Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
wtorek, 31 stycznia 2012

Tyle razy juz plynalem po Jangcy i nie pamietam ani razu dobrej widzialnosci. Zawsze jest mglisto. Rowniez i dzisaj. Szaroburo, zarysy obiektow bez szczegolow, woda brunatna. Takie sa tez i moje nieliczne zdjecia. Jesienne, szare, niewyrazne.

Ostatnia godzina postoju w Zhangjiagang minela niezwykle nerwowo. Chinczycy przedstawili mi raport, wedlug ktorego wyladowano o 46 wiazek odlewow stalowych mniej niz powinno byc wedlug dokumentow. Pomylic w liczeniu mozna sie o kilka sztuk, ale nie o ilosc, ktora stanowi ponad 5 procent calego ladunku. Odmowilem podpisania, na co tamci stwierdzili, ze wobec tego nie wypuszcza statku. Nie zgodzili sie tez na uwage, ze "podpisano pod przymusem". Wystosowalem wiec list protestacyjny, zarzucajacy niedbalosc liczmenom i prawie 24-godzinna zwloke w dostarczeniu nam owego raportu, ktory dotyczyl pierwszej partii ladunku. Chief checker przyparty do muru, przyznal, ze on jest odpowiedzialny tylko za liczenie wiazek i, ze w magazynach sparawdzany jest ciezar ladunku, ktory wedlug posiadanych przez niego informacji, zgadza sie z dokumentami przewozowymi. Znaczy, ze ilosc sie zgadza, a jedynie liczba wiazek jest inna. Umiescilismy te informacje w formie uwag na raporcie i jest to juz jakas linia obrony. Chinczycy slyna z notorycznego zanizania ilosci wyladowanego towaru, twierdzac zawsze, ze to zagraniczni dostawcy probuja ich oszukac. A juz reklamacje dotyczace ladunkow z Rosji to codziennosc. Kiedys probowali mi zanizyc ilosc dostarczonej stali, tlumaczac, ze "dostawy z Rosji sa zawsze nizsze niz podane w dokumentach". W ogole nie sprawdzali ilosci, lecz obcieli troche "dla przyzwoitosci". Dopiero gdy napisalem raport stwierdzajacy, ze zadna kontrola ilosci ladunku nie miala miejsca, wycofali sie z reklamacji.

Ulamal mi sie kawalek zeba, pociagajac ze soba rowniez plombe. Trzeba bylo pojsc wczoraj do dentysty. Mialem wiec okazje przyjrzec sie nieco chinskiej sluzbie zdrowia.

No coz, mozna chwalic ten kraj za szybki wzrost gospodarczy, ogromne inwestycje i postep widoczny golym okiem, ale widac tez, ze t.zw. sfera budzetowa, podobnie jak i u nas, rozpieszczana nie jest. Z ta tylko roznica, ze nasze, publiczne osrodki zdrowia wygladaja o niebo lepiej.

Agent zawiozl mnie najpierw do przyszpitalnej przychodni. Brud, luszczaca sie farba, spartanskie wyposazenie. W Chinach trwal jeszcze okres swiateczny zwiazany z powitaniem nowego roku ksiezycowego, wiec personel medyczny nie rzucal sie za bardzo w oczy. W calym korytarzu przyjmowal jeden lekarz, w gabinecie okulistycznym zreszta. Najwyrazniej byl to lekarz od wszystkiego, poniewaz agent kazal mi wchodzic i przedstawic swoj problem. Opowiedzialem, wiec kazal mi usiasc na taborecie, wzial latarke i zaczal ogladac uzebienie. Latarka gasla co chwile wiec lekarz musial rownie czesto przerywac, zeby ja potrzasnac, dzieki czemu pewnie jakies blaszki w srodku znow sie stykaly i zaczynala swiecic ponownie.

- Boli? - zapytal w koncu. Po chinsku oczywiscie, ale agent przetlumaczyl na angielski.

- Nie.

- To nie ma problemu. Wszystko jest w porzadku.

Bylem troche innego zdania. Poprosilem o kawalek kartki oraz dlugopis i wykonalem rysunek pogladowy. Przekroj zeba z wypelnieniem w srodku oraz obok zab ukruszony i pozbawiony wypelnienia. Obok jeszcze numerek zeba dla pelnej jasnosci. Doktor pokiwal glowa ze zrozumieniem, zajrzal w zeby jeszcze raz i postanowil sprobowac mi pomoc. Zamknal gabinet okulistyczny i poszlismy do stomatologicznego. Strasznie sie balem, ze bedzie tam stac jakas przedpotopowa wiertarka, ale na szczescie maszyna byla stosunkowo nowa, tyle tylko, ze byla jedyna nowa rzecza w potwornie brudnym gabinecie. Na moje szczescie w pomieszczeniu tym rozchodzil sie swad spalenizny i bylo troche dymu. Najwyrazniej smazyla sie instalacja elektryczna, bo ognia nigdzie nie bylo widac. Doktor wiec natychmiast wszczal alarm i zaczal szukac przyczyn tego zjawiska, oznajmiajac agentowi, ze w tej sytuacji gabinet dentystyczny jest nieczynny. Z uczuciem pewnej ulgi przyjalem to do wiadomosci, popatrzylem jeszcze na szczypiorek hodowany w emaliowanej nereczce na gazikach, ktora to nereczka zajmowala centralne miejsce na stoliku z przyborami i zgodzilem sie pojechac do gabinetu prywatnego, jak zaproponowal agent.

Gabinet prywatny mial wejscie wprost od ulicy i do zludzenia przypominal zaklad fryzjerski z ta tylko roznica, ze zamiast foteli fryzjerskich, staly dentystyczne. Przez szybe, z ulicy mozna bylo obserwowac co sie dzieje w srodku. Jeszcze lepsze warunki obserwacji mieli siedzacy na krzeslach w srodku, niczym nie oddzieleni, podobnie jak oczekujacy w kolecje u fryzjera na przystrzyzenie wlosow. Nie to jednak przykulo moja uwage, lecz maszyny. Jedna to w miare nowoczesny kombajn dentystyczny, a druga, stojaca obok to prymityw jaki pamietam z wczesnych last podstawowki - model z lat szescdziesiatych, a moze i wczesniejszy. Byl jescze zupelnie prehistoryczny model: wiertarka z noznym napedem, niemal identycznym jak stare maszyny do szycia. Na szczescie spelnial on najwyrazniej role juz tylko eksponatu. Na krzeslach oczekiwalo kilka osob. Entliczek pentliczek... na kogo wypadnie, na tego bec. Trafi mi sie sprzet nowoczesny czy muzealny? Cudzoziemcy ciesza sie w Chinach duzym powazaniem i sa przyjmowani niezwykle goscinnie. Podobnie bylo i tym razem. Bez zbytnich ceregieli przyjeto mnie bez kolejki i... kazano sie przesiasc na stary sprzet jakiejs babince, ktora miala juz najwyrazniej wiercenie za soba. Och, co za ulga! Dentysta zalozyl maseczke i byl to jedyny element lekarskiego stroju, poniewaz w gabinecie (podobnie zreszta jak i w szpitalu)  nie bylo ogrzewania i pracowal w kurtce. Sznureczki od  kaptura tej kurtki albo wlazily mi do nosa albo laskotaly po policzkach, ale to nie mialo juz najmniejszego znaczenia. Podobnie jak brak chociaz kawalka ligniny (dobrze, ze mialem swoja chusteczke). Najwazniejsze bylo, ze nie dostalem sie pod owa piekielna, stara bormaszyne. I wdzieczny za goscinnosc nie protestowalem, gdy pacjenci oczekujacy na swoja kolej zagladali dentyscie przez ramie, zeby zobaczyc co mi robi. Po skonczonej pracy zostalem poinformowany, ze leczyl mnie najlepszy stomatolog w miescie, ktory po tych slowach policzyl sobie za usluge 25 USD, zaopatrujac mnie przy tym w jakies lekarstwa, ktore mam lykac przez tydzien (nie wiem co to, bo napisy wylacznie chinskie) oraz zakazujac jesc cokolwiek oprocz zup przez dwa dni. Zakaz ow zlamalem jeszcze tego samego dnia wieczorem, raczac sie grzankami i smazona kielbasa.

Znamy juz poczatkowy kierunek obecnej podrozy. Teleks od czarterujacych nas Koeranczykow, kaze kierowac sie do Nachodki. Cholera, tego sie spodziewalem. Za blisko Nachodki sie znajdujemy, by nie skusili sie aby wyslac tam statek po nastepna partie ladunku. Znow mroz, pola lodowe, a przede wszystkim ciezka droga przez Morze Japonskie jezeli nie trafimy na dobra pogode. Poprzednim razem, odcinek drogi z Ciesniny Koreanskiej do Nachodki, ktory zazwyczaj pokonywalismy w 32 godziny, zajal nam 60 godzin. Tym razem tez dobra pogoda sie od nas oddala.

Rzeka Jangcy,  30.01.2001, Wtorek

poniedziałek, 30 stycznia 2012

“Nikogo nie ma w domu” – to był swego czasu bardzo popularny czechosłowacki serial. Z pewnoscią moznaby go określić modnym i nadużywanym dzis mianem „kultowy”. Opowiadał o perypetiach dzieciaka, który zaostawał sam w domu, kiedy jego mama szła do pracy. Jak można się łatwo domyślić, chlopiec pomimo usilnych starań „bycia grzecznym” zawsze w końcu ładował się w mniej lub bardziej poważne tarapaty.

Ja osobiście nie miałem okazji zostawać w domu sam (mieszkała z nami babcia), więc zachowywałem się przyzwoicie. Natomiast trójka moich kuzynów (płci obojga), ho ho... J. Pomysłów mieli co niemiara.

Sam pewnego razu miałem okazję bawić się z nimi w t.zw. budę. Buda to było cos w rodzaju szałasu zbudowanego w pokoju. Stelaż z czego się dało, a na to koce, jakies narzuty i buda gotowa. A potem juz mozna było robić n.p. piknik. Buda byłaby całkiem niewinna gdyby nie wzmocnienie jej gwoździami. Nie pamiętam juz dokładnie, ale chyba karnisz od firanki (drewniane wtedy były) przybiliśmy do szafy.

Innym razem kuzynostwo podczas jakiejś zabawy stłukli jeden z kloszy żyrandola w t.zw. dużym pokoju. Sprawa była poważna i spodziewali się porządnej bury po powrocie rodziców z pracy. W związku z tym postanowili ich przechytrzyć i... potłuczony powiesić w sypialni, a dobry stamtąd przenieść do dużego pokoju . Wyszli z założenia, że przeciez nikt nie będzie zadzierać głowy do góry, żeby zobaczyć co mu tam świeci. Cud, ze nikogo prąd nie kopnął, w każdym razie, kiedy rodzice wrócili do domu, obydwa żyrandole znajdowały się na podłodze i jeżeli ktos tam ściemniał to w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Motorem większości dziwacznych pomysłów był Zbyszek, zapalony eksperymentator. Zbyszek zasłynął wczesniej w rodzinie pamiętną sentencją wygłoszoną podczas jakiejś kolacji. Przyglądał się jak starsi zajadają kiełbasę na gorąco, przy czym każdy miał oprócz kiełbasy na talerzu placek jakiejś brązowej substancji o półpłynnej konsystencji. Nie wiedział jeszcze wtedy, że to jest musztarda.

Przyglądał się, przyglądał, az w końcu nie wytrzymał, nabrał odrobinę na palec, oblizał go i stwierdził:

- To nie gówno!

Zbyszek pewnego razu stwierdził, że woda w akwarium z rybkami jest stanowczo za zimna. Powodowany współczuciem postanowił polepszyć nieco ich znaczony chłodem los i wsadził do wody grzałkę uzywaną do gotowania wody na herbatę. Akwarium miało pojemność większą od dzbanka, więc sam proces podgrzewania był długotrwały. Długotrwały na tyle, że Zbyszek odszedł do innych zajęć. O grzałce przypomniał sobie dopiero wtedy, gdy z akwarium zaczęła unosić się para. Niestety, rybki wolały jednak chłodniejszą wodę. Żadna nie przeżyła.

Zbyszek jako najstarszy z rodzeństwa odpowiadał za palenie w piecu, bo była to stara kamienica z piecami kaflowymi. Pewnego razu ogień nie bardzo chciał się rozpalić. Zniecierpliwiony kuzyn postanowił dopomóc sobie rozpuszczalnikiem. Polał go po przygotowanym drewnie i węglu, po czym przyglądając się zamierzonemu efektowi zapalił zapałkę i wrzucił do paleniska. Płomień buchnął z drzwiczek prosto w jego twarz. Zszokowani zdążyli zamknąć drzwiczki więc w piecu się paliło i groźby pożaru nie było. Gorzej było z twarzą kuzyna, która przybrała wkrótce czerwony kolor. Rodzenstwo, solidarne z bratem postanowiło mu pomóc najlepiej jak potrafiło, a mianowicie zużyło cały zapas pudru ich mamy, żeby zamaskować oparzone miejsca i nie referować wpadki rodzicom. Oparzenia chyba nie były zbyt poważne skoro Zbyszek wytrwał do popołudnia, kiedy rodzice wrócili z pracy. Maskarada niestey się nie udała i ci natychmiast zorientowali się co sie stało. Kuzyn trafił na pogotowie i później przez czas jakiś stosował jakąś maść na oparzenia. Z tą maścią zresztą też był potem problem. Po kolejnej wizycie u lekarza i zakupieniu maści, kuzyni zostali przez rodziców, którzy jeszcze mieli jakieś sprawy do załatwienia, odesłani taksówką do domu. W taksówce oczywiście zajmowali się wszystkim tylko nie maścią i po wyjściu dopiero po dłuższej chwili zorientowali się, że tubka z lekarstwem odjechała pozostawiona na tylnym siedzeniu. Po naradzie w swoistym sztabie kryzysowym stwierdzili, że prędzej czy później taksówka w końcu musi przyjechać na postój nieopodal ich domu (było to w czasach kiedy o telefonicznym zamawianiu taksówek można było tylko pomarzyć). Wystarczyło tylko poczekać. Czekali, czekali, czekali, aż w końcu z postoju zabrali ich rodzice, którzy po powrocie do domu nie znaleźli tam śladów bytności swoich pociech.

Gdyby ktoś wtedy zbierał materiały do polskiej wersji „Nikto ne je doma”, mógłby czerpać z ich życia garściami.

Gdynia, 15.11.2007; 12:15 LT 

Ponad cztery lata temu pisałem tak na swoim blogu „Okruchy”. Tamten blog, zapomniany, mocno się już zakurzył, więc przenoszę ową notkę tutaj. Powód jest istotny, bo dzisiaj nad ranem Zbyszek zakończył swoją wędrówkę po ziemskim łez padole. Niech więc opis zwariowanych dziecięcych pomysłów pozostanie w charakterze epitafium. Zbyszek zresztą jak beztrosko podchodził do życia w dzieciństwie, tak nie widział problemów i w jego końcówce. Noga bolała go od dobrych kilku miesięcy, lecz nie zamierzał iść do lekarza eksperymentując z rozmaitymi mazidłami. Zatopiony w lekturach encyklopedii i poradników uważał, że sam wie lepiej. Ostatniej nocy, kiedy ból stawał się nie do zniesienia, rodzina w końcu przekonała go, by jechać na pogotowie. Za późno.

Sezon na umieranie. Miesiąc po miesiącu kolejny pogrzeb. I ta dziwaczna kolejność, że rodzice odprowadzają na cmentarz swoje dzieci. Ciocia, ponad osiemdziesięcioletnia, zniedołężniała staruszka żegna zresztą drugiego już syna. Życie jej nie oszczędza. A mój kuzyn Zbyszek już pewnie znów rozmawia z moim bratem Mirkiem jak to robili jeszcze we wrześniu. Może nieprzypadkowo Mirek przyśnił mi się właśnie w niedzielę

Gdańsk; 30.01.2012; 23:40 LT

sobota, 28 stycznia 2012

Prawdziwie ostatnie lądowanie na Tegel będzie mieć miejsce dopiero gdzieś w połowie roku, ale myślę, że  niedawne moje lądowanie tam było ostatnią moją wizytą na tym obiekcie.

Tegel 01

Trochę żal, bo to wiele lat mojego życia, wiele pożegnań i powitań, a często jedynie przesiadek do busów, które wiozły mnie potem do Szczecina.

Taki obiekt aż żal burzyć. W niejednym dużym mieście byłby powodem do dumy. Niezwykle funkcjonalny obiekt budynek, na planie okręgu, albo raczej zbliżonego do okręgu wieloboku miał to od siebie, że można było wewnątrz spacerować dookoła niczym po jakiejś stadionowej bieżni. Po zewnętrznej stronie okregu były (a właściwie jeszcze są) stanowiska postojowe dla samolotów. Po wewnętrznej jezdnia i miejsca na chwilowe parkowanie.

Tegel 06

Tegel 05

Jedno od drugiego, czyli owe miejsca do parkowania samochodów od samolotów dzielił jedynie stosunkowo wąski pas owego budynku, w którym mieścił się korytarz oraz stanowisko odprawy (wraz z security check) i poczekalnia przy bramce.  Ponieważ zaś sprzed każdej bramki na zewnątrz prowadziły drzwi, na Tegel nie było niekończących się wędrówek długimi korytarzami. Z taksówki do samolotu było może z pięćddziesiąt  metrów.  Wystarczyło wejść przez drzwi dokładnie naprzeciwko stanowiska odpraw, odebrać kartę pokładową, przejść przez znajdującą się tuż obok bramkę security check i już było się w poczekalni przy rękawie prowadzącym do samolotu.

Tegel 07

W odwrotną stronę identyczna droga, bo w rejonie poczekalni danej bramki był przypisany jej taśmociąg dla wyładowywanych z samolotu walizek. Wychodziło się więc z rękawa prosto do pomieszczenia z taśmą, odboierało walizkę, przechodziło przez kontrolę celną na korytarz i drzwiami na wprost do taksówki

Tegel 02

Niestety, rosnący ruch do stolicy Niemiec wymagał jednak znacznie większego portu lotniczego. Zwłaszcza ów korytarz biegnący dookoła okazywał się często wąskim gardłem, gdy tłumy oczekujące w kolejce do odprawy nierzadko poważnie utrudniały ruch.

Tegel 04

Tegel 08

To co sprawowałoby się rewelacyjnie w przeciętnej wielkości mieście, na Berlin było stanowczo za małe. Stąd przed laty zapadła decyzja o budowie BBI, o którym to lotnisku pisałem jakiś czas temu. Po jego otwarciu w czerwcu przestanie funkcjonować Tegel oraz Shoenefeld, którego budynek (jeszcze z czasów NRD)  widywałem jedynie z zewnątrz, więc nie czuję z nim jakiejś szczególnej więzi emocjonalnej.

Schoenefeld 01

Dziś kiedy jedzie się autotradą z lotniska Schoenefeld, widac bryłę powstającego budynku nowego dworca lotniczego Berlin Brandenburg International

BBI 01

Zaprojektowany do obsługi kilkudziesięciu milionów podróżnych rocznie, szybko zajmnie miejsce w światowej czołówce lotnisk. Dla Polaków to dobra wiadomość, ponieważ będziemy mieć ogromną ilość destynacji blisko granicy. Nie trzeba już będzie podróżować do Frankfurtu albo Monachium, by korzystać z bezpośrednich połączeń ze światem samolotami Lufthansy. Tegel zostanie już tylko na starych fotografiach i we wspomnieniach świetności z czasów muru dzielącego Berlin. To lotnisko jak i cały Berlin Zachodni było wtedy oknem, a raczej drzwiami do wolnego świata.

Sopot; 28.01.2012; 19:40 LT

czwartek, 26 stycznia 2012

Blog „Pełna Kultura” (http://pelnakultura.wordpress.com.) specjalizuje się w ocenianiu innych blogów w sieci. Pierwszy raz zetknąłem się z nim w marcu 2009 roku, kiedy głowny redaktor „Pełnej Kultury” poinformował mnie, że „Moja Szuflada” zostanie tam oceniona. Oczekiwanie nie było łatwe. Zastanawiałem się w jaki sposób ostre pióro (a raczej klawisze) Kilmore Fisha potraktują moje pisanie. Potraktowały nadzwyczaj przychylnie, co było miłe, zważywszy, że na wielu Kilmore nie zostawił suchej nitki.

„Pełna Kultura” szczególnie ożywia się na przełomie roku, kiedy odbywa się konkurs „Blog Roku”. Czyż może być lepszy moment na recenzje od tego, gdy kilka tysięcy blogerów staje w szranki współzawodnictwa?

Tak jest również i tym razem. Wśród innych blogów na tapetę ponownie wzięta została „Moja Szuflada”


Kilmore przez trzy lata zdania nie zmienił, co mnie bardzo cieszy i dopinguje do dalszego pisania. Szczególnie teraz i to bynajmniej wcale nie ze względu na konkurs. Dziękuję.

A propos konkursu... Głosowanie w jego III etapie wciąż trwa. Gdyby ktoś z czytelników jeszcze nie zagłosował, a zdecydował się teraz, przypominam: wyślij, proszę, sms o treści D00092 na numer 7122. Ze stu blogów, które zakwalifikowały do tego etapu, „Szuflada” jest na piątym miejscu. Wciąż jednak potrzebuje sms-ów, by przynajmniej utrzymać tę pozycję do końca.

Gdańsk, 25.01.2012; 00:55 LT

środa, 25 stycznia 2012

Noc byla wariacka, zaladunek w szalenczym pospiechu. Skonczyli ladowac o 03.15, ale mocowanie zaakceptowalem dopiero o 04.30. Bonus pachnie milo, ale nie moze przeslonic bezpieczenstwa. O szostej nad ranem, po odprawie rozpoczely sie manewry odcumowania. Ciezkie, ze wzgledu na 30-40 centymetrowy lod skuwajacy cala zatoke. Przez dwie godziny przebijalismy sie przez lodowe pola do wyjscia. Przyjalem to spokojnie, poniewaz z premia pozegnalem sie juz w trakcie odprawy, kiedy agent powiedzial mi, ze statek, z ktorym mielismy sie scigac opuscil Nachodke o dwudziestej drugiej. To oznaczalo, ze mial nad nami okolo 8 godzin przewagi na 36-godzinnej trasie.

To tak, jakby w biegu maratonskim dac komus 10-kilometrowe fory. Cale to nocne zamieszanie nie warte bylo funta klakow.

Agent, ktory nas obslugiwal zalil mi sie, ze ma duze problem z innym statkiem. Kapitan greckiego statku odmowil wyjscia z portu. Byl troszke zszokowany warunkami tu panujacymi i powiedzial, ze nie odplynie, dopoki lody nie puszcza. Krotko mowiac, ma zamiar czekac w Nachodce na nadejscie wiosny. Troche inne plany ma czarterujacy, ktory slono placi, za kazda dobe wynajmu statku. Narazie trwa miedzy nimi wymiana teleksow. Moze nastepnym razem w Nachodce dowiem sie, co ostatecznie uzgodniono.

Znajomy brygadzista, z ktorym zawsze uzgadniam sposob mocowania ladunku, przyniosl mi niewielki album o Nachodce z dedykacja: "Dareku na pamiat' o Nachodkie - 21.01.2001" . Mile to z jego strony i rzeczywiscie fajna to bedzie pamiatka, tym bardziej, ze widokowek z tego miasta po prostu nie ma, a chodzic samemu z aparatem po ulicach i robic zdjecia jest niebezpiecznie.

Morze Japonskie,  21.01.2001, Niedziela

 

A jednak weszlismy do Busan od razu. Keja sie znalazla. Zacumowalismy o wpol do jedenastej wieczorem. Odprawa, jak zwykle w Południowej Korei, poszla bardzo sprawnie, prawie niezauwazenie i o wpol do dwunastej moglem wyskoczyc do PC-clubu, ktory znajdowal sie o 10 minut drogi spacerkiem od statku.

W Busan jak to w Busan - kilkanascie godzin i z powrotem w morze. Bylem tu trzeci raz podczas obecnego kontraktu i zawsze tak samo. Przyjazd noca, wyjazd wczesnym popoludniem. O jakimkolwiek zwiedzaniu nie ma mowy.

Szkoda, ze nie zostalismy tam dluzej. Chcialbym zobaczyc jak celebruje sie przywitanie Nowego roku wedlug chinskiego kalendarza.

Morze Wschodniochinskie,  23.01.2001, Wtorek


Wczoraj przed polnoca wlaczylem telewizor. Myslalem, ze bedzie cos podobnego jak w noc sylwestrowa u nas, ale srodze sie zawiodlem. Na jednym z programow leciala jakas rewia i to wszystko. O polnocy nie wydarzylo sie kompletnie nic. Moze u nich nowy rok zaczyna sie dokladnie w momencie nowiu i trzeba bylo wlaczyc telewizje kiedy indziej? Nie chcialo mi sie dociekac wiec poszedlem spac.

Tym razem z Ciesniny Koreanskiej do ujscia Jangcy plyniemy nieco inna droga. Zazwyczaj plynelismy pomiedzy wyspa Cheju i poludniowymi wybrzezami Polwyspu Koreanskiego. Potem zas "splywalismy" razem z polnocno-wscodnim wiatrem prosto ku rzece. Wyze nad Chinami troche jednak oslably, w okolicach Szanghaju rodzi sie niz i wiatry wiac mialy raczej ze wschodu. Zdecydowalem sie wiec oplynac wyspe od poludnia, aby potem miec fale nadciagajace ze wschodu jak najbardziej z rufy. Dzieki temu unikniemy nieprzyjemnego kolysania. Z tego co widze, zamiar byl sluszny. Wieje dokladnie ze wschodu, calkiem mocno, fala spora, a my prawie tego nie odczuwamy. Spokojnie uplynela nam droga z Nachodki do Busan i spokojnie jest teraz. Widac wystarczajaco dostalismy w kosc w drodze z Kunsan do Nachodki i zasluzylismy na nieco odpoczynku.

Morze Wschodniochinskie,  24.01.2001, Sroda


Zrobilismy dzis sobie wycieczke na rzeke Jangcy.

Wczoraj przed polnoca rzucilismy kotwice miedzy wyspami archipelagu Maan Liedao. Miejsce to odlegle jest o kilkanascie mil od redy Jangcy oraz o dodatkowe kilkanascie mil od pocztku jej toru wodnego. Ma jednak wielka zalete, ze oslania przed nieprzyjemna fala z polnocnego wschodu. Na nieoslonietej redzie wszystko sie kotluje, a tutaj spokoj jak u Pana Boga za piecem. I stad wyruszylismy dzis o 07.45, aby zdazyc na 10.45 w okolice boi nr 5, gdzie mielismy brac pilota. Przed podniesieniem kotwicy na wszelki wypadek uzyskalismy potwierdzenie naszego "rozkladu jazdy" wiec dziarsko ruszylismy w droge. Ruch byl dzisiaj wyjatkowo duzy. Statki szly jak po sznurku jeden za drugim. Powierzchnia wody byla zbyt wzburzona z powodu silnego wiatru, wiec stacja pilotow oglosila, ze beda obsadzac statki dopiero miedzy bojami nr 8 i 9 (mniej wiecej godzina jazdy w gore rzeki od boi nr 5). Mzawka, slabiutka widzialnosc. Z kubkiem herbaty w dloni sledzilem wiec ekran radaru, konfrontujac co jakis czas przy pomocy lornetki obraz odwzorowany na ekranie z rzeczywistoscia. Stacja pilotow zabronila wyprzedzania z powodu ciezkich warunkow nawigacyjnych, wiec predkoscia regulowalem odleglosc miedzy statkami przed i za nami. Kiedy minelismy juz boje nr 7, o godzinie 11.15 dostalismy wiadomosc, ze z powodu braku pilotow nasze dzisiejsze wejscie zostalo anulowane i mamy wracac na kotwicowisko. Planowanie, jak widac, nie jest najmocniejsza strona Chinczykow. Szlag by to trafil! Bylismy juz w polowie drogi do Baoshan, gdzie jest rzeczne kotwicowisko. Mogli nas skierowac przynajmniej tam. Brakowalo jednak, wedlug tego co pozniej podal agent, pilotow. Zrobilismy wiec zwrot i znalezlismy sie na rucie wyjsciowej, trzeba przyznac, ze dzisiaj znacznie mniej zatloczonej niz wejsciowa. Moglismy wiec od razu rozkrecic maszyne do pelnych obrotow morskich. Mimo to, wracalismy cztery godziny, bo pogoda psula sie coraz bardziej i w ujsciu oraz na otwartej redzie fale mocno nas przyhamowaly. O 15.20 rzucilismy ponownie kotwice miedzy znajomymi juz wyspami. Znajomymi, bo w tym samym miejscu schronilismy sie pierwszego listopada przed tajfunem Xangsane.

Osiem godzin odstalem na mostku na darmo. Nogi mi wlaza w tylek. Od razu po rzuceniu kotwicy ucialem sobie krotka drzemke, potem zrobilem pranie, a teraz poczytam jeszcze ksiazke i pojde spac na dobre, bo jutro od rana zaczynamy od poczatku. Wedlug otrzymanego teleksu, mamy byc o godzinie 11.15 przy boi nr 5.  

Archipelag Maan Liedao,  25.01.2001, Czwartek

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5