Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
czwartek, 28 lutego 2008

 

Kilkanaście mil od brzegu, a jednak udało się! Telefony komórkowy zalogowały się do sieci na Jamajce. Krótki przerywnik na drodze przez Morze Karaibskie. Ledwie widziałem słabe światła w oddali, lecz telefon działał.

Popłynęły sms-y w obie strony. Mój Anioł pisze tak cudownie. Jej sms-y zawierające najpiękniejsze wiersze, gorące od uczuć, drżące od namietności powodują przyjemne dreszcze gdzieś między łopatkami. Nikt nigdy tak do mnie nie pisał. Nikt tak nie wyrażał swojej tęsknoty. Pisaliśmy w pośpiechu, bo nie wiadomo było, kiedy zasięg się skończy. Tak jakbysmy chieli wyrwać jak najwięcej z podarowanej przez los mozliwosci. Pora nie była dobra, bo chociaz nad Jamajką wieczór to w polsce głęboka noc. Skończyliśmy gdy w mroźnym tego dnia Gdańsku zegary wskazywały za dwadzieścia czwartą na dranem.

Skojarzyło mi sie to ze Starym Dobrym Małżeństwem i ich piosenką „Czarny blues o czwartej nad ranem” lecz zanim to teraz napisałem z płyty Cohen zaspiewał „I am your man”

If you want a boxer, I will step into the ring for you,

And if you want a doctor, I will exam every inch of you,

If you want a driver, climb inside,

Or if you want to take me for the ride,

You know, you can…

I am your man.

Kiedyś mój Anioł powiedział mi o marzeniach związanych z tą piosenką. O tym, że słuchała jej kiedyś i marzyła o facecie, który ją dla niej zaśpiewa. Czas mijał i marzenia przykurzyły się pyłem zwątpienia. Nie myslała już o tym więcej az do czasu kiedy pewnego wieczoru zatańczyliśmy do niej. Było to jedno z najpiękniejszych wyznań jakie dane mi było usłyszeć, bo to przecież jeden z moich ulubionych utworów, również pełen niespełnionych przez lata marzeń.

Ech Jamajka, gorąca Jamajka...

Tak pięknie zakończony weekend wcale nie był sympatyczny wcześniej. Jak już bowiem wspominałem, miałem w planie obejrzeć zbiorniki. Zaliczyłem ich w sumie jedenaście. Siedem odłożyłem na następną wizytę. Oglądanie ich nie byłoby takie złe, gdyby nie konieczność pentrowania dna podwójnego. Dno podwójne to prawdziwy labirynt szlaków wiodących przez znajdujące się w nim komory. Niektóre statki mają układ dość prosty: z każdej komory wiodą otwory w kierunku zarówno wzdłuż jak i w poprzek statku.

Tutaj tak jest tylko w niektórych. Inne mają przejścia tylko w jednej osi, a jeszcze inne tworzą prawdziwe ślepe uliczki. Ponieważ wyjście znajduje się tylko w jednej komorze, dobrze jest nie stracić orientacji. Warto zawczasu zrobić jakieś znaki kredą by ułatwić sobie powrót. Nie ma bowiem problemu kiedy ma się dużo czasu, lecz gdyby trzeba było uciec szybko...  W panice nietrudno starcić orientację. Jakby mało było utrudnień w tej klaustrofobicznej krainie, której wysokość uniemozliwia wyprostowanie się, a zalegająca woda raczej odstręcza od poruszania się na czworaka, zaprojektowane otwory wymagają sporej gimnastyki, zeby się przecisnąć

Niektóre umieszczone są tak nisko, ze praktycznie nie ma siły, trzeba kolanami albo tyłkiem (w zależności od techniki pokonywania otworu) zanurzyć się w wodzie.

Pamiętam jak pewnego razu zagłębiliśmy się z jednym inspektorem w jeden z odległych zakamarków i wtedy jego czujnik zaczął piszczeć informując, że poziom tlenu spadł poniżej dopuszczalnych 19%. To jedno z największych niebezpieczeństw zamknietych przestrzeni.  Niewidzialna, nieprzewidywalna śmierć. Człowiek oddycha normalnie by w ciągu kilku minut niespodziewanie stracić przytomność. Znane są w zegludze przypadki całego ciągu śmierci, kiedy koledzy wbiegali aby wyciągnąć na zewnatrz kolegę i po chwili padali obok niego, po czym następni gnani instynktem pomocy wchodzili do śmiertelnej pułapki, bo ich koledzy byli przeciez zaledwie kilka metrów od nich... Czasem czujniki się psują i alarmuja jak oszalałe nawet na swieżym powietrzu. Kiedy jest się w grupie, a zapiszczy tylko jeden, paniki na ogół nie ma. Wtedy również nie przejęliśmy sie zbytnio, bo po pierwsze w zbiorniku byliśmy już od dobrych kilkunastu minut i tlenu było dość, a po drugie mój czujnik nie piszczał. I nie minęło kilkadziesiąt sekund jak piszczeć zaczął także mój.

- Go! – krzyknęlismy do siebie i ruszyliśmy przez te małe otwory labiryntem komór. Nawet nie zabłądziliśmy ale żaden z nas nie zwracał uwagi na wodę i błoto. Kiedy przedostaliśmy się do zbiornika wysokiego (bo z dna nie wychodzi się wprost na pokład lecz do biegnącego wzdłuz podwójnej burty zbiornika wysokiego, którym dopiero około pietnaście metrów wspinaczki po drabinkach w górę pozwala wyjść na zewnątrz) byliśmy cali w błocie. Przyświeciliśmy latarkami na czujniki. Jeden wskazywał „error”, a drugi „słaba baterię”. Zbieg okoliczności, ze jedno i drugie przytrafiło sie niemal jednocześnie. Rozesmialiśmy się, ale już żaden z nas nie miał ochoty zawracać.

Zdarzyło juz mi się także uciekać z dna podwójnego, które ktoś przez pomyłkę zaczął napełniać. Kiedy wybiegłem, myślałem, że zatłukę drania. Pilnuję teraz aby oprócz werbalnych uzgodnień, przy zaworach zawsze była kartka zabraniajaca jakichkolwiek operacji.

Na szczęscie nie miałem nigdy okazji zostać... zamkniętym w zbiorniku. Słyszałem o człowieku, który pracował wewnątrz razem z innymi. Na koniec dnia roboczego wszyscy wyszli i ostatni zamknął właz, zakrecając od zewnątrz śruby. Koledzy nie policzyli się jednak dokładnie. Ostatni tak naprawdę był przedostatnim. Zanim prawdziwy ostatni doszedł do włazu, jego współpracownik zdążył zakręcić sruby i odejść. Nikogo nie zdziwiła nieobecność człowieka na kolacji, bo nie zawsze wszyscy ją jedzą. Kiedy jednak ten nie pojawił się na śniadaniu wszczęto alarm. Próbowano ustalić, gdzie widziano go po raz ostatni i... wyszło że w zbiorniku. Odkrecono sruby, otwarto właz i... znaleziono pechowca w dobrej kondycji fizycznej. O kondycji psychicznej opowieść nic nie mówiła, ale nie chciałbym byc na jego miejscu. Siedzieć całą noc zamkniętym i zastanawiać się co zdarzy się prędzej: otwarcie włazu i wybawienie, czy też napełnienie zbiornika wodą? Brrr!

Tego weekendu jak i podczas wielu innych inspekcji nic niepokojącego się nie wydarzyło. Zaliczaliśmy zbiornik po zbiorniku i jedyna niedogodnością oprócz zmęczenia były otarte uda. Zawsze się je obciera przy długotrwałym przeciskaniu przez te niewielkie otwory. Obejrzeliśmy jednak co trzeba i po zakończeniu inspekcji z przyjemnością wziąłem prysznic, a potem wskoczyłem do koi. Uciąłem sobie drzemke od obiadu aż do podwieczorku. Njapiękniejsze po południu było zas to, że wycieczke po zbiornikach miąłem juz za sobą i nastepna trafi się nie wcześniej niż na następnym statku.

Przed kolacją zaś obejrzałem sobie taki widoczek:

Co za piękny kontrast po stalowych, rdzawych czeluściach.

Morze Karaibskie, 18.02.2008; 23:10 LT

W nocy przepłyniemy pomiędzy Półwyspem Jukatan a Kubą i tym samym z Zatoki Meksykańskiej przedostaniemy się na Morze Karaibskie.

Amerykańska telefonia komórkowa zrobiła mnie w bambuko. Nie sądziłem, że ciagle widząc brzegi niewielkiej w końcu rzeki, nie zdążę wrzucić wpisu na bloga. Faktem jest, że ujście rzeki Calacasieu do szczególnie zaludnionych nie należy. Komu by się chciało stawiać maszty wśród bezkresnych łąk?

Postałem więc na pokładzie i pożegnałem stały ląd. Lubie ten moment przekraczania granicy między dwoma światami. Z jednej strony pozostaje kraina kusząca swoim niepowtarzalnym pieknem, zapraszająca do odkrywania swoich tajemnic dalej i dalej w interiorze, a naprzeciwko niej bezkresna dal morza, które zawiedzie wędrowca ku najdalszym, najbardziej egzotycznym lądom, jeżeli tylko starczy mu woli i odwagi. Z jednej strony znane i bezpieczne (przynajmniej takim się wydaje), a naprzeciwko skryta za widnokręgiem niewiadoma, wymagająca zmagań z falami by dopuścić podróżnika w swoje granice.

Jeszcze ląd, jeszcze plaża, jeszcze linia falochronu i nagle delikatne kołysanie oznajmia opuszczenie zacisznego, osłoniętego akwenu. Jeszcze tylko boja... czasem jedna czasem więcej – ostatni łącznik, ostatnie znaki markujace podwodne przeszkody, po minięciu których ma się przed sobą już zupełnie otwartą przestrzeń i koncentracja na manewrach ustępuje miejsca spokojowi.

Inaczej jest kiedy się wraca. Wtedy boja jest pierwszym znakiem, wypatrywanym w skupieniu. Ja szczególnym sentymentem darzyłem boję SWIN-N, ustawioną na Bałtyku daleko od naszych brzegów, a zarazem zwiastującą zbliżającą się redę Świnoujścia. Od niej przygotowania do wejścia do portu nabierały tempa, coraz częstszy był kontakt ze stacją pilotów, wypatrywało się kolejnych, njapierw pojedyńczych, niczym kamieni milowych, boi, a potem już bramek, których czerwone i zielone światła wyznaczały strony bezpiecznej rynny wiodącej między przybrzeznymi ławicami wprost ku główkom falochronu. Jeżeli miało się szczęście wpływac w dzień, to zamiast świateł ogladało się szerokie, złociste plaże, a na falochronach spacerujących turystów. Wpływało się między ludzi, wracało do normalnego świata za rufą pozostawiając wilgotne pustkowia.

Teraz oglądałem oddalające się za rufą falochrony wyznaczające ujście teksańskiej rzeki.

Na lądzie zapalały się kolejne światła, świadczące, ze nie taki on znów pusty jak mi się przez moment wydawało. To wszystko było już jednak przeszłoscią. Naszą drogę wyznaczały inne światła. To całe mrowie platform wiertniczych rozrzuconych po szelfie, między którymi lawirując mieliśmy wydostać się na bezpiecznie pute obszary.

Żegluga między nimi trwała całą noc.

Rano było już pusto.

Daleko od lądowego świata życie toczy się swoim rytmem. Zostałem odcięty od swoich e-mailowych adresów, a to co przekierowywano dla mnie na adres statkowy, stanowiło bardzo skromny ułamek codziennej korespondencji. Zajmowałem sie przygotowaniami statku do corocznych inspekcji, ale też znajdowałem czas i na nadrabianie biurokratycznych zaległości z lądu, i na lekturę ksiązki. Na koniec dnia, tak jak teraz, zasiadam w fotelu, piszę bloga off-line słuchając zabranej ze sobą muzyki. Właśnie leci z głośników najnowsza płyta Hey, która kupiłem gdzieś na przełomie roku, ale te wczesniejsze odsłuchania odbywały się ciągle w biegu. Dopiero kołysany wodami Zatoki Meksykańskiej mogę założyć słuchawki, oprzeć głowę na oparciu fotela, przymknąć oczy i spokojnie wsłuchać się w płynące z komputera dźwięki.

- No, słuchajcie, to już koniec koncertu... – oznajmia po jakimś czasie  Kasia Nosowska z compactu.

Kończę więc i ja dzisiejsze pisanie. Jeszcze łyk kawy, gryz prince polo (wziąłem ich zapas ze sobą) i położę się poczytać trochę przed snem. Jutro od rana czeka mnie oglądanie zbiorników. Nie lubię tego. Znów wyjdę ubłocony jak nieboskie stworzenie. Ale tym sie będę martwić jutro. Póki co, niech trwa piątkowy wieczór.

 

Zatoka Meksykańska, 15.02.2008; 20:50 LT

 

 

Teksas. Jestem tu po raz pierwszy. Niewiele zobaczyłem, bo nasz opóźniony samolot  wylądował w Houston około jedenastej wieczorem. Potem jeszcze rozmaite procedury z agentem, a na koniec czekała blisko trzygodzinna podróż samochodem do Lake Charles. Tym razem wystepowałem w roli pasażera, więc niemal natychmiast zapdałem w głęboki sen, z którego wyrwał mnie dopiero głos kierowcy, oznajmiający, że dojeżdżamy. Dojeżdżaliśmy do miejscowości Sulphur. Hm, chyba troche dziwnie jest mieszkać w miasteczku nzaywającym się Siarka, lecz zaważyłem, ze w USA wiele jest takich mało wymyślnych nazw. Po Siarce zaraz zaczynało sie Lake Charles – też zbyt długo nad tym chyba nie główkowali. Zobaczyłem Lake Charles z okien samochodu, a potem wjechaliśmy na teren jakiejś rafinerii, gdzie przy kei stał mój statek. Pożegnałem sie z kierowcą, wszedłem na trap i... więcej moja noga już na teksańskiej ziemi nie stanęła. Po półtorej doby postoju właśnie płyniemy w dół rzeki Calcasieu i za niedługo znajdziemy sie na wodach Zatoki Meksykańskiej. Czeka nas tydzień żeglugi ku południowym wybrzeżom Morza Karaibskiego, gdzie położony nad rzeką Orinoko port Matanzas będzie następnym przystankiem.

Wcześniej jednak będą Walentynki. To już drugie Walentynki z Moim Aniołem i drugie, które spędzamy oddzielnie. Tak mi żal, ze nie mogę zaprosić Jej na spacer i jakąś miłą kolację...

Nigdy nie przypuszczałem, że w moim życie potoczy się torami jak z prawdziwego filmowego romansu. Tyle widziałem filmów o miłości, tyle ciepłych komedii romantycznych, tylu bohaterom zazdrościłem po seansie i tyle kilometrów przebyłem po rozwodzie samotnie w postanowieniu, że nie warto już z nikim sie wiązać. Z jednej strony nieuchwytna tęsknota za ciepłem drugiej osoby, a z drugiej obawa przed kolejnym rozczarowaniem i nowymi problemami.

Mój Anioł pojawił się po ponad roku mojego ponownego singlowania. Pojawił się znaczy właśnie dokładnie tyle. Ot, widywałem ją często i... nie mogłem oczu oderwać zachwycony jej urodą. Nasze obowiązki sprawiały, że zamienialiśmy co jakiś czas parę służbowych uwag. Kiedy pojawiała się blisko, gdzieś w okolicach mojego biurka nie potrafiłem się skupić na wykonywanych czynnościach. Obserwowałem ją, piękną, marzyłem o jakimś spotkaniu, po czym wracałem na ziemię bo gdzież mi do niej...

Wkrótce potem nastąpiła reorganizacja i zaczęliśmy pracować dalej od siebie. Od tej pory znacznie rzadziej mogłem ją widywać. Żałowałem, że nie trafiliśmy do tego samego budynku. Ponieważ jednak obowiązki wymagały nadal czestej komunikacji między pracownikami, rozmowy telefoniczne wydawały się anchronizmem w dobie komunikatorów internetowych. I takie zaleciła nam firma. Fajne gadżety mają to do siebie, że po okresie zachłyśnięcia się człowiek uswiadamia sobie, że został uwiazany na smyczy znajdującej się w rękach dyrekcji albo rozmaitych kontrahentów. Tak było i tym razem. Ileż to razy zawracano mi głowę sprawami słuzbowymi w okolicach północy bo akurat byłem on line surfując po internecie dla przyjemności... Ale w końcu trafiały się i takie piękne okoliczności przyrody, kiedy gdzieś o drugiej w nocy ze współpracowników byliśmy on line tylko my. I wtedy zdarzało nam się zamienić parę zdań. Nie były to długie chaty. I nie było ich wiele. Kilka zaledwie, rozrzuconych na przestrzeni kilku miesięcy. Ale wystarczyło by podyskutowac o filmach i o rozmaitych codziennych, lecz nie firmowych sprawach. Wystarczyło by zorientować się, że ten ktoś przed ekranem innego komputera myśli i czuje podobnie. Jeszcze bardziej pragnąłem ją spotkać w okolicznościach mniej oficjalnych, lecz wiedziałem że nie mam szans. A jednak gdzieś z kolejnym czatem padło takie zdanie, że fajnie byłoby pójść na jakiś film razem skoro już tyle o nich rozmawiamy. Mijały jednak kolejne miesiące, a okazji jakoś nie było. A może i były, lecz znów wkradało się zwątpienie...

Aż pojawił sie na ekranach „Volver” Almodavara. Rozmowa, że warto by sie wybrać, podchody, aż wreszcie po wielu rozterkach następnego dnia zaproponowałem, że może byśmy po pracy poszli na ten film?

Poszliśmy.

Szczegóły znajdują się we wpisie, który, mimo że napisany bodajże już następnego dnia, wciąż nie znalazł się na blogu. Miałem zrobić „release” z okazji Walentynek właśnie, ale szukam w archiwum i akurat gdzieś mi się zapodział, a Zatoka Meksykańska i granica zasięgu telefonów komórkowych coraz bliżej. Odszukam i umieszczę więc przy innej okazji. Dość, że to jedno wyjście do kina odmieniło całkowicie moje dotychczasowe życie. Moja wymarzona piękność okazała się Aniołem, który przybył na Ziemię by nieść mi radość i szczęście każdego dnia. Właśnie mi. To już drugie Walentynki, a ja każdego poranka i każdego wieczoru zastanawiam się jak to możliwe, że tak po prostu spełnia się najpiękniejszy sen. Jak to możliwe, że gram główną rolę w filmie bijacym na głowę te, które z zapartym tchem oglądałem w kinach. Ilekroć patrzę na Nią w delikatnym świetle świec, gdy widzę jej cudowny uśmiech, przymknięte lekko oczy za opadajacymi kosmykami blond włosów, doświadczam ciepła jej wspaniałej osobowosci, moje serce topnieje szybciej niż wosk świec na stole. Wtedy przytulam Ją i tracę poczucie czasu. Stoimy tak w bezruchu pięć minut, może kwadrans, a może trzy kwadranse... Czasem całujemy się delikatnie, jakby lekko zawstydzeni, a czasem do szaleństwa, spijając sączące się z kącików ust kosztowane dopiero co czerwone cabernet sauvignon. Uwielbiam Ją taką... winną. Słońce i wszystkie aromaty odległych winnic spijam wtedy z jej ust... I znów zadziwiam się przez chwilę czy to w ogóle możliwe, i przytulam mocniej, nabierając pewności, że to jawa, życie najprawdziwsze.

Przy Niej każdy dzień, najmroźniejszy nawet jest pełen ciepła. Przy Niej każdy dzień jest odkrywaniem czegoś nowego. Przy Niej... jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Co za przewrotność losu! Teraz, gdy doszedłem do najpiękniejszego, jeśli zaraz gwałtownie nie skończę pisania znajdę sie poza zasięgiem telefonii komórkowej i nie wrzucę tego tekstu na bloga wczesniej niz za tydzień. Szkoda by było, gdyby morski kurz go przykrył. Niech więc leci taki okrojony.

Rzeka Calcasieu, 13.02.2008; 17:30 LT

P.S.

No i nie zdążyłem. Zasięg się skończył jeszcze przed ujściem rzeki.

 

wtorek, 12 lutego 2008

    

Samolot do Houston jest już opóźniony całe dwie godziny, wiec mogę spokojnie zasiąść do bloga.

Przyszła pora na kolejną podróż. Czas w Kraju upływa zawsze przede wszystkim bardzo szybko. I brakuje go notorycznie, co widac także po owym blogu. Mam nadzieję, że choć na krótko uda mi się teraz odciąć łeb hydrze biurokracji i zanim wyrosną trzy nowe, zdołam napisać tu to i owo.

Ostatni weekend przed wyjazdem spędziłem z Aniołem. Należało się nam bo to jedyny wspólny weekend jaki udało mi się wygospodarować podczas czterech tygodni.

Warto było.

Oprócz walorów smakowych wspaniałych kolacji i sniadań bez pośpiechu poprzedzonych poranną kawą w łóżku (na co w środku tygodnia nigdy pozwolić sobie nie można), był to przede wszytskim czas sycenia się własną bliskością. Znów od piatku do niedzieli nigdzie nie wyszliśmy, zamknieci w czterech ścianach, co było przestrzenią w sam raz.

No nie. Skłamałbym. Poszlismy w niedzielę późnym popołudniem na mały spacer na bulwar. To było zakończenie weekendu, bo niedzielny wieczór miałem poświęcić na pakowanie walizek.

Na bulwarze było mnóstwo ludzi skuszonych wiosenną pogodą. Nad linią brzegową wyraźnie odcinają się już smukłe sylwetki Sea Towers (z perspektywy bulwaru jest to jakby jedna wieża, bo druga akurat zasłonięta).

Spacer skończylismy w „Marioli”, dzieki czemu mogłem wreszcie skosztować deserów z najsłynniejszej gdyńskiej lodziarni. Czas najwyższy, bo prz\eciez pracuję tu i mieszkam już od ponad trzech lat.

Przykro było żegnać się, tym bardziej, ze obecny wyjazd to minimum miesiąc. Pewnie, ze nic to w porównaniu z kontraktami marynarskimi, tyle tylko, że ja wciąż z nostalgią wspominam te miesiące wolnego po powrocie, kiedy mogłem zajmowac się tylko prywatnymi sprawami. Co z tego, że wracam po miesiącu, jeśli potem od rana do wieczora siedzę w biurze. Czasem, jak dwukrotnie ostatnio, nawet do wpół do jedenastej. Potem już myśli się tylko o pójściu spać. Szczęsliwie wyłuskujemy z Aniołem pojedyńcze godziny z tego codziennego kieratu. Tym piękniejsze są, im trudniej przychodzą.

Pakowanie i załatwianie przed wyjazdem rozmaitych spraw (błogosławiony niech będzie internet) zajęło mi na tyle dużo czasu, że położyłem się do łózka o wpół do drugiej. Budzik nastawiony na szóstą był bardzo niemiłym zgrzytem o poranku. Bardzo niemiłym. Taki nieprzyjemny kontrast w stosunku do zakończonego dopiero co cudownego weekendu. Nie było rady. Półprzytomny oddałem się porannej toalecie, śniadaniu w locie, ostatnim porządkom w mieszkaniu  i o siódmej pojechałem na lotnisko.

Miła ciekawostka. Samolot LOT-u, którym udawałem sie do Monachium był ozdobiony logo Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W okolicach ogona, podobne nieco mniejsze logo miało nazwę wypisaną w języku angielskim. Fajna, międzynarodowa reklama owsiakowej akcji.

O ile w Europie pogoda iście wiosenna, to w Chicago głęboka zima. Temperatura  -12˚C oraz pruszący lekko śnieg, który zdążył właśnie pokryć cienką warstwą płytę lotniska. Być pomoże to własnie z powodu pogody owo opóźnienie? Nie wiem. Tak czy siak, czeka mnie długa noc, bo z Houston jeszce kawał drogi samochodem do Lake Charles. Dojedziemy na miejsce grubo po północy, czyli juz rano czasu polskiego. Po dwudziestu czterech godzinach podróży.

 

Chicago, 11.02.2008; 19:10 LT

niedziela, 03 lutego 2008

  

Wiosna już chyba? Jak bowiem inaczej ocenic pąki pojawiające się masowo na drzewach i krzewach w Parku im. S.Żeromskiego? Nie na jednym, dwóch, jak jakis wybryk natury, lecz na wielu.

   

Pogoda, wiosenna właśnie, zachęcała do spacerów. Na cmentarzu widziałem przebiśniegi. Pozostaje mieć nadzieję, że pogoda nie spłata figla i pąki nie podzielą smutnego losu kwiecia sadów owocowych w ubiegłym roku.

Wciąż nie mam czasu, żeby móc naprawdę odpocząć. Wyrywam jego skrawki, żeby choć na troche oderwac się od nawału raportów i tej całej biurokratycznej mitręgi. Takim miłym przerywnikiem były „Butelki zwrotne”, na który to film wybraliśmy się z Aniołem w połowie tygodnia.

Ciesze się, że nasze kina wracają do dawnej tradycji i po okresie zachłysnięcia się dostępnością obrazów made in Hollywood coraz częsciej mamy okazję zobaczyć także inne propozycje. Jedna znich jest własnie ów czeski film twórcy nagrodzonego Oskarem „Koli”. Przyjemnie się oglądało ten pełen ciepła film o starości.

Rozterki głównego bohatera, który nagle po przejściu na emeryturę z trudem przyzwyczaja się do nowej roli, w której zaczyna przytłaczać go nadmiar wolnego czasu pamietam doskonale z doswiadczeń mojego taty. On także niemalże natychmiast zaczął szukać nowego zajęcia, aby „nie czekać bezczynnie na smierć”. Film pokazuje, że nawet tak mało, wydawałoby się, ekscytujące zajęcie jak praca w skupie butelek potrafi odmienić życie człowieka o ile jest on otwarty na ludzi, promieniuje zyczliwoscią i dzieli się swoją pogoda ducha. Jest tam smutny moment, kiedy pewnego dnia sklepowe okienko do zdawania butelek zwrotnych zastępuje otwór w ścianie prowadzacy do bezdusznego automatu. Oszczędność na tym etacie okazuje się małą tragedią nie tylko dla znów niepotrzebnego nikomu emeryta (on, optymistycznie nastawiony do życia znajduje szybko kolejne zajęcie) lecz także dla klientów, dla których był on nie tylko sprzedawcą lecz także informatorem, powiernikiem, życzliwym sąsiadem. Automat wszak nie odpowie na pytanie co jest dzisiaj w promocji, nie przypilnuje psa, nie zwróci zgubionej rzeczy...

Jest to tez pięknie opowiedziana historia o męskich fantazjach seksulanych, które pomimo wieku i świadmości własnej niemocy pozostają tak bardzo żywe, intensywne  i kolorowe.

I jest to też historia o miłości, którą starość zdawała sie zabić, lecz wystarczyło kilka odwzajemnionych życzliwości miedzy żoną, a obcym meżczyzną, by znów dostrzec w niej kobietę. I zafundowac jej przygodę o jakiej emeryci opływający w dostatek w najbogatszych krajach zapewne mogą tylko pomarzyć. Dawno się tak szczerze nie uśmiałem jak podczas owej finałowej sceny, kiedy dwoje staruszków odnajduje przykurzone nieco, łaczące ich dawne uczucie. Uśmiałem, bo to wszak komedia. Czeska, więc najwyższego lotu.

Tuż przed finałem znajduje też rozwiązanie tajemnica kresek na ponętnym brzuszku pewnej blondynki, która przez cały czas rozpalała wyobraźnię bohaterów.

Seks oswojony. Owe rozpalone zmysły, męskie fantazje, wygłodniałe spojrzenia nie są ani przez chwilę prostackie. O ile sobie dobrze przypominam, nie pada ani jedno wulgarne określenie jakich nierzadko mamy aż nadto w rodzimych czy amerykańskich komediach. W czeskich komediach seks obecny jest do dawana. Jakżeby inaczej w kraju gdzie strumieniami leje się  piwo, i który wygeneraował tak wspaniałych piewców uroków życia jak chociażby Bohumil Hrabal. I pomimo, że opowiada się tam wprost o wszelkich codziennych problemach, rozterkach, niepokojach z nim związanych, ich klimat jest pełen ciepłego humoru pozwalajacego z dystansem spojrzeć na własne widzów życie. Znam tylko jednego mistrza spoza Czech, który równie zabawnie opowiadał o nurtujących ludzi codziennych, seksulanych zawiłościach. To Woody Allen.

Szczecin, 02.02.2008; 23:50 LT