Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
wtorek, 17 stycznia 2006

                     

Długim dniem była niedziela. Wczesna pobudka w Antwerpii. Podróż jeszcze przed switem do Brukseli, a potem oczekiwanie na samoloty do Kopenhagi oraz do Gdańska. Fatalny błąd logistyczny sprawił, że zamiast via Berlin, musiałem do Szczecina podróżować drogą okrężną. Po prostu niepotrzebnie zabierałem w ubiegłą niedzielę ze Szczecina samochód. Lepiej mi byłoby znosić niewygody przez dwa-trzy dni ubiegłego tygodnia, a wtedy nie musiałbym lecieć do Trójmiasta.

Z Rębiechowa wpadłem więc do domu jedynie po to by przepakować się do samochodu, zabrać kilka drobiazgów i zaraz ruszyłem w dalszą drogę. Najbardziej zdziwiłem się, że pokonałem ją tak sprawnie, w świetnej kondycji, mimo zarwanej poprzedniej nocy. To chyba świadomość spotkania z dzieciakami, które czekały już na mnie, niosła mnie jak na skrzydłach. Skrzydeł dodawał mi też red bull oczywiście J

Dojechałem około wpół do dwunastej. Jeszcze zdążylismy pogadać niezbyt długo, a potem wszystkich nas zmorzył głęboki sen. Nie próbowalismy nawet wstawać zbyt rano. Śniadanie o dziesiatej to pora w sam raz jak na ferie i urlop.

Było o czym gadać, ale poszlismy też do kina i wpadliśmy poszperać w Empiku. Tu okazało się, że nie zramolałem do reszty. Politowanie z jakim młode towarzystwo przyglądało mi się wsłuchanemu w „Nine millions bicycles” przed Sylwestrem, ustąpiło zdumieniu gdy płytę Katie Melua ściągałem z regału z piątej pozycji na liscie bestsellerów. To już nie mógł być przypadek, a po przesłuchaniu w domu zostałem nawet zapytany, czy nie pożyczyłbym rzeczonej płyty. Odszczekane zostały wszystkie zarzuty, że słucham jakichś dziwacznych rupieci. Dzięki Empikowi. Ha! Ale mi dobrze było! J

Urlop urlopem, ale zaległości z pracy nie moga czekać. Pozostaje więc zarywanie nocek. Przynajmniej niektórych. To jednak nie ma znaczenia. Fajnie, ze jutro znów zasiądziemy razem do śniadania.

Szczecin, 17.01.2006; 02:35 LT

02:37, searover
Link Komentarze (1) »
niedziela, 15 stycznia 2006

           

Okazja nadarzyła się niespodziewanie. Statek miał przepłynąć na inną, dość odległą keję, a ja ten dystans miałem pokonać samochodem. O zmierzchu wylądowałem we włoskiej restauracji, gdzie rozłożyłem się z laptopem i miedzy pizzą a deserem przygotowywałem raport z wizyty.

Wcześniej jednak skorzystałem z podarowanego czasu oraz przepięknej, słonecznej pogody i wybrałem się na spacer po starej Antwerpii.

Przywitała mnie pozostałosciami zamku nad brzegiem Skaldy.

Na jego murach, ku pamięci potomnym zachowano informacje o wkładzie m.in. polskich żołnierzy w oswabadzanie ujscia tej wielkiej rzeki spod hitlerowskiej okupacji.

Oczywiście Antwerpia to przede wszystkim Grote Markt z gorującą nad nim znad sąsiedniego placyku wieżą katedry.

Wieża jakby wskazywała kierunek patrzenia. W mieście tym bowiem życie toczy się bujnie na dachach kamienic. Życie zamknięte w chwili ręką artysty. Życie zastygłe lecz jakże dynamiczne zarazem i jakże fantastyczne formy przyjmujące...

Postacie mitologiczne albo rodem z opowieści przypływających tam przed wiekami marynarzy spoglądają ponad kamienicami na bogato zdobione budowle sakralne, na których aż roi się od świętych i aniołów.

Przepych barokowych kościołów potrafi usadzić w ławce na długie minuty przykuwając wzrok kolejnymi odkrywanymi detalami.

Matka Boska z Dzieciątkiem jest obecna także na ulicach tego zamożnego miasta. Takich rzeźb jest tam mnóstwo a osobie Zbawiciela zawsze towarzyszą charakterystyczne latarnie.

Ma Antwerpia oprócz pełnego zgiełku rynku oraz głównych ulic, także liczne zaułki, odkrywanie których przynosiło prawdziwą przyjemność. Życie toczy sie tam zdecydowanie wolniejszym rytmem. Jest czas na chwilę niespiesznej rozmowy...

Można też natknąć się na antykwariat , którego właściciel nie inwestując zbytnio w przesadną reklamę zachęca do odsprzedaży starych zdjęć, książek, afiszów, medali, czy po prostu

ciekawostek. Można podziwiać misterne koronki wystawione na sprzedaż dla turystów, albo po prostu usiąść i napić się belgijskiego piwa, którego mnogość gatunków poraża każdego.

A kiedy znudzi się oglądanie witryn, zawsze znów spojrzeć w górę, gdzie z duzym prawdopodobieństwem zobaczy się charakterystyczny lampion w narożniku nieodległej kamienicy.

Piękne miasto. Tak jak piękna jest stara Europa. Miłym akcentem były dla mnie też przewodniki w języku polskim w sklepach z pamiątkami. Jesteśmy licznym narodem i za kilka lat takie obrazki to będzie zapewne normalka, tak jak normalne wydają się rozmaite przewodniki w języku niemieckim, francuskim czy włoskim. Procentuje też członkowstwo w Unii.

I gdyby tylko drogi mieli Belgowie trochę lepiej oznakowane. Co z tego, że autostrady, że oświetlone nocą, kiedy drogowskazy zazwyczaj nieiwelkie, do odczytania dopiero w ostatniej chwili i często tuż przed skrzyżowaniem nie dając chwili do zastanowienia się. Ale to już zupełnie inna historia.

Antwerpia, 15.01.2006; 00:25 LT

 

 

00:51, searover
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 stycznia 2006

           

Wejście statku do portu opóźniało się dzień po dniu. Czekałem w niewielkim hoteliku położonym tuż przy złocistej plaży, która kilometrami ciagnęła się wzdłuz wybrzeża zatoki. Letnie wakacje w środku stycznia. Cóż jednak mozna robić w takim miejscu oprócz pracy i plażowania? Surfowałem w sieci w kafejce, którą lubiłem odwiedzać jeszcze jako kapitan statku kiedy w miarę regularnie przypływałem do Vitorii. Leniwie przerzucałem rozmaite strony, aż w końcu trafiłem na blogi. Pomyślałem, ze to może być alternatywa dla rozmaitych form dzienników jakie zdarzało mi się prowadzić w przeszłosci. Od pomysłu do realizacji droga szybka. Jak już wspomniałem przy okazji postanowień noworocznych, najlepiej udawały mi się projekty rozpoczynane spontanicznie, bez czekania na jakiś określony moment. I tak, 13 stycznia 2005 pojawił się pierwszy wpis w „Mojej Szufladzie”, którego konsekwencją było prowadzenie systematycznych notatek w rozmaitych miejscach i warunkach. Ocalony, mam nadzieję, od niepamięci kawałek życia, do którego być może wrócę kiedyś gdy nieco zwolnię tempo i nie będę musiał reglamentować każdej minuty lenistwa.

W chwili obecnej zaś trwa kolejny zakręcony dzień nie tylko dla mnie lecz i dla całej załogi. Zaopatrzenie, bunkrowanie paliwa, olejów, sprzątanie ładowni, przeglądy silnika, serwisy, inspekcje i mnóstwo innych spraw. Wszystko w tym samym czasie, wszystko ważne.  A jeszcze trzeba obejrzeć caly statek, zobaczyć co nowego jest do zrobienia, a jak zostały stare prace wykonane. O e-mailach i rutynowej korespondencji nie wspomnę. Z godzinnym opóźnieniem udało nam się jednak w wyrwać wczoraj ze statku na meeting w okolicach Rotterdamu. Jazda samochodem wciąż mnie relaksuje więc nieco ponad godzinę trwającą podróż z Antwerpii oraz późniejszy powrót wspominam z przyjemnością. Przyjemnie byłoby też się wyspać, ale do wiecznego niedospania zdążyłem się już przyzwyczaić. Po przerwie na bloga wróce do raportów i e-maili, a dzień zakończę około północy.

Antwerpia, 13.01.2006; 22:15 LT

22:20, searover
Link Komentarze (3) »
czwartek, 12 stycznia 2006

          

Hotelowy pokój w Antwerpii. Środek nocy i perspektywa pobódki o szóstej rano. Przylecieliśmy wieczorem do Brukseli, a potem nocna nawigacja samochodowa do aby znaleźć hotel, w którym zarezerwowano nam nocleg. Długi dzień, zważywszy, że do 14:30 normalnie pracowałem w biurze. Jutrro cały dzień na statku, wieczorem meeting w Holandii, a powrót do Antwerpii chyba dopiero następnego dnia rano. Znów więc wszystko zaczyna kręcić się trochę zbyt szybko. Nawet na bloga nie ma zbyt wiele czasu.

Antwerpia, 12.01.2006; 01:30 LT

01:28, searover
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 09 stycznia 2006

          

Liczyłem, liczyłem i nijak nie udało się wykroić więcej wolnego. Ferie zaczynają się juz w sobotę, a ja w środę wieczorem muszę jechać do Antwerpii. Na szczęście, mam nadzieję, tylko na cztery dni. A potem mam już zaklepany tydzień urlopu. Jest więc szansa, że spokojnie miną nam dni spędzone razem. Na następny tydzień bedę musiał jeszcze wyskoczyć do Niemiec, ale też nie na długo więc w zasadzie będzie można to połączyć z wycieczką. Załatwię to tak, byśmy mogli zwiedzić Bremen, może muzeum na dawnej granicy niemiecko-niemieckiej i może coś jeszcze. Cholera, wyjątkowo zbiegły się te wyjazdy na przełomie sycznia i lutego. I tak cud, że przynajmniej ten jeden tydzień udało się złapać. Zaległy, z poprzedniego roku więc wciąż otwrte konto na ewentualne wolne latem.

A w telewizji mówią właśnie o rewolucji sądowniczej Ziobry. Nie ukrywam, że daleko mi do darzenia sympatią ani „Prawa i Sprawiedliwości” ani samej osoby obecnego ministra sprwiedliwości. Trudno jednak mi oprzeć się wrażeniu, że projekt ministra jest krokiem we właściwą stronę. Niejeden drobny złodziejaszek, wandal, oprych spod ciemnej gwiazdy niemal jawnie drwił sobie z policji, kiedy przyłapany na przestepstwie często nazajutrz znów straszył swą obecnością mieszkańców jego osiedla. Niewydolność sądów i przepisy chroniące prawa bandytów, niewątpliwie jako wynik odreagowania braku praw normalnych ludzi zatrzymywanych za komuny przez milicję są jedną z przyczyn obecnego poczucia zagrożenia. Radykalne środki podjęte na angielskich stadionach, stanowcza walka z drobną przestępczością w Nowym Jorku – obydwie akcje skuteczne dzięki bezkompromisowosci i zdecydowaniu, pokazują, że to właściwy kierunek. Jest już obawa, że ograniczy się niektórym prawo do obrony, ale to chyba mimo wszystko mniejsze zło niż rozpasane watahy osiedlowych gangów.

Piszę i słucham jednym uchem dalszego ciągu wiadomości, a tam donoszą z euforią, że już nie trzeba męczyć sie zapamietywaniem rozmaitych haseł do komputera, bo istnieje mozliwość samodzielnego wszczepienia sobie pod skórę niewielkiego chipa, który bedzie naszym identyfikatorem w konwersacji z komputerem. Brrr, to juz mi pachnie Wielkim Bratem. Może taki chip będzie mieć spore zalety. Dzięki temu nigdy nie zapomne kluczy do mieszkania, bo chip zapewne stanie się kluczem do elektronicznego zamka. Nie zapomne też karty kredytowej bo i ona zmieści się w chipie. Gorzej, że zapewne nie skryje się przed ciekawskim okiem internautów namierzających na mapach google mój chip. Anoraki, zrobią to by realizować własne hobby. Gorzej gdy zechce mnie obserwować szef albo ktoś nieżyczliwy.

Przypomniało mi się przy okazji owo określenie „anorak”. Spotkałem się z nim w Tilbury koło Londynu, kiedy przyszedł odwiedzić nas pewien nawiedzony gość by uzupełnić... kronikę  naszego statku. Facet od lat spisywał nazwy statków wpływających do portu w Tilbury, a potem na podstawie rozmaitych publikacji śledził ich losy. Kiedy przypływały ponownie, przychodził, by u źródeł uzupełnić dane. Rzecz działa się pod koniec lat dziewięćdziesiątych, gdy internet nie był jeszcze tak bardzo powszechny, a przecież facet zajmował się tym jeszcze w epoce przedinternetowej. Ileż zachodu musiało kosztować go zdobywanie owych tylko jemu potrzebnych informacji. Jego pasja wywołała moje wielkie zdziwienie, ale też byłem pod wrażeniem jego mrówczej pracy.

- To anorak – skwitował całe zajście agent.

- Kto?

- Anorak. Nazywamy ich tak od ciepłych kurtek typu anorak. Potrafią stać w takiej kurtce na zimnie godzinami przy torach, by spisywac numery boczne przejeżdżających wagonów kolejek podmiejskich.

Cholera! Wyszło na to, że mając dziesięć lat sam przez krótki okres czasu byłem anorakiem J Co prawda nie stałem w kurtce przy torach, ale kiedy mi się nudziło siedziałem w oknie naszego domu z zeszystem na parapecie i zapisywałem numery boczne przejeżdżających autobusów. Żaden się nie powtórzył! Pewnie dlatego, że nigdy nie miałem tyle cierpliwości co rasowy anorak i odchodziłem od okna zanim zapisany autobus zdążył pokonać swoją trasę ponownie.

Gdynia, 09.01.2006; 23:00 LT

23:02, searover
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3