Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
poniedziałek, 28 lutego 2005

Kolejna porcja ilustracji do poprzednich tekstów:

Vancouver

Vancouver, położone pomiędzy Pacyfikiem a Górami Skalistymi pozostało w dole, a samolot obrał kurs na Chicago.

Chicago

Lotnisko w Chicago - przetransportować żywe, ludzkie przesyłki w dowolne miejsce. Szybko, bezpiecznie, bezdusznie...

Empire State Building

Nowy Jork. Kiedy wyszedłem ze stacji metra oczom moim ukazał się Empire State Building. Widzialność jeszcze była świetna. Chmury dopiero nadciągały.

Manhattan

Zanim dojechałem na górę, rozpętała się śnieżyca i widać było tylko najbliższą okolicę.

Broadway

Magiczne miejsce - Broadway.

Times Square

Times Square w powodzi kolorowych świateł reklam i refleksów od śnieżnych płatków

Gdynia, 28.02.2005

23:05, searover
Link Komentarze (1) »

Na zewnątrz tęgi mróz. Porywisty wiatr miota tumany sypkiego śniegu w poprzek sosy. Czasem czuje się jak zatrzęsie samochodem. Spod białej, zmrożonej pokrywy nie wystaje nawet skrawek asfaltu. Oprócz omiatającej wszystko wokół kurzawy, widoczność ogranicza świeża partia puchu padajaca wprost z nieba. Jadę czterdziestką, w porywach pięćdziesiątką i.... jest fajnie. W środku ciepełko, przemykają kolejne compacty, a kiedy minęła północ włączyłem radio i załapałem się na świetny, nocny program w „Jedynce”. Była dyskusja o poezji, miłości, samotności... Utkwiło mi w pamięci takie zdanie: „największym szczęściem, jakiego człowiek może doznaje jest kochanie kogoś – najwiekszym nieszczęsciem jest nienawiść”.

 Nocna jazda

Droga była biała, dookoła mróz i ciemności, ale w środku zupełnie inny świat.                    

                        

Na postoju wypijam kawę i zagryzam pączkiem. Wokół biało i ciemno zarazem nizczym w noc wigilijną. Kubek kawy przypomina mi noce przy herbacie w metalowym kubku w górach. Tam czasem lał deszcz i szczęsciem było nie musieć nigdzie wychodzić – siedzieć w poblizu fajerek, dokładać drew pod kuchnię, grzać dłonie o kubek i rozmawiać z przyjaciółmi – tymi znanymi od lat i tymi, którzy takie miano dopiero wczoraj otrzymali na kredyt.

 

Zadymka

Widocznośc często ograniczał padający śnieg, ale i tak (a może właśnie dlatego) było fajnie.

W aucie jest tylko ta różnica, że jestem wyłącznie słuchaczem. Radiowym. W takich chwilach, pojedyńczych puzzlach mojej ulubionej mozaiki, odczuwam brak kogoś na siedzeniu obok. Patrzę potem na te rozbebeszone compacty, pusty kubek po kawie, zapasowy pączek i zastanawiam się gdzie kładłbym wtedy to wszystko, i czy w ogóle mógłbym jeszcze słuchać tego samego, jeździć za wolno albo za szybko, zatrzymywać za często i za długo (bo akurat transmisja meczu wypada w połowie drogi), albo nie zatrztymywać wcale. Wciąż zachłystuję się odzyskaną swobodą i nie wiem co lepsze – wolność singla czy szlaban, ale z szansą na ciepło nie tylko z air condition.

Jechałem do Gdyni duzo dłużej niż zwykle i mimo, że zanim zaparkowałem pod domem zdążyli rozdać już pierwsze Oskary, nie czułem zmęczenia i nawet nie doczukała mi senność. Dawno nie podróżowało mi się tak przyjemnie.

 

Gdynia, 28.02.2005

04:10, searover
Link Komentarze (2) »
niedziela, 27 lutego 2005

Nazbierało się trochę zdjęć, których z rozmaitych powodów nie dołączyłem do wcześniejszych tekstów. Nadrabiam zaległości w galerii tej i jeszcze jednej albo dwóch następnych. A potem to już chyba bedę na bieżaco.

Brake

Styczniowy wschód słońca nad zamgloną Wezerą.

Marienborn

Marienborn. Tutaj była kiedys granica między RFN i NRD. Pozostały wieżyczki, fragmenty muru, stanowiska odpraw, reflektory - ku pamięci. Ponure miejsce, ale lubię zatrzymać się tam w drodze z Brake do Szczecina, by w odpoczynku od zgiełku puszczonego w aucie na maxa radia podumać trochę nad przeszłością.

Atlantyk

Dymiące morze. Tak nazywa się to zjawisko, sfotografowane w styczniu w drodze z Wilmington do Port Canaveral. 

Frankfurt nad Menem

Frankfurt nad Menem. Lada moment  pasażerowie odlatujący do Vancouver zostaną wpuszczeni na pokład przygotowywanego właśnie samolotu.

Cowichan Bay

Cowichan Bay. Taki widok ukazał mi się gdy przyszedłem na śniadanie do hotelowej restauracji. Ten duży statek po drugiej stronie zatoki to cel mojej podróży. 

Kanada

Wschód słońca nad Cowichan Bay.

Szczecin, 27.02.2005

04:19, searover
Link Komentarze (2) »
sobota, 26 lutego 2005

Ciekawy jestem czy ktoś rozumie o co chodzi w poniższym komunikacie?

 „Uprzejmie informujemy, ze w dniu dzisiejszym z powodu przerwy technicznej od godziny 1:00 do godziny 03:00 dnia 19.02.2005r. serwis SOLO bedzie niedostepny. Za utrudnienia przepraszamy.”

Takie cos wyświetla mi się na stronie mojego, psia jego mać, banku. Oczywiście nie mogę w związu z tym wykonać żadnego przelewu. Przypominam, ze dziś jest 26 lutego.

Latem inny bank, którego klientem jestem już ponad 15 lat zażyczył sobie nagle (wcześniej tego nie robił) uaktualnienia moich danych o zatrudnieniu. Ponieważ w tym czasie pływałem gdzieś po Pacyfiku, stosownego listu nie odebrałem i na żądanie nie odpowiedziałem. Na koniec miesiąca więc bank zablokował mi konto (z debetem, to fakt, ale dalekim od maksymalnego limitu i niższym od mojej pensji). Momentalnie posypały sie wszystkie płatności, które jako singiel regulowałem t.zw. poleceniami zapłaty oraz stałymi zleceniami. Nie dowiedziałbym się o niczym gdyby nie blokada karty, na którą w jednym z portów chciałem pobrać gotówkę. Zanim wszystko poodkręcałem, dostałem mnóstwo listów od rozmaitych agencji windykacji należności oraz komorników. No i trafiłem na czarną listę niesolidnych klientów mimo, że nigdy w ciagu tych 15 lat nie zalegałem z żadnymi płatnościami ani w tym ani w innym banku, a moja pensja co miesiąc, systematycznie wpływała na konto.

Postanowiłem ubezpieczyc się na przyszłość. Po powrocie z rejsu założyłem konto w innym banku, a przy okazji uległem jeszcze ofercie banku trzeciego odnośnie wydania karty kredytowej.

Wczoraj po powrocie postanowiłem zapłacić dwa rachunki i:

-         Okno dialogowe w pierwszym banku poinformowało mnie, że moja karta kodów jest nieaktywna. (Kurczę, dostałem ja na początku stycznia i zdążyłem użyć kilka razy, więc co sie stało?)

-         W banku nr 2 wyświetlił się zacytowany wyżej komunikat.

-         Z banku nr 3 otrzymałem tradycyjna pocztą zawiadomienie (koperta w skrzynce na listy), że zablokowali moja karte kredytową z powodu nie wpłacenia na czas wymaganej kwoty (mam kwity na to, że kwoty większe od wymaganych były wpłacane grubo przed terminem).

Mam pieniądze, ale tylko teoretycznie, bo skorzystać z nich nie mogę. Ponieważ jest weekend, mogę im naskoczyć. Tylko patrzeć, jak znów odezwą sie komornicy. Cholera, czy rzeczywiście w tym kraju każda instytucja może zrobić z t.zw. szarym człowiekiem, co jej się żywnie podoba? Czy tylko złodzieje kradnący miliony mogą spać spokojnie?

Kilka lat temu ZUS pozbawił mnie ubezpieczenia zdrowotnego ponieważ w nastepnym kwartale stawka ubezpieczenia podskoczyła o około cztery złote, a ja płaciłem sto kilkadziesiąt złotych po staremu. Kiedy zorientowałem się i po trzech miesiącach dopłaciłem brakujące jedenaście złotych z groszami, było już za późno. Dostałem pismo, że nie wpłacenie pełnej kwoty stawki ubezpieczenia w terminie jest równoznacze z jego utratą. Co ciekawe, ZUS w owym liście, wykopując mnie z szeregu ubezpieczonych, ani słowem nie wspomniał o zwrocie owych niższych stawek, których postanowił nie uznać. Pisałem odwołania do samego dyrektora, który w swej łaskawości rozpatrzył je pozytywnie. I tak sobie potem myślałem, jak ZUS radzi sobie z potężnymi zakładami, które maja w nosie terminowe opłaty ubezpieczeń i są to pierwsze płatności, na których oszczedzaja. Radzi sobie pewnie w ten sposób, że nie odprowadza wpłat na t.zw. drugi filar emerytury. Kiedy dostałem swego czasu od mojego ubezpieczyciela roczne zestawienie wpłat i okaząło się, że odprowadzono tam moje wpłaty tylko za jeden albo dwa miesiące, pani z ZUS poinformowała mnie wtedy bardzo uprzejmie, że to rzeczywiście prawda, bo oni na razie marynarzom ani księżom ubezpieczeń nie odprowadzają.

- Ale niech sie pan nie martwi! Wyjdzie pan na tym lepiej niż na regularnych wpłatach, bo zapłacimy wyższe odsetki. – dodała radośnie pani.

Chyba prostsze zadanie miał Święty Jerzy, kiedy walczył ze smokiem w mrokach historii. Smoki bankowe i zusowe zioną ogniem na kilometry, ryczą straszliwie i depczą oraz gryzą wszysto co zechcą. Co ja, skromny szewczyk Dratewka mogę? Nie mam pomysłu na farsz do baranka.

Szczecin, 26.02.2005

22:02, searover
Link Komentarze (2) »

Znów w domu. Znów można się nacieszyć swoim biurkiem, łóżkiem, kuchnią... Ale od początku:

W New London kładłem się do łóżka z mocnym postanowieniem wyspania się za wszystkie czasy. Wydawało mi się, że nastawienie budzika na godzinę dziesiątą bedzie w sam raz. Tymczasem...

04:15 – przychodzi SMS. Plus GSM informuje, że nadeszła opóźniona wpłata za rachunek.

05:50 – nastepny SMS. Plus GSM informuje, że nagroda, którą wybrałem w systemie 5 Plus jest już dostępna.

07:00 – dzwoni budzik hotelowy stojący na szafce nocnej. Co za cholera go nastawiła? Przecież nie ja!

08:15 – dzwoni hotelowy telefon na biurku. Zanim zaspany zorientowałem się o co chodzi i dobiegłem do biura, rozłączył się.

08:30 – telefon dzwoni ponownie. Pani informuje mnie, że z powodu nadciągającej burzy snieżnej taksówkarz zabierze mnie z hotelu nie o 14:00 lecz o 12:00.

Przyjąłem wiadomość i postanowiłem oddać resztę rozgrywki z losem walkowerem. Nie spodziewałem się, że będzie aż tak złośliwy. Wstałem z łóżka, wyjrzałem przez okno – słońce pięknie świeciło na niemal bezchmurnym niebie – nic nie zapowiadało nadciągającej śnieżycy. Spakowałem się, poszedłem na śniadanie, odebrałem i odpowiedziałem na służbową pocztę, a na deser zostawiłem sobie krótki rajd po sieci.

Kierowca przybył punktualnie. Zabrałem z pokoju bagaże, lecz nie zauważyłem nigdzie tasówki.

- Dzisiaj pojedziemy pick-upem - powiedział mój przewoźnik, gdy spostrzegł, że się rozglądam – nie masz nic przeciwko temu?

-  Nie. Dopóki nie pada deszcz i moje bagaże na skrzyni nie mokną, zgadzam się.

Ciekawy jestem co by było, gdybym powiedział, że się nie zgadzam? Na wszelki wypadek laptopa zabrałem ze sobą do kabiny. Kabina od skrzyni ładunkowej różniła się tylko tym, że była zadaszona i, że znajdowała się w niej kierownica oraz dwa fotele. Poza tym stanowiła taką samą rupieciarnię jak tylna część pojazdu. Towarzyszkami walizek na skrzyni była jakaś stara opona, łopata, skrzynka i troche innych drobiazgów, a w szoferce walały się pod nogami rozmaite drobne narzędzia, szmaty i jakaś plastikowa bańka, którą kierowca zabrał na swoją stronę, bym mógł gdzieś koło nóg umieścić torbę z komputerem. Pan był bardzo rozmowny, co było o tyle męczące, że ja z reguły do gadatliwych nie należę. Najbardziej stressuje mnie w takich momentach zapadające na chwilę  milczenie i goraczkowe poszukiwanie jakiegoś nowego tematu. Podziwiam ludzi, którzy sypią nimi jak z rękawa. Jak rzuciłem jakieś pytanie dotyczące topografii stanu Connecticut, to pan natychmiast zaczął rysować jakąś prowizoryczną mapę na kawałku papieru na moim siedzeniu (odsunąłem się nieco, by zrobić mu miejsce). Pal licho, że puścił kierownicę, ale jeszcze nie patrzył przed siebie, tylko na kartkę. Jak auto zaczynało zjeżdżać na sąsiedni pas (co jednak jakoś wyczuwał), korygował trajektorię jedną ręką i wracał do rysowania. Więcej tak skomplikowanych pytań postanowiłem nie zadawać.

O ile dobrze zrozumiałem, pan ów wybierał się do Nowego Jorku po rybę na kolację oraz po ostrza do golenia. Coraz bardziej zaczynałem go podejrzewać o to, że wyciagnął mnie z hotelu ta wcześnie nie ze wzgledu na ewentualność burzy śnieżnej, lecz by zdążyć dostarczyć żonie ową rybę wystarczająco wcześnie przed przyrządzeniem kolacji. Wcześniejszy wyjazd okazał sie jednak korzystny, bo rozstaliśmy się na lotnisku JFK o czternastej, po czym szybo odebrałem bilety, odprawiłem dużą walizkę, mniejszą oddając do przechowalni i o 14:30 byłem wolny. Do odlotu pozostawało siedem godzin więc postanowiłem pojechać na Manhattan.

Wybrałem metro, jako teoretycznie najszybszy srodek transportu, ale i tak podróż zajęła mi 75 minut. O szesnastej wysiadłem na stacji przy 34 Ulicy, aby stamtąd dojść do Empire State Building. Ruch, mnogość sklepów, reklam, anonsów najprzedniejszych wydarzeń artystycznych przyprawiała o zawrót głowy. Pierwsze wrażenie to żal, że wpadłem tam tylko na chwilę, a nie na przykład na tydzień. Zaraz jednak zająłem się kontemplowaniem smukłej sylwetki interesującego mnie drapacza chmur, który po unicestwieniu wież WTC, znów powrócił jako najbardziej znany symbol Manhattanu. Niebo już się zachmurzyło, ale widzialność wciąż była dobra.

Wejście z ulicy jest niepozorne. Gdybym nie zadzierał głowy do góry, łatwo mógłbym ów budynek przeoczyć. W środku zaś labirynt korytarzy i bardzo skomplikowana droga za strzałkami w kierunku punktu sprzedaży biletów. Doszedłem i... niemal jęknąłem z zawodu. Straszliwie długa, pozawijana kolejka wróżyła kilkadziesiąt minut czekania. Postanowiłem jednak nie zmieniać raz powziętych planów. Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek w zyciu dane mi będzie znaleźć się w tym miejscu, więc nie było sensu kombinować. Tym razem los przyszedł mi z pomocą. Po niecałych dziesięciu minutach pojawiła się pani z informacją, że rozpoczęła się śnieżyca, widzialność jest prawie zerowa i w związku z tym proponuje wszystkim zaliczyć ten punkt programu w bardziej przyjaznych warunkach. W mgnieniu oka kolejka się rozpierzchła. Zostało jedynie kilkoro desperatów takich jak ja. Trudno, niewiele obejrzę, pomyślałem, ale przynajmniej zobaczę jak jest na górze. Uiściłem opłatę 13 USD i ruszyłem w stronę wind. Droga do nich jest podobna do tej od wejścia do kas biletowych (labirynt ze strzałkami), ale troche bardziej skomplikowana. Nieliczni, którzy nie zabłądzą i przedrą się przez drobiazgową kontrolę (podobna do tej na lotniskach), w końcu docieraja do korytarza, z którego odjeżdża ich aż osiem. Najpierw jedna zawiozła nas na, o ile dobrze pamiętam, 80 piętro, gdzie m.in. zrobiono każdemu pamiatkowe zdjęcie (wersja internetowa za darmo, papierowa po 15 USD – wąż kąsał, więc wybrałem tę pierwszą), a stamtąd inna dowiozła na 86.

Rzeczywiście, śnieg padał już dość mocno, ale trochę było widać. Największe wrażenie zrobiła na mnie... cisza. Tylko niewielki szum docierał z dołu. Od czasu do czasu przebijały się z niego znacznie silniejsze syreny wozów policyjnych, ambulansów i.t.p. Sprawiało to wrażenie, jakby tylko takie samochody jeździły ulicami, albo jakby prowadzono jakąś wielką akcję. Przywarłem do okalającej taras kraty i popatrzyłem w dół przepaści. Czułem jak dostaję gęsiej skórki. Jakimiż aktami desperacji i odwagi musiały być pamiętne skoki ludzi uwięzionych w smiertelnej pułapce płonących wież pamietnego 11 września? Wzdrygnąłem sie na samą myśl, że coś mogłoby mnie przymusić do takiego beznadziejnego lotu.

00:46, searover
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6