Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
niedziela, 27 stycznia 2008

        

Mało mam czasu ostatnio, więc blog siłą rzeczy na tym cierpi. Kilka słów jednak chciałbym napisać na gorąco w związku z niedawną katastrofą wojskowego samolotu CASA.

Oglądałem wieczorne wiadomości i nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Nagle wybuchła afera, że prezydent nie został poinformowany o katastrofie we własciwym czasie. Kilkanascie lub kilkadziesiąt minut opóźnienia sprawiło, że wyleciał do Chorwacji i dowiedział się o wszystkim dopiero po przylocie do Zagrzebia. Trwa dyskusja kto zawinił, kto niedopatrzył obowiązków, będą sprawdzane billingi...

Oczywiście chciałbym, zeby wszystko w naszym kraju odbywało się sprawnie, zeby wszytstkie służby kontaktowały się i współdziałały bez przeszkód, żeby politycy nie przeszkadzali sobie wzajemnie. Tylko... czy ktoś z władz myśli jeszcze o uczuciach krewnych ofiar tej tragedii? Czy pamięta o szacunku należnym ofiarom?

Jeszcze nie rozwiał się na dobre dym nad wrakiem samolotu, kiedy znów rozgorzały swary kto ważniejszy, kto w pierwszej kolejności. Czy premier albo prezydent zwróci choć jedno ludzkie istnienie. Czasem odnoszę wrażenie, że taka obecność na miejscu tragedii wprowadza tam więcej zamieszania (bo przecież prezydenta albo premiera trzeba oprowadzić, zreferowac sytuację zapewnić mu bezpieczeństwo) niż pożytku. Byc może głowa państwa więcej by mogła zdziałać gdzieś w sztabie akcji niz na miejscu tragedii. Przyjmijmy jednak, że ludzkie uczucia i „ojcowska troska” każą takiemu politykowi być tam, by pokazac swoje zaintersowanie oraz solidarność w bólu. Czy jednak usprawiedliwione w końcu zagraniczną podróżą spóźnienie jest aż takim problemem, by wszczynać kłótnie nad ciałami niepogrzebanych jeszcze nieszczęśników?

Prawda jak zwykle pewnie leży gdzieś pośrodku. Prezydent, jak zwykle poczuł się obrażony i wygląda na to, że dla niego spóźniona obecność na zgliszczach była ważniejsza niż sam tragedia. Ale nie wierzę w idealnie czyste intencje ludzi z ministerstwa czyli z obozu premiera. Nawet jeśli nie opóźnili informacji celowo, to z pewnością nie rwali się do tego, by głowę państwa poinformować. Przepychanka przecież trwa i nie mają znaczenia okoliczności by raz jeszcze udowodnić kto ważniejszy, albo kto silniejszy.

Przykre, że walka o przyszłe procenty przy urnach toczy się nawet w tak porażających okolicznościach. Bliskim ofiar w jednej chwili zawalił się świat, postronni opłakują żołnierzy i współczują osieroconym rodzinnom, a tymczasem na górze trwa swoisty ranking kto więcej punktów zbije na tym wydarzeniu. Kto pokaże bardziej smutną twarz? Kto pierwszy przybędzie na miejsce? Kto zarządzi wiekszą celebrę (prezydent żałobę, a premier minutę ciszy w południe). Żeby nie daj Boże nie stracić tych wydrapanych pazurami kliku procent poparcia.

Hieny.

* * *

Piątkowy konkurs skoków w Zakopanem. Atmosfera powagi po tragicznym wypadku. Prezydent ogłosił żałobe narodową. Przypomina mi się zawalona hala targowa w Katowicach. Wtedy też konkurs skoków odbywał się w ciszy, bo towarzyszyła mu żałoba narodowa. Co za zbieg okoliczności....

* * *

Przeznaczenie. Mówi się, ze co komu pisane... Przypominam sobie te słowa gdy wspominana jest postać generała Andrzeja Andrzejewskiego. Ktoś, kto raz cudem uniknął śmierci w powietrzu tylko dzięki swojej brawurze, mógłby spodziewać się, ze niebezpieczeństwo, jeśli nadejdzie, to z innego kierunku. Tak mółby sugerować zwykły rachunek prawdopodobieństwa. Z drugiej zaś strony, mówi się „nie kuś losu” i niejeden górnik, marynarz albo strażak odszedł z zawodu, kiedy Bóg podarował mu życie po raz drugi

* * *

Wieczny odpoczynek racz im dać Panie...

Szczecin, 27.01.2008; 02:05 LT

niedziela, 20 stycznia 2008

 

Piękny tydzień to był pod wzgledem sportowym. Nasze siatkarki zagrały jak za najlepszych czasów. Tenisistki tak, jak nigdy dotąd... Kibicowałem, ogladając transmisje, i jednym i drugim... Nawet nie pisnąłem ani słówka na blogu, żeby nie zapeszyć jak z wpisem „ZŁOTKA WALCZĄ O FINAŁ” podczas ostatnich Mistrzostw Europy. I prawie się udało. Do stanu 4:1 w tiebreaku w finałowym meczu z Rosją, kiedy już nawet komentatorzy uwierzyli, ze Pekin jest nasz, krzycząc „co tu sie będzie działo gdy nasze wkrótce zdobędą nastepne punkty. Nie zdobyły. To znaczy zdobyły, ale później. Najpierw była koszmarna seria, kiedy to przeciwniczkom udawało się wszystko, co chciały. Ze stanu 5:3 zrobiło się 5:10, potem 8:13 i mimo zrywu w końcówce margines błędu pozostał zbyt mały, by udało się Rosjanki dogonić. To jednak, co Polki w turnieju pokazały to najwyższa światowa klasa. Zagrały wspaniałe mecze, po których (nawet w tym przegranym) rece same składały się do oklasków. Byłoby ogromnie niesprawiedliwym zrządzeniem losu, gdyby takiej drużyny miało zabraknąć na igrzyskach w Pekinie.

Weekend znów spędziłem w Szczecinie. Sprawą numer jeden była choroba taty. Przez dwa dni odwiedzałem go w szpitalu. Na szczęście wszystko wydaje się iść ku dobremu a przede wszystkim nawet rozpoznanie może być lepsze niż sie wydawało. W srodę kolejne badania , po których wszystko powinno byc jasne.

Czasu starczyło jeszcze na przyjrzenie się z bliska katedrze z zainstalowaną właśnie iglicą, ale na nic wiecej.

Wysoko, w kuli na szczycie owej iglicy zamknięte zostały rozmaite pamiątki. Wśród nich adres tego bloga. Ciekawe czy za n.p. trzysta lat, kiedy ktos ją otworzy, będzie wiedzieć jeszcze, co taki ciąg wyrazów oznacza?

Kibicowałem też Tomkowi, który sprawdzał się w finale konkursu biologicznego. Dwa tygodnie temu miał finał z geografii. W sobotę opublikowano wyniki. 29 miejsce. Liczył na więcej, ale i tak jestem z niego ogromnie dumny. Uważam, że 29 miejsce w województwie to świetny wynik. Sam nigdy nie zaszedłem tak wysoko. Geografia była jednak tylko przygrywką do biologii, w której jest zdecydowanie lepszy. Trzymam kciuki w oczekiwaniu na wynik.

Po kibicownaiu i turniejowych emocjach wracam do Gdyni.

Kolejny tydzień wśród biurowych raportów przede mną. Na szczęscie bedzie to też tydzień z Aniołem. I to jest najpiękniejsze.

Białogard,  20.01.2008; 22:40 LT

 

środa, 16 stycznia 2008

  

Na początek kilka zdjęć z lotniska w Vancouver. To jeden z najpiekniejszych portów lotniczych, jakie znam. Wielki a zarazem kameralny i niepowtarzalny, oddający piękno lokalnej przyrody i indiańskiej kultury.

Najwieksze wrażenie wywiera na mnie zawsze kilkumetrowy wodospad i górski potok ginacy gdzies pod podłogą hali przylotów. Schodami obok wodospadu i nad potokiem schodzi się ku stanowiskom odpraw.

Ktoś, kto opuszcza Vancouver, również ma wiele obiektów do podziwiania. Tym razem zapuściłem się na króciutki spacer przy innym potoku, wijacym się tuż przy bramkach prowadzących na pokład samolotów.

Nieopodal zaś kusi podróżnych wielkie akwarium. To wciąga. Przez cały czas przed ogromna szybą gromadzi się grupka ludzi.

Ale też jest co oglądać. Bogactwo przedziwnych morskich stworów zadziwia.

Vancouver pożegnało mnie piekną po deszczu pogodą. Dla odmiany we Frankfurcie był mróz i mgła.

Z tego powodu omal nie spóźniłem sie na ostatni lot z Monachium do Gdańska. Samolot z Frankfurtu do Monachium wyleciał bowiem z godzinnym opóźnieniem. Na szczęście „Lufthansa” pokazała sie z dobrej strony. Samolot do Gdańska poczekał kilka minut, a specjalny łącznik czekał na mnie przy wyjściu z samolotu, którym przyleciałem z Frankfurtu. Specjalnym mikrobusem dowiózł mnie prosto na stanowisko i dzięki temu o czasie znalazłem się w domu.

Anioł przywitał mnie w Gdańsku. Bardzo przyjemnie jest wracać gdy ktoś czeka na lotnisku. Odzwyczaiłem się juz niestety od tego i teraz za sprawą Anioła odczuwałem tę przyjemność jeszcze bardziej.

Kiedy nacieszyliśmy się sobą, wyjechaliśmy szukać ludzi z puszkami WOŚP. Niestety, późnym wieczorem uliczna kwesta była już zakończona. Nawet na Długim Targu, gdzie w końcu zdesperowani dotarlismy około północy, królowały juz tylko ekipy sprzatające i kilka podchmielonych osób, które może przyjęłyby datek ale wyłacznie na piwo. Pozostał więc niezawodny przelew internetowy. Tyle tylko, że w tym roku bez serduszka.

* * *

Piszę o rozmaitych rzeczach, a tymczasem niespostrzeżenie minęła mi trzecia rocznica prowadzenia tego bloga. To jeden z moich najdłużej realizowanych pomysłów. Sam się dziwię, że mój tradycyjny słomiany zapał okazał się tak trwały tym razem. I nawet dostałem sie na listę TOP500 w podsumowaniu 2007 roku. Co prawda na miejscu bodajże 469, ale jednak. Miło wiedzieć, że ktoś zagląda tu częsciej niz na pozostałe 105000  blogów Bloxa. Kurczę, kawał swojego życia już tu opisałem.

* * *

Wszystko byłoby fajnie gdyby nie wieści od taty. Kilka tygodni temu zaczął się skarżyć na ponowne bóle w klatce piersiowej. Po zabiegach koronarografii kilka miesięcy temu czuł sie dobrze i wydawało się, że długo będzie ok. Wizyta u kardiologa, EKG i diagnoza: ból związany był z przebytym zawałem serca. Przechodzony zawał. Podobnie jak ten pierwszy, po którym poddał się zabiegom. Dziś położyli go w szpitalu. Jutro okaże się co dalej.

Ciagle jestem pod wrażeniem jego spokoju i pogody ducha. Znosi swoją chorobę tak beztrosko i normalnie („co ma być to bedzie”) odmiennie niż mama, która przez wiele lat zrozpaczona nieuleczalną przypadłością okropnie bała się śmierci i widziała ją nadchodzącą niemal kazdego dnia, przy każdym gorszym samopoczuciu.

A teraz boję się, że możemy nie zdążyć zrealizować naszych planów dalekiej, wiosennej podróży do taty roddzinnej wsi. Do krainy jego dzieciństwa, moich odległych wakacji, gdzie stoją groby jego rodziców i brata. Po jesiennych wycieczkach do Warszawy i do Trójmiasta nabrał takiej ochoty na ten wyjazd.  Wszystko mielismy zaplanowane. Tylko miało zrobić się cieplej.

Gdynia, 16.01.2008; 01:50 LT

poniedziałek, 14 stycznia 2008

W tej profesji nigdy nie można być pewnym gdzie bedzie się spało nastepnej nocy. Miałem lecieć do Chin, a tu nagła zmiana. Tam juz leci ktoś inny. Ja zaś mam wracac do Polski. Nie powiem, bardzo przyjemna opcja. Szkoda, że ten mój powrót wypadnie akurat na końcówkę weekendu, a nie ciut wcześniej, lecz i tak fajnie. Będziemy mieć z Aniołem niedzielny wieczór dla siebie.

Postój w Vancouver, Washington był dość krótki i juz następnego dnia popłynęliśmy do większego i słynniejszego miasta o tej samej nazwie – Vancouver, British Columbia.

Kilkugoddzinna jazda rzeką była w porządku, lecz około trzeciej nad ranem obudziły mnie coraz gwałtowniejsze przechyły. Spodziewałem się tego. Wychodziliśmy na ocean. Natychmiast wszystkie luźne przedmioty zaczeły przewalać się po kabinie. Wczesniej pomocowałem te bardziej wrażliwe na wstrząsy i uderzenia. Teraz wstałem, żeby przywiązac jeszcze stół i fotel. Wszytkie drobiazgi wrzuciłem na sofę. Z głebokiego siedziska nie powinny wypaść. Potem wróciłem na koję.

Trudno było jednak o sen kiedy co chwilę albo zapierałem się piętami o tył łóżka, albo zjeżdżałem z poduszką do tyłu dopóki głowa (ochraniana przez poduszkę) nie zatrzymała się na szocie. Wiedizałem już, że nie ma co liczyć na dalszy sen. Wrzuciłem do laptopa płytkę z „Dziećmi z Bullerbyn” w interpretacji Ireny Kwiatkowskiej, którą kiedyś nabyłem z Gazetą Wyborczą, laptopa położyłem obok, na koi, żeby nie spadł (co za czasy! sypianie z laptopem!) i oddałem się z zamknietymi oczami lekturze z czasów dzieciństwa. Fajnie było przypomnieć sobie te wszystkie wątki. No, nie wszystkie, bo do sniadania udało mi się wysłuchać niewiele ponad połowę. Reszta poczeka na nastepny sztorm.

Męczylismy sie cały dzień, bo po śniadaniu trzeba było zabrać się za prace, w związku z którymi tu przyjechałem. Musiałem rozważyć co można, a dokąd w taką pogode ludzi wysyłać się nie powinno.

 

Po południu dopłynęlismy w końcu do Cieśniny Juan da Fuca. Wiatr wzrastał i przed wieczorem zaczęło wiać juz całkiem mocno, ale na osłonietych wodach krzywdy zrobic już nam nie mogło.

Nad ranem zacumowaliśmy w Vancouver. Przez noc i cały dzień lało jak z cebra.

Wszystko, no może prawie wszystko szło zgodnie z planem. Przynajmniej te sprawy, w których tu przyjechałem. A, ze życie wciąż niesie niespodzianki, trzeba było stawić czoła nowym wyzwaniom. Skończyłem o dwudziestej pierwszej i zasypiałem nad pisanym do dyrekcji raportem.

Tego dnia nasz kontrahent miał inny problem. Jeden ze statków ich floty wypłynął dwadzieścia cztery godziny wcześniej. Ktoś zapomniał zamknąć jakichś drzwi na pokładzie. Kiedy wyszli na ocean, jedna z fal wdarła się do środka. Zalała elektronikę i byc może coś jeszcze – świeże informacje, jak to czesto bywa nie były w stu procentach scisłe. Ważny był skutek. Statek został pozbawiony całkowicie zasilania. Ciemny, martwy niemalże, kiwał się bezwładnie pozostawiony łasce wzburzonego Pacyfiku. Wysłano na pomoc holowniki. Nastepnego dnia dowiedzielismy się, że odholowano ich bezpiecznie na spokojne wody. Zwykłe drzwi. Głupie ludzkie niedopatrzenie, a mogło doprowadzić do tragedii. I na nic zdałaby się nowoczesna technika tego zwodowanego w 2007 roku statku.

Następnego dnia załadunek szedł sprawnie. Na drugim brzegu kusiły wieżowce śródmieścia Vancouver.

Tym razem nie było okazji by tam sie wybrać. Statek miał odpływać do Japonii o północy. Ja po zakończeniu załadunku, o dwudziestej drugiej ewakupowałem się do hotelu.

W internecie śledziłem informacje o montowaniu iglicy na wieży szczecińskiej katedry. Wraca do wyglądu sprzed wojny, podrasowując efektownie „skyline” miasta.

W sobotę rano znów lało. Rozpogadzać się zaczęło dopiero gdy dotarłem na lotnisko.

Po nocy spedzonej w samolocie dotarłem właśnie do Frankfurtu. Jeszcze tylko stosunkowo krótkie loty do Monachium oraz Gdańska i mozna będzie cieszyc się weekendem.

Frankfurt, 13.01.2008; 12:10 LT

środa, 09 stycznia 2008

W piątkowe popołudnie spakowany szykowałem sie do wyjścia z biura troche wcześniej. PKP trochę utrudniło mi życie, bo pociąg do Szczecina odjeżdża teraz wcześniej. O 17:05 z Sopotu. Na dodatek, jesli nie załapię się na ten, to następne bezpośrednie połączenie oferuje mi się z Gdyni o 06:40 zamiast po północy.

- Musi pan lecieć na statek – powiadomiła mnie nagle dyrekcja.

I tak dobrze, że lot wypadał dopiero w poniedziałek, ale musiałem wrócić do domu, przepakować się, zabrać paszport... A przede wszystkim musiałem zostać w pracy dłużej żeby dokończyć sprawy, które dokończone miały byc po weekendzie.

Anioła też natłok prac przytrzymał w biurze, więc opuszczalismy je o dwudziestej pierwszej. Wiedziałem już, że nie spotkamy się tego wieczoru na dłużej.

- Musisz się spakować, przygotować i wcześnie rano wstać. Ja nie moge już patrzec na te twoje życie w biegu. Wymuszę byś choć te parę godzin miał dla siebie.

Poszlismy na kolację. Anioł wyglada tak żałośnie gdy wydyma ze smutkiem usta w podkówkę. Patrzyłem bezradnie na ten jej smutek. Całe szczęście, ze niedługo bedziemy jeść kolację powitalną, wesołą.

Kiedy przytulimy się raz , czas przestaje istnieć. Możemy tak trwać w milczeniu w nieskończoność. Było już po północy gdy wreszcie pozwoliłem Aniołowi odejść. Patrzyłem jak znika za drzwiami klatki schodowej, po czym przekręciłem kluczyk w stacyjce i odjechałem do domu.

Pakowanie i sprzątanie na okoliczność dłuższej nieobecności skończyłem około wpół do trzeciej. Budzik nastwiłem na kwadrans po piątej. W sam raz aby się nie spieszyć zbyt mocno gdy zadzwoni.

Kiedy zadzwonił, było ciężko. Zmusiłem się jakoś do poorannej toalety i do zaparzenia herbaty. Zamówiłem taksówkę. Pociąg trochę się opóźnił, a na peronie wiatr hulał przy temperaturze powietrza -10˚C. Tradycyjnie znów trafiłem na nieogrzewany przedział. Wytrzymałem tylko do Wejherowa. Przeniosłem się do cieplejszego i natychmiast zapadłem w sen. Ocknąłem się na dobre dopiero w Stargardzie Szczecińskim.

Parę spraw do załatwienia miałem w sobotę, ale wieczór spędziłem w dawno nie spotkanym gronie licealnych kolegów. Nieplanowane wczesniej przeze mnie, zrealizowało się po jednym telefonie. Wesoło było, więc i impreza przeciagnęła się do pierwszej w nocy. W niedzielę znów grafik napięty. Miedzy innymi przygotowania do remontu łazienki.. Rozkładanie tektury na podłodze w pokoju, folii na meblach, zeby się nie zakurzyły... Kiedy skończyłem, minęła pierwsza w nocy. O drugiej odjeżdżał mój mikrobus na lotnisko Tegel w Berlinie. Szybkie mycie, zamknięcie walizek i po chwili znów w drodze.

Niewiele pamiętam zarówno z jazdy na lotnisko jak i z pierwszego lotu do Frankfurtu. Odsypiałem zarwaną noc. We Frankfurcie odstałem swoje w kolejce by dostac się na pokład samolotu bo Amerykanie już przy bramce bardzo skrupulatnie sprawdzali kazdego. Rozumiem ich racje, ale z drugiej strony to się robi bardzo uciążliwe i dezorganizujące wszystko. Może powinni więcej osób oddelegować do takich odpraw jeżeli koniecznie chcą zachowac procedury? Trochę się robi irytujące gdy na przykład na przesiadkę w USA dwie godziny to często za mało.

Tym razem przesiadki nie miałem, tylko bezpośredni lot do Portland, Oregon z Frankfurtu. Prawie jedenaście godzin w powietrzu.

Po przylocie odpocząłem kilka godzin w hotelu, ale jeszcze tego samego dnia dotarłem na statek, który zacumował wkrótce po moim przylocie. Szybki wyładunek i już płyniemy dalej. Pojutrze zawitamy do kanadyjskiego Vancouver. Tam pożegnam załogę. Oni popłyna w strone Azji, a ja tam polecę. W koreańskim Ulsan dołączę do innego statku na podróż do Chin. Z Chin zaś chyba lot do Polski., więc wygląda na to, że zaliczę rajd dookoła świata. Dwie pętle dookoła Polski podczas świąt okazały się rozgrzewką przed tą większą. Biedny mój organizm. Wsystko mu się do cna rozreguluje.

Columbia River, 08.01.2008; 20:20 LT

 

    

 
1 , 2