf wysyłała wszystkim posłanie, że budzi się piękny dzień.

Gdynia 2011-02-10  02

Nawet wracający jak zwykle o tej porze ze Szwecji prom przybrał na tę okoliczność niezwykłą szatę.

Gdynia 2011-02-10  03

Cały ten spektakl miał się zakończyć po kilkunastu minutach, gdy słońce wzniosło się nieco wyżej i gra barw miała stać się bardziej stonowana. Nie czekałem jednak, aż rozjaśni się na dobre. Zamknąłem drzwi auta i ruszyłem ku codziennym obowiązkom.

Ten piękny poranek był tylko krótkim przerywnikiem. Na sam początek weekendu sypnęło śniegiem, a wszystko wokół znów skuł mróz. Akurat wtedy, gdy szykowałem się do pierwszego po wypadku wyjazdu samochodem do Szczecina. Tato kończył 81 lat i oprócz samej wizyty u niego, trzeba było pomysleć nad zorganizowaniem mu urodzinowego przyjęcia. Nie są to juz te czasy co kiedyś, gdy na urodziny lub imieniny schodził się cały tłum gości. Dziś większość z nich jest już po tamtej stronie, a i ci, którzy pozostali, z coraz większym trudem dotrzymują sobie towarzystwa.

Wyjechaliśmy z Aniołem w sobotę rano z bagażnikiem pełnym zakupów na imprezę, ktorą mieliśmy przygotować z marszu, prosto z podróży. Na szczęście przyjęcie dla sześciu osób to nie było jakieś szczególne wyzwanie. Jechaliśmy powoli. Do Koszalina było paskudnie, a po minięciu teo miasta pomimo lekkiego mrozu zrobiło się całkiem wiosennie.

W niedzielne popołudnie pokonywalismy tę trasę w odwrotnym kierunku i nic się nie zmieniło. Za Koszalinem świat zaczął bieleć, a w Słupsku było już całkiem sporo śniegu. Tym razem w Słupsku skręcilismy na północ, bo w pobliskich Rowach, nad brzegiem Bałtyku mieliśmy celebrować nasze kolejne Walentynki, a przy okazji mieliśmy zamiar trochę odpocząć od biurowego kieratu. Jak bardzo tego nam było trzeba świadczyła właśnie niedziela. Pracownicy hotelu „Kormoran” zachowali się na poziomie, bo byli z nami przez cały czas w kontakcie telefonicznym i pomimo nieczynnej już kuchni zapewnili nam kolację dokładnie na nasz przyjazd. W pokoju czekały czekoladki i butelka wina, a my po kolacji wylądowaliśmy w łóżku „tylko na chwilę” i po tej „chwili” zasnęliśmy snem głębokim niczym przedszkolaki, ignorując gotową do otwarcia ową butelkę wina, Wstaliśmy gdy słońce było już wysoko na niebie.

Oprócz spokoju położonego na odludziu kurortu niczego nam nie bylo trzeba. I to mieliśmy zapewnione całkowicie. Kiedy wreszcie po długich godzinach  lenistwa zdecydowalismy się wyjść na spacer, zapadał zmierzch. Rowy wyglądały jak wymarłe. W całej miejscowości napotkaliśmy na ulicach może ze cztery osoby. Taki urok nadmorskich kurortów. Zimą zapadają w śpiączkę. Sami na plaży kontemplowaliśmy nadchodzący wieczór.

Rowy 05

Mróz szczypał w uszy i nos, grabiały ręce obsługujące aparat fotograficzny, ale warto było zostać dłużej, by smakować tę ciszę przerywaną jedynie kojącym szumem morza.

Rowy 01

Potęgujący się z każdą minutą po zachodzie słońca mróz był efektem wyżowej pogody, a ten wyż zapewniał prede wszystkim niemal bezchmurne niebo. Kiedy ściemniło się bardziej, zaczęły się pojawiać gwiazdy. Nie ma lepszego miejsca do ich oglądania niż morze albo góry, gdzie ani światła miast, ani smog nie rozpraszają świecących punkcików.

Rowy 04

Tak było i tym razem. Z upływającym czasem gwiazd pojawiało się coraz więcej, a nad samą plażą zawisł, dyszlem do dołu, Wielki Wóz. Przedłużając linię jego tylnej krawędzi można było natrafić na Gwiazdę Polarną, bedącą zarazem ostatnim punktem dyszla Małego Wozu.

Rowy 03a

Nad samą miejscowością zaś, oprócz Księzyca rozbłysł m.in. Orion. Możnaby jeszcze długo przyglądać się niebu, gdyby dokuczliwe zimno oraz zbliżająca się kolacja. Nie taka zwykła. Był to wszak dzień Świętego Walentego i hotel mial dla nas przygotowaną romantyczną kolację przy świecach. Wróciliśmy by w cieple clebrować dalszy ciąg wieczoru Święta Zakochanych.

Rowy 06

Rowy, 16.02.2011; 01:15 LT

niedziela, 06 lutego 2011

W poprzednią niedzielę na skype otrzymałem niepokojące informacje od Anioła. Źle było z jej kotką, Balbinką...

 [2011-01-30 10:55:28] (...) musze stwierdzic, ze ten styczen nie jest dobrym miesiacem :(  Balbinka nie je ani nie pije od dwoch dni :( prawie nie moze chodzic

[2011-01-30 10:57:33] Jezu

[2011-01-30 10:59:34] wczoraj myslalam ze to jej ostatni dzien (...)

Nie pisałem dalej, lecz po prostu zadzwoniłem. Sygnał, że rozmowa odrzucona. I kolejny komunikat na skype:

[2011-01-30 11:00:12] nie moge rozmawiac

[2011-01-30 11:00:22] przepraszam :(  patrze na pogotowia wetrynaryjne

Otwieram Google i szukam.

[2011-01-30 11:01:58] caly czas patrze na nia i boje sie ze  jak next time spojrze to ona nie bedzie zyla :( nawet nie wlaczam odkuzacza bo wiem ze nie bedzie mogla uciec

[2011-01-30 11:03:43] moze da sie jeszcze cos zrobic?

[2011-01-30 11:04:24] chyba po prostu przyszedl czas na nia ;(  ma 15 lat

Następne kilka dni to wizyty u weterynarzy. Przy okazji mieliśmy okazję, jak często w takich przypadkach poznać ludzi z rozmaitym podejściem do zawodu. Był weterynarz, który przez pół dnia zwodził nas, raczej niechętny wizycie w domu, lecz nie mówiący nie, by w końcu około dwudziestej stwierdzić, że nie da rady przyjechać, bo nie ma czasu. I był taki, który późnym wieczorem prosto z trasy do innego zwierzęcia przyjechał do zobaczyć Balbinkę, a potem pomagał jej i nam przez następne dni. Cóż, jak widać, jednych prowadzi powołanie, a innych księga przychodów i rozchodów.

Ten z powołaniem dał kroplówkę, lecz zważywszy na jej wiek i stan ogólny okreslił rokowania jako „ostrożne”.  Zalecił USG ze wzgledu na jej wzdęty brzuszek. Następnego dnia wyszliśmy z pracy zaraz po siedemnastej i przygotowaliśmy się do pakowania Balbinki do pojemnika transportowego. Ona niemal całe swoje życie spędziła w mieszkaniu Anioła. Kiedy w nielicznych przypadkach trzeba było zabrać ją z domu, rozpętywał się prawdziwy horror. Balbinka walczyla, prychała, drapała, skakała niemal pod sufit i nikomu nie dawała się schwytać, a co dopiero zapakować do kontenera. Tym razem pozwalała na wszystko, co oczywiście nie wróżyło dobrze. Pozwoliła nawet w gabinecie ogolić sobie brzuszek, by mozna było użyć aparatu USG. Przytrzymywaliśmy ją lekko, a ona tylko przyglądała się spokojnie.

- Proszę spojrzeć – powiedziała pani weterynarz – tu jest guz. Średnica ponad cztery centymetry. On uciska i powoduje zatkanie światła jelit. A tam dalej, gdzie węzły chłonne, są mniejsze guzki.

- Da się to zoperować?

- Otworzyć jamę brzuszną zawsze można, lecz koty bardzo źle znoszą operacje jelit. Szanse, że jej pomożemy są minimalne, a zważywszy na jej wiek i ilość guzów, prawdopodobnie po otwarciu trzeba byłoby podjąć decyzję, żeby już jej nie wybudzać.

- A chemia?

- Absolutnie nie zalecamy. Oczywiście mogą państwo próbować, mogę dać państwu namiary na weterynarza, który jest specjalistą w tej dziedzinie, ale znów biorąc pod uwagę jej wiek i stan, byłoby to tylko dokładaniem jej cierpień.

- Co więc możemy zrobić?

- Przyjdzie moment, że trzeba będzie podjąć tę ostateczną decyzję, by skrócić jej cierpienia, lecz jeśli nie są państwo jeszcze przekonani, ani gotowi, prowadźmy leczenie paliatywne...

Prosto stamtąd pojechaliśmy do „naszego” weterynarza, który był u Balbinki dzień wcześniej wieczorem. Pokazaliśmy wyniki, powiedzieliśmy o decyzji.

- Leczenie paliatywne może sprawić, że będzie mogła jeszcze czas jakiś być z wami i nie cierpieć zbyt mocno. Jak długo, tego nie da się przewidzieć. Na pewno ważne będą pierwsze dni, czy uda się zmniejszyć ucisk guza i odblokować jelita. Będą państwo musieli przychodzić z nią na zastrzyki codziennie, a jeśli się uda, to może potem zmniejszymy częstotliwość.

- Możemy wieczorami?

- Tak, ja mam dyżury od dwudziestej do rana. Możecie państwo przychodzić o dowolnej godzinie.

Balbinka siedziała spokojnie rozglądając się po gabinecie. Przytrzymywaliśmy ją lekko, ale nie było problemów z wkłuciem się.

Następnego dnia była troszkę bardziej ożywiona, ale też nie protestowała. Było to ożywienie nieznaczne, niewielka poprawa w porównaniu z poprzednim okresem, kiedy głównie leżała na podłodze, zdolna do przejścia kilku kroków od czau do czasu.

W czwartek rano Anioł przyniósł jeszcze radośniejszą wiadomość.

- Dziś Balbinka przyszła do mnie jak zawsze rano do łóżka i podgryzała mnie delikatnie zębami na dzień dobry. Zawsze tak robi, by dać mi znać, że chce jeść. Otworzyłam jej saszetkę i zjadła troszkę oraz napiła się wody,

- Super! – ucieszyłem się również.

Po pracy mieliśmy zaplanowaną wizytę u stomatologa, więc z naszym weterynarzem umówiliśmy się na dwudziestą pierwszą. Zastanawiałem się jak tym razem będzie przebiegać pakowanie Balbinki do kontenera. Teraz kiedy zaczyna jeść i nabiera sił, nie będzie zapewne już godzić się na wszystko. Nie wyszła jednak nas przywitać.

Anioł zajrzał do pokoju, a ja do kuchni. Balbinka leżała na podłodze, na boku, trochę nienaturalnie.

Jeszcze przez chwilę miałem wrażenie, że oddycha, lecz to było tylko złudzenie. Była już sztywna i zimna. Wyszedłem zakomunikować smutną wiadomość Aniołowi. Przytuliłem i próbowałem jakoś ukoić jej ból, oraz płacz jakim wybuchła. Płacz spontaniczny i czysty jak u dziecka. Ktoś, kto w taki sposób reaguje na śmierć zwierzaka, musi mieć serce wielkiej czystości. Kiedy ochłonęła, nachyliliśmy się razem nad martwym ciałem, a potem zawinęliśmy je w kocyk, na którym ostatnio sypiała. Zadzwoniłem do weterynarza, by odwołać wizytę i podziękować za jego wsparcie.

Trzeba było ją jeszcze pogrzebać. Kiedy wieźliśmy ją zawinietą w ów kocyk, Anioł opowiadał mi w jaki sposób trafiła do niej i, że najpierw wcale nie była jej kotem, przyniesiona z podwórka przez siostrzeńca. Ona zaś odnosiła się do tych zwierząt z dużą rezerwą. Zaakceptowały się w okolicznościach najmniej do tego stosownych, gdy młodziutka kotka, z sobie tylko znanych powodów nasikała jej na... poduszkę. Bariery zamiast się pogłebić, pękły i od tej pory był to już tylko jej kot i takim pozostał przez piętnaście lat.

Wróciliśmy w środku nocy. Trzeba było jeszcze uprzątnąć miseczki z wodą i z karmą.

- Takie małe istnienie – powiedział Anioł – nikomu się nie narzucające. Przez tyle lat tutaj było. A teraz pochowane zostało w swoim kocyku, uprzątnie się po nim miseczki i nie pozostanie żadem ślad. Pustka.

- Człowiek każdy,  jaki by nie był, coś po sobie zostawi – dodałem przytulając ją – a taki kotek? Nic. Tylko wspomnienia.

- Tak. A to był ideał. Najlepszy z kotów.


*  *  *

- Spaliłam garnek – żalił mi się wczoraj Mój Anioł – Tylko na chwilę przymknęłam oczy gotując makaron, a obudizł mnie swąd spalenizny.

- Zabrakło Balbinki – odpowiedziałem – Dałaby Ci znać, gdyby żyła.

- O tak. Zawsze mnie powiadamiała. Nawet jeśli coś robiłam w pokoju przy biurku, a w kuchni nad garnkeim lub czajnikiem pojawiała się charakterystyczna dla wrzątku chmurka pary, ona przybiegała i zaczepiala mnie, jakby rozumiejąc, że powinnam zareagować.

Gdynia, 06.02.2011; 23:40 LT