Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
poniedziałek, 31 stycznia 2011

Ludzie w życiu robią rozmaite głupstwa. Niektórzy naiwni dają się podejść jak mój tato. Zapukała do drzwi kobieta wposzukiwaniu pracy. Mycie, sprzątanie i.t.p. Był przełom listopada i grudnia, więc tato myślał o umyciu okien przed Bożym Narodzeniem.

- A ile tych okien i jakie duże? Można zobaczyć?

No i tato oczywiście ją wpuścił. Wbrew wszelkim regułom, ale w swej wierze w poczciwość drugiego człowieka. Kiedy już obejrzeli okna i żyrandole do umycia, a kobieta zbierała się do wyjścia, przypomniało jej się, że zostawiła w pokoju rękawiczki.

- Proszę, niech pani wejdzie i weźmie...

No i pani wzięła oprócz rekawiczek takze telefon komórkowy, który akurat leżał na stoliku. Szczęście, że tylko telefon i szczęście, że nie zrobiła tacie-staruszkowi krzywdy.

Tato zgłosił fakt kradzieży na policję. Zgłoszenie przyjęto, ale wielkich nadziei na odzyskanie nikt nie robił. Przeprosił się więc ze starym aparatem telefonicznym, którego używa do tej pory.

Producenci komórek wynajdują coraz to inne sposoby utrudnienia życia złodziejom. Błogosławiłem dzień, w którym zaprogramowałem telefon taty tak, że powiadamiał na wypadek kradzieży. Bo już wkrotce zaczęły nadchodzić automatycznie wysyłane sms-y z numerem IMEI telefonu taty, lecz co wazniejsze z numerem telefonu, przez  jaki obecnie aparat jest uzywany.

ekran 1

Złodziejka, lub osoba, która od niej aparat kupiła, wystawiła się jak na tacy. Zadzwoniłem pod ten numer.

- Czy to Pani nowy telefon?

- Tak.

- Gdzie go Pani kupiła?

- Na Allegro

- Od kogo?

- Nie pamiętam.

- To kradziony telefon. Proszę mi podać od kogo na Allegro pani go kupiła albo powiadomię policję i bedzie pani mieć kłopoty.

Pani obiecała sprawdzić, ale jednak zrezygnowała ze współpracy. Zgłosiłem więc ów fakt policji. Wystarczyło odnaleźć osobę uzywającą tego numeru i po sprawie. Jeśli nawet to nie złodziejka, to gotów byłbym zostawić też na swój sposób oszukaną kobietę w spokoju i nie odbierać jej telefonu, ale po nitce do kłębka dotrzeć do złodziejki. Tylko po to, by nie okradła następnych naiwnych.

Okazało się jednak, że pierwszym naiwnym jestem ja. Kradzież telefonu bowiem to nie przestępstwo (jak mi wytłumaczono gdy złożyłem na piśmie informację o namierzeniu skradzionego aparatu), lecz jedynie wykroczenie. W sprawach o wykroczenie zaś ustawa o ochronie danych osobowych „nie nakłada obowiązku udzielenia informacji” przez operatora sieci telefonicznych. Skoro nie nakłada obowiązku, to Policja uznaje, że operator z pewnością takiej informacji nie udzieli i nawet nie próbuje apelować o dobrą wolę. Złodziej może spokojnie używać skradzionych rzeczy, bo ochronie podlegają jego dane osobowe.

Poprosiłem o wyjaśnienie na piśmie i kilka dni temu takie otrzymałem:

List z komisariatu

Minęły właśnie dwa miesiące od zgłoszenia kradzieży. Chroniona prawem złodziejka być może zdążyła okraść parę innych osób. W końcu to jej profesja, a z czegoś trzeba żyć. Zawsze pozostaje mi możliwość zablokowania skradzionej komórki, lecz wtedy stracę namiary na osobę, która jej używa. A sms-y przychodzą non-stop, po kilka dziennie. Żal patrzeć, że na darmo.

ekran 2

No cóż, żyjemy w państwie praworządnym, więc prawa złodzieja należy uszanować, a że on nie szanuje naszych? Od tego jest złodziejem – jakis porządek na tym świecie przecież być musi.

I tylko czuję się zrobiony w bambuko, że gdy jadąć 64 km/h w terenie zabudowanym (tu biję się w piersi, mea culpa) zostałem sfotografowany przez urządzenie należące do straży gminnej albo miejskiej w Kobylnicy niedaleko Słupska, nikt nie miał oporów, by na podstawie numeru rejestracyjnego samochodu ujawnić owej straży moje dane osobowe. Mimo, że w informacji o wystawieniu mandatu, również była mowa jedynie o wykroczeniu, a nie o przestępstwie.

Gdynia, 31.01.2011; 00:40 LT

niedziela, 30 stycznia 2011

Miał nam styczeń dać popalić, a tymczasem śnieg przestał nas straszyć wraz z nastaniem Nowego Roku. Co oczywiście nie znaczy, że jest pięknie. Zima, jeżeli nie jest mroźna snieżna, biała i czysta, w naszych warunkach zmienia się w uwalną błotem, pełną chłodnej wilgoci, szarą i ponurą porę roku. Pewnego dnia jednak, kiedy rano szykowałem się do pracy, znalazłem chwilowy wyłom w tej szarości. W oddali lśniła odbitym, słonecznym blaskiem cieniutka linia Mierzei Helskiej.

Mierzeja Helska 01

Chmury rozstąpiły się w tamtym miejscu tylko na chwilę, ale wystarczyło czasu, by pobiec po aparat fotograficzny.

Mierzeja Helska 02

Tymczasem zamiast pogody styczeń zapamiętamy z innych powodów...

Jesienią kilka osób na statku zachorowało na grypę. Ot, przeziębienie jakich wiele, a w zamkniętej społeczności o coś w rodzaju małej epidemii szczególnie łatwo. Minęły dwa lub trzy dni i wszyscy wrócili do dawnej formy, ale jeden nie. Jego stan się pogarszał na tyle, że lekarz zalecił zdanie go na ląd do szpitala jak najszybciej. Zaczęła się walka z czasem i z pogodą. Helikopter nie był w stanie w nocy podczas stormu podejść na bezpieczną odległość. Pozostała więc łódź ratownicza, lecz dla niej na otwartym morzu fala była zbyt wielka. Bliżej zaś statek nie mógł podejść z powodu skalistych płycizn.  Trzeba było płynąć dalej, w kierunku większego portu. O świcie helikopter się poderwał i zdołał odebrać chorego. Wszystkim kamień spadł z serca. Po kilkunastodniowym pobycie w brazylijskim szpitalu (bo akcja toczyła się u wybrzeży Brazylii) pacjent doszedł do siebie na tyle, że mógł wracać do kraju. Wrócił, ale wciąż pozostawał w szpitalu. T.zw. powikłania pogrypowe dawały znać o sobie.

Minął Nowy Rok i Trzech Króli. Po świętach warcalismy do codzienności. Wieczór. Ćwiczyliśmy właśnie kolejnego walca, kiedy zadzwonił telefon. Wyszedłem na korytarz, by nie przeszkadzać w prowadzeniu zajęć.

- Mam smutną wiadomość – rozpoczęła nasza pani doktor – Pan Andrzej zmarł przed godziną... Niewydolność serca...

Kilka następnych dni to oprócz zajęć jak codzień, powiadamianie znajomych i przyjaciół, kontakt z rodziną, napisanie okolicznościowej notki, pogrzeb...

Prawie nigdy nie jesteśmy w stanie zdążyć na rozpoczęcie zajęć w szkole tańca. Po pracy wpadamy tam biegiem, zazwyczaj jak trwa już rozgrzewka (o ile w ogóle tam przychodzimy, bo ostatnio niestety coraz częściej nawął zajęć zmusza nas do rezygnacji). Tak było i w ubiegłym tygodniu. Kiedy biegniemy z parkingu, widzimy przez okna sali na jakim etapie rozgrzewki grupa się znajduje (czasem zaczynają z kilkuminutowym opóźnieniem i to jest prawie jak bonus dla nas). Tym razem też miało się udać, ponieważ grupa jeszcze dyskutowała o czymś zamiast tańczyć. Wpadliśmy roześmiani ze zwyczajowym „dzień dobry” i szybko zaczęliśmy zmieniać obuwie.

- Właśnie informowałem państwa – zwrócił się do nas trener – że wczoraj umarł pan Jerzy...

Pan Jerzy. Emeryt, który jak mówiono, nie miał czasu zostać emerytem, tyloma rzeczami się zajmował. Od lat przychodził z żoną do tej szkoły. Niejednokorotnie pomagał nam korygować błędy, których zwłaszcza ja robiłem mnóstwo. Przychodzili na zajęcia regularnie. Odtańczyli jeden albo dwa tańce, po czym on siadał na ławeczce, przyglądając się nam, albo z kimś dyskutując. Jego żona często wtedy podchodziła do nas i udzielała dodatkowych wskazówek niezależnie do trenera. Trudno było przecenić te indywidualne lekcje. Kto wie czy nauczylibyśmy się chociaż połowę z tego co porafimy, gdyby nie ona. Chociaż z moim talentem do tańca i muzyki w ogóle wobec jej profesji nauczycielki muzyki, przeżywałem niesamowite stressy godzinami nie mogąc podołać prostemu ćwiczeniu kroku spętanego konia koniecznego do prawidłowego tańczenia samby. Czasem ona zajmowała się Aniołem, który tańce latynoamerykańskie ma we krwi i doskonaliły na wyższym poziomie rozmaite ozdobniki, podczas gdy Pan Jerzy zajmował się mną i łagodniej (nie jak surowy nauczyciel) uswiadamiał mi, co i w jaki sposób powinienem poprawić. Potem wracał na swoją ławeczkę. Czasem wydawało mi się, że jest znudzony tańcem i przychodzi jedynie w celach towarzyskich. No bo dlaczego po odtańczeniu jednego kawałka odchodzi na bok? Teraz wiem już, że to wysysający siły nowotwór, który w ostatnich tygodniach przygalopował w destrukcji organizmu Pana Jerzego.

Zwolniliśmy się z pracy, by wziąć udział w pogrzebie, lecz zanim się odbył, dostałem telefon z jednego ze statków.

- Mam przykrą wiadomość. Chief mechanik umarł dziś rano. Mieliśmy właśnie wychodzić z portu, już rzucaliśmy cumy, kiedy ktoś poszedł sprawdzić dlaczego nie zszedł do maszynowni na manewry i znalazł go nieżywego, leżącego na podłodze. Prawdopodobnie zawał serca. Przerwaliśmy odcumowywanie i czekamy właśnie na lokalne władze.

W takich przypadkach na mnie spada obowiązek powiadomienia rodziny. Przyznam, że była to jedna z funkcji, których obawialem się najbardziej przyjmując nowe stanowisko. Posłaniec złych wiadomości. Właściwie każda z rodzin widząc mnie bez uprzedzenia na progu swojego mieszkania może spodziewać się tylko złych informacji. To miała być moja pierwsza wizyta w tej roli. Zadzwoniłem do swojego poprzednika by dał mi kilka rad.

- Najgorzej gdy informuje się, żonę, która jest sama w domu – mówił – Trudno potem zostawić ją samą w szoku gdy świat wali jej się na głowę. Dobrze jeśli jest ktoś z rodziny, na przykład dodrosłe dzieci, ale ponieważ trudno anonsować się telefonicznie z taką wiadomoscią, ciężko przewidzieć jak trafimy... Ludzie przyjmują to róznie. Jedni spokojnie, zbyt zszokowani by zareagować gwałtownie, inni wprost przeciwnie: spierają się nie przyjmując do wiadomości i udowadniając, że to nie może być prawda.

Pojechałem. Powiadomiłem. Przygotowujemy pogrzeb.

Szczecin, 30.01.2011; 10:15 LT

wtorek, 25 stycznia 2011

Muzeum Średniowiecza – jeszcze ono nam pozostało. To ulubiona epoka w sztuce Pauliny, a i mnie urzeka swoją tajemniczością, większą niż starożytność. Niejednokrotnie intrygowało mnie, jak niewiele wiemy o drugim pięćsetleciu naszej ery. Może znają ten okres historycy, ale t.zw. przeciętny człowiek...?  W szkole uczyliśmy się o Egipcie, Grecji, Rzymie, aż potem nagle dziura. Parę lekcji zaledwie, potem troche więcej o początkach drugiego tysiąclecia i nagle rozkwita Odrodzenie. By nastepnie przez kolejne miesiące i lata dziesieciolecie po dziesięcioleciu, rok po roku, dokładnie poznawać meandry ostanich pięciu albo sześciu wieków. Jeśli to nie do końca prawda, to przynajmniej moje subiektywne wrażenie – tak zapamiętałem moje lekcje historii. A mnie najbardziej intryguje ów mroczny okres po upadku Cesarstwa Rzymskiego, wędrówki ludów, narodziny nowożytnych państw, czasy gdy na nasze ziemie porastały puszcze a dziadkowie Mieszka I jeszcze się nie narodzili. Chciałbym dowiedziec się czegoś więcej o pierwszych klasztorach, zamknietych przed światem zewnętrznym, ich bibliotekach i  mozolnym kopiowaniu książek, tak sugestywnie przekazanym w „Imieniu Rózy”. Dreszczyk emocji wzbudzały zawsze we mnie średniowieczne obrazy, w których kompletnie zagubiła się perspektywa i naturalizm postaci. Ten jedyny w swoim rodzaju sposób odzwierciedlania rzeczywistości wzbudzał mój niepokój, kiedy oczyma wyobraźni przenosiłem się w tamtą rzeczywistość...

Nie mogliśmy więc nie zajrzeć do Musée de Cluny ...

I już na wstępie witraże. Niektóre z nich mają już po jakieś osiemset lat. Oczywiście jako sztuka powiązana przede wszystkim z kosciołami, podejmuje na ogół tematy religijne. Ot chociażby Wskrzeszenie Umarłych.

Paris 120

Ręcznie tworzone księgi były niepowtarzalnymi arcydziełami. Paryskie muzeum szczyci się m.in. posiadaniem t.zw. „Godzinek”, czyli zbioru modlitw o tej samej nazwie

Paris 123

Paris 125

Największą sławą cieszy się jednak zbiór gobelinów p.t. „Dama z jednorożcem”, bedący ilustracją znanej legendy.To już jednak zupełnie inny świat, bo tez i same gobeliny powstały już u schyłku średniowiecza, gdy trendy nowej epoki już pukały do drzwi.

Paris 121

W miejscowej kaplicy podziwiać można ciekawe, z licznymi rozgałęzieniami rysunki łuków gotyckich sklepień.

Paris 124

Ja jednak pamiętałem, że te najbardziej skomplikowane, będące jakby uwieńczeniem, apogeum architektury gotyckiej, obejrzec można w Polsce, w katedrze w Pelplinie.

Muzeum, nawet najciekawsze, ma jakąś wyjątkową zdolność wysysania sił z człowieka. Po dwóch godzinach miewa się dość, a nogi bolą od powolnego przechadzania się i licznych przystanków. Z utęsknieniem więc po opuszczeniu tego przybytku rozglądaliśmy się za jakimś miejscem, gdzie można byłoby usiąść, przekąsić coś i napić się kawy. O tej porze w kafejkach przesiadywały tłumy. Wszyscy oczywiście zwróceni twarzami do chodników, obserwujacy leniwie spektakl ulicy.

Paris 126

Po krótkim przystanku na kawę pojechaliśmy jeszcze w okolice centrum Pompidou – nowoczesnego kompleksu wybudowanego na miejscu wyburzonych Les Halles. Ów projekt, to znaczy wyburzenie zabytkowych hal i postawienie w jego miejscu bardzo odwaznej konstrukcji do dziś ma równie wielu przeciwników co zwolenników. Chcieliśmy zobaczyć, wyrobić sobie własne zdanie, ale w końcówce pogubilismy się gdzieś w labiryncie uliczek, a narastające zmęczenie sprawiło, iż w końcu uznaliśmy, że nasza wycieczka nie ma polegać na odhaczaniu kolejnych obiektów na liście i biegania po mieście z kartka jak z obiegówką. Zwolnilismy tempo, i spacerkiem między ludźmi odpoczywającymi wśród niezwykłych rzeźb doszliśmy do stacji metra, by wrócić na sjestę do hotelu.

Paris 127

Późne popołudnie i wieczór poświęcilismy na spacer po Dzielnicy Łacińskiej między innymi w poszukiwaniu absyntu. Była to już ostatnia rzecz, której chcielismy skosztowac w Paryżu. Poprzedniego dnia, przechadzając się po Montmartre rozmawialiśmy o artystach, którzy przesiadując w tamtejszych knajpkach nie stronili od tego specyficznego trunku. Zapewne powstanie niejednego ważnego dzieła było stymulowane działaniem „Zielonej Wróżki”, jak nazywano ów specyfik. Otrzymywany w procesie destylacji rozmaitych ziół, lecz przede wszystkim piołunu z dodatkiem anyżu, został uznany za  uzależniający i niebezpieczny (głównie za sprawą uzyskiwanej w tym procesie z piołunu substancji zwanej tujonem), wskutek czego w 1915 roku zakazano jego produkcji. Upłynęło kilkadziesiąt lat zanim u schyłku XX wieku kolejne badania dowiodły, że absynt nie uzależnia, ani nie szkodzi bardziej niż inne mocne alkohole. I chociaż jest on chyba do dziś zkazany w USA, to państwa Unii Europejskiej od lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia zaczęły ponownie zezwalać na jego produkcję. Zła sława chyba jednak jeszcze nie przeminęła, ponieważ pytaliśmy w wielu knajpkach, lecz absyntu tam nie oferowano. Był w jednej lecz, akurat zamykali, a tłumek studentów okupujących wszystkie miejsca sprawił, że odpuściliśmy sobie. Minęła północ i pora była wracać z ostatniego wieczornego spaceru. Pogodziliśmy się, że skosztowanie piołunowego ekstraktu pozostawimy na przyszłość. Spacerkiem wzdłuż Sekwany w okolicach Notre Dame poszliśmy do stacji metra, by wrócić do hotelu.

Paris 128

Nazajutrz po południu mieliśmy loty powrotne. Wracaliśmy tanimi liniami. Samoloty Wizz Air startowały z lotniska Beauvais i trzeba było dojechać specjalnym autobusem te kilkadziesiąt kilometrów. Bilety kupiliśmy na wszelki wypadek dzień wcześniej. Zwolniliśmy pokój w hotelu, zostawiliśmy rzeczy w przechowalni bagażu i mając do czternastej (o tej godzinie odjeżdżał autobus) jeszcze trochę czasu, poszlismy pożegnac się ze stolicą Francji.

Paris 129

Tym  razem już bez celu, przygladając się i fontannom, i bukinistom, i ulicznym artystom. Wszystko z zegarkiem w ręce, by zdążyć na czas, ale też by nie czekać bez sensu na przystanku.

Paris 130

I jak to zwykle bywa z dokładnie obliczonym czasem, gdzieś w końcu coś nawaliło. Zaczęło się od nieco dłużej pitej kawy, potem od dłuższego niż zakładaliśmy oczekiwania na metro już po odebraniu bagażu. A na koniec stało się coś złego z naszymi biletami i na ostatniej przesiadce bramki nie chciały nas przepuścić. Utknęlismy dzieś po środku, gdzie na dodatek nie było kas, żeby reklamowac bądź kupić nowe bilety.  Nie było tam nic. Nawet sklepu czy jakiegoś pracownika metra. Tylko jakiś sprzedawca kwiatów, który nie miał zamiaru nam pomóc.

- Paulina, skaczemy przez bramki! – krzyknałem zdesprowany. Przerzucamy bagaże na drugą stronę, górą pokonujemy barierki, i kiedy już znaleźlismy się po drugiej stronie, zorientowąłem się , ze w tym oszalałym miotaniu się w pułapce wybrałem nie ten tunel. Trzeba było przeskoczyć jeszcze raz z powrotem i jeszcze raz do innego tunelu.  Ta sama operacja. Paulina przeskakując wyrzżnęła głową w podświetlaną tablicę informacyjną. Cud, ze tablica nie spadła i, że głowie nic się nie stało. Ona jęczy, że boli, ja patrzę tylko czy krew nie leci i poganiam, bo już widzę oczyma wyobraźni jak zostajemy w Paryżu przymusowo na dłużej.

Zegary zdawały się oszaleć. Jakiś magnes ciągnął wskazówki ku czternastej wbrew wszelkiej logice. W końcu się poddałem. Byliśmy wciąż w wagonie mknącym  gdzieś w tunelu pod ulicami, gdy wybiła czternasta. Trzeba było jeszcze po dojechaniu na miejsce wydostać się ze stacji na powierzchnię i przejsć jakieś dwieście metrów do przystanku autobusowego. Było dziesięć po drugiej gdy zbliżaliśmy się do niego, tylko po to, żeby zobaczyć, o której odjeżdżają następne autobusy, chociaż nie miało to już większego znaczenia. Nie zdążymy i tak.

- Jest! Stoi jeszcze! – Krzyknąłem gdy z daleka odczytałem tabliczkę z napisem „Gdańsk”.

Ruszyliśmy biegiem. Wrzuciliśmy rzeczy do bagażnika, weszliśmy do srodka, po czym kierowca zamknął drzwi i ruszyliśmy. Spocony i rozdygotany zająłem ostatnie wolne miejsce. Co za jazda i co za fart!

A na lotnisku, w sklepie wolnocłowym kupiliśmy... absynt.

Paris 131

I pewnie sprofanowałbym w domu ów trunek pijąc go jak zwykłą nalewkę, gdyby nie uświadomił mnie mój syn. Tomek pouczył mnie, iż należy wziąć łyżeczkę, najlepiej specjalną, nasypać cukru by zabić gorycz piołunu, nalać na to trochę owego alkoholu, może nawet podpalić by uzyskac karmel i dopiero coś takiego spozywać. Cała celebra, a nie zwykłe chlup do gardła. Skąd wie? Bo absynt mozna kupić w Polsce i w Czechach, więc na jakiejś imprezie kosztował. Czego to człowiek nie dowiaduje się od własnych dzieci...

Gdynia, 25.01.2011; 07:20 LT

piątek, 21 stycznia 2011

Było miejsce szesnaste, potem przez jakiś czas ani w górę ani w dół, a na pół dnia przed końcem głosowania pozycja czternasta. Jeszcze cień nadziei, że może różnice nie są zbyt wielkie, że może rzutem na taśmę...

W pracy jak zwykle brakowało czasu by nawet pomyśleć. E-maile, o jedenastej codzienny meeting, a zaraz potem inne sprawy. Nie wiadomo za które zabrać się najpierw...  Gdzieś wśród nich wiadomość od Anioła:

[2011-01-20 12:00:32]  D, 12ta :(  Chyba sie nie udalo :(

[2011-01-20 12:02:34]  Wiem, juz po polnocy widzialem ze (...) awans tylko o 2 miejsca Pierwsze trzy blogi mialy juz po ponad 250 glosow, wiec roznice pewnie byly duze i trzeba by miec okolo 200 zeby wejsc do pierwszej "10"

[2011-01-20 12:14:34]  Przykro mi ze nie awansowales, mimo ze zasluzyles najbardziej

[2011-01-20 12:21:26]  Dziekuje ze tak piszesz . Za rok przygotuje sie lepiej ;) Wlasnie wszedlem na strone z wynikami.  11 miejsce. To tak jak 4 w finale zawodów sportowych. Tuz za podium.

[2011-01-20 12:28:37]  Jezu... (hug)

O trzynastej mamy przerwę na lunch.  Smutny Anioł podszedł do mnie i uściskał.

W życiu bywa róznie, ale nawet porażka może byc słodka gdy w pobliżu znajdują się ukochane ramiona i poczucie wspólnoty... Już nie myślałem o blogu lecz o tym najpiękniejszym na swiecie uśmiechu tylko dla mnie. Przypomniał mi się jej wpis na kartce walentynkowej sprzed dwóch lat:

kochanie

ja ci zatańczę

pośród słów i pośród motyli

ja pozbieram z osowiałych drzew błyski

i asfalt posrebrzony księżycem

i deszczem

w ręce

jak dziecinną zabawkę do ust

ja ci nie powiem

bo twoje uszy nie są aby słuchać

moich niewolnych słów

lecz na uwięzi

twego uśmiechu

przypełznę

uniesieniem dzikim

i cicho położę się u twoich nóg

schyl się

tyle złota tak blisko

To jej ukochana Halina Poświatowska... Nie pamiętam, czy już kiedyś nie pisałem o tym wierszu, ale to jeden z najpiękniejszych utworów o miłości, jakie dane mi było czytać.

Zjedlismy razem lunch, a potem trzeba było wracać do dalszej biurowej orki.

Pod koniec dniówki zajrzałem jeszcze na chwilę na stronę „Blog Roku 2010”, by zobaczyć jak zaczął się III etap konkursu.  Miniaturki nominowanych blogów zmieniały się na stronie głównej. Cos  znajomego... „Moja szuflada?”.  Klikam na kategorię „Podróże i szeroki świat”. Jest! Jest, chociaż cięzko mi zgadnąć dlaczego. Dzielę się jednak moją niepewną jeszcze radością z Aniołem:

[2011-01-20 16:28:27] Darling, ja juz nic nie rozumiem. Niby przechodzi po 10 blogow , a moj jest na liscie i pojawia sie tez na stronie glownej wśród nominowanych. Z niektorych kategorii przeszlo 11, z innych 10, a z mojej 12 (...)

 [2011-01-20 16:28:49] serio ??  widocznie cos przewazylo w ostatniej chwili, albo byla rowna ilosc punktow

[2011-01-20 16:30:15] Nie mam pojecia. Nic nie pisza.  Podali, ze Szuflada miala 202 glosy. Dziesiaty mial 221, a dwunasty 194.

[2011-01-20 16:32:02] Czyli nie przeszla ??

[2011-01-20 16:32:36] Teoretycznie  nie powinna przejsc, ale jest na liscie nominowanych

[2011-01-20 16:33:57] qrcze, tzreba spytac, zeby nie bylo, ze agitujemy  na blog ktory nie przeszedl

Wpatruje sie w strone z blogami, ktore zakwalifikowaly sie do trzeciego etapu i nagle olśnienie:

[2011-01-20 16:35:42] Juz wiem! Blogi na 3, 4, 5 miejscu maja te sama liczbe glosow - 266 czyli zostaly ex eaquo sklasyfikowane jako 3, a szosty blog dzieki temu na miejscu 4. W ten sposob jedenasta "Szuflada" zostala sklasyfikowana na miejscu 9 J

[2011-01-20 16:37:45] HA ! pieknie J

[2011-01-20 16:38:01]  Jest to bez sensu i wbrew logice, ale co tam! Trzeba miec troche szczescia w zyciu :)

Rozmarzyłem się... w 1992 roku z Mistrzostw Europy w piłce nożnej wykluczono z powodów politycznych Jugosławię. W miejsce bojkotowanego kraju należało dokoptować jedną z drużyn, które się nie zakwalifikowały w eliminacjach. Wypadło na Danię. Zaskoczony nagłym awansem, nieprzygotowany zespół pojechał na turniej i wygrał go w pieknym stylu, pokonując w finale 2:0 reprezentację Niemiec. Utkwiło mi to w pamięci, bo miałem okazję oglądac ów pojedynek na wielkim telebimie w Odense. Kiedy na kilkanaście minut przed końcem Duńczycy strzelili drugą bramkę, skandynawski, chłodny z pozoru tłum oszalał.  Barmani z okolicznych knajpek wylegli na ulicę ze skrzynkami piwa w rękach i wtykali je ludziom za darmo. Dziewczyny spontanicznie całowały napotkanych nieznajomych i chyba nikt w mieście nie spał tamtej nocy.

Pomyślałem sobie, że jeżeli mogła wygrać niedoceniana i niejako na wyrost zakwalifikowana  Dania, to dlaczego historia nie może powtórzyć się na boisku blogowym? Ale to już nie ma znaczenia. Dla mnie sukcesem jest dotarcie tutaj, a reszta niech toczy się jak chce.

Gdynia; 21.01.2011; 01:15 LT

Nie było by finału, gdyby nie Wasze sms-y. Dziękuję wszystkim tym, którzy zagłosowali i wsparli mnie ciepłym słowem, a czasem zupełnie po cichu i anonimowo. Dziękuję też i tym, którym zabrakło wiary w możliwy awans, lub woleli postawić na innego konia, ale zaglądają tu mimo wszystko. Fajnie jest czuć tę obecność.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                 

wtorek, 18 stycznia 2011
W południe 20 stycznia zakończy się głosowanie w II etapie konkursu Blog Roku 2010. "Moja Szuflada w tej chwili jest na 16 miejscu i teoretycznie ma jeszcze szansę na awans do finałowej dziesiątki, ale to już zależy od czytelników. Róznice nie są duże, więc każdy sms może mieć znaczenie.
Zagłosuj, wyślij sms o treści D00079 na numer 7122.
Z góry dziekuję.
Gdynia; 18.01.2011; 22:20 LT
 
1 , 2 , 3