Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
środa, 28 lutego 2007

Tato poinformował mnie, że wczoraj do kociego nieba udała się nasza kotka, Berta. Miała około 12 lat.

Wziąłem ją od jakichś ludzi z ogłoszenia "oddam kotka w dobre ręce". Moi rodzice chcieli mieć zwierzaka u siebie. Kot miał się też bawić z moimi dziećmi, które były wtedy w wieku przedszkolnym. Kiedy przywiozłem z Malezji znajdę Simona, a z rozmaitych przyczyn nie mogłem potem trzymać go w domu, rodzice przygarnęli i jego. Koty błyskawicznie podzieliły domowników między siebe. Berta ani na krok nie odstepowała mojej mamy, a Simon zawsze towarzyszył tacie. Kiedy mama chorowała na raka i była już słaba, tato pocieszał ją na swój sposób:

- Bęziesz żyć co najmniej tak długo jak Berta.

I mama nieraz uśmiechając się mówiła, że dopóki Berta dobrze się trzyma...

Potem Berta długo czekała, a wkońcu razem z Simonem zaczęła siadać koło taty. Żartował nieraz, kiedy dzwoniłem, że nie podnosił długo słuchawki ponieważ leżał na kanapie, a koty przy nim i musiał się najpierw spośród nich wydostać.

Jeśli kocie niebo przenika się z tym ludzkim to pewnie Berta siedzi już znów na kolanach u mojej mamy i mruczy jej miło podczas głaskania.

Masan, 28.02.2007; 10:00 LT

wtorek, 27 lutego 2007

              

No to jestem już w Masan. Podróże, zmiany miejsca, stref czasowych, targanie walizek, powodują lekkie ogłupienie organizmu. Nie mam na szczęście problemów ze snem. Odczuwam raczej jego permanentny niedostatek. Spałem więc w aucie podczas dwuipółgodzinnej podróży z Jiangyin do Szanghaju, potem pospałem w samolocie, a na koniec zdrzemnąłem się po południu w hotelu. Ale i tak najchetniej położyłbym sie spać. Statek przypływa jutro, więc nie muszę się spieszyć.

Wczoraj za to mieliśmy pożegnalną kolację na zakonczenie remontu poprzedniego statku. Posiłki na Dalekim Wschodzie, a w Chinach w szczególności to dla mnie zawsze wielka niewiadoma. I he, he, ryzyko! Zwłaszcza jak zamawiają gospodarze.

Poczatek zapowiadał się całkiem optymistycznie. Największy problem jak zwykle stanowią dla mnie pałeczki. Juz tyle razy podróżowałem na Daleki Wschód, że trochę wstyd. Ale to jest tak, że radzę sobie przez jakis czas nieźle, a potem nagle dłoń traci pamięć techniki ruchów, pałeczki się rozłażą do czasu aż jakoś instynktownie znów mechanizm zaskoczy.

Miałem kłopoty ze zjedzeniem kawałka kurczaka podanego na przystawkę. Kurczak był posiekany, ale z posiekanych kawałków ułożony w całość. Łącznie z łebkiem. Wziąłem kawałek z okolic udka i dłubałem, podgryzałem, lecz nie mogłem przebić się przez gumowatą skórę. Na szczęście przyniesiono grzyby i zająłem sie nimi. Grzyby z wyglądu przypominały trochę huby, ale były znacznie mniejsze. Za to też rosną na drzewach. Grzybom tym, łatwym do nabierania i na dodatek bardzo smacznym, pozostałem wierny do końca kolacji. Podobnie jak orzeszkom arachidowym, z których najbardziej podobało mi się, że udawało mi się orzeszek po orzeszku bez skuchy przenosić pałeczkami z miseczki na środku stołu do ust..

Krewetki też były dobre, ale nijak nie udawało mi się oddzielić pałeczką chitynowego pancerzyka od reszty. Chińczycy trzymali krewetkę w pałeczkach i wysysali jej zawrtość, ale ja byłem w stanie utrzymać stworzonko tylko przez chwilę. Kiedy więc zaczynałem wysysać, nie było mowy o dalszym przytrzymywaniu pałeczkami. W efekcie najczęściej zjadałem zawartość z większością owego pancerzyka.

A potem podano zupę w przykrytej miseczce. Kiedy uniesiono pokrywę ukazało się coś ciemnego, prawie czarnego. Było sprężyste więc po otwarciu zaczęło się ruszać niczym jakis jakiś żywy robal. Musiałęm mieć nietęgą minę, bo gospodarze zaczęli się śmiać.

- To jest ogórek morski!

Z morskich warzyw przypomniałem sobie morską kapustę. Jakieś wodorosty przypominjące kapustę prawdziwą. Ogórek też gdzieś obił mi sie o uszy, ale widocznie wtedy nie zwróciłem na niego uwagi. To coś w miseczce rzeczywiście było trochę podobne do ogórka, lecz daleko mniej apetyczne..

- To chyba nie jest roślina – powiedziałem niepewnie do mojego współpracownika.

- No jak nie roślina? Ogórek nie roslina? Tyle tylko, że morski – przekonywał mnie.

Jakoś nie do końca byłem pewien czy ma rację, ale ponieważ zostałem w tyle w stosunku do pozostałych współbiesiadników, zabrałem się ostro, żeby nadrobic zaległości. Gumowaty korpus rósł mi w ustach, lecz wyobrażałem sobie prawdziwego ogórka, popijałem obficie i jakoś poszło.

Dziś w internecie poszukałem odpowiedzi i okazało się, że moje podejrzenia były słuszne. Morski ogórek nie jest rośliną, lecz zwierzątkiem. Za przeproszeniem, strzykwą (cokolwiek by to miało oznaczać). Znalazłem nawet zdjęcie. Obrzydliwe.

 

To moje na talerzu wyglądało dokładnie tak samo. Tfu!

Potem zaczęto przygotowywać inną zupę. Rosołek bulgotał przyjemnie na ustawionym w tym celu palniku gazowym. W międzyczasie przyniesiono ciemnobrązowe galaretowate kostki. Wyglądały jak czekoladowy pudding i natychmiast ślinka mi pociekła.

- Co to jest? – zapytałem

- Duck blood – odpowiedział jeden z Chińczyków.

O rany! Oni po prostu przygotowywali czerninę. Zupę z krwi, znienawidzoną przeze mnie od czasu dzieciństwa, kiedy to kilka razy zostałem przymuszony do jedzenia jej podczas jakichś niedzielnych obiadów. Potem już nigdy nie miałem z nią styczności.

Co ciekawe: wrzucone galaretowate kawałki kaczej krwi nie rozpuściły się w rosole. Kązdy nabierał przezroczystą zupę i nagarniał chochlą owej krwi. Ja przyuważyłem, że w zupie pływają też czarne grzyby. Przy nabieraniu tak manewrowałęm chochlą, żeby nakładać bezkształtne kawałki o wych grzybków, które miały udawać krew. Liczyłem na to, że nikt nie będzie mi zaglądać do miseczki. Obiektywnie muszę stwierdzić, że sam wywar z grzybkami i innymi warzywami był świetny.

Potem była ryba. Doskonała w smaku i niezwykle pięknie przyrządzona. Była ozdobą stołu.

A jako ostatnie przed deserem danie, przynieiono wazę z... rybimi wargami

- What? – myślałem że się przesłyszałem

- Fish lips! – potwerdzali jednak Chińczycy.

- Nigdy nie jadłem fish lips – powiedziałem szczerze.

- Spróbuj! Bardzo dobre! Więcej sobie nabierz! – niepotrzebnie zwróciłem na siebie uwagę.

Grzebałem łyżką w mise usiłując rozpaczliwie znaleźć jakiegoś grzybka albo odrobinę wywaru.

- Tam nie ma żadnej zupy – poinfoirmował mnie spostrzegawczy sąsiad – To się je samo.

Dłubałem, dłubałem oddzielałem kolagen od łusek, wynajdywałem mikroskopijne kawałeczki mięsa i jakos przebrnąłem. Najbardziej jednak zaskoczony byłem po przyjęciu, kiedy zwierzyłem się koledze, że rybie usta były najgorszym przeżyciem z całej kolacji.

- No co ty? – szczerze sie zdziwił – Były świetne!

Nie dyskutowaliśmy więc już więcej na temat jedzenia.

Na deser były owoce i tu zaskoczenia raczej się nie spodziewałem. Po raz pierwszy w życiu dane mi było jednak skosztować trzciny cukrowej. Trzcina była bardzo miłym zaskoczeniem i pozostanie przyjemnym wspomnieniem wczorajszego wieczoru.

Masan, 27.02.2007; 23:55 LT

poniedziałek, 26 lutego 2007

                   

Koniec pobytu w Jiangyin. Żegnamy statek, a sami wcześnie rano wyruszamy do Szanghaju by stamtąd poleieć do Korei, na statek następny, z którym w przyszłym tygodniu rozpoczniemy przegląd i remonty w innej, chińskiej stoczni.

Miałem dziś napisać o pożegnalnej kolacji , na którą zostaliśmy zaproszeni przez stocznię, lecz oczy mi sie zamykają po dość intensywnym dniu. Może wrócę do niej bujając się gdzies na falach Morza Żółtego. A teraz juz do łóżka!

Jiangyin, 26.02.2007; 23:35 LT

środa, 21 lutego 2007

Dziś nie będzie o Chinach lecz dla odmiany o Szczecinie. A okazja ku temu jest taka, ze mój tekst ukazał się dziś w lokalnym dodatku Gazety Wyborczej. Poniewaz nie codziennie publikuję teksty na łamach Wyborczej (zdarzylo mi sie wczesniej chyba tylko raz), więc niniejszym ocalam od zapomnienia:

http://miasta.gazeta.pl/szczecin/1,78940,3932763.html

Szczecin potrzebuje wizji i odwagi - list naszego czytelnika

Dla niektórych czas zatrzymał się w miejscu. Niedościgłym wzorem jest Szczecin lat dwudziestych i trzydziestych i najchętniej odbudowaliby miasto na podstawie starych widokówek. Czy na tym ma polegać nasz wkład w jego dzieje? - o potrzebie odwagi w kreowaniu nowego Szczecina pisze kpt. ż.w. (....)
Zobacz powiekszenie
Fot. Cezary Skórka
Wały Chrobrego
          
Szanowny Panie Redaktorze, pański tekst (Wojciech Jachim "Grzechy główne mojego miasta", GW, 19 lutego - red.) ledwie dotykający ważniejszych tematów odebrałem bardziej jako zaproszenie dyskusji niż właściwą analizę stanu naszego miasta. Pozwolę więc dorzucić swoje trzy grosze.

Gdzie jest środek ciężkości Szczecina

Zgadzam się z Panem że jedną z głównych wad Szczecina jest brak środka ciężkości. Usprawiedliwianie się zniszczeniami wojennymi sześćdziesiąt dwa lata po upadku Trzeciej Rzeszy jest żenujące. Zbyt długo jesteśmy tu gospodarzami. Szczecin łaknie takiego miejsca, dusi się bez niego. Zdezorientowani mieszkańcy błąkają się od jednego placu do drugiego. Dość wspomnieć "miejskiego" Sylwestra. Każdego roku powtarza się pytanie: gdzie tym razem? Raz na Jasnych Błoniach, innym razem na Placu Lotników a jeszcze innym na Wałach Chrobrego. To samo z każdą inną, większa imprezą. Dopóki nie będziemy chodzić "w ciemno" do miejsca, w którym zawsze coś się dzieje, będziemy w końcu wybierać Galaxy. Nie jestem entuzjastą hipermarketów, ale uczestnikom krucjaty gotowych zniszczyć to komercyjne "szkaradztwo" chciałbym zwrócić uwagę, że to właśnie tam mozna iść na nocny seans do kina, z przyjaciółmi pograć w kręgle, posiedziec w kawiarence "Empiku" przy gazecie lub książce (...). Dopóki nie będzie alternatywy, nie pomoże obrażanie się na "głupią" społeczność.

Warto przy okazji podkreślić, że wszelkie sztuczne forsowanie "słusznych" miejsc jest zazwyczaj skazane na niepowodzenie. Ludzie i tak zagłosuja nogami. Ponoć niektóre kraje tworząc nowe parki nie wytyczają alejek. Powstają one później, na bazie scieżek wydeptanych przez spacerowiczów. W ten sam sposób powinno podejść sie do idei środka ciężkości. Rozważałem rozmaite opcje i nijak nie potrafiłem uniknąć Wałów Chrobrego.

Pomysł na Jana z Kolna

Wały Chrobrego są bezprzecznie najbardziej rozpoznawalną wizytówką miasta. Na Wałach Chrobrego odbywała się większość dużych imprez. Stamtąd rozpościera się przepiękny widok na Odrę i port. Pora tylko zająć się dziko rosnącymi drzewami na niskich skarpach, które ten widok - nasze wspólne dobro, coraz bardziej zasłaniają. To żelazny punkt programu wszystkich wycieczek odwiedzających nasze miasto. Są Wały Chrobrego położone bardzo blisko centrum, a jednocześnie są odizolowane od śródmiejskiego hałasu szerokim pasem zieleni. Mają też jedną niepowtarzalną zaletę: są w stanie pomieścić na kilku swoich poziomach co najmniej dziesiątki tysięcy ludzi. Jest jednak z Wałami problem z pozoru nierozwiązywalny jak za komuny ze sznurkiem do snopowiązałek. Nazywa się on ulicą Jana z Kolna. Jedni grzmią, że odcięła ona miasto od Odry, inni zas, że to ważna arteria i dowód na dalekwzroczność powojennych władz miasta. Ja skłaniam sie raz ku jednej raz ku drugiej opcji w zależności od tego, czy pokonuję samochodem trasę z mojego mieszkania w północnej części miasta do centrum, czy też wybieram sie na niedzielny spacer nad rzekę. A przecież można ów problem łatwo rozwiązać wpuszczając tę ulicę na wysokości Wałów Chrobrego w tunel. Niewielki Sopot zaczyna budowę aż dwóch tuneli jednocześnie. Jeden, większy ma odblokować główną ulicę, a drugi, króciutki ma pozwolić turystom spacerującym po Monciaku dostać się na molo bez konieczności przechodzenia przez inną ruchliwą jezdnię. Czy znacznie większy Szczecin nie udźwignąłby podobnej inwestycji? Nie trzeba żadnych wierceń. Wystarczy głęboki wykop, który po odpowiednim wzmocnieniu i zakończeniu prac przykrytoby odpowiednio wytrzymałym stropem. Metoda najtańsza z możliwych. W ten sposób otworzylibyśmy szeroki dostęp z Wałów Chrobrego do Odry, co w połączeniu z odpowiednim zagospodarowaniem owych niskich skarp pozwoliłoby uzyskać ogromny plac, którego pozazdrościć mogłoby niejedno obdarzone zwykłym rynkiem miasto nie tylko w Polsce. Gdyby zaś pójść dalej, to usytuowane w takim tunelu przystanki tramwajwe mogłyby rozwiązywać problem dowozu ludzi na imprezy - zamiast zamykać ulicę jak dziś, wykorzystywanoby ją, a tramwaje zatrzymywałyby się pod placem, w samym centrum danego wydarzenia. Rozumie się samo przez się, że od takiego placu prowadziłaby nadrzeczna promenada od dworca morskiego (co za dziwaczna nazwa) z jednej strony, po dworzec kolejowy z drugiej. Kiedyś podobne promenady powstałyby także po drugiej stronie rzeki - na Śródodrzu - i trudno byłoby odnaleść mniej centralnie położone miejsce między Dąbiem a Krzekowem.

Jaki jest nasz wkład w dzieje Szczecina?

"Małość to nasza cnota. Jak kupujemy tramwaje, to stare, z Berlina, jak przenosimy "Pleciugę" to do rudery po "Colosseum"... Święte słowa! My, mieszkańcy Szczecina, jeszcze w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dumni z jego wielkoświatowego na tle PRL-u charakteru, dziś jesteśmy coraz bardziej zakompleksieni jego prowincjonalnością. To przekonanie, że jesteśmy zapyziałą prowincją, wiochą z tramwajami, każe nam walczyć z każdym projektem, który choć trochę wybija się ponad przeciętność. Boimy się śmieszności. Dla niektórych czas jakby zatrzymał się w miejscu. Niedościgłym wzorem jest Szczecin lat dwudziestych i trzydziestych i najchętniej odbudowaliby miasto na podstawie starych widokówek. Czy na tym ma polegać nasz wkład w jego dzieje? Pamiętam gorącą dyskusję, jaka przetoczyła się przez forum na temat budowy Dwóch Wież przy Bramie Portowej. Pomijając sam fakt realności tego przedsięwzięcia (własności gruntów i.t.p.) budowę charakterystycznych wieżowców, które z daleka byłyby widoczne stanowiąc coś w rodzaju wielkiej bramy do miasta wiele osób potraktowało jako zamach na szczecińską, poniemiecką architekturę, symbol bezguścia i.t.d. Nie twierdzę, że "wieże" byłyby perłą architektury. Możliwe że nie, lecz na pewno nie byłyby przeciętne. Budziłyby zażarte spory, lecz goście dodaliby z pewnością je do swojego planu zwiedzania miasta, chociażby po to by wyrobić swoje własne zdanie. Tylko ten nie popełnia błędów, kto nic nie robi. Może czasem warto wykazać się odrobiną odwagi by porwać się na rzeczy, które być może okażą się nie wypałem, ale mogą równie dobrze stać się nową wizytówką miasta? Dziś każdy jest mądry proponując zagospodarowanie dawnych fabryk i magazynów (z sukcesem zrealizowane w Łodzi czy w Poznaniu). Ale kto miał odwagę Liverpoolu dokonać tego ćwierć wieku temu? Ktoś miał wizję, był pierwszy i zrealizował swój plan kiedy inni pukali się w czoło. My nie będziemy mieć Dwóch Wież, bo nawet nie próbowaliśmy. W Gdyni za to Sea Towers już się budują. Będą widoczne hen, z otwartego morza, a ceny apartamentów na najwyższych piętrach szły w miliony złotych i oczywiście sprzedały się na długo przedtem zanim z ziemi wyłoniły się pierwsze mury.

Tylko rzeczy przeciętne nie wzbudzają emocji

Dlatego nie zgodzę się z ciągiem dalszym wyliczanki Pana Redaktora. Pomnik Grudnia mamy, jaki mamy. Długo na niego czekaliśmy i gdyby nie powstał ten, dyskutowalibyśmy pewnie przez następne lata. Wszystkich i tak nie da się zadowolić. Gusta są różne, mody się zmieniają. Najgorsza z opcji to dyskutować i... nie robić nic. Dlatego mimo, że bardzo pociągała mnie wizja filharmonii na jednej z wysp Śródodrza, choziaż z bólem serca to gotów jestem przyklasnąć jej budowie koło Komendy policji. To historyczne miejsce po Konzerthausie, więc niech zadość uczyni tym co akceptują jedynie przedwojenny układ miasta. Ważne, że Filharmonia znajdzie wreszcie godne siebie miejsce zamiast dalej gnieść się kątem w budynkach Rady Miasta. A na Śródodrze też przyjdzie pora. Głęboko w to wierzę. Może hala widowiskowo-spotowa tam stanie? Ta hala to właśnie klasyczny przykład szczecińskich inwestycji. Dyskusje, dyskusje, analizy i... zero działania. Hali rośnie zresztą groźny konkurent, młodszy brat - aquapark. A Trasa Zamkowa? Jest według niektórych przekleństwem tego miasta. Na pewno nieodwracalnie zmieniła jego oblicze - to fakt. Bez jej wyburzenia nie ma juz powrotu do przedwojennych kamieniczek nad Odrą. Z drugiej jednak strony... Ilekroć wjeżdżam samochodem do Szczecina właśnie Trasą Zamkową, kiedy tuż obok estakad mijam pełnomorskie statki, a za chwilę wjeżdżam między wzgórza, na których z jednej strony górują Wały Chrobrego, a z drugiej Zamek Książąt Pomorskich, zawsze myślę, że niewiele jest miast, które na powitanie przybyszów prezentują się równie pięknie. Trasa rodziła się w bólach, do dziś budzi zażarte spory, ale to właśnie świadczy o jej nieprzeciętności. Ktoś miał wizję i ją zrealizował. Ze szkodą według jednych, z sukcesem dla innych. Tylko rzeczy przeciętne nie wzbudzają emocji. W miastach, które podziwiamy też nic nie działo się bez sprzeciwu. Budowę szklanych piramid w Luwrze traktowano jako niemalże świętokradztwo, Muzeum Guggenhaima (w Bilbao - red.) to dla niektórych jeden z najbrzydszych budynków na świecie, a sposób zabudowy miejsca po wieżach WTC będzie budzic emocje chyba do końca istnienia Manhattanu.

Mówi się, że utraciwszy większość zabytków podczas wojny jesteśmy skazani na nijakość, że nie mając zasobnych muzeów nie przyciągniemy turystów. Nieprawda. Przy dzisiejszej technice multimedialnej tak naprawdę od oryginałów ważniejszy jest sposób prezentacji. Mieliśmy (może nadal mamy?) niepowtarzalną szansę by stworzyć sieć stałej prezentacji najciekawszych eksperymentów naukowych. Miasto powinno wspierać tę garstkę zapaleńców by nie jeden, ale kilka prezentacji takich eksperymentów rocznie powstało. Wystarczy zwrócić uwagę na popularność kanału "Discovery" czy naszej dawnej, nieodżałowanej "Sondy", by wiedzieć, że na atrakcyjnie podaną wiedzę naukową, zwłaszcza taką, której można dotknąć i sprobować samemu popyt będzie bardzo duży. Dlaczego nie może to być stała atrakcja kojarzona ze Szczecinem?

Nie musimy być zapyziałą prowincją

Mamy sporo zalet. Jest zwyciężające w rankingach stosunkowo młode XIII LO, ale i licea z tradycjami jak n.p. II LO czy V LO. Jest zauważalny na zewnątrz dorobek naukowy PAM. Jest dziwaczna, lecz ciągle pierwszoligowa drużyna piłkarska o niezmiennej (rzadkość w Polsce) od lat nazwie. Organizujemy co roku znaczący turniej tenisowy, mamy niezły kabaret przy Teatrze Polskim, oprócz teatrów również opere i filharmonię. Miasta jeszcze nie zatykają korki, a autostrada zapewnia nam wygodną komunikację z całą zachodnią Europą. Nadal jesteśmy ważnym portem morskim, przy preferencjach UE skazanym na sukces. Jeżeli nie prześpimy szansy kolejowego skomunikowania z Berlinem na miarę XXI wieku, to niemalże w dowolne miejsce zachodniej Europy szybko i wygodnie dotrzemy pociągiem. Już dziś wystarczy osiem i pół godziny by w ten sposób znaleść się w Amsterdamie.

Nie musimy być zapyziałą prowincją. Nasza prowincjonalność to nierzadko kompleks słabszego, którego ambicją nie jest prześcignąć najlepszych (bo na pewno się nie uda) lecz dorównać średniakom (poprzez kalkowanie ich wzorów jako jedynie słusznych). Jeżeli nasza aktywność nie ograniczy się tylko do kopiowania oraz do niekończących się dyskusji, jeżeli nie zabraknie nam wiary w możliwość odniesienia sukcesu ani odwagi by realizować kontrowersyjne plany, to najlepsze lata jeszcze przed nami.

Jiangyin, 20 lutego 2007

Tytuł od redakcji

niedziela, 18 lutego 2007

                  

„Gong xi fa cai” to tradycyjne życzenia szczęścia i bogactwa składane z okazji Nowego Roku. Dziś pierwszy dzień roku świni. Chińczycy rano odpoczywali po wieczornych kolacjach w gronie rodzinnym, a po południu i wieczorem znów bedą świętować.

Wczoraj po południu wybrałem sie do pobliskich cukierni w poszukiwaniu fagao - ciastek bogactwa pieczonych z okazji dzisiejszego święta, lecz ich nie znalazłem. Znajomość angielskiego w tutejszym społeczeństwie jest niewielka, więc nie mogłem sie dowiedzieć, czy nie ma ich, bo n.p. nie pieką ich w cukierniach, czy może z jakiegoś innego powodu? Nie znalazłem również innych noworocznych ciastek – niangao. Kupiłem więc tradycyjne, w które zaopatruję się w zaprzyjaźnionej już cukierni, rekomendowane mi przez obsługującą ten rodzinny biznes dwunastoletnią na oko dziewczynkę, która jako jedyna z familii mówi trochę po angielsku. Cukiernia jest samoobsługowa, więc kiedy wchodzę młoda natychmiast podbiega z tacą i proponuje mi zakup rozmaitych smakołyków. Kiedy się waham, przynosi próbke na spróbowanie. Dobrze wróżę tej cukierni przy tak sympatycznej obsłudze. Niestety, nawet ona, poza informacją, że nie ma, nie potrafiła mi nic powiedzieć na temat owych ciasteczek.

Popołudnie, wieczór oraz dzisiejszy poranek upłynęły pod znakiem hałasu wybuchów. Petardy i fajerwerki (ze znaczącą przewagą petard) były odpalane niemal non-stop, a na ulicach sprzedawcy oferowali ich szeroki wybór podobnie jak przed sylwestrem u nas. Myślę, że Chińczycy skutecznie odstraszyli bestię Nian i do natepnego Nowego Roku będa mogli spać spokojnie.

Przez ostatnie dwa dni padał deszcz, dziś zaś jest święto, więc nasz remont tutaj zaczyna się opóźniać jeszcze bardziej. Miałem wracać do Polski 22 lutego, a teraz nawet 25 lutego staje się wątpliwy. Trochę mało czasu sie robi zważywszy, że 3 marca zaczyna się remont kolejnego statku. Jeszcze troche opóźnienia, a w ogóle nie będzie opłacało się wracać.

Jiangyin, 18.02.2007; 13:20 LT

 
1 , 2