Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
niedziela, 28 lutego 2010

 

Wyładunek zakończony. Jeszcze nieco ponad godzina i opuścimy Zhanjiang. Czeka nas cztery-pięć dni żeglugi do ujścia Jangcy.

Co za dzień na olimpiadzie w Vancouver! Justyna Kowalczyk w końcu zdobyła upragnione złoto. Musiałem wyjechać i nie oglądać, żeby mogło się ziścić J Ależ mi szkoda, że nie widziałem. To musiał być niezwykle emocjonujący finisz, skoro nasza biegaczka pokonała Norweżkę o zaledwie 0,3 sekundy. Tę Norweżkę, która wydawała się być na tych igrzyskach poza zasięgiem kogokolwiek. Jakby tego było mało, nasze panczenistki zdobyły brązowy medal w wyścigu drużynowym. Tego to już zupełnie nikt się nie spodziewał. Zwłaszcza, po słabiutkich występach naszej reprezentacji w tej dyscyplinie na początku igrzysk. Mam badzo limitowany dostęp do internetu, więc nawet nie pamiętam ich nazwisk. I podobnie jak ja, zapewne mało kto, poza fanami tego sportu je znał. Dziś pewnie są na ustach całej Polski i należę do garstki nielicznych, która nie wie co to za zawodniczki.

Sześć medali! Nawet trudno mówić tu o jakimś rekordzie. To po prostu zupełnie inny wymiar w porównaniu z dziesięcioleciami mizerii, podczas których Polska pełniła jedynie rolę statystów, a sukcesem było jakieś pojedyńcze, zabłąkane miejsce w pierwszej dziesiątce. A przecież było jeszcze kilka startów, gdzie do medalu było blisko, i kilka takich, które chociaż przyniosły rozczarowanie, to jednak dostarczyły emocji, ponieważ na medale liczyliśmy. Jeden z redaktórów „Trójki” powiedział pewengo dnia, że to niezwykłe, ponieważ niemal każdego dnia czekaliśmy na transmisje z zawodów, z większymi lub mniejszymi nadziejami na podium. Oczywiście daleko nam do tuzów zimowych sportów. Może też się zdarzyć, że po Adamie Małyszu i Justynie Kowalczyk znów zaczną się lata posuchy, ale jakoś mam nadzieję, że nie.

Kończy się olimpiada w Vancouver, która stała pod znakiem wielu uchybień organizacyjnych, ale która była wyjątkowa w historii polskiego sportu i oby stanowiła przełom w zimowych dyscyplinach uprawianych w naszym kraju.

Jeszcze nie zdążyłem się nacieszyć tymi sukcesami, gdy zauważyłem mail ostrzegający jeden z naszych statków przed tsunami wywołaną trzęsieniem ziemi o sile 8,8 w skali Richtera, które nawiedziło Chile. Jeszcze nie ucichły echa kataklizmu sprzed kilku tygodni na Haiti, a tu nowe nieszczęście. Mój Anioł przysłał mi kilka sms-ów z informacjami, z których wynika, że zniszczenia są ogromne.

Na szczęscie ofiar będzie zapewne mniej niz na Haiti. To zupełnie inny kraj, znacznie bardziej nowoczesny, lepiej przygotowany na nieszczęścia. Szczególnie po tragicznych doświadczeniach z ogromnego trzęsienia ziemi z 1962 roku, akurat wtedy gdy kraj ten szykował się do rozpoczecia na swoich stadionach mistrzostw świata w piłce nożnej. W Antofagaście widziałem kiedyś wielką tablicę z planem miasta i zaznaczonymi na nim rejonami bezpiecznymi, czyli takimi, które leżą na tyle wysoko, by móc schronic się przed nadciągającą falą tsunami. Z kolei w San Antonio, zaobserowałem taki znak wskazujący kierunek ucieczki.

Inne są budynki, inne procedury, inna służba zdrowia, finanse i rząd. Na Haiti wraz z trżęsieniem ziemi rząd i służby państwowe praktycznie przestały działać. W innej epoce prawdopodobnie upadłoby całe państwo. Dziś nikt nie wyciąga ręki by zagarnąć tę ziemię. Wysyła się pomoc humanitarną w nadziei, że może uda się podtrzymać gasnące państwo. Narazie jednak bliżej tam do totalnej anarchii i kolejnej humanitarnej katastrofy głodu i chorób w obliczu nadciągającej pory deszczowej.

Wierzę, że Chile podniesie się szybciej, ale kiedy na lotnisku w Hong Kongu przeczytałem nagłówek, że Portugalia może potrzebować nawet dziesięciu lat, by naprawić zniszczenia po niedawnym huraganie i kiedy przypomnę sobie jak powoli zabliźniają się rany Nowego Orleanu, uświadmiam sobie jak wciąż niewiele możemy wobec furii żywiołów.

Zhanjiang, 28.02.2010; 17:40 LT

sobota, 27 lutego 2010

Mozna to nazwac syndromem podrozy. Komputer jesli moze nawalic, to czyni to zazwyczaj krotko po wyjsciu z domu, kiedy juz nie ma szans, aby cos poradzic. Ledwie otworzylem go na gdanskim lotnisku, okazalo sie, ze funkcja bezprzewodowego polaczenia z internetem jest niektywna. Nie pomogla zadna akcja.

Siedze w lounge w Hong Kongu i moge co prawda korzystac z tutejszych koputerow, ale to nie to samo co wlasny laptop. Poza tym z obawy przed wirusami (tak sadze) nie ma mozliwosci podlaczenia najmarniejszego chocby pen drive'a. Wszystkie gniazda USB sa niedostepne dla klientow. Zadnego zdjeca wiec na razie nie bedzie.

Samolot z Frankfurtu do Hong Kongu, jumbo jet, zapakowany byl do ostatniego miejsca. Ludzie upchani jak sardynki w puszce. Na szczescie bylem zmeczony po zarwanych kilku ostatnich nocach. Przysypialem juz podczas czytania najnowszej "Polityki" w oczekiwaniu na kolacje. Kiedy stewardessa zabrala tacke po posilku, wylaczylem lampke i zamknalem oczy. Obudzila mnie jasnosc po wlaczeniu swiatel, kiedy rozpoczelo sie roznoszenie wilgotnych recznikow do odswiezenia sie przed sniadaniem. Po sniadaniu znow przysnalem i do rzeczywistosci przywrocilo mnie dopiero tapniecie samolotu o plyte lotniska podczas ladowania.

Kiedy zaparkowalismy przy bramce i mozna bylo wstac, rozpoczal sie zwyczajowy koncert kilkudziesieciu (a moze kilkuset) telefonow komorkowych. Ludzie nie moga czekac. Gdy tylko zakaz ich uzywania przestaje obowiazywac, wszyscy natychmiast loguja sie do sieci. Tak jakby od tych kilku minut zalezaly ich najwazniejsze sprawy zyciowe.

W tej komorkowej symfonii (a raczej kakofonii) prym wiedzie firmowa melodyjka Nokii, ktora zdazylem serdecznie znienawidzic po przymusowym wysluchaniu tysiecy odtworzen. Z pewnoscia jednak jeszcze dlugi czas przymusowej koegzystencji przede mna. Nie ma dnia bym nie uslyszal jej gdzies na ulicy, w kafejce, albo w biurze. O samolotach nie wspominam, bo nie latam codziennie, ale samoloty "wynagradzaja" z nawiazka nieliczne wolne od tego dzwieku dni.

Potem zaczyna sie szalenczy wyscig do immigration albo do strefy transferow. Jedni ida szybko, inni biegna. Normalnych jak na lekarstwo. Ja (gatunek szybkoidacy) zauwazylem w tlumie wysypujacym sie z bramki, lezace na posadzce uamane kolko od walizki. Ktos widocznie uznal, ze juz nie wrato go podnosic. Liczy sie bowiem kazda sekunda, jak na igrzyskach.

No i po kilku miesiacach przerwy przyszlo sie przeprosic z paleczkami. Na obiad wzialem sobie ryz, kurczaka z kim-chi oraz duzo, duzo grzybkow mu.

Za poltorej godziny ostatni etap podrozy. Samolotem linii Southern China polece do Zhanjiang. Tam zaokretuje na "moj" statek i w niedziele prawdopodobnie wyjdziemy w morze, by po kilku dniach zeglugi dotrzec do ujscia rzeki Jangcy, a potem w gore rzeki do Jiangyin.

Hong Kong, 27.02.2010; 14:30 LT

piątek, 26 lutego 2010

I znów lotnisko. Samolot do Frankfurtu trochę opóźniony, więc zdążę jeszcze napisać parę słów z Gdańska.

Kilka intensywnie przeżytych dni za mną. Przygotowanie słuzbowego wyjazdu wymagało przegladania maili, aprobowania zamówień - wszystko na czas i najlepiej "na wczoraj". Oprócz tego jak zwykle mnóstwo spraw prywatnych - pozałatwiać i pozamykać co się da, by w miarę spokojnie zająć się pracą tam, daleko.

Zaczynam kolejną podróż do Chin. Z Frankfurtu lot do Hong Kongu, a stamtąd jeszcze do Zhanjiang. Potem już statkiem na rzekę Jangcy do Jiangyin, do dobrze znanej mi z poprzednich remontów stoczni. Pewnie więc notatki stamtąd przeplatać będą aktualne wydarzenia z opisami tego, co nie zdążyłem umieścić na blogu do tej pory. Wenecja, Międzyzdroje, parę obejrzanych filmów, jeden musical, że nie wspomnę o zdjęciach z jesiennego spaceru do elektrowni wodnej Rutki. Jesienny spacer na przedwiośniu - ładny mi dziennik.

Gdańsk, 26.02.2010; 08:20 LT

poniedziałek, 22 lutego 2010

Rano zobaczyłem gondolierów osuszających swoje gondole.

Venezia 27 blog

Deszcz jeszcze nie przestał padać, lecz trafiła się jakaś japońska wycieczka, więc na przystani zapanował duży ruch.

Venezia 16 blog

Najważniejsze jednak, że poziom wody opadł i powódź przestała nam zagrażać.

Pani w recepcji zaproponowała nam wypad do Murano. Bezpłatny transport motorówką na tamtą wyspę, zwiedzanie jednej z hut szkła, a potem prezentacja ich wyrobów. Powrót juz na własną rękę. Oczywiście organizatorzy takiej eskapady liczyli na ewentualne zakupy, stąd ów darmowy przejazd bezpośrednio do tej, a nie innej huty.

Oczywiśćie skorzystaliśmy z tej oferty i krótko po śniadaniu zosaliśmy odprowadzeni przez specjalnego przewodnika do przystani nieopodal mostu Rialto. Tam czekała na nas motorówka identyczna jak te z napisem taxi. Ciągle kropiło, ale my siedzieliśmy w zacisznym wnętrzu, a najbliższą godzinę lub dwie mieliśmy spędzić pod dachem.

Venezia 17 blog

W średniowieczu osady,  miasta albo regiony specalizowały się w produkcji określonych wyrobów. Tak było też z Murano. To miasto-wyspa rozwinęło u siebie hutnictwo szkła i oczywiście zasłynęło z tej produkcji znajdującej zbyt w przede wszystkim w sąsiedniej Wenecji. Z czasem (nie wiem czy nie po utracie niepodległości republiki) rozpoczęły sie problemy ze zbytem, a produkcja zaczęło podupadać. Gdy wydawało się, że to już koniec, ktoś wpadł na pomysł jej reaktywowania. Tyle tylko, że od tej pory Murano nie stawiało już na użytkową masówkę lecz stało się ośrodkiem wytwarzającym szkło artystyczne. Trafiło na swój czas i rozpoczął się renesans tej dziedziny, bo któż z odwiedzających Wenecję nie chciałby przywieźć pamiątki sygnowanej słynnym „made in Murano”? O ile Murano słynie ze szklarstwa, to położona nieopodal wyspa Burano wyspecjalizowała się w koronkach. Nie mieliśmy jednak aż tyle czasu, by zwiedzić i ją. Postanowiliśmy skupic się na szkle.

Wysiedliśmy na przystani należącej do huty, więc od razu weszliśmy do warsztatu, gdzie przy rozgrzanym piecu (nie wygaszają go nigdy, nawet podczas Bożego Narodzenia, kiedy na dwa dni przerywa się produkcję) czekał juz jeden z pracowników. Nabrał z jego wnetrza niepozorną kulke półpłynnej masy.

Venezia 18 blog

Zaczał przez długą rurę dmuchać do jej wnętrza. Masa wydymała się jak balon. Obracał ją i przy pomocy rozmaitych narzędzi niczym garncarz nadawał je pożądany kształt. Gdy szkło zaczynało zastygać, wkładał je ponownie do pieca, by znów satło się plastyczne.

Venezia 19 blog

Po kilkunastu minutach flakon był gotowy.

Venezia 20 blog

Później obejrzeliśmy jeszcze wytwarzanie niewielkiego szklanego konia. Pomimo pozornie skoplikowanego kształtu, panu poszło z nim jeszcze szybciej niż z flakonem.

A potem już ekspozycja i możliwość zakupu. Fotografowanie zabronione, lecz jedną fotkę na pamiatkę zrobiłem.

Venezia 21 blog

Wystawione rzeczy były naprawdę piękne, lecz nie mieliśmy w planie robienia większych zakupów. Nacieszyliśmy oczy i podziękowaliśmy za przyjęcie.

Wyszliśmy wprost na bulwar biegnący wzdłuż głównego kanału. Oczywiście było tam mnóstwo sklepików oferujących szklane wyroby. Rozmaite cudeńka, przyciągały do wystaw.

Venezia 22 blog

Tymczasem wprost z łodzi zacumowanych nieopodal miejscowi mogli zaopatrzyć się chociażby w warzywa i owoce. Trochę tak jak to widuje się u nas gdy niektórzy sprzedają towar wprost z samochodów dostawczych.

Venezia 23 blog

Spacer umililismy sobie lampką wina w lokalnej kafejce, a potem poszliśmy na przystanek vaporeto. Linia 41 miała dowieźć nas na Piazzale Roma, gdzie kończy się ruch samochodowy doprowadzony na wyspę specjalną groblą.

Venezia 24 blog

Pierwszym przystankiem po odpłynięciu z Murano był... cmentarz. Cimiterio. Na ten cel została przeznaczona jedna z wysp. Otoczona murem stała się miejscem pochówku tutejszej stołeczności. Wenecja i okolice nie ucierpiały zbyt mocno podczas największych wojen, więc podejrzewałem, że wycieczka po takiej wyspie mogłaby być niezwykłą wyprawą w odległą przeszłość. Nie wysiedliśmy tam jednak. Trzeba było wybierać albo to, albo tamto... Czas gonił jak zwykle.

Venezia 25 blog

Po dotarciu na Piazzale Roma mogliśmy przez chwilę podziwiać najnowszy most wenecki przerzyucony nad Canale Grande. Powstał już w XXI wieku, kosztował kilkanaście milionów euro, budowany był dłużej niż zabytkowy Rialto i ponoć już gdzies pęka. Potem poszliśmy na drobne zakupy do supermarketu zajmującego parter kilku kamienic nad kanałem, po czym wsiedliśmy do vaporeto i pojechaliśmy na Plac Świętego Marka, bowiem zbliżała się godzina rozpoczęcia naszej wycieczki, na którą nie zdążyliśmy poprzedniego dnia.

A na placu niespodzianka. Tłumy ludzi i coraz więcej w przebraniu oraz w maskach. Karnawał oficjalnie miał zostać otwarty w niedzielne południe, lucz już teraz, w sobotę mnóstwo ludzi paradowało w maskach, a czasami w bardzo bpogatych strojach. Wszędzie było słychać muzykę i czuło się atmosferę zabawy. Nie spodziewaliśmy się tego wiedząc, że finał karnawału miał nastąpić dopiero podczas następnego weekendu. Przypadkiem więc dane było nam uczestniczyć we wspólnej zabawie na ulicach.

Venezia 26 blog

Venezia 28 blog

Venezia 29 blog

Venezia 30 blog

Venezia 31 blog

 W pociągu Jelenia Góra - Gdynia, 21.02.1010; 20:10 LT

niedziela, 21 lutego 2010

W Pałacu Dożów podobnie jak i w bazylice Św. Marka nie wolno było robić zdjęć. Jedno, jedyne wykonałem przez okno wychodzące na kopuły bazyliki oraz wieżę na placu.

Venezia 05 blog

Szkoda, bo przepych z jakim dekorowano sale pałacu robił ogromne wrażenie. Wyobrażam sobie jak bardzo musiało to działać na przybyszów z zewnątrz odwiedzających miasto w czasach świetności republiki. Republiki która istniała przez około tysiąc lat. Żadna inna chyba tyle nie przetrwała. Założona w ósmym wieku, upadła dopiero po wkroczeniu wojsk Napoleona, a więc zaledwie nieco ponad dwieście lat temu. Zupełnie niedawno jak na skalę historii. Dla Napoleona  nie miała chyba większego znaczenia, skoro wkrótce odsprzedał Wenecję Austrio-Węgrom, jej śmiertelnemu wrogowi, któremu tędy właśnie było najbliżej do morza. W okresie Wiosny Ludów, Wenecja odzyskała niepodległość, ale na bardzo krótko. Był to już tylko niewiele znaczący epizod. Dawna potęga stanowiła już tylko wspomnienie i państwo nie mogło sie utrzymać.

Oglądaliśmy przepięknie zdobione sufity kolejnych sal, ogromne malowidła pokrywające ich powierzchnie oraz zajmujące także górne fragmenty ścian. Czasu mieliśmy niezbyt wiele – godzinę, ponieważ o piętnastej mieliśmy się zgłosić na wykupioną rano wycieczkę. Trudno jednak nie zatracić poczucia rzeczywistości gdy obcuje się z takim pięknem. Mimo iż (wydawało mi się) spieszyliśmy się, kiedy spojrzałem na zegarek dochodziła 14:50. Teraz trzeba było ruszyć niemalże galopem. A tymczasem labirynty korytarzy wprowadziły nas w podziemia, gdzie mieściły się lochy więzień. Nimi przedostaliśmy się po kanałem do budynku, w którym  cele zajmowały już nie tylko podziemia. Stamtąd do Pałacu Dożów powróciliśmy przez słynny Most Westchnień. Piękny na zewnątrz, wewnątrz miał surowy, więzienny wystrój. Równie surowe schody prowadziły wprost do ociekającej pałacowym przepychem sali, bodajże sądowej. Droge jaką przebyliśmy, skazańcy pokonywali w odwrotnym kierunku. Po usłyszeniu wyroku zostali wyprowadzani tymi własnie schodami przez most, z którego przez zakratowane okienka mogli po raz ostatni spojrzeć na Wenecję i świat w ogóle, zanim pochłonęła ich więzienna rzeczywistość lochów. Mało który nie westchnął oglądając po raz ostatni bogate miasto, w którym karnawał w najświetniejszych czasach trwał nie kilka tygodni jak dzisiaj, lecz aż pół roku. Ponoć od westchnień skazańców wziął nazwę ów most.

Kiedy przechodziliśmy przez niego, usłyszelismy bicie dzwonów obwieszczające piętnastą. Miejsce spotkania uczestników wycieczki nie znajdowało się daleko, tym niemniej musieliśmy opuścić pałac i przejść po przekątnej przez cały Plac Św. Marka.  Pozostało mieć nadzieję, że poczekają te pięć minut.

Nie poczekali.

W biurze powiedzieli nam, że grupa właśnie wyszła. Kiedy zaproponowaliśmy, że może ich dogonimy, mało uprzejma pani stwierdziła, że juz odpływają gondolami. Wydawało się to nieprawdopodobne, ponieważ musieliby mknąć jak strzała na gotowe do odpłynięcia gondole, które tylko czekały, by błyskawicznie odcumować, ale nie było z kim dyskutować Mogliśmy tylko liczyć, że na ten sam voucher dostaniemy się na wycieczkę nazajutrz.

Tymczasem windą wjechaliśmy na górującą nad placem wieżę. Na tarasie widokowym  przywitał nas przenikliwy chłód. Wiał bardzo silny i zimny wiatr, a dodatkowo zacinał deszcz. Obejrzelismy panoramę miasta, z góry popatrzylismy na ostatnie przygotowania do mającego się właśnie rozpocząć karnawału, lecz  po kilku minutach mieliśmy dość i z przyjemnością zjechaliśmy na dół.

Venezia 06 blog

Poszliśmy do Muzeum Correr zajmujace pomieszczenia częsci charakterystycznych budynków okalających Plac Św. Marka. Są tam eksponowane głównie znaleziska archeologiczne, pochodzące z czasów antycznych. Owszem, pokaźny zbiór monet albo n.p. dwie egipskie mumie robia wrażenie, ale raczej nie pasowały do profilu naszego wypadu. Nie da się obetrzeć wszystkiego przez najdłuższy nawet weekend. Prześlizgnęliśmy się więc jedynie po wystawach, dłużej zatrazymująć się jedynie przy miejscach dokumentujących historie Wenecji, jak n.p. wielkie obrazy przedstawiające panoramę miasta. Malowane w różnych okresach były świdectwem jego ewolucji. Mogliśmy bez bólu odpuszczać sobie fragmenty ekspozycji, ponieważ jako posiadacze Venice Card mieliśmy tu wstęp wolny (podobnie nie musieliśmy się martwić o bilety w środkach komunikacji miejskiej, czyli t.zw. vaporeto).

Kiedy wyszliśmy z muzeum zapadał już zmierzch, ale przede wszystkim pogoda zdążyła się pogorszyc jeszcze bardziej, zamieniająć się stopniowo w ulewę.

Venezia 07 blog

W takich warunkach dotarliśmy do Mostu Rialto, przez długi okres czasu jedynej przeprawy mostowej przez Canale Grande – główną arterię miasta.

Venezia 09 blog

Venezia 10 blog

Śniadanie jedliśmy już dość dawno, więc postanowilismy pójść gdzieś na obiad. Liczylismy też trochę, że uda nam sie przeczekać największy deszcz.. Muszle, krewetki i wenecki spritzer do popicia uprzyjemniły nam czas w restauracji nad Canale Grande, w sąsiedztwie słynnego mostu. Kiedy jednak ją opuściliśmy, padało jeszcze bardziej. Chciałem chociaż rzucić okiem na Ca d’Oro czyli Złoty Dom. Szukaliśmy go w strugach deszczu. Od strony Canale Grande doskonale widoczny, od strony głównej uliczki niełatwo było go wypatrzyć. Oboje z Aniołem mieliśmy buty przemoczone doszczętnie, a i na plecach powoli zaczynałem czuć wodę, która przesiąkła przez kurtkę i koszulę.

Venezia 11 blog

Kiedy w końcu dotarliśmy do Ca d’Oro, nie mieliśmy już na nic ochoty. Postanowiliśmy wsiąćć do pierwszego lepszego vaporeto, który pojawi się na przystanku. Liczyłem, że może uda nam się wejść jeszcze do Bazyliki S.Maria de la Salute, wzniesionej u wejścia na Canale Grande po przeciwnej stronie niż Plac Św. Marka jako akt dziękczynny za uwolnienie miasta od zarazy. Niestety, poza deszczem i wiatrem przywitały nas tam na głucho zamkniete drzwi. Bie było sensu dłużej włóczyć się w taką pogodę. Postanowiliśmy wracać.

Następnym vaporeto przedostalismy się w okolicę Pałacu Dożów, a potem poszliśmy na kawę, ciastko i wino orza zwrócić niedopłacone poprzedniego dnia euro do kafejki, o której wspominałem w pierwszym wpisie.

Po drodze zauważyliśmy, że  poziom wody znacznie się podniósł. Większe fale zaczynały wlewać się na bulwar. Czyżby groziła nam powódź?

Plac Świętego Marka był zupełnie pusty kiedy wracaliśmy do hotelu. Oprócz nas przemykały szybko dwie  lub trzy osoby.

Ciepło. Wreszcie ciepło! Zrzucamy z siebie mokre ciuchy. Buty wędrują na gorący kaloryfer, ciuchy na wieszaki pod wentylator, a my do łóżka pod kołdrę.


Jelenia Góra, 21.02.1010; 08:20 LT

 
1 , 2 , 3