Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
poniedziałek, 28 stycznia 2013

Korytarz wiodący do restauracji w naszym hotelu był małym muzeum. Kiedy szliśmy na śniadanie i wracaliśmy stamtąd oglądaliśmy dawne narzędzia wykorzystywane w rolnictwie. Wiele z nich dobrze było znanych i u nas. Sierp pamiętam ze strychu chałupy mojej babci, kiedy podczas wakacji spędzanych u niej penetrowałem rozmaite zakamarki.

Cypr 110

Najbardziej jednak wśród tych eksponatów zaskoczyła nas... waga. Waga jak waga, nie tak znów stara, a kto wie czy jeszcze nie spotka się takiej na rozmaitych targowiskach. To jednak była waga z... Polski.

Cypr 111

Cypr 112

Znacznie ciekawsze od zgromadzonych przedmiotów były stare  fotografie. Zatrzymano w kadrze świat, który bezpowrotnie odszedł już w przeszłość. Dziś już na żadnej cypryjskiej wsi nie zobaczy się garncarzy tworzących takie ogromne naczynia na oliwę.

Cypr 113

Odeszło przeszłość tamto rzemiosło, tamte stroje i tamten styl życia...

Po śniadaniu zaczęliśmy się pakować. Dzis czekała nas jazda w góry. To znaczy takie mieliśmy plany, kiedy kolejne etapy podróży po Cyprze opracowywałem suwając palcem po mapie. Nocleg w Troodos był zarezerwowany, ale w międzyczasie dowiedzieliśmy się o spodziewanych obfitych opadach śniegu tam na górze. Zapytałem recepcjonistę w naszym hotelu, czy według niego da się dojechać do Troodos naszym autem.

- Dojechać to może dojedziecie, ale jak wrócicie? Pogoda ma się załamać.

Nie było to dodaniem otuchy. Postanowiliśmy jednak spróbować. Najwyżej zawrócimy. Po kilkudziesięciu minutach jechaliśmy już uliczkami Nikozji na północny zachód drogą prowadzącą ku wybrzeżu.

Cypr 124

Świeciło słońce. Okolica tonęła w soczystej zieleni i nieprawdopodobnym się wydawało, że w zakrywających widnokrąg górach może być inaczej.

Cypr 114

Kiedy zatrzymywaliśmy się na światłach serce nas bolało, gdy oglądaliśmy leżące na chodniku pomarańcze opadające z rosnących wzdłuż jezdni drzew. Później, kilkadziesiąt kilometrów za Nikozją zatrzymaliśmy się na jakimś przydrożnym bazarze i tam oddaliśmy się zakupowemu szaleństwu. Wszędzie stały skrzynki z rozmaitymi owocami, a pomarańcz i mandarynek było zatrzęsienie. Owoce, które byc może jeszcze wczoraj wisiały na gałęziach drzew oferowano nam za równowartość półtora złotego za kilogram.

Cypr 012

Jedyne co mnie niepokoiło to chłodny wicher, który zerwał się z północy i gnał od morza coraz ciemniejsze, groźne chmury. Jeszcze tylko wybierzemy parę granatów i ruszamy szybko w dalszą drogę zanim u góry sypnie śniegiem.

Cypr 123

Zboczyliśmy z głównej drogi i zaczęła się jazda pod górę. Odliczałem kolejne kilometry. Brakowało ich do Troodos coraz mniej, a śniegu jak nie było, tak nie było. Miałem coraz większą nadzieję, że to był nieaktualny straszak. W końcu dojechaliśmy na przełęcz, z której główna droga opadała w dół ku Limassol, a my mieliśmy skręcić w boczną, stromo pod górę. Brakowało już tylko dziewięć kilometrów.

Cypr 115

Skręciłem i... zatrzymałem się przed znakiem nakazującym używanie łańcuchów na oponach. Kilometrów co prawda pozostało niewiele, ale przy sześciuset metrach pod górę brak łańcuchów mógł oznaczać problem. Wysiadłem z samochodu i poszedłem trochę niżej by w jakiejś gastronomicznej budce na przełęczy zasięgnąć języka. Nic konkretnego mi jednak nie powiedzieli. Wciąż nie wiedziałem, czy da się wjechać na górę bez łańcuchów czy nie. Poszedłem kawałek pod górę, bardziej dla zebrania myśli niż odpowiedzi na pytanie i nagle... Eureka! Jadące z góry samochody, ktore mnie mijały, nie miały łańcuchów! Próbujemy!

Śnieg pojawił się po kilkuset metrach i trzeba przyznać, że z każdym metrem w górę go przybywało.

Cypr 116

Ostatnie metry przed Troodos pokonywaliśmy już w prawdziwe śnieżnych wąwozach. Bardziej przypominało to północną Norwegię niż Cypr.

Cypr 117

Trzeba jednak przyznać, że jak na taką ilość śniegu, szosa była utrzymana w przyzwoitej, żeby nie powiedzieć dobrej kondycji. Duże brawa jak dla kraju, który z zimą na codzień ma niewiele do czynienia. Wyjechaliśmy na ponad tysiąc siedemset metrów nad poziom morza. Po zieleni i pomarańczach na dole pozostało jedynie wspomnienie. Znajdowaliśmy się w lodowatej krainie Królowej Śniegu. Termometr pokazywał -5°C, a wszystko wokół pokrywała warstwa lodu.

Cypr 119

Nie trzeba nas było zbytnio poganiać, żeby z bagażami schronić się w hotelu. Pokój nie należał do największych, ale za to z okien mieliśmy przecudny widok na całą południowo-wschodnią część wyspy (oczywiście tyle było widać, ile góry nie zasłaniały).

Cypr 118

Planowałem wejść na Górę Olimpos, najwyższy szczyt wyspy (1952 m.n.p.m.), ale w hotelu powiedzili nam, że szlak jest nieprzetarty. Zważywszy na porę dnia (późne popołudnie) brnięcie w śniegu po uda w nieznanym terenie nie byłoby rozsądnym posunięciem, nawet jeśli przyjąć, że Cypr należy do grupy t.zw. ciepłych krajów.

Dobrze zrobiliśmy, bo wystarczył niedługi spacer by za sprawą wiatru przemarznąć solidnie.

Cypr 017

Cypr 126

Było już ciemno, kiedy wrócilismy. W okolicy naszego hotelu cięzki sprzęt usiłował zachowac przejzdność dróg.

Cypr 121

Przyjemnie było móc nie przejmować się ich robotą, z drzwi hotelu zrobić fotkę ze śniegiem oraz soplami, by po chwili w zaciszu napić się czegoś gorącego.

Cypr 125

Wieczorem praca tych ludzi wydawała się pójść na marne, ponieważ spełniły się prognozy, sypnęło śniegiem, który gnany wiatrem stworzył niepowtarzalny, zadymkowy spektakl.

Cypr 122

Na szczęście w pokoju było ciepło, a czy uda się zjechać na dół, czy nie, postanowiliśmy martwić się nazajutrz rano.

Gdańsk, 28.01.2012; 15:40 LT

niedziela, 27 stycznia 2013

Mauzoleum Lenina. Pamiętam z wyrywkowych informacji o Moskwie oraz telewizyjnych migawek potwornie długie kolejki, by zobaczyć zabalsamowane zwłoki wodza Rewolucji Październikowej. Jedni przychodzili oddać mu hołd, inni z czystej ciekawości, traktując mauzoleum jako jeszcze jeden obiekt do zwiedzania. Mauzoleum otwarte jest krótko, do wczesnych godzin popołudniowych, lecz dla nas czekała niespodzianka w postaci płotu ogradzającego dostęp do budowli.

Moskwa 39

Mało tego. Płot i policjanci bronili również dostępu w tym miejscu do kremlowskiego muru, obok którego spoczywali Pierwsi Sekretarze Komunistycznej Partii ZSRR. Nie! Tylko nie to! Podszedłem zapytać o możliwość wstępu do mauzoleum pilnującego tego terenu policjanta.

- Zamknięte z powodu remontu.

- A kiedy będzie otwarte?

- W kwietniu.

Niech to szlag! Ale się wybraliśmy!

Wolałem się jednak upewnić, by mieć spokojne sumienie, że na pewno wszystko dobrze zrozumiałem.

- I na pewno jutro nie da się tam wejść? – zapytałem pełen nadziei najłagodniej jak potrafiłem, by nie rozsierdzić stróża porządku. Uśmiechałem się i spogladałem na policjanta tak, jak Osioł ze „Shreka” pragnący zaskarbić sobie przychylność głównego bohatera, czy nie przymierzając, Smoczycy.

- Czy jutro jest kwiecień?!!! – krzyknął porażony moją głupotą.

- Nie, grudzień - poinformowałem grzecznie policjanta. - To dziękuję – ukłoniłem się na do widzenia i wycofałem pokornie, by nie denerwować go bardziej. No i skończyło się rumakowanie, t.zn. iluzja że uda się coś wskórać.

Mój Anioł pocieszał mnie jak mógł, gdy ze spuszczoną głową odchodziłem od płotu.

Prawie całą przeciwległą ścianę Placu Czerwonego zajmuje GUM – Gosudarstwiennyj Uniwersalnyj Magazin, chyba najbarzdziej znany dom towarowy Rosji. Dziś nazwalibyśmy to raczej galerią handlową. Zbudowany został jeszcze w czasach carskich, a po rewolucji został przemianowany na GUM właśnie. W czasach niedoboru dóbr, tak jak w Polsce jeździło się do Warszawy na zakupy w domach towarowych Wars, Sawa, a szczególnie Junior, tak w Rosji pielgrzymki konsumentów ciągnęły do GUM-u. Bo jeśli tu czegoś nie można było dostać to gdzie?

Po transformacji ustrojowej GUM ponownie trafił w prywatne ręce, lecz starą, historyczną już nazwę postanowiono zachować.

Dokładnie naprzeciwko mauzoleum Lenina, a przed głównym wejściem do galerii GUM urządził lodowisko.

Moskwa 38

Na bandach przykuwało wzrok logo przyszłoroczej, zimowej olimpiady w Soczi. Na łyżwy nie poszliśmy, ale była jeszcze szansa dostać się na Kreml. Zaczęliśmy gorączkowo maszerowąć wzdłuż muru, by poszukać wejścia, lecz kiedy doatrliśmy do kas, właśnie je zamykano.Musieliśmy odłożyć ten plan na dzień następny i całe szczęśćie, że tak się stało, bo inaczej nie dalibyśmy rady obejrzeć wszystkiego w pół godziny.

Mogliśmy za to obejrzeć pomnik Marszałka Żukowa, stojący przed Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej (czyli wojnie ZSRR z hitlerowskim najeźdźcą  w latach 1941-1945) zamykający Plac Czerwony od strony przeciwległej do Cerkwi Wasyla Błogosławionego. Z tym, że pomnik Żukowa stoi na zewnątrz placu, przed wejściem nań.

Moskwa 50

Mało komu ZSRR zawdzięczał tyle w tej wojnie, co Żukowowi, On był autorem strategii wielu kluczowych bitew. On też doznał zaszczytu wkroczenia do Berlina i spaceru po zrujnowanych pomieszczeniach Kancelarii Rzeszy.

By odwrócić losy wojny, najpierw trzeba było wygrać Bitwę o Moskwę. Nie wiadomo jak potoczyłyby się jej losy, gdyby Hitler rozpoczął realizację Plany Barbarossa na przykład o miesiąc wcześniej. Najwyraźniej zafascynowany pełną sukcesów strategią blitzkriegu, spodziewał się, że marsz do stolicy ZSRR zajmie mu mniej niż cztery i pół miesiąca jak okazało się w rzeczywistości. Pierwsze zdobycze były łatwe, a zaskoczenie totalne. Stalin uparcie odrzucał jako fałszywe doniesienia szpiegów o planowanej inwazji. Kiedy ostatecznie do niej doszło, potrzebował aż kilku dni, by ochłonąć i przemówić do zdezorientowanego narodu. Potem front się ustabilizował. Armia Czerwona co prawda ustępowała z kolejnych terenów, ale były to odwroty po ciężkich walkach połączone z taktyką spalonej ziemi. Ustępująca Armia Czerwona niszczyła wszystko co mogło w jakikolwiek przydać się wrogowi, Niemcy zdani więc byli tylko na transporty z dalekiego zaplecza. Pomimo to, dzień po dniu, tydzień po tygodniu dystans między frontem, a stolicą imperium się zmniejszał. Moskwa była czymś więcej niż tylko stolicą. Rząd można przenieść w dowolne miejsce. Kiedy jednak spojrzy się w odpowiedniej skali na mapę Rosji nawet dzisiejszą, można bez trudu zauważyć, ze to miasto to jeden ogromny węzeł komunikacyjny. Tu zbiegały się wszystkie ważne szlaki komunikacyjne z najdalszych zakątków kraju. Utrata Moskwy, oznaczała utratę łączności pomiędzy poszczególnymi fragmentami kraju. Każdy z nich zostałby odcięty od reszty.

Widząc postęp Wehrmachtu rozpoczęto ewakuację fabryk. Wszystkie urządzenia wywożono daleko na wschód. Niemiecka ofensywa wyraźnie zwolniła jesienią kiedy ulewne deszcze zamieniły w błotne grzęzawiska tamtejsze drogi. Najeźdźca jednak mimo, że wolniej, wciąż posuwał się naprzód. Wraz z pierwszymi mrozami grunt stał się twardszy i front znów zaczął cofać się szybciej. Ewakuowano z Moskwy wszystkie urzędy. Metro zaczęło pełnić rolę schronów, a na wypadek wkroczenia Niemców do miasta istniały plany jego zniszczenia. Po ewakuacji urzędów w mieście zapanował chaos i panika. Zdezorientowana ludność błąkała się bez celu po ulicach. Stalin jednak pozostał w mieście i nakazał NKWD zaprowadzenie porządku. Siły bezpieki uporały się z tym błyskawicznie i wkrótce cała ludność szykowała się do obrony. Momentem podnoszącym morale stała się defilada z okazji dwudziestej czwartej rocznicy Rewolucji Październikowej. Do ostatniej chwili utrzymywana w tajemnicy odbyła się pomimo, że wróg był już bardzo blisko. Wtedy Stalin wygłosił jedno z najważniejszych swoich przemówień. Żołnierze zaś prosto z Placu Czerwonego jechali na front.

Szczęśliwie dla ZSRR zima 1941 roku była najcięższa od kilkudziesięciu lat. Euforia po utwardzeniu błotnistych gruntów szybko ustąpiła miejsca cierpieniom nieprzygotowanych na siarczyste mrozy Niemców. Temperatura spadała grubo poniżej minus trzydziestu stopni. Hitlerowscy żołnierze masow ginęłi z wychłodzenia. Na dodatek transporty zaopatrzenia miały do pokonania ogromne dystanse podczas gdy Rosjanie zarówno dodatkowy sprzęt jak i ludzi mieli do dyspozycji tuż za linią frontu. Coraz bardziej niewystarczające dostawy paliw Niemcy zużywali na ogrzewanie by ratować swoich ludzi. Atak coraz bardziej tracił impet. Wkrótce niemieccy dowódcy uświadomili sobie, ze decydującego ciosu nie będą w stanie zadać. Tymczasem generał Żukow przygotowywał kontruderzenie mając w odwodzie zaprawionych w mrozach żołnierzy ściągniętych z Syberii oraz przygotowany do tego celu sprzęt.

Drugiego grudnia 1941 roku Niemcy dotarli do miejscowości Chimki. To punkt „A” na poniższej mapce.

Ponoć było już widać stamtąd iglice Kremla. Zajęli zajezdnię autobusową, z której autokary kursowały na Plac Czerwony. Na północ od Chimek widać pasy lotniska Szeremietiewo. Nie wiem czy istniało wtedy, ale gdyby było, znajdowałoby się już w rękach Niemców. Był to jednak najdalszy punkt jaki Wehrmachtowi udało się osiągnąć w tej wojnie. Piątego grudnia tego roku Armia Czerwona pod dowództwem generała Żukowa z ogromnym impetem ruszyła na wroga. Zaskoczeni Niemcy wycofywali się w popłochu. Pozostawiali w polu unieruchomione z braku paliwa pojazdy. Zanim front ponownie się ustabilizował, armie były już blisko dwieście kilometrów od Moskwy.

Wciąż jestem zafascynowany tą niezwykłą kampanią, zakończoną dosłownie na przedmiesciach stolicy. Bohaterską obroną miasta i błędami popelnionymi przez najeźdźców. Czasami czyjaś jedna decyzja może odmienić losy nie tylko wojny, ale i świata. Trudno sobie wyobrazić, jak mogłyby się potoczyć losy świata gdyby hitlerowskim wojskom straczyło sił na dwa tygodnie dłużej, albo gdyby zima nie była tak sroga, lub wojna rozpoczęta nie w czerwcu lecz pod koniec maja.

Jakieś sto metrów od pomnika Żukowa płonie wieczny ogień pamięci żółnierzy, którzy oddali życie w tej wojnie.

Moskwa 40

Spod Kremla udaliśmy się w poszukiwaniu Teatru Wielkiego (czyli w oryginale Bolszoj). Nie trzeba było daleko odchodzić. Odrestaurowany budynek pięknie prezentuje się w wieczornym oświetleniu.

Moskwa 41

Chcieliśmy iść na jakieś przedstawienie lecz szybko wyleczył nas z tych planów cennik. Przeciętne bilety to koszt rzędu kilkuset złotych., a bywają takie i po kilka tysięcy. Oczywiście teatr trzyma drobną pulę tanich wejściówek dla studentów czy młodzieży, ale przyznawano je na pół godziny przed spektaklem. My mogliśmy kupić bilet  na operę "Turandot" w dalekim sektorze za osiemset złotych od osoby. Lepsze miejsca szły już w tysiące złotych i wolnych wcale nie było wiele. Aż takim fanem opery, by wydać na dwa bilety ponad półtora tysiąca złotych, nie jestem. Z drugiej strony szkoda, że nie udało się zobaczyć pięknych wnętrz teatru. Mogliby wzorem mediolańskiej La Scali urządzać w określonych godzinach wycieczki po gmachu, bez oglądania przedstawienia, albo obserwując z daleka próby.

Wróciliśmy pod GUM, który teraz świecił się udekorowany tysiącami żarówek.

Moskwa 44

Weszliśmy do środka by się ogrzać i coś zjeść. GUM, pomimo, że nazwa została dawna, daleki jest od komunistycznej siermięgi. Dziś to kraina najlepszych sklepów drogich, światowych marek. Widać to choćby po choinkach, których długi rząd prezentował zdolności dekoracyjne poszczególnych firm. Każda z nich otrzymała jedno drzewko do przystrojenia.

Moskwa 46

Nam najbardziej podobała się choinka Coca Coli z białymi misiami na gałązkach, ale taki na przykład Swatch przygotował oryginalny łańcuch z zegarków.

Moskwa 47

Oczywiście trzeba pogodzić się z konwencją, że to już jest komercja najczystszej maści, z prawdziwym Bożym Narodzeniem nie mająca nic wspólnego.

Wśród choinek, na balkonie na piętrze przygrywała ubrana w tradyccyjne stroje orkiestra Mikołajów.

Moskwa 45

Po posiłku wyszliśmy raz jeszcze na Plac Czerwony. Wieczorem prezentował się chyba nawet piękniej niż za dnia.

Moskwa 43

Na iglicach kremlowskich baszt kiedyś umieszczone były pozłacane, dwugłowe, carskie orły. Komuniści zamienili je na czerwone gwiazdy i tak pozostało do dziś. Orły wróciły tylko na wieże Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.

Moskwa 42

Na straganach przed lodowiskiem odbywał się świąteczny jarmark. Kupiliśmy tam pierniki z Tuły, których część zjedliśmy od razu, część rozdaliśmy, a najważniejszy, z napisem „S nowym godom” spożyliśmy w noworoczną noc w Ustce.

Moskwa 48

Szczecin; 27.01.2013; 01:15 LT

czwartek, 24 stycznia 2013

Ależ się porobiło! Organizatorzy konkursu „Blog Roku 2012” tym razem postanowili zrezygnować z kategorii podrózniczej i wrzucić wszystko (no, prawie wszystko) do jednego worka. „Do tej kategorii zapraszamy wszystkich, którzy świetnie się czują w szeroko rozumianych tematach life-stylowych (od mody po design)” napisali na stronie internetowej tego wydarzenia.

Ktoś wymyślił, że jak na tęczy pomiedzy czerwienią i fioletem jest miejsce dla żólci i zieleni, tak gdzieś pomiędzy modą, a designem znajdują się podróże. Myślę, że tak mniej więcej w połowie.

Mój Boże! Przyjdzie mi więc rywalizować zarówno z blogami o lakierach do paznokci, o biustonoszach i fryzurach, jak i z tymi o najnowszych trendach w liniach karoserii luksusowych samochodów, awangardowej architekturze czy o designerskich naczyniach kuchennych. Jeszcze dobrze nie wyjdę na ring, a już mnie zadepczą!

Już miałem się poddać i odpuścić sobie ten rok, albo przyłączyć się do krucjaty innych podróżników, kiedy przypomniałem sobie czerwcowy, kajakowy maraton. Ciężko było, koło Brzeźna kipiel, na dodatek zimno tak, że jeszcze chwila, a pojawiłaby się kra, więc co tu gadać – zadanie by nie przypłynąć gdzieś na szarym końcu po zamknięciu mety wydawało się niewykonalne. A jednak nie dość, że udało się zostawic kogoś za rufą, to jeszcze potem okazało się, że całkiem sporą grupę zmógł żywioł i nie pokonali trasy w ogóle. Nie! Searover się nie poddaje! Napisałem o Karlu Lagerfeldzie? Napisałem, bo sytuacja wymagała. A jak zamiesciłem notkę o pokazie mody w Paryżu to nawet portal „Travel Avenue” to opublikował. Co prawda był to jedyny pozytywny rezultat, ponieważ stali czytelnicy „Mojej Szuflady” zaczęli jednocześnie dopatrywać się dręczących mnie przypadłości natury psychicznej, co na wykresie czytelnictwa objawiło się linią o kierunku quasi wertylkalnym, to jednak mogę teraz z czystym sumieniem umieścić w swoim portfolio, ze ten blog oprócz notatek z podróży, o modzie traktował także, a jak dobrze poszperać to i coś designerskiego by się znalazło, bo to rzecz wielce względna. Ba! To co w kategorii podróżniczej stanowiło niepotrzebny balast, czyli te wszystkie recenzje filmów, opisy koncertów albo imprez, teraz paradoksalnie mogą mi pomóc.

No to przyłbica na oczy i do boju! Grubo ponad pięćset blogów na polu to nie jest co prawda Bitwa pod Grunwaldem, ale mimo wszystko tłok i wyzwanie niemałe.

Organizatorzy przydzielili mi designerski numer C00424 (żeby nie było problemu, czy te kółeczka to cyfry czy litery, więc słownie: C zero zero cztery dwa cztery). Jeżeli drogi czytelniku możesz poświęcić 1,23 zł na cel charytatywny, proszę, spożytkuj tę kwotę wysyłając (najlepiej teraz, zanim się rozmyślisz) sms o treści C00424 (bez spacji) na numer 7122. Wspomożesz tą kwotą integracyjno-rehabilitacyjne obozy dla dzieci niepełnosprawnych oraz dla dzieci z ubogich rodzin, a „Moja Szuflada” zyska kolejny głos w plebiscycie. Z jednego telefonu można na dany blog zagłosować tylko raz, ale jeśli masz czytelniku dwie komórki, gorąco Cię zachęcam do wykorzystania obydwu, albo do polecenia „Szuflady” swoim znajomym. Bez Waszego wsparcia utknę i nic nie wskóram.

Z góry dziękuję za każdy sms.

Sopot, 24.01.2013; 20:45 LT

środa, 23 stycznia 2013

Trudno nie rozpocząć zwiedzania Moskwy od Placu Czerownego. Dlatego po śniadaniu wsiedliśmy do metra, kierując się do stacji „Płoszczad’ Rewolucji”, skąd na właściwy plac było już tylko kilka kroków. Zresztą trudno było nie trafić. Drogowskazy w bocznych uliczkach pokazywały właściwy kierunek, a po chwili ujrzeliśmy czerwony mur Kremla zamykający perspektywę jednej z nich.

Zaskoczeniem była dla mnie już sama geneza nazwy tego jednego z najbardziej znanych placów świata. Przez całe życie byłem przekonany że „Czerwonym” ochrzcili go komuniści, a tymczasem okazuje się, że to nazwa historyczna, licząca sobie ponad trzysta lat. Drugie zaskoczenie to usytuowanie bodaj najsłynniejszej moskiewskiej cerkwi, której liczne kolorowe kopuły tylekroć widywałem na zdjęciach. Zawsze kojarzyłem ją z Kremlem i wydawało mi się, że stoi za jego murami, a tymczasem zamyka ona plac od strony rzeki.

Moskwa 30

Tak naprawdę to nie jedna, ale dziewięć cerkwi. Wokół centralnie położonej, t.z.w Cerkwi Pokrowskiej rozciąga się wianuszek czterech większych i czterech mniejszych cerkwi. Wszystkie zwieńczone owymi charkterystycznymi, kolorowymi kopułami, które poczatkowo były złote. Osiem cerkwi miało symbolizowac osiem dni walk o Kazań przeciwko tamtejszym Tatarom. Oczywiście była to bitwa zwycięska. Kazań zdobyto i na tę cześć car Iwan Groźny polecił wznieść ową świątynię. Według legendy, kiedy ujrzał ów cud architektury, kazał oślepić twórców, aby broń Boże nie wybudowali gdzie indziej czegoś równie pięknego.

Cerkiew jest pod wezwaniem Wasyla Błogosławionego. Ten moskiewski święty większość życia spędził właśnie w tym mieście wyrzekając się niemal wszelkich dóbr doczesnych. Za schronienie służyły mu świątynie. Pod ich murami sypiał. Nie miał ubrania i chodził półnagi (ikony przedstawiają go jako zupełnie nagiego). Zastanawiałem się jak bez przyodziewku mógł przetrwać srogie, rosyjskie zimy, ale widocznie Pan nad nim czuwał, skoro przeżył aż osiedziesiąt osiem lat, co i w dzisiejszych czasach jest godne pozazdroszczenia.

Błogosławionego Wasyla pochowano na Placu czerwonym w okolicach Wieży Spasskiej. Budowana ku pamięci wspomnianej bitwy ale i na chwałę świętego ascety skryła jego szcątki.

Zachwyceni widokiem świątyni, jak ćmy do światła podązyliśmy w jej kierunku rozpoczynając zwiedzanie właśnie od niej.

Cerkwie, te mniejsze, te większe jak i centralna mają niewielką powierzchnię. Każda z nich jest w istocie jakby jedynie wieżą. Za to pomiędzy nimi biegnie prawdziwy labirynt korytarzy.

Natychmiast po wejściu olśniewa bogactwo złoceń i wszelkich ornamentów, tak charakterystyczne dla prawosławnych świątyń.

Moskwa 31

Moskwa 32

Niemal wszystkie ściany, sklepienia, nawet w korytarzach pokryte są freskami. Cerkwie nie znoszą pustych powierzchni. Zresztą podobne, pełne przepychu świątynie wschodniego chrześcijaństwa widywalismy blisko rok temu na Cyprze.

Moskwa 33

Oczywiscie nie mogło zabraknąć ikon przedstawiającyh patrona świątyni. Może to nieładnie przygladać się intymnym fragmentom ciała pobożnego człowieka, ale skoro już przedstawiany jest nago, mój grzeszny wzrok omiół całą tę postać bez wyjątku, I tam, gdzie powinny znajdowac się atrybuty męskości, nie znajdowało się nic. Ot, świadectwo czasów, Tak sprytnie wybrnięto z konieczności przedstawiania świętego bez szat, tak jak żył, a zarazem sprostania moralności i unikania wodzenia na pokuszenie takich jak ja ciekawskich.

Moskwa 35

Malowidła ciągną się aż do samej góry, do najwyżej położonych skrawków wież.

Moskwa 36

W takich okolicznościach nagle rozległ się śpiew prawosławnej modlitwy. Ciarki przeszły mi po plecach, takie to było piękne. Chór trzech albo czterech mężczyzn śpiewał a capella, a sławiące Zbawiciela pieśni niosły się korytarzami do najdalej położonych cerkwi.

Moskwa 37

Oprócz swojej roli sakralnej crewkie pełnią też rolę muzeum. W licznych gablotach można obejrzeć eksponaty z okresów walk z Tatarami (m.in. zbroje, broń) oraz przedmioty codziennego użytku oraz biżuterię i monety.

Moskwa 34

Z okien mniejszych śwityni widać dzwony na wyższych wieżach. Wracają powoli na miejsce. Ponoć w tej chwili jest ich dziewiętnaście. Nie wiem ile było kiedyś, ale swego czasu zdjęto je wszystkie, a w 1929 roku komuniści w ogóle zamknęli świątynię. Nie były to dobre czasy dla obiektów religijnych. Nie oszczędzono nawet największej Cerkwii Chrystusa Zbawiciela, o czym napiszę za jakiś czas w oddzielnej notce. Cerkiew Wasyla Błogosławionego przynajmniej przetrwała, a od 1990 dzwony zaczęły powracać.

Moskwa 49

Bogu co boskie, a cesarzowi co cesarskie... Z cerkwi jest tylko parę kroków do Mauzoleum Lenina, więc z cerkwi tam skierowaliśmy swe kroki.

Gdańsk; 23.01.2013; 02:00 LT

niedziela, 20 stycznia 2013

W poprzednim wpisie wspomniałem o „Sępie”. Reklamowany intensywnie w TVN skusił mnie, więc prosto z pracy poszliśmy na niego do sopockiego Multikina w piątkowy wieczór.


Trudno o bardziej gwiazdorską obsadę: Olbrychski, Żebrowski, Małaszyński, Fronczewski, Baka, Seweryn, Przybylska i.t.d.  

Zaczyna się doskonale, w iście amerykańskim stylu. Ucieczka więźnia z sądu jak z najlepszych filmów Machulskiego. Potem jednak wszystko zaczyna się gmatwać. To nawet fajne, bo przecież w kryminalnym kinie akcji chodzi o to, by trzymac widza w napięciu. Ja jednak owego napięcia nie wytrzymałem. Gubiąc się w zawiłościach scenariusza oraz montażu nie czułem zarazem owego dreszczyku, który kazałby mi wyostrzyć wszytkie zmysły. Może to opadający w piątkowy wieczór poziom adrenaliny sprawił, że trochę się zdrzemnąłem. Nie potrzebuję dużo, by dojść dio siebie, wystrczy kilka minut, więc wkrótce znów zacząłem śledzić akcję.



I znów było ciekawie, bo jakkolwiek trochę się wyjaśniło, to jednak wciąż sporo pytań pozostawało bez odpowiedzi. Irytowała mnie trochę tablica, na której detektyw pełnymi zdaniami zapisywał swoje uwagi i wątpliwości, tworząc z nich jakieś dziwne równania. Z całym szacunkiem – co prawda Isaac Newton z ksiąg Nowego Testamentu i podpartych prawami fizyki obliczył, że koniec świata nastąpi w 2060 roku, to jednak trudno mi wyobrazić sobie by z kilku zdań otwartego tekstu dało się obliczyć wartość x. Sherlocck Holmes (a bardziej Arthur Conan Doyle) w grobie się przewraca.


Kolejny zwrot akcji (nie, nie rozszyfrowany broń Boże na owej tablicy) doskonały, brawa dla scenarzysty. Masakra zaczyna się jednak niedługo potem. Kiedy już właściwie prawie wszystko wiadomo i wątek tajemniczy oraz kryminalny dobiegają końca, pora pociągnąć wątek romantyczny oraz filozoficzny. I tu (zwłaszcza w owym drugim przypadku) realizatorzy wykładają się całkowicie. Nie dość, że przez dobre dwadzieścia ostatnich minut wiadomo jak to wszystko się skończy (do ostatnich minut miałem nadzieję, że kolejny zwrot akcji czymś widza zaskoczy, ale na próżno), to jeszcze okazuje się, że w policji wyrósł prawdziwy święty. Nie, nie ten „Święty” z Hollywood, lecz prawdziwy, chrześcijański święty. Chyba od czasów Ojca Kolbe taki się nie narodził. Dobre na wyciskacz łez, ale mało realistyczne.


Przykro mi, jeśli komuś powyższą informacją zepsułem nadchodzącą przyjemność oglądania filmu. Myślę, jednak, że naprawdę warto wybrać coś ciekawszego. Szkoda, bo gdyby nie owa końcówka, dzieło Eugeniusza Korina byłoby całkiem strawne.

Sopot, 20.01.2013; 16:30 LT

 
1 , 2 , 3