Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
sobota, 28 lutego 2009

  

Płyniemy do Charleston. Ten tekst, z mniejszą ilością fotografii moze uda mi się wrzucić do sieci kiedy będziemy przez Mona Passage wychodzić z Morza Karaibskiego na Atlantyk. Być może złapiemy sygnał czy to z wysepki Mona, czy z Puerto Rico. Wpisy o Mielnie czy Jeleniej Górze, chociaż juz prawie gotowe, poczekają az dopłyniemy do USA.

Tłusty Czwartek przywitałem na lotnisku we Wrocławiu. Liczyłem, że skoro samolot odlatuje dopiero o 09:05, może załapię się na jakiegoś pączka, lecz na prózno. Kafejki na terminalu oferowały... muffiny. Widać na lotnisku, w międzynarodowym towarzystwie tradycja już nie obowiązuje. A zdawałoby się, że powinna szczególnie, jako wizytówka naszego kraju. Za to w gablotce z pamiątkami, zapewne w nawiązaniu do muffinów można kupić skrzyżowane przyjacielsko dwie flagi: polską i amerykańską. Nie mam nic do Ameryki, ale jakoś mi to pachnie służalczością. Bo gdyby chociaż do wyboru były i inne konfiguracje, n.p. polska i niemiecka, która miałaby o wiele głębszą wymowę, pomijając już fakt, ze znacznie więcej Niemców niz Amerykanów przewija się przez wrocławskie lotnisko i taka pamiatka mogłaby mieć sens...

Eeee tam, marudzę, bo pączka (zwanego w niektórych kręgach berlinerem) nie udalo mi się kupić...

Wsiadłem do niewielkiego samolotu Lufthansy i poleciałem do Monachium.

W samolocie ani mnie, ani żadnego z naszych rodaków nikt nie bił. Trochę się w życiu już nalatałem i zauważyłem, że na ogół stewardessy nie szarpią się z nikim, kto takiego działania mniej lub bardziej świadomie nie prowokuje.

Z Monachium do Nowego Jorku jak niemal na każdej międzykontyntalnej trasie samolot był całkowicie zapełniony. Tam przesiadłem się do Caribbean Airlines na lot do Port of Spain.

I ten samolot był zapełniony całkowicie, prawdopodobnie za sprawą karnawału na Trynidadzie. Wylecieliśmy z dwugodzinnym opóźnieniem. Po dobie od przybycia na wrocławskie lotnisko dotarłem do miejsca przeznaczenia. Czekała mnie jeszcze godzina jazdy samochodem do Point Lisas, gdzie stał nasz statek. Załadunek wciąż trwał chociaż zbliżał się powoli do końca. Uciążliwy szary pył, zmieniający błyskawicznie barwę na rdzawą i szalenie trudny do zmycia wciskał się wszędzie. Po takiej operacji najpiękniejszy nawet statek wygląda jakby był całkiem zardzewiały. Najgorsze, że złudzeniu takiemu ulegają nawet profesjonalni inspektorzy, którym trzeba długo tłumaczyc i udowadniać, że to nie rdza lecz pył.

O swicie w sobotę 21 lutego odcumowaliśmy. Zostawialiśmy za rufą oświetloną jeszcze plątaninę stalowych konstrukcji, powoli wyłaniającą się z mroku nocy. Pomimo jaśniejącej z każdą minutą łuny nad widnokręgiem, rogalik Księżyca, wciąż jeszcze srebrzył się wyraźnie gdzieś wysoko na granatowym tam jeszcze niebie.

*   *   *

Mona Passage pomiędzy Hispaniolą a Puerto Rico przepłynęliśmy 23 lutego o zmierzchu. Słońce właśnie zachodziło, kiedy zblizyliśmy się do wysepki Mona, od której wziął nazwę ten przesmyk między Morzem Karaibskim a Atlantykiem.

Był to ten jeden z pięknych zachodów, kiedy zocista tarcza nie ginie za zasłoną chmur tuż nad widnokręgiem, lecz widoczna jest do samego końca, dopóki nie „utopi się” w morskiej toni.

Lecz pomimo iż zbliżyliśmy się do wysepki na zaledwie cztery mile, sygnał sieci telefonów komórkowych się nie pojawił. Nastepna okazja trafi się więc dopiero u kresu podróży, na podejściu do Charleston w ostatni dzień lutego.

Atlantyk, 26.02.2009; 06:00 LT

czwartek, 19 lutego 2009

To było kolejnych intensywnie przeżytych kilka dni...

W piątek po pracy nie wracałem już do domu lecz pojechaliśmy z Aniołem na walentynkowy weekend do Mielna.

Poświęcę mu zapewne oddzielny wpis, podobnie jak i „osiemnastce” Pauliny. Muszę  jednak troche ochłonąć po tych wszystkich wrażeniach, przeplatanych, a jakżeby inaczej, strumieniami służbowych e-maili, które oczywiście były w większości pilne i w większości wymagały mojego zaangażowania pomimo urlopu. A może to ja już fiksuję na ich tle?

Walentynki i osiemnastka zlały się w jedną całość ponieważ dzieli je w kalendarzu niewiele, ale żeby aż tak? Tradycyjnie już wszystko robię „na styk”, więc tym razem nie mogło być inaczej.

Niedzielne popołudnie i wieczór z Aniołem, zamykajacy nasze pierwsze wspólne święto zakochanych (poprzednie dwa z powodu moich wyjazdów spędzaliśmy daleko od siebie) zakończyły się przyjazdem do Gdańska około 21:30. O 23:25 miałem zaś pociąg w kierunku Jeleniej Góry. To znaczy tak naprawdę to był to pociąg do Warszawy, gdzie zamierzałem się przesiąść na pociąg do Wrocławia, by stamtąd łapać połączenie autobusowe do „Jelonki”. Było to jedyne rozwiązanie pozwalające mi nie tracić niedzielnego popołudnia, a zarazem znaleźć o w miarę rozsądnej godzinie u celu.

Tu jednak muszę wspomnieć, że Jelenia Góra nie była ostatnim etapem tej podróży. Zaraz po dniach wolnych czekał mnie wyjazd na statek. W tej sytuacji nie było sensu wyjeżdżać do Gdańska w środę po południu, by prosto z dworca jechać na lotnisko. Uzgodniliśmy, że polecę z Wrocławia.

Walizki miałem prawie spakowane, ale po powrocie do domu trzeba było jeszcze przerzucić to i owo (a szczególnie laptop) z bagażu walentynkowego. Kiedy skończyłem przepakowywanie i pomyślałem, że warto byłoby zamówić taksówkę na 23:00, spojrzałem na wyswietlacz telefonu komórkowego. Wskazywał... 23:05. Byłem tak zaskoczony, ze jeszcze musiałe mporównac z innym zegarem. Niestety, pomyłki nie było.

Od razu wskoczyłem na wysokie obroty, ale diabeł zachichotał gdy przewijałem dane książki telefonicznej. Cała lista została skasowana gdy telefon był niedawno oddany do naprawy. Mógłbym bez trudu odnaleźć go w internecie, lecz laptop był już spakowany. Zaczęło się więc nerwowe wpisywanie adresu internetowego w wyszukiwarce telefonu. Oczywiście w takich przypadkach trudno o sukces za pierwszym razem. To wymagałoby spokoju i opanowania.

W końcu znalazłem, dodzwoniłem się i wezwałem taksówkę. Zjechałem windą z walizkami i rozpoczeły się minuty oczekiwania. Dlaczego jej jeszcze nie ma. Sięgnąłem po portfel, by sprawdzić zawrtość. Trzydzieści złotych. Na taksówkę starczy, ale na bilet u konduktora (innej opcji już nie było) należało zaopatrzyc się w gotówkę z bankomatu. A zegar gnał jak szalony, a taksówka ciągle nie nadjeżdżała.

W końcu jest! Wsiadam. Do odjazdu pociągu mniej niż dziesięć minut. Kierowca po zamknięciu bagaznika wsiada i przed ruszeniem spokojnie wklepuje zlecony własnie kurs do komunikatora ich kompanii. Żeby dyspozytorka wiedziała dokąd jedzie. Postanowiłem już się nie denerwować. Nie było praktycznie szans abym zdążył. Po przyjeździe na miejsce spokojnie poszedłem do dworcowego bankomatu. Zegar w hallu wskazywał 23:23. Dwie minuty do odjazdu. Peron piąty, najdalszy. Kiedy jednak automat sprawnie wypluł gotówkę, postanowiłem spróbować. Pędem (o ile można mówić o szybkości gdy ciagnie się za sobądwie walizki) ruszyłem w tunel pod torami. Jeszcze schody i jest. Peron już pusty, ale pociąg jeszcze stoi. I konduktorzy w oddali tez jeszcze na peronie. Szarpię się z drzwiami najbliższego wagonu. Wstawiam jedną walizkę, potem drugą i sam wchodzę. Otwieram okno na korytarzu wyglądam. Konduktor jeszcze na coś czeka. Zziajany odpoczywam przy oknie.

- Co pan taki zasapany? Też na ostatnią chwilę? To tak jak ja – mówił jakiś gość przez otwarte drzwi przedziału – musiałem kupić bilet u konduktora.

Jeżeli on przybył na ostatnią chwilę i zdążył kupic u konduktora bilet oraz rozlokować się w przedziale, to na jaką chwilę ja dojechałem?

Nie szukam dalej. Pakuję walizki do przedziału owego pasażera last minute. Pociąg rusza. Jest 23:28. Gdyby odjechał planowo, chyba miałbym okazję popatrzeć na tę scenę z peronu zamiast z okna wagonu. Tym razem Niebiosa się zlitowały.

Do podróży i Jeleniej Góry też wrócę (o ile nie zapomnę)  w następnym wpisie, a teraz tylko dodam, że opuściłem już to zasypane śniegiem miasto (padało z niewielkimi przerwami przez całe trzy dni).

O wpół do pierwszej w nocy dotarłem do hotelu, z którego raniutko odjadę na lotnisko. Z przesiadkami w Monachuim i Nowym Jorku mam dotrzeć na Trynidad. Tam czeka mój statek, którym popłynę do Charleston w USA.

Reszta potem. Teraz spać.

Wrocław, 19.02.2009; 02:15 LT

piątek, 13 lutego 2009

Ściany świątyni miały duże okna, przez które mogłem obserwować jej wnętrza. Niewiernym nie wolno przestepowac progu meczetu, więc juz sama możliwość zajrzenia do środka przez szybę była ciekawym doswiadczeniem.

Doha 42

Spojrzałem jeszcze na mnogość butów tradycyjnie pozostawionych przed drzwiami i skierowałem się na dół  ku wyjsciu.

Doha 43

- I jak? Podobało ci się? – zapytał ów mężczyzna w arafatce.

- Tak, to dla mnie ciekawe.

- Byłeś w meczecie?

- Nie! Oczywiście, że nie.

- Dlaczego?

- Nie wolno. Jestem innej wiary.

- Wolno. Chodź, zaprowadzę cię.

I mężczyzna (później przedstawił się, ale pierwszego dość trudnego do wymówienia imienia nie zapamiętałem, zaś na drugie miał Ahmed) poprowadził mnie. Przed drzwiami zdjęliśmy buty i weszliśmy do światyni. Ahmed tłumaczył mi, ze modlą się pięć razy dziennie, opowiadał w jaki sposób i pokazał wiszący na scianie zegar wskazujacy godziny poszczególnych modlitw w bieżącym dniu.

Doha 44

Zbliżała się właśnie 17:20, czas modlitwy Maghrib, wiec pokazał mi jeszcze ambonę z której głoszone bywały kazania po czym wyszliśmy.

Doha 45

Na korytarzu zapytał, czy nie poczekałbym kwadransa aż skończy się modlić, to jeszcze by mi cos pokazał.

Poczekałem. Otrzymałem jeszcze jedną herbatę i poczytałem spokojnie o rozmaitych innych aspektach islamu. Mój przewodnik pojawił sie tak jak zapowiadał – po nieco ponad kwadransie. Wziął klucze i zawiózł mnie do biblioteki. Na półkach leżało tam całe mnóstwo książek w rozmaitych, często egzotycznych językach. Polskiego niestety tam nie było, ale mój przewodnik zaopatrzył mnie w tytuły angielskie.

Doha 48

Przez cały czas opowiadał przy tym o swojej religii, ale nienachalnie, z szacunkiem dla swojej wiary i z taktem by nie urazić moich uczuć chrześcijańskich. Otrzymałem angelską interpretację Koranu oraz kilka książek jak n.p. „Zrozumienie islamu”, „Islam i chrześcijaństwo”, „Mahomet – prorok Boga dla całej ludzkosci”, „Jezus, prorok islamu” i.t.d.

Potem zjechalismy na dół i pożegnaliśmy się.

- Wykonujecie wspaniałą pracę. Gdyby wszyscy byli tacy jak wy, nie byłoby wojen.

- Dziękuję, że tak mówisz – odpowiedział Ahmed – jeżeli kiedykolwiek przyjedziesz do Dohy, przyjdź tutaj.

- Jeżeli przyjadę, na pewno przyjdę.

Gdynia, 12.02.2009; 23:55 LT

  

Jak już wczesniej wspomniałem, w trakcie spaceru uliczkami stolicy Kataru dotarłem do charakterystycznego budynku, Fanaru. Napis na ścianie głosił, ze jest to Katarskie Islamskie Centrum Kultury.

Doha 36

Zajrzałem do środka, najpierw ostroznie jak pies do jatki, ale kiedy zobaczyłem angielski napis zachecający do zwiedzenia ekspozycji oraz budynku, wszedłem do srodka już pewnym krokiem.

Fanar ponoć oznacza światło, albo latarnię morska wskazującą własciwy kierunek.

Ekspozycja zajmująca cały parter budynku miała za zadanie przybliżyć islam przeciętnemu przybyszowi wychowanemu w odmiennej tradycji. I muszę przyznać, że spełnia swoje zadanie. Liznąłem w swoim zyciu trochę wiadomości o tej wielkiej religii, ale sporo nowego dowiedziałem się w owym ośrodku. Warto poznać w co wierzą muzułmanie choćby po to, by dowiedzieć się jak wiele nas łączy a jak niewiele dzieli. Gdyby religijny fanatyzm pozwalał słuchać i strac się zrozumieć, o ile mniej byłoby konfliktów i tragedii. Osobiście mam głębokie przeświadczenie, że dobry Bóg jako wszechmocny i wszechwiedzący będzie sprzyjać przede wszystkim ludziom czyniącym dobro i wystrzegającym się zła. Pojęcie doba i zła jest jednakowe dla wszystkich religii. Cała reszta to rytuały oraz szczegóły wiary. Bóg, Jahwe, Allah – to przecież ta sama Istota Najwyższa. Wszyscy skupiamy się wokół Niej i tylko modlimy się inaczej.

Wielki poster na jednej ze ścian przedstawiał drzewo genealogczne pięciu wielkich proroków.

Doha 38

Noe, Abraham, Mojżesz, Jezus i Mahomet. Muzułamanie wierzą, że ten piąty był zarazem ostatnim. Chrześcijanie oddają boską cześć Jezusowi oczekując na jego powtórne przyjście. Oczekiwali Jego, a nie Mahometa. Żydzi zaś nieufnie patrza na nich obydwu. Ot i cała różnica. Niby niewielka, a ilez wojen i ileż istnień ludzkich pochłonęła. W imię wiary w dobroć jedynego Boga.

Doha 46

Niewielu było zwiedzających. Przez większą część czasu byłem w tej wielkiej sali sam. Czasem na krótko pojawił się jakiś muzulmanin. Nie wiem, czy z racji odmienności, czy też muzułmańskim obyczajem zostałem poczęstowany herbatą. Z zainteresowaniem czytałem o trzech najświętszych miejscach islamu: Mekce, Medinie oraz Jerozolimie, o świętych księgach, do których zalicza się m.in. Tora, Biblia i Koran. Z ta tylko różnicą, ze te pierwsze, ulegały zmianom wskutek kolejnych tłumaczeń. Koran zaś, istniejący tylko w języku arabskim pozostaje niezmieniony od ponad 1400 lat. Na dowód niezmienności i nieprzekłamania głosu Allacha zwiedzający może obejrzeć kopię najstarszego egzemplarza Koranu i porównac go z obecnymi.

Doha 47

Wszystko co nie jest napisane po arabsku, Koranem juz sie nie nazywa, lecz co najwyżej jego interpretacją.

Kiedy czytałem zarys życia poszczególnych proroków, z oczywistych względów najbardziej intreresowało mnie ich podejście do Jezusa.

Doha 39

Największą niespodzianką był dla mnie fakt iz muzułmanie nie wierzą w ukrzyżowanie ani smierć Chrystusa. Uważają, że został żywy przeniesiony do Nieba, skąd powtórnie przybędzie na Ziemię przed dniem Sądu, by pokonać Antychrysta i zaprowadzic sprawiedliwość. Oczywiście według islamu odrzucającego dogmat o Trójcy Przenajświętszej, Jezus nie był ani Bogiem ani synem bożym, lecz człowiekiem, prorokiem Boga.

Mahomet, niepiśmienny mężczyzna otrzymał w wieku czterdziestu lat polecenie od archanioła Gabriela, aby pisać.jak niepiśmienny może pisać? Archanioł powtórzył: „pisz!”i ten zaczął pisać. Przez dwadzieścia trzy lata spisywał Boskie przesłanie nazwane później Koranem.

Doha 40

Kiedy umierał, w wieku 63 lat, większa częśc Półwyspu Arabskiego przyjęła już nową wiarę. Sto lat po jego smierci islam rozprzestrzenił się na tereny od Hiszpanii po Chiny.

Po obejrzeniu parteru, chciałem pójść na podobna do minaretu wieżę. Zapytałem strażników czy mogę, lecz ci odmówili. Jednak rozmawiający z nimi mężczyzna w białej dżelabiji i chcrakterystycznej, czerwonej chuście zwanej u nas „arafatką” powiedizał, że mogę iść na piętro.

- Tam jest meczet – poinformował mnie.

I rzeczywiście, Centralną część zajmował meczet, wokół którego biegł pozbawiony dachu korytarz.

Gdynia, 12.02.2009; 23:55 LT

 

czwartek, 12 lutego 2009

  

Inne sklepy były królestwem bardziej intensywnych zapachów. To przyprawy, źródło bogactwa handlarzy sprzed wieków, a i dziś bardzo ważna gałąź gospodarki. W tych sklepach intensywne zapachy ilustrowane były paletą barw rozmaitych proszków, albo fragmentów roślin w postaci niezmielonej.

Doha 59

Gdzie indziej zpach i kolor ustąpił miejsca gamie metalicznych odgłosów. To składzik najprzeróżniejszych garnków, woków, patelni, czajników, dzbanków oraz mnóstwa innych, często bardzo dziwnych naczyń.

Doha 57

Możnaby tak wędrować godzinami, od zaułka do zaułka, od sklepiku do sklepiku, nic nie kupować, a tylko oglądać egzotyczne towary.

Doha 58

Nawet bankomaty, zamiast w zwykłej scianie, bywają zamontowane w specjalnej budce, znów pełnej arabskich wpływów.

Doha 49

W innym miejscu odnalazłem sklep pełen orzeszków, ziaren i słodyczy. Tam równiez było kolorowo.

Doha 56

Wśród tego mnóstwa przegródek natrafiłem na znajomy widok. Nasze najprawdziwsze krówki! Z Milanówka!

Doha 55

Robiło się późno. Napiłem się jeszcze herbaty w przydrożnej knajpce. Smak miała podobny do tej z Tunezji. Słodka jak ulepek i... orzeźwiająca zarazem, chociaż zważywszy na wieczorny chłód orzeźwienie nie było mi potrzebne. Delektowałem się smakiem obserwując zabawy trójki dzieciaków z niewielkim kotkiem, który umykał im miedzy stoliki. Kiedy w szklance pokazało się dno  ruszyłem w strone hotelu, gdzie czekała na mnie kolacja, a niedługo po niej wyjazd na lotnisko.

 

Gdynia, 11.02.2009; 23:20 LT

 
1 , 2 , 3