Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
czwartek, 29 stycznia 2009

 

No to już znów w drodze. Dziś rano razem z kilkoma innymi osobami wylecieliśmy z zachmurzonego Gdańska.

Tym razem celem naszej podróży jest stolica Kataru, Doha. Tam czeka statek, który zdecydowalismy się odkupić od poprzedniego właściciela i właśnie jedziemy go przejąć. Urzędowych spraw do załatwienia całe mnóstwo. Taka zmiana właściciela to zazwyczaj szereg inspekcji, wymiana lub korekta dokumentów (statki zazwyczaj zmieniaja nazwę), zmiana ubezpieczyciela, zmiana bandery, zmiana numerów telefonów,  zmiana adresu e-mail, a to wymaga dezaktywacji starych, by potem na tym samym sprzęcie móc aktywowac nowe. Trzeba przeprogramować urzadzenia do automatycznej identyfikacji statku, zeby inne stacje rozpoznawały go jako ten pod nową nazwą, voyage data recorder (odpowiednik czarnej skrzynki używanej w lotnictwie), EPIRB czyli radiopławę emitującą ku łączom satelitarnym wezwanie o pomoc w przypadku tonięcia statku i wykonać mnóstwo innych czynności. Moja ściąga z wypunktowanymi sprawami, których nie powinniśmy przeoczyć jest wydrukowana na dwóch stronach formatu A4. I jeszcze trzeba wszystko odpowiednio skoordynować bo przez statek przewiną się tabuny techników oraz inspektorów, ale jedni powinni pojawić się wcześniej, by nastepni mogli zweryfikowac prace wykonane przez tamtych. No i oczywiście liczy się czas. Apogeum akcji przypadnie na poniedziałek, kiedy statek będzie już po wyładunku. W tej sytuacji będziemy musieli działać tak, aby wszystkie te czynności wykonać jak najszybciej. Każdy przestój bowiem to strata, a następny ładunek w Mozambiku i RPA już czeka.

Póki co, wylądowaliśmy w słonecznym Frankfurcie, gdzie czekamy teraz na przesiadkę.

Wieczorem będziemy już nad Zatoką Perską, a od rana zacznie sie kierat.

 

Frankfurt, 29.01.2009; 11:05 LT

środa, 28 stycznia 2009

O takich meczach jak ten opowiadają pokolenia. Kto z kibiców, którzy mieli to szczęście być już wtedy na świecie nie pamięta słynnego meczu na Wembley, w którym gol Jana Domarskiego oraz niewiarygodne wyczyny bramkarza Jana Tomaszewskiego dały naszej reprezentacji remis 1:1 eliminujący z walki o mistrzostwo świata drużynę Anglii, a Polsce otworzyl drogę do historycznego sukcesu na boiskach RFN? Kto nie pamięta siatkarskiego finału na olimpiadzie w Montrealu, kiedy po dramatycznym meczu Polacy pokonali ZSRR 3:2, albo jedno jedynego w historii zwycięstwa naszych hokeistów będących kopciuszkami w tym sporcie nad będącym u szczytu potęgi zespołem ZSRR. Ta sama druzyna, która na rozmaitych turniejach przegrywała z nimi po 0:17, a raz nawet 0:21, na mistrzostwach świata w Katowicach wygrała 6:4. Dla takich chwil warto byc kibicem.

Na obecnych mistrzostwach świata w piłce ręcznej rozgrywanych w Chorwacji Polacy zdawało się przegrali swoją szansę na medal w wyniku nieoczekiwanej porażki z Macedonią. Ta wpadka mimo, że nie pozbawiła ich awansu do drugiej rundy, to szanse na dalszy awans do półfinału ograniczyła do minimum.

Gra się jednak do końca. Nasza reprezentacja wygrała dwa kolejne mecze z bardzo trudnymi przeciwnikami, kandydatami do medali, najpierw zdecydowanie pokonując faworyzowaną Danię, a potem praktycznie zmiatając z boiska Serbię. O wszystkim zadecydowac miał ostatni mecz w tej grupie pomiędzy Polską a Norwegią. Układ był niezwykły, zwiastujący emocje do końca, ponieważ zwycięstwo każdej z tych drużyn zapewniało jej awans, lecz remis promował... Niemców, którzy dwie godziny wcześniej ulegli Duńczykom i teraz pozostało im liczyć na cień szansy w tym niezależnym już od nich pojedynku.

Polacy zaczeli nieźle. Prowadzili 2:0, a wkrótce potem 9:6. Wydawało się, że stopniowo będą powiększać albo przynajmniej utrzymywać przewagę. Niestety. Na krótko przed końcem pierwszej połowy nasi prowadzili jeszcze 14:13 lecz za chwile padło wyrównanie i remisując drużyny schodziły do szatni.

Potem było już tylko gorzej. Norwegowie obejmują prowadzenie i ciągle odskakują na jedna bramkę. Polacy jakby dali się uśpić. Nie nadążają z obroną kiedy grający niemal na stojąco Norwegowie błyskawicznie przyspieszają przed rzutem, a sami przyjmują taki sam styl ataku lecz nie są az tak skuteczni. Szczęśliwie potomkowie Wikingów nie dają rady odskoczyc na większą odległość. Ale w 42 minucie ta bariera pada. Kiedy mecz wchodzi w rozstrzygającą fazę i z sześćdziesięciu minut do końca pozostaje już tylko osiemnaście, przeciwnicy odskakują na dwie bramki. Jest 18:20. polacy próbują gonić lecz mecz jest niezwykle zacięty. Bramka za bramkę, z tym, że minimalnie bardziej skuteczni są Norwegowie. Na dziesięć minut przed końcem jest już 22:25 i trzy bramki przewagi. Półfinał oddala się coraz bardziej.

Nasz naród potrafi jednak ruszać do boju w sytuacjach beznadziejnych. Mamy to we krwi. Druzyna podrywa się do walki przyspiesza, goni. Przewaga topnieje. Z trzech bramek robią się dwie, potem jedna i wtedy Norwegowie znów tracą piłkę. Szybka kontra Polaków i... strata piłki. W chwilę potem kontra przeciwników i powiększają prowadzenie do dwóch bramek. Uznałem, że to była decydująca akcja meczu. Do końca co prawda jeszcze pięć minut, ale Skandynawowie wciąż są jakby minimalnie skuteczniejsi. A może to emocje tak wszystko wypaczają? Nasi znów walczą o każdą piłkę, lecz przegrywają nie tyle z przeciwnikiem co z czasem. Sekundy upływają coraz szybciej. Jeszcze dwie minuty. 28:29. Akcja Polaków i... znów obrona, i znów kontratak, i znów bramka. 28:30.

- Teraz Norwegowie są w komfortowej sytuacji... – mówi smutny komentator. Ma rację. Przy tak wyrównanych zespołach i tak zacietym pojedynku, odwrócic jego losy w sto dwadzieścia sekund wydaje się niemożliwe. Polacy jednak się nie podadają. Riposta jest błyskawiczna i niemal natychmiast po wznowieniu celny rzut zmniejsza dystans do 29:30. Zegar goni jak szalony. Komentator cos krzyczy, akcja Norwegów powstrzymana, nasi znów przy piłce. Rozgrywają ją straszliwie długo, ja już nie niemoge znaleźć sobie miejsca na kanapie. Jakieś czterdzieści sekund do końca i jest! Jeeeeest! 30:30!!!  Ale to przecież nic nam na razie nie daje. To tylko Norwegom wymknął się na chwile awans, a cieszą się Niemcy i wznoszą modły, by żadna druzyna juz bramek nie trzeliła. Szesnaście sekund do końca i... Norwegowie biorą czas. Grają dwie drużyny, a szesnaście ostatnich sekund zadecyduje o losie trzech. Jeśli nikt już nie strzeli bramki, do półfinału awansują Niemcy. Gol dla Norwegów da awans Norwegom, a gol dla Polski Polakom. Szybkim ruchem nogi odsuwam przeszkadzającą teraz ławę z kawą od kanapy i resztę oglądam na stojąco. Kciuki aż trzeszczą od sciskania, a jeszcze się w nie wgryzam z nerwów. Trenerzy udzielają decydujących wskazówek. Realizator transmisji podsuwa mikrofon w kierunku polskiego zespołu, a tam zachrypnięty trener Wenta krzyczy do zawodników:

- Mamy pietnascie sekund! Oni zdejmą bramkarza, wprowadzą siódmego gracza! Trzeba przerwać im i bedzie pusta brama! Trzeba przerwać i będzie pusta brama! Tylko spokojnie! Mamy dużo czasu!

I rzeczywiście. Ubrany w zielony dres bramkarz rywali rusza w pole. Gdyby Norwegom wystarczył remis, sytuacja byłaby beznadziejna. Nie oddaliby piłki przez te kilkanaście sekund. Ale oni muszą strzelić bramkę. Na czterdzieści sekund przed końcem wymknął im się awans i teraz muszą atakować. Jednak odebrac piłkę w szczypiorniaku przy zespole atakującym z przewagą jednego zawodnika jest niezwykle cięzko. Gwizdek sędziego i ruszają

 

Zegar oszalał w swym biegu, ubrani na biało rywale wchodza w naszą strefe obronną.jakaś straszliwa kotłowanina, przepychanie i w tym gąszczu ciał nasi wyłuskują piłkę! Ruszają do przodu, a zegar pokazuje dziewięć sekund do końca

 

Artur Siódmak będący przy piłce nie próbuje je rozgrywać. Rzuca przez trzy czwarte boiska w kierunku pustej bramki. Wszyscy z zapartym tchem obserwuja jej lot nad zupełnie pustą, norweską połową pola gry. Trafi czy nie trafi? Na zegarze siedem sekund do końca.

 

Trafił! Trafił! Trafił!!!! Niech mi sąsiedzi wybaczą, mój wrzask radości (o ile sami nie oglądali tego widowiska). 31:30! Przez całą drugą połowę polska drużyna ani razu nie wyszła na prowadzenie. Goniła oddalającego sie rywala, goniła, by zrównać się z nim na czterdzieści sekund przed końcem, a wyprzedzić w ostatnich siedmiu sekundach. Juz nawet nie zdążą wznowić gry. Koniec meczu!

Eksplozja radości w polskim zespole.

]

 

Norwescy kibice, zszokowani nie mogą uwierzyć w to, co się stało w ciągu ostatnich paru chwil. Przegrali wygrany już mecz.

 

Zawodnicy w białych koszulkach leżą na boisku zszokowani nie mniej.

Co za mecz! Co za horror! Jakiż happy end! I jaka szkoda, że w piątek będę już w Katarze, prawdopodobnie bez możliwości obejrzenia pólfinałowego pojedynku z gospodarzami turnieju, Chorwacją.

Gdynia, 28.01.2009; 00:55 LT

 

wtorek, 27 stycznia 2009

Uff! Już po egzaminie. Na kolejne pięć lat spokój. Jaka ulga!

Sobota jednak cała minęła pod znakiem zakuwania. I to jak! Najpierw trochę przysnęliśmy z Aniołem i gnałem przez całą Gdynię, aby na ósmą rano zdążyć do Akademii Marynarki Wojennej (tam odbywały się zajęcia) na Oksywiu. Prawie zdążyłem, bo pojawiłem się na Sali o 08:03, a po mnie przyszło jeszcze kilka osób. Wstawanie wcześnie rano w sobotę nie tylko mi sprawia problem.

Popołudnie aż do wieczora zajęły ćwiczenia pod okiem innego instruktora.  Dopiero gdy już oczy zaczynały mi się kleić, dalismy spokój.

Za to niedziela była już taka, jaki weekend być powinien. Spanie do dziewiątej, leżenie do trzynastej, a w tym czasie poranna herbata. Potem leniwe oglądanie telewizji, znów wślizgnięcie się pod kołderkę i dopiero gdy zaczęło zmierzchać, postanowiliśmy wyjść na spacer.

Tego nam brakowało od wielu miesięcy. Takiego dnia, kiedy to zupełnie, ale zupełnie nic nie trzeba robić, a juz najmniej przejmowac się zegarem. Dopiero kiedy wróciliśmy do domu i grubo po północy skończylismy kolację, podczas gdy Anioł zajmowal się przeglądaniem ostatnich służbowych maili, ja rzuciłem okiem na notatki z poprzedniego dnia.

A potem spać, spać, spać z lekkim szumem w głowie po ginie z tonikiem (jak woli Anioł) albo z sokiem pomarańczowym (co preferuję ja), którego po szklaneczce wypilismy do kolacji...

Spacer zaś, o którym wspomniałem wcześniej, zakończył się wizytą w kinie. Mieliśmy trzy filmy do wyboru: „Księżną”, „Opór” oraz „Spotkanie”. Zdecydowaliśmy się na ten ostatni.

Co za wyciszona, spokojnie prowadzona opowieść. Jaki kameralny film. I jaki wielki temat do poruszenia. Chociaż opowiadał o zupełnie innych problemach, kojarzył mi się z „Krótkim filmem o zabijaniu” Kieślowskiego. Zdobywca pierwszego w historii „Felixa” też był skromnym filmem, który dotykał najważniejszych rzeczy. Kto wie, może „Spotaknie” na zasadzie analogii otrzyma jakiegoś Oskara? Nominacje juz wszak zdobył.

Główny bohater, wykładowca jednego z uniwersytetów prowadzi ustabilizowane, lecz monotonne życie. Po śmierci żony właściwe z przyzwyczajenia chodzi do pracy, zgorzkniały i złośliwy. Jest właściwie ostatnim człowiekiem którego możnaby poprosic o jakąkolwiek pomoc.

Przymuszony, by jechać na konferencję do Nowego Jorku, wchodzi do posiadanego tam mieszkania i omal nie zostaje pobity przez zajmujących jego lokal nielegalnych imigrantów: Araba i Murzynkę. Takie spotkanie wydawałoby się musi skończyć się wizytą policji, lecz z rozmaitych względów do tego nie dochodzi. Może dlatego, że imigranci dowiedziawszy się, że mają do czynienia z prawdziwym właścicielem tego lokum są przerażeni i gotowi są do wyjscia na ulicę natychmiast, prosto w noc, byle tylko uniknąć problemów? A może to resztki sumienia dochodzą do głosu i każa prawowitemu właścicielowi nie wyrzucać za drzwi intruzów? W każdym razie pozwala im zostac i zaczyna się czas cichej tolerancji. Naukowiec stara się nie zwracać uwagi na sublokatorów, pogrążając się w swojej pracy. Dziewczyna też stara się nie wchodzić mu w drogę i pragnie byc po prostu niezauwazona. I tylko Terek, chłopak z Syrii na siłę stara się być uprzejmy, w nieco irytujący sposób namolnie dopytując wykładowcę o szczegóły konferencji, jego pracy i.t.d. Naukowiec odpowiada krótkimi zdaniami, lecz prowadzenie tej wymuszonej konwersacji nie sprawia mu przyjemności. Aż do chwili gdy przypadek sprawia iż zaczynają rozmawiać o... grze na afrykańskich bębnach.

Ta egzotyczna dla przedstawiciela zachodniej cywilizacji czynność staje się zalązkiem ich barziej zażyłej znajomości, a może nawet przyjaźni. Życie znudzonego, pogrążonego w depresji wykładowcy, pod wpływem nieoczekiwanego bodźca nagle nabiera blasku. Lecz jak to często bywa, nieoczekiwane szcęście, równie nieoczekiwanie się kończy. Głupi incydent w metrze skutkuje nadgorliwą reakcją policjantów i niewinny chłopak skuty w kajdanki ląduje w areszcie. A ponieważ wychodzi na jaw, że przebywa na terenie USA nielegalnie, jego położenie staje się fatalne.

I nagle zaczynamy oglądać biurokratyczną, pełną ślepo wykonywanych bezdusznych procedur policyjną machinę tego demokratycznego, pełnego wolności kraju. Wszystko właściwie sprowadza się do tego by poniżyć, zdeptac godność podejrzanego, a także jego rodziny i przyjaciół. Arogancja, opryskliwość, lakoniczność wyuczonych komunikatów na każdą okazję potrafią doprowadzić do szału nawet tak spokojnego, zrównoważonego i pełnoprawnego obywatela amerykańskiego, jakim był ów wykładowca. Cóż  więc mogą przeciwstawić bezbronni ludzie, którzy nic złego nikomu nie wyrządzili, uczciwie zarabiali na życie, lecz nie otrzymali prawa pobytu? Nic. Nie mają przeciez żadnych praw. Młody Terek w chwili załamania (nie wytrzymuje psychicznie aresztu) krzyczy, ze nie jest żadnym terrorystą, że terroryści mają pieniądze, możnych protektorów i na ogół unikają aresztowań, a on jedynie graniem zarabiał na życie. Jego matka zachowuje spokój i godność. System może próbowac ich zastraszyć lub poniżyć, lecz nie pozbawi godności.

W miarę rozwoju akcji filmu przekonujemy się, że ów młody Arab i jego matka to myślący i wykształceni ludzie. Znają się na muzyce, nieobce są im rozmaite trendy w sztuce i nagle okazuje się, że mozna z nimi prowadzić pasjonujące rozmowy. A że owej muzulmańskiej kobiecie nie brakuje t.zw. życiowej mądrości, to ona potrafi dac więcej Amerykaninowi niż on jej.

Mógłbym pomyśleć, że to przerysowana opowieść grającego na najprostszych uczuciach scenarzysty, gdybym sam nie przezywał podobnych sytuacji, oczywiście przy zachowaniu właściwych proporcji. Wjeżdżając wielokrotnie do USA, przechodząc niezliczone kontrole przy wjeździe do portów miałem okazję spotykac się własnie z taką arogancją popartą często zupełną bezmyślnością, gdy na przykład strażnik nie był w stanie odnaleźć na liście moich danych ponieważ zamiast formatu IMIĘ NAZWISKO, zapisane były w formacie NAZWISKO IMIĘ. Każdy może miec trudności jesli chodzi o cudzoziemców, lecz najdziwniejsze było to iz bezmyślność owych strażników szła w parze z ich rosnącą agresją tym bardziej, im bardziej chciało się im wyjasnić daną sprawę. Właściwie to nie biorą pod uwagę żadnych tłumaczeń podejrzanego (a takim się czułem tylko dlatego, że zupełnie legalnie, zaopatrzony we wszystkie dokumenty chciałem wjechać na teren portu), dopóki na absurdalność sytuacji nie zwróci im uwagi jakiś kolega po fachu. Miałem kiedyś sytuację kiedy odpłynął już mój statek, a ja pomimo obecności agenta, który sporządzał listę odwiedzających, nie mogłem opuścic portu w drodze do hotelu, bo strażnik nie był w stanie odnaleźc mojego nazwiska. Ruch agenta (Amerykanina!) by pokazac palcem na liscie gdzie napisał moje dane, omal nie skonczył się użyciem siły, bo strażnik zaczął krzyczeć by trzymał ręce przy sobie ponieważ lista jest... tajna! Złamał się dopiero wtedy gdy przed bramą utworzył się korek samochodów. Agent wskazał palcem, strażnik kiwnął głową, że rzeczywiście się zgadza i po pięciu sekundach moglismy jechać. To są sytuacje zabawne w swej głupocie, lecz niestety moga skończyc się tragicznie jak zabójstwo polskiego obywatela przez kanadyjskich strazników na lotnisku w Vancoucver. Tylko dlatego, że najpierw nieznającego języka człowieka doprowadzili do rozpaczy z niezrozumiałych dla niego przyczyn przetrzymując przy bramkach pomimo czekającej kilkadziesiąt metrów dalej, za scianą, na przybysza matki.

My Polacy dobrze pamiętamy ów stereotyp mieszkańca naszego kraju, który za granicą od razu szufladkwany był jako pijak, nierób, złodziej. I to pomimo tego, że wielu było jak mój kolega zaproszony do Luwru, który opowiadał swoim gospodarzom o tym co mu pokazywali bijąc ich na głowę swoją wiedzą. Lecz ile tkwi w nas takich stereotypów wobec innych „gorszych” nacji? Kto potrafi od razu dać kredyt szacunku Cyganowi, Murzynowi, Arabowi? Kto przyjmie do wiadomości, że tamten może byc lepiej wykształcony albo miec bogatsze wnętrze?

Może dlatego warto obejrzeć ten film? Przystanąć na chwilę? Pomysleć?

Gdynia, 27.01.2009; 01:10 LT

sobota, 24 stycznia 2009

 

Konkursowe głosowanie zakończone. Będąc na statku nie miałem okazji podejrzeć, na którym miejscu skończyłem, ale zakładając, że dużych zmian w końcówce nie było, to gdzieś w okolicach 60.

Niby daleko, ale biorąc po uwagę ponad 1500 blogów startujących w tej kategorii, oznacza, że z tyłu zostało około 96% uczestników.

To dzięki Waszym sms-om. Dziękuję, że chciało się Wam wejść na tę stronę, a jeszcze bardziej, że znaleźliście czas i ochotę, żeby sms-y wysłać.

Dziekuję też tym, ktorzy chcieli wysłać, a nie mogli (bo z zagranicy był problem), a także tym, którzy czytali, lecz się zawahali :) Może następnym razem nie dam ku temu powodów.

Pozdrowienia dla wszystkich, którzy tu zaglądają.

Spoglądam nerwowo na zegarek Jest juz grubo po ósmej. Jeżeli teraz pójdę szukać karty do telefonu publicznego, zadzwonie do Działu Podróży, tam zacznie się sprawdzanie, a potem znów będe musiał ustawić się w kolejkę do odprawy, to nie zdążę.

- A moge kupić kupić bilet samemu?

- Oczywiście.

- To poproszę.

Pani ściąga należność z karty i po chwili trzymam bilet. Biegnę do okienka, gdzie obok wagi od kilkudziesięciu minut stoi moja walizka

- Mam bilet! – informuję panią.

- To świetnie. – Pani zaczyna drukować kartę pokładową i nagle zamiera.

- Ale to jest bilet na pojutrze.

- Jak to na pojutrze?

Pokazuje mi i rzeczywiście, ja wół napisane: 24 stycznia. Znowu blokujemy kolejkę i znowu woła swoją szefową. Sorry, pomyłka, już drukują własciwą datę. Czasu coraz mniej, więc stoję tam spięty jak w blokach startowych. W końcu walizka odjeżdża na taśmę, a ja z biletem w garści wskakuję na prowadzące na piętro ruchome schody. Chwila wytchnienia, więc sprawdzam i... natychmiast przesiadam się na schody prowadzące z powrotem.

- Tu jest wydrukowana gdzina wylotu 11:50! – krzyczę. A mój lot jest o 09:20. Za pół godziny!

- Tak, a le na ten lot o 09:20 nie ma już miejsc, więc dałam ci na późniejszy.

- Ale wtedy mam na styk połączenie do Sao Paulo. Nie zdążę odebrac bagażu i jeszce pójść po bilety do okienka Lufthansy!

- Pokaż. – przyglada się mojemu rozkładowi lotów - Rzeczywiście możesz nie zdążyć. Poczekaj, coś sprawdzę.

Zabiera mi bilet i drukuje nowy. Godzina wylotu 08:30.

- On już przecież poleciał

- Nie, nie poleciał – pani przekreśla godzinę i długopisem wpisuje 10:20. Jest opóźniony i na niego są miejsca.

- Dobrze, niech wiec będzie ten. Ale trzeba zmienić naklejke na walizce.

Walizka jednak już pojechała do dystrybutorów. Pani woła kolegę, wręcza mu nowe zawieszki i każe mu iść, poszukać mój bagaż i przyczepić te zamiast poprzednich. Nie bardzo wierzę w powodzenie tej misji, ale nie mam wyboru. Trudno, najwyżej walizka przyleci za trzy dni.

Odchodzę i wysyłam e-maila, zeby firma nie płaciła nikomu za bilet, który przed chwilą kupiłem sobie sam. Odpowiedź przychodzi niemal natychmiast: „Poniższe loty zapłacone wczoraj, wiec nie rozumiem zaistniałej sytuacji...”

Wychodzi na to, ze zapłacilismy dwa razy za ten sam lot. Wracam do okienka.

- Według tego e-maila lot został opłacony wczoraj.

Pani woła jeszcze kolegę i sprawdzają obydwoje.

- Nie ma.

Rozkładają bezradnie ręce.

- O! Teraz się pojawił! Jest! – wykrzykują

- No to teraz proszę mi zwrócić pieniądze za ten drugi bilet.

- To poproszę kartę

Daję, a pani anuluje płatność.

- Mogę dostac jakiś kwitek?

- Nie. Nie mamy takiej możliwosci

- To jaki będę mieć dowód, że płatność została anulowana gdyby coś nie wyszło.

- Nie ma możliwości wydrukowania. Musisz uwierzyc na slowo, że anulowano.

- To może chociaż jakieś oświadczenie?

Pani pisze na jakimś kwitlu odrecznie, że anulowano płatność 108 dolarów.

- Ale na paragonie zakupu cena jaką zapłaciłem jest 116 dolarów.

Pani do kwoty 108 dopisuje jeszcze 8, zeby się zgadzało. Potem daje mi nowy bilet.

- Ale to jest bilet na ten lot, za który właśnie anulowaliscie płatność. A ta, która pozostała opiewa na lot o 09:20

- Tamten o 09:20 też jest opóźniony. Polecisz tym, na który ci dałam bilet, bo nie będziemy teraz szukać walizki. – pani zaczyna być poirytowana. Własciwie to sie jej nie dziwię. Sam się zaczynam gubić w tej pogmatwanej sytuacji, a pani na dodatek preferuje hiszpański, którym ja władam tak, jak ona angielskim

- No dobra, ja się nie upieram, ale chcę tylko żeby było dobrze.

- Będzie dobrze.

I było. Kiedy poszedłem na górę, samolot z Santiago własnie wylądował. A przed dziesiątą zaczął przyjmowac nas na pokład. Uff! Udało się! Jak niewiele czasem potrzeba do szczęscia. Leciałem do Polski zgodnie z planem, a cieszyłem się, jakbym trafił wygrany los na loterii.

Jeszcze tylko po powrocie trzenba będzie sprawdzić, czy bank rzeczywiście nie potrącił mi z konta tych stu szesnastu dolarów.

Sao Paulo, 22.01.2009; 19:20 LT

 
1 , 2 , 3 , 4