Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
poniedziałek, 29 stycznia 2007

                      

Tydzień upłynął bardzo szybko. W pracy przygotowania do audytu, a potem sam audit sprawiły, że czas można było starcić poczucie czasu. Dość powoedzieć, że we wtorek pobiłem swój rekord wszechczasów. Wyszedłem z biura dziesięć minut po północy. Prawie nikt nie siedział dłużej niż do ósmej, a tylko co niektórzy planowali posiedziec przed komputerem w domu. Są więc albo lepiej zorganizowani, albo ja za bardzo się przejmuję. Musze jednak powiedzieć, że sam audyt, poza emocjami nie był dla mnie niczym szczególnym. Mogę nieskromnie powiedzieć, że byłem dość dobrze przygotowany. Kiedy więc zeszło ze mnie ciśnienie, najpierw odespałem zarwane noce, a potem zacząłem sie przygotowywać do kolejnego wyjazdu na statek.

Jak w to wszystko udało sie wpleść bardzo intensywnie spędzony czas z Aniołem, wie tylko ona, Anielica moja J, bo ja juz nie do końca. Jedyne co nam sie nie udało, to wyjście do kina oraz na tańce. Fizyki nie da się oszukać. Dopóki ktoś nie wynajdzie jakiejś machiny pozwalającej skompresować dwie godziny do dwudziestu minut, pozostaniemy niewolnikami wskazówek zegara. Krótko mówiąc, doby nie da sie rozciągnąć i pomimo zredukowania ilości snu do minimum niezbędnego do jako takiej egzystencji, na wyjście do kina juz wykroić nic sie nie dało. A szkoda, bo i „Pachnidło”, i „Maria Antonina”, i „Prestiż” umknęły.

A już wyjazdy z Gdyni, w permanentnym pośpiechu i na ostatnią chwilę, zaczynają stawać się tradycją. Nie pamiętam, czy opisywałem wyjazd sprzed trzech tygodni, kiedy mając pociąg o 06:36 tak długo zwlekałem w opuszczeniem łóżka, ze w końcu przysnęliśmy oboje i obudziliśmy się punktualnie o szóstej. Wydawało się, że to kres możliwości, ale jak widać nie dla nas.

Tym razem mój pociąg odjeżdżał o godzinie 00:01. Z pracy jak zwykle wychodziłem późno, a jeszcze trzeba było sie spakować. Umówiliśmy sie na krótką celebrację mojego wyjazdu o 22:00. Półtorej godziny to niewiele, ale na więcej nie mogliśmy sobie pozwolić. Ponieważ po pracy musiałem jeszcze odebrać zamówione parapety, do domu dotarłem po dziewiątej. Szybkie pakowanie. Widzę, że ciężko będzie się wyrobic do dziesiątej. Wtedy jednak przychodzi sms: „Będę u Ciebie za godzinę bo sernik bedzie się piekł około 50 minut.”  W dziesięć minut nie da rady dojechać, więc na pewno to potrwa dłużej. O 22:30 skończyłem pakowanie, a potem zabrałem sie za sprzątanie i przygotowanie drobnego poczęstunku, bo na kolacje już nie starczało czasu. Byłem gotowy o 23:10. Kilka minut później włączyłem czajnik, żeby zaoszczędzić troche czasu na gotowaniu wody. O 23:25 zacząłem sprzątac ze stołu i mysleć o zamówieniu taksówki. W trakcie tej czynności pojawił się Anioł. Moja Najmilsza nic nie mówiła, ale wszystko mówiła jej mina i zrobiło mi się ogromnie smutno. Sernik był jeszcze gorący kiedy go kroiłem, ona dzwoniła po taksówkę. Jeszcze killka minut na przytulenie się, kosztowanie sernika w locie, z papierka, żeby nie brudzić już talerzy bo nie ma czasu na zmywanie. Nawet nie próbowałem patrzeć na zegarek, żeby się nie przerazić. Zrobiłem to dopiero w taksówce.

- Nie zdążymy – odpowiedziałem jasno i spokojnie

- Może się spóźni? Skąd jedzie?

- Z Białegostoku. Jest więc szansa.

Naszą szansą był mróz oraz padający śnieg. Jednak z tego samego powodu taksówka róznież jechała wolniej, a na dodatek sygnalizatory swietlne chyba uwzięły się na nas z czerwonym kolorem.

- Pożegnajmy sie już teraz bo potem nie zdążymy

Żegnaliśmy sie w taksówce, a na ostatnich metrach ustalaliśmy logistykę:

- Ja wezmę sernik i pobiegnę na peron, żeby zatrzymać pociąg, kiedy ty będziesz wypakowywac walizki z auta i biec z nimi.

- Hi hi, złap ostatni wagon za bufory!

To był ostatni moment na żarty bo właśnie zatrzymywaliśmy się pod dworcem. Zegar wskazywał godzinę 00:00. Jeszcze bieg tunelem i po schodach w górę. Peron pusty. Wszyscy już wsiedli. A stoją dwa pociągi. Wsiadać do tego po lewej czy po prawej? Po prawej! Szybko do najbliższych drzwi! Wrzucam (dosłownie) walizki i torby na korytarz, wsiadam, zamykam drzwi, a otwieram okno i wtedy oboje wybuchamy śmiechem.Wychylam się, żeby jeszcze przez chwilę dotknąć jej dłoni, a zaraz potem pociąg rusza. Samotny Anioł w śnieżnej zadymce machał mi ręką na pożegnanie dopóki nie zniknęliśmy ze swoich oczu w tumanach białego puchu.

Ja minąłem już Koszalin, kiedy ona dopiero dotarła do Gdańska. Nocna komunikacja rządzi się bowiem swoimi prawami.

W Szczecinie byłem punktualnie o piątej. W sam raz, aby w całodobowym sklepie kupić świeże pieczywo na śniadanie i pójść na położony obok dworzec autobusowy, gdzie o 05:30 miał przyjehać autobus wiozący Tomka. Niedługo potem obydwaj jechaliśmy do domu. Zjedliśmy śniadanie, pogadaliśmy i o siódmej poszliśmy spać. Ja wstałem o dziewiątej, bo umówiony byłem z tatą na pójście na cmentarz. Mieliśmy sporo szczęścia, bo huragan Cyryl (lub Kiryl jak podawały inne media) na szczecińskim cmentarzu powalił ponad setkę drzew. Nie byle jakich drzew lecz potężnych, wiekowych okazów. Jedno z nich upadło trzy metry obok grobów mamy i babci. Roztrzaskało wszystkie nagrobki na swojej drodze. Nasze, zupełnie nowe, ustawione w październiku, ocalały. Ilość powalonych drzew oraz ich rozmiary robiły jednak ogromne wrażenie.

Po południu poszliśmy z Tomkiem na partyjkę kręgli, wieczorem trochę pogadaliśmy, a rano już było znów pakowanie i szykowanie się do wyjazdu. Z powodu snieżyc i mrozu, firma przewozowa kazała mi być gotowym do drogi już sześć godzin przed odlotem. Śnieg i gołoledź zostały jednak zastąpione przez deszcz i do Berlina dotarłem bez opóźnień. Grubo za wcześnie, ale dzięki temu mogłem spokojnie dokonać dzisiejszego wpisu w blogu.

Przede mną lot do Monachium, a stamtąd do Szanghaju. O tym być może już wkrótce.

Berlin, 28.01.2007; 18:05 LT

sobota, 20 stycznia 2007

                    

- You have been selected. – oznajmiła mi pani na bramce na lotnisku oglądając mój bilet. Wiedziałem od razu gdy tylko spostrzegłem cztery literki S na moim bilecie. Często mam takie szczęście.

- Wybrani! Wybrani! Ale do czego wybrani? – gorączkowała sie jakas starsza pani, którą  bez słowa wyjaśnienia ustawiono w kolejce za mną.

Zostalismy wybrani do szczegółowej kontroli. Jak na razie do niczego lepszego mnie na lotnoskach nie wylosowali. Chociaż czasami szczegółowa kontrola ma tę zaletę, że wybraniec omija długą kolejkę czekających na normalną kontrolę. Można więc to czasem traktowac w kategorii bonusa.

Kontrole w portach, tych lotniczych i morskich, przybierają na sile. Niestety często idzie za nimi niewiedza powiązana z kompletnym brakiem elastyczności ze strony kontrolujących. Na przykład wczoraj odczekałem na kei, aż mój statek odcumuje wyruszając w swą oceaniczna podróż, po czym nasza agentka zabrała mnie do samochodu aby odwieźć do hotelu. I utknęliśmy na bramie wyjazdowej z portu. Strażniczka szukała mojego nazwiska na liście, lecz doszukać sie nie mogła.

- Czy moge pomóc? – zapytała agentka

- Nie – burknęła strażniczka.

Czas mijał a ona szukała dalej. Za nami zaczęły ustawiać się samochody.

- Ja wysłałam tą liste do was faksem – zaczęła znów agentka – Składa się ona z czterech stron. Na trzeciej stronie są trzy nazwiska i tam trzeba szukać.

Strażniczka nie odezwała się i szukała dalej. Kolejka samochodów za nami wydłużała się.

- Pokażę ci na liście gdzieś jest jego nazwisko – powiedziała agentka i otworzyła drzwi aby podejść do strażniczki.

- Zostań w samochodzie i nie wychodź! – zareagowała krzykiem tamta – Nie wolno ci tu podchodzić i nie wolno ci patrzeć na listę!

Reakcja była tak gwaltowna, że przez chwilę poczułem się jak w jakimś hollywoodzkim filmie sensacyjnym. Agentka zamknęła drzwi i wzrokiem dała mi znać, że musimy czekać, albo zostanę w porcie na wieki skoro wyjechac nie mogę, a statek już odpłynął.

- Listę z nazwiskami mogłaś im wysłać, ale nie wolno było ci na nią patrzeć – zauważyłem z uśmiechem.

W końcu strażniczka nie wytrzymała. Podeszła do auta i pokazała agentce listę, bynajmniej nie wypuszczając jej z rąk. Ta wskazała na niej moje nazwisko i po kilku sekundach mogliśmy jechać.

W Savannah było podobnie. Najpierw problemy z wyjazdem taksówka do miasta, a potem szczegółowa kontrola przy powrocie. Kazano mi wysiąść z taksówki. Kierowcy także. Njapierw specjalnym lusterkiem obejrzano podwozie taksówki, a potem szczegółowo jej wnętrze. Wygląda na to, że nie wzbudzam zaufania miejscowych.

Ale nic to, jestem już w drodze i po pierwszym międzylądowaniu na lotnisku w Waszyngtonie. Teraz tylko lot do Monachium, a potem żabi skok do Berlina i jak dobrze pójdzie to zdążę jeszcze do Szczecina na obiad. A w niedzielę Gdynia i spotkanie z Aniołem. Już nie mogę się doczekać!

Waszyngton, 19.01.2007;  19:35 LT

piątek, 19 stycznia 2007

                                                   

Wydaje mi się, że dobre i złe doświadczenia los przydziela ślepo więc zgodnie z rachunkiem prawdopodobienstwa powinno się ich w dłuższym okresie czasu otrzymywac po równo. Czy jednak wtedy byłby sens mówić o szczęściu albo pechu? Wśród wielkiej masy tych obdzielanych po równo, są szczęsciarze, którym zazwyczaj wszystko sie udaje i pechowcy, którym idzie źle wszystko, co tylko może pójść. Średnia dla populacji pozostaje na neutralnym, zerowym poziomie i dopiero szczegółowa analiza pojedyńczych losów moze pokazac jak dalece odbiegają od średniej.

Powyższe dotyczy ludzi, ale nie tylko. Są szczęsliwe i pechowe miejsca, daty, powiedzenia. Są też takie statki. Nie darmo polski transatlantyk „Batory” nosił podczas wojny miano statku szczęsliwego. Nie darmo polscy marynarze niechetnie patrza na nazwę „Wrocław”. Wszak dwa „Wrocławie” zatonęły.

A co sądzić o takich wypadkach:

Ten statek niczym nie różni się od innych, a jednak... Najpierw na rzece, w sprawdzonym i czystym miescu uszkodził paskudnie ster strumieniowy. Stalowa szyna dostała się między płaty śruby tego steru, połamała lub powyginała je i zaklinowała się na amen. Ale jak mogła dostać się tam na środku rzeki? Stal przecież nie pływa. W wodzie unosic musiała się lina podczepiona do owej szyny leżącej na dnie. Ster ma jednak zabezpieczenie w postaci krat, by duże przedmioty nie uszkodziły go. Owa szyna zrujnowała ster, lecz dostała sie do niego nie wyginając choćby jednego pręta owej kraty. Nurek, który to oglądał, powiedział, że gdyby na własne oczy nie widział, nigdy by nie uwierzył, że coś takiego jest możliwe.

Kilka miesięcy później statek wpłynął między wielkie zgrupowanie kutrów rybackich. Lawirował, płynął slalomem, ale w końcu otarł się o jeden z nich. Nic nikomu sie nie stało. Uszkodzenia też niewielkie. Błąd ludzki. Ale dlaczego właśnie tam?

Po następnych kilku miesiącach w ciągu paru dni padły jeden po drugim trzy agregaty. Statek zostałby bez prądu, martwy, gdyby nie dwa zapasowe, zupełnie nowe, postawione tymczasowo na pokładzie. Wkrótce jednak stanęły i one (tym razem zawiniło paliwo) i statek jednak zamienił się przeraźliwie cichą i ciemną kupę żelastwa. Na szczęście przytrafiło się to w porcie, a nie gdzies na oceanie.

Między tymi awariami rozegrało się kilka dramatów ludzkich.

Tamtego dnia widziano owego człowieka spacerującego wczesnym wieczorem na rufie. Była piękna, bezwietrzna pogoda. Zamienił kilka słów z kimś, kto szedł akurat wyrzucić śmieci do stojacego tam pojemnika. O pólnocy nie zgłosił sie na wachtę. Szukały go słuzby ratownicze, specjalistyczne statki, helikoptery, zwyczajne statki przepływające przez tamten rejon. Nigdy go nie odnaleziono.

Innym razem jeden z członków załogi potrzebował pilnie wrócic do domu. Wrócił, a po paru dniach jego znajomi przeczytali nekrolog w gazecie. Facet popelnił samobójstwo.

Kolejne parę tygodni i znów akcja. Ktoś dostaje ataku serca na statku. Szczęśliwie pierwsza pomoc utrzymuje go przy życiu. Statek zawraca ze swojej drogi przez ocean i kieruje się ku najbliższym brzegom. Szczęście w nieszczęsciu. Udaje się go przekazać żywego w ręce lekarzy.

Wszystkie wspomniane wyżej zdarzenia przytrafiły się w ciągu jednego roku. Jeżeli to nie jest pechowy statek, to jaki jest?

A może jednak nie należy zwracać uwagi na takie serie? Kiedy byłem chiefem, pewien grecki kapitan, z którym pływałem opowiadał mi, że zamustrował na statek, na którym  przed nim nie dokończyło kontraktu trzech kapitanów. Umierali jeden po drugim. Efekt był taki, że nie było chętnego do zamustrowania. Nikt nie chciał być tym czwartym. Ów kapitan sie zgodził. I... przeżył. Każda seria ma więc swój kres.

Opowiadał mi jeszcze, ze jedyną podejrzaną sprawą były tajemnicze odgłosy nad sufitem. Wzmagały się, im bardziej statkiem kołysało. Kiedyś nie wytrzymał i odkręcił płyty sufitu. Z przestrzeni nad nimi wydobył... piłeczkę ping-pongową. Śmiał się, że najwyraźniej jego poprzednicy nie wytrzymali tego jej telepania się po zakamarkach. To jednak nie masz już żadnego związku z tematem dzisiejszego wpisu.

Port Canaveral, 18.01.2006; 19:50 LT

czwartek, 18 stycznia 2007

                      

Wydawało się, że to już wiosna. Jeszcze w Baltimore było zimno jak diabli, a już dwa dni później, w Wilmington, co niektórzy chodzili w krótkich rękawkach. W kabinach zrobiło sie tak goraco, że pomimo otwartego bulaja spałem odkryty.

Płyniemy na południe, więc mogło byc juz tylko lepiej. Kiedy jednak wczoraj wieczorem poszedłem do miasta, było mi zimno pomimo marynarki. A dziś... dziś wszyscy przeprosili się z zimowymi kurtkami. Zaczął wiać zimny, sztormowy wiatr. Przed nami ostatni amerykański port i Floryda – synonim słonecznych wakacji, a my w iście zimowych warunkach. Chmury, wiatr, fale, statkiem kołysze na wszystkie strony. Tylko śniegu brakuje.

Dostałem polecenie, by po opuszczeniu statku w Port Canaveral lecieć na inny z „mojej” floty do Brazylii. Okazuje sie jednak, że nie zdążę na czas i tamten mi umknie. Mógłbym co prawda poczekać trzy dni w hotelu w następnym brazylijskim porcie, ale według dyrekcji to nie był dobry pomysł J Wracam więc do Polski. Brazylia nie warta jest spotkania z Aniołem. Szczególnie miłego, że jeszcze wczoraj nieoczekiwanego. Pobędziemy razem tydzień, a po nastepnym weekendzie wyjazd do Chin.

A teraz już pora na kilka zdjęć.

Nasze wyjście z Savannah opóźniło się, więc w drodze powrotnej mogłem popatrzec na miasto przy świetle dziennym.

 

I udało mi sie zrobić zdjęcie odbicia naszego statku. To nie hotel Hyatt, lecz Marriott. Pomyliło mi sie w poprzednim wpisie. Hyatt tez stoi nad rzeką, ale nie ma tak wielkich szklanych tafli.

 

Okolice Savannah widziane dwa dni temu z czubka masztu radarowego. Wszędzie płasko, jak okiem sięgnąć i tylko konstrukcja mostu, na który widoczny jest najazd, góruje nad okolicą i widoczna jest z odległości wielu kilometrów.

 

Nowością w towarowej żegludze jest konieczność posiadania t.zw. voyage data recorderów. Jest to coś w rodzaju „czarnej skrzynki” znanej z lotnictwa. Pomarańczowa kapsuła zamontowana na najwyższym pokładzie i wypływająca na powierzchnię w przypadku zatoniecia statku zawiera zapis rozmów na mostku nawigacyjnym oraz wskazań przyrządów z ostatnich dwunastu godzin przed katastrofą. Każdy statek, który  po 1 lipca ubiegłego roku idzie na okresowy przegląd stoczniowy, musi podczas niego takie urządzenie zamontować. Montujemy więc. W nadziei, że nigdy się nie przyda.

 

Atlantyk, 17.01.2006; 19:55 LT

wtorek, 16 stycznia 2007

              

Powoli dopływamy do Savannah. Wokół jeszcze ciemność, wsród której mozna dostrzec słabe zarysy brzegów rzeki, za którymi rozciąga się, jak pamiętam, morze traw. Przed nami jednak, nad tymi trawami rozciąga się sznur pomarańczowych świateł. Gdzieś tam zacumujemy.

Wczoraj w Wilmington poucztowałem. Była uczta dla ciała bo skosztowałem i sernika i kanapki na ciepło, z hektolitrami kawy, jak lubię. Dusza jednak tez się radowała bo skorzystałem też z szybkiego, bezprzewodowego internetu. Po tygodniu odcięcia od wiadomości miło było poczytać coś świeżego. A w końcu na ekranie pojawił się mój Anioł. Czas zleciał nie wiadomo kiedy. Ledwieśmy zaczęli klikać, a tu już dwie godziny i zamykają kafejkę. W USA była dopiero dwudziesta pierwsza, ale Anioł, biedny, dopiero wtedy to sobie uswiadomiłem, zarwał nockę aż do trzeciej.

Po powrocie na statek przebrałem sie jeszcze raz w kombinezon i poszedłem zobaczyć jak ida prace przy naprawie dźwigu. Potem w kabinie obejrzałem „Mojego Nikifora”, do którego przymierzałem sie od dawna. Życie na statku spowalnia swój rytm. Nie zawsze, bo czasami pracy jest tyle, ze zapomina się o jakimkolwiek odpoczynku. Będąc jednak w naturalny sposób odcietym od wszystkich spraw lądowych, znajduje sie w końcu czas na to, na co w zabieganym, ladowym zyciu trudno go wygospodarować. Dziś na przykład zaliczyłem „Dzienniki motocyklowe”, które też leżały na półce od kilku miesięcy. A i na bloga czas sie znalazł, i na służbowe raporty...

Jutro jednak, wszystko na to wskazuje, przedostatni dzień pobytu na statku. Po Savannah jescze tylko Port Canaveral i trzeba będzie przesiąść się na samolot. Mam nadzieję, że do Polski.

A tymczasem pojawiły sie holowniki i mijamy pierwsze zabudowania.

* * *

Przerwałem pisanie. Nie mogłem sobie odmówic przyjemności popatrzenia na miasto. Stąd odjeżdżałem w dniu, w którym umierał Jan Paweł II, tu podróżowałem samochodem w grudniu 2005 i tutaj byłem też na poczatku maja roku ubiegłego. Jest juz więc dla mnie dosyć znajome. Za ciemno było bym mógł zrobić dobre zdjęcia z ręki, ale turyści na brzegu próbowali, bo migały flesze, kiedy przepływaliśmy. Ja od jakiegos czasu czekam na sposobność uchwycnia naszego odbicia w szklanej elewacji stojacego na bulwarze hotelu „Hyatt”, lecz albo jest wieczór, jak dziś, albo ja nie płynę statkiem. Mamy opuszczać Savannah jutrzejszej nocy, więc znów okoliczności sprzyjać nie będą.

Savannah; 15.01.2007; 22:45 LT

 

 
1 , 2