Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
poniedziałek, 31 stycznia 2005

Zaczyna się wieczór. Pociąg sunie leniwie wśród pokrytych gruba warstwą śniegu pagórków Przedgórza Sudeckiego. Udało mi się kupić bilet na sypialny więc siedzę w zamkniętym przedziale i piszę kolejny rozdział bloga.

 

Zdołowany jestem. Zawsze jestem, gdy wracam od dzieciaków, albo gdy one odjeżdżają ode mnie. Nastrój tym bardziej podły im fajniej było nam razem. I nie zmącił go nawet zły humor mojej eks, która przygotowała mielone do usmażenia, a my ich nie usmażyliśmy, tylko poszliśmy na pizzę. Ba! Tylko dlaczego nie powiedziała mi o tym wcześniej? Ponoć mówiła dzieciom, ale te przekazały mi rozmaite zalecenia, lecz nie te o mielonych. Tradycyjnie więc po jej powrocie z uczelni nastąpił wybuch pretensji i nie pomogło zapewnienie, że usmażymy je nastepnego dnia, dzięki czemu odpadnie problem niedzielnego obiadu. Nasłuchaliśmy się, że więcej przygotowywać nic nie będzie. Jak zwykle przy takich okazjach zaczęło sie też wyliczanie problemów z dziećmi (tradycyjne nieporozumienia w wieku dojrzewania) z niezbyt ukrywaną sugestią, że to ja je psuję, bo zamiast przeprowadzić wychowawczy wykład, to mi tylko w głowie same przyjemności: pizza, film, komputer i.t.d. W myśl tej teorii mój przyjazd powinien wiązać się wyłącznie z reprymendami. Najlepiej, jakbym jeszcze wymyslił jakąś karę na sobotę. Myslę, że dość, że w wypadku złego zachowania, albo gorszych stopni eks za karę nie pozwala im jechać do Szczecina. Własciwie, żeby oddać sprawiedliwość, muszę przyznać, ze na ogół kończy się na groźbach, ale przez nie tak na prawdę to nigdy nie wiemy kiedy się spotkamy.

Reprymendy! A czy nie liczą się normalne rozmowy? Ta sobotnia pizza to byl jeden z fajniejszych wypadów. Przegadaliśmy półtorej godziny niesamowicie intensywnie. Były opowiesci o szkole, i to nie byle jakie zdawkowe typu: „Co nowego? Wszystko w porządku”, lecz dłuższe, bo akurat im przyszła ochota na opowieści, a ja miałem czas na spokojne słuchanie i komentarze. A ile spieraliśmy się o Harrego Pottera! Dyskusja godna lekcji języka polskiego. I rozmowy o filmach, bo z czego jestem naprawdę dumny, to z faktu, że zaszczepiłem w nich zamiłowanie do X Muzy. Ileż wieczorów spędziliśmy na wspólnym oglądaniu ciekawych i wartosciowych filmów, jak n.p. „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”, „Przerwana lekcja muzyki”, „Forrest Gump” czy nawet „Pianista”. Niemal każdy film da się obejrzeć z dziećmi pod warunkiem, że naprawde się go z nimi ogląda, a nie gapi w ekran zapominając o towarzystwie. Cieszę się, że potrafią juz same wybrać i poszły n.p. na „Upadek”, bo uznały, że w danym momencie Multikino nic ciekawszego nie proponowało. A przecież mogły wybrać jakiś tani filmik sensacyjny. I to wszystko sie nie liczy? Przyjeżdżam raz na kilka tygodni i powinienem w drzwiach rozpoczynać prostowanie?

Jednak nie zły humor ani narzekania tak mnie przygnębiły. Tęsknię za dzieciakami. Tęsknię za normalnymi wieczorami, za wspólnymi śniadaniami, spacerami, wyjściami do kina. Wspominam ostatnie wakacje i wieczory przeciagajace się do świtu, kapiele w morzu o północy, czytanie Apokalipsy Św. Jana (tato, przeczytaj jeszcze raz, prosiły) zamiast ogladania horroru, tworzenie kolaży z muszli, kamyków, drewienek i innego dobra wyrzuconego przez morze oraz pisanie dziennika podróży. Zawsze kiedy się rozstajemy, czuję, że bezpowrotnie tracę to wszystko ja i tracą one. Jedyne co mnie pociesza, to fakt, że powoli wchodzą w wiek, w którym towarzystwo rodziców przegrywa na starcie pod względem atrakcyjności z czasem spędzonym wśród rówieśników. I tak będą wolały jechać na wakacje z przyjaciółmi, albo iść z nimi do kina. Pozornie niewielka różnica – sam w tamtym domu czy też w tym. Tu przynajmniej cieszę się wolnością. Gdybym tylko miał pewność, że one nie mają do nas żalu, że wybaczą zwichrowane dzieciństwo...

Pożegnalismy się z nadzieją spotkania podczas ferii w lutym. Już nie mogę się doczekać ich przyjazdu do Szczecina.

 W pociągu Jelenia Góra – Gdynia, 30.01.2005

21:37, searover
Link Komentarze (4) »

Słowo sie rzekło, kobyłka u płota... Dziś trochę o PKP.

Kiedy siedziałem na lotnisku w Wilmington, robiony w bambuko przez tamtejsze linie lotnicze, zaryzykowałem tezę, że zbyt pochopnie oceniamy (negatywnie) nasze koleje. I byłbym zapewne tkwił w błogiej nieświadomości, gdyby nie konieczność skorzystania z ich usług.

W czwartek dojechałem do Szczecina. Miło było, ale obowiązki wzywały na piątek do Gdyni. Nie przejmowałem się tym zbytnio, wiedząc, że pociąg odjeżdża o 20:50 i ma być w Gdyni około drugiej w nocy. To było optymalne rozwiązanie, pozwalajace mi nawet przespać się jeszcze przed wyjściem do biura.

Coś mnie jednak tknęło, by sprawdzić w internecie. Okazuje się, że nie tylko kobiety mają intuicję. Kobieca intuicja jest słynna, ale jej męskiej koleżance też niczego nie brakuje. Otworzyłem stronę z rozkładem jazdy i... oczekiwanego połączenia nie znalazłem. Zacząłem szperać i dowiedziałem się, że taki pociąg kursuje tylko w piątki i niedziele. Rozkład proponował mi połączenie alternatywne: wyjazd o 19:55, przesiadka w Poznaniu (odjazd o 23:37) i przyjazd do Gdyni o 04:55. Jechać ze Szczecina do Gdyni przez Poznań? Niestety, coraz częściej korzystam z takiego rozwiązania, ponieważ czasy, kiedy istniało całkiem sporo pociągów między największymi polskimi portami, w tym połaczenia nocne, z wagonami sypialnymi, kuszetkami, restauracyjnymi, odeszły w zamierzchłą przeszłość. Wspomnienia o nich jawią się niczym zakodowane w pamięci najpiękniejsze epizody dzieciństwa.

Raz się sparzywszy, postanowiłem skorzystać ze starej, angielskiej zasady "double check" i parę minut po osiemnastej zadzwoniłem do informacji telefonicznej.

- Dobry wieczór. Chciałbym dowiedzieć się jakie mam połączenia dzisiejszej nocy do Gdyni, aby dojechać tam przed ósmą?

- Nie ma pan żadnych połączeń. - pani ze słuchawki nie pozostawiła złudzeń - Ostatni pociąg odjechał o 17:22, a następny bedzie jutro o 05:30.

- To wiem, ale oprócz bezposrednich są połączenia z przesiadkami...

- Nie, nie ma.

- Jak to nie ma? Sprawdzałem w inetrnecie i znalazłem takie przez Poznań.

- Będzie pan jechać do Gdyni przez Poznań? - pani najwyrazniej zwątpiła w jasność mojego umysłu.

- Pojadę nawet przez Zakopane, jezeli będzie to jedyne połączenie zapewniające mi dojazd do Gdyni przed ósmą.

Pani prychnęła pod nosem, ale odpowiedziała:

- Ma pan pociąg do Poznania o 19:55. Potem jest taki z Poznania o 02:05. Bedzie Pan w Gdyni o 07:36.

Hm, chciałem przed ósmą to mam. Wyraziłem się nieprecyzyjnie. Trzeba było pytać o najszybsze połączenie.

- Dlaczego każe mi pani czekać w Poznaniu do 02:05 jeżeli według rozkładu w internecie jest jescze pociąg o 23:37?

- Chwileczkę... - pani prawdopodobnie sprawdzała w książce - rzeczywiście jest. To po co pan dzwoni, jak pan wie?

- A tak, chciałem się upewnić.

Całe szczęście, że zajrzałem wcześniej do tego internetu.

Ponieważ miała to być druga z rzędu noc w podróży, postanowiłem, że od Poznania pojadę kuszetką. W Szczecinie chciałem kupić odpowiedni bilet.

- Poproszę bilet na pospieszny do Gdyni przez Poznań oraz kuszetkę na pociąg z Poznania do Gdyni odjeżdżający z Poznania o 23:37.

- Proszę podać numer pociągu, na który chce pan kupić kuszetkę.

- Słucham??? - myślałem, że się przesłyszałem.

- Nie sprzedam panu kuszetki, jak mi pan nie poda numeru pociągu, bo ja muszę numerem pociagu wejść do komputera - poinformowała mnie stanowczo panienka z okienka.

- No wie pani? Skąd ja teraz wytrzasnę pani numer tego pociągu? Do głowy mi nie przyszło, żeby to sprawdzać.

- No to musi się pan dowiedzieć.

- Ale mój pociag do Poznania odjeżdża za pietnascie minut! Pani powinna wiedzieć! Ma pani rozkład jazdy - tu mój wzrok utkwił na leżącej obok grubej książce, zawierającej tabele z tras całej Polski.

- Jak ja panu to teraz znajdę? - zapytała pani trochę obcesowo, ale z nutką niepewności, z nadzieja w głosie licząc, że się poddam. W mig zrozumiałem, że trafiłem w czuły punkt. Książka była stale otwarta na jednej ze stron szczecińskich i leżała z boku, a pani najczęściej posiłkowała się skróconym rozkładem, w którym wydrukowane były tylko odjazdy i trasy pociągów ze Szczecina. Szukanie teraz jakiegoś innego było może w zasięgu pani z informacji, ale nie jej. Wiedziałem jednak, że się do tego nie przyzna, więc rozegrałem to inaczej:

- Niech pani da mi ten rozkład. Ja znajdę

Pani zatrzepotała rzesami i uśmiechnęła się po raz pierwszy.

- Może pan?

Po chwili znałem już numer pociagu, pani wklepała go w komputer i odrzekła.

- Już za pózno. Komputer nie przyjmuje rezerwacji. Proszę spróbować u konduktora.

W Poznaniu miałem poł godziny czasu. Siedzę sobie w poczekalni, aż tu nagle z głośnika anonsują:

- Pociąg ze Szklarskiej Poreby do Gdyni odjedzie z peronu drugiego... Planowy odjazd 23:37.

Przekonany, ze pociąg juz stoi, ruszam biegiem z kilkoma innymi pasażerami w stronę peronu. Wybiegam zdyszany z tunelu, a tam... pusto. Do niczego przyczepić sie nie można. Przecież tamten pan nie mówił przez głośnik, ze pociąg już przyjechał.

Kiedy przyjechał, oczywiście zatrzymał się tak, że musiałem przebiec trzy czwarte peronu, aby dostać się do sypialnego. Sypialnego, bo kuszetek nie było. Bieg był konieczny, bo pociąg miał stać w Poznaniu tylko sześć minut.

- Dzień dobry, są jakieś wolne miejsca? - pytam konduktora.

- Nie ma - odpowiada przez okno.

No to teraz biegiem z powrotem, szukać miejsca siedzącego. Z tym na szczęście probemów nie było. Po takim biegu z walizami spocony ściagam kurtkę i piję wodę minerlną.Dobrze, że zrobiłem sobie zapas, bo nikomu nawet nie przyszło do głowy by do składu, który przez ponad 12 godzin jedzie z jednego krańca Polski na drugi, podczepić wagon barowy. Jeśli któś w Szklarskiej Porębie nie zaopatrzył się w picie, to na następny łyk wody mógł liczyć dopiero w Gdyni.

Ta moja bieganina z walizami była uciążliwa po trosze dlatego, ze kupiłem w Media Markt komputer dla dzieciaków, który zamierzałem im zawiezć w weekend. Komputer jak wiadomo, zapakowany w styropian, potrzebuje kartonu słusznej wielkości. Przeczuwając, że będzie mi niewygodnie, a także obawiając się, by ktoś mi go nie ukradł gdy sie zdrzemnę, chciałem wstawić go do wagonu bagażowego.

- Wagony bagażowe już nie jeżdżą - poinformowała mnie pani w kasie, jeszcze  w Szczecinie. Musiałem więc zdać się na siebie i przedział. Przypomniało mi się jeszcze, jak przed wyjściem z domu, moja mama, która od lat już nie korzystała z pociągu, stwierdziła.

- Jeżeli bedziesz miał problem z niesieniem tego wszystkiego, zawsze możesz poprosić o pomoc bagażowego.

Cholera, jakie to proste! Dopiero wtedy sobie przypomniałem, ze przecież dawno temu bagażowi krecili sie po dworcach. No ale świat idzie z postępem i widocznie ktoś uznał, że nie są juz potrzebni.

Kiedy Poznań został w tyle na dobre, a ja położywszy na półce walizkę i karton, zacząłem czytać gazetę, do przedziału wkroczył konduktor. Sprawdził bilet, a potem spojrzał w górę. Byłem w przedziale sam jeden, więc nie ulegało watpliwości, że cały bagaż należy do mnie.

- Za ten karton, to trzeba dopłacić - powiedział.

- Dlaczego?

- Bo jest za duży, żeby trzymać go w przedziale.

- Ja go wcale nie chciałem tu trzymać. ja go chciałem wstawic do wagonu bagażowego.

- Nie mamy wagonu bagażowego.

- Wiem, i dlatego zmuszony byłem z nim biegać po peronie i w koncu wstawić go tutaj. Dlaczego jeszcze mam za to płacić?

Przyznać muszę, że konduktor nie naegał i chociaż pewnie znalazłby stosowny przepis nakazujący opłatę, machnął ręką i poszedł sprawdzać bilety dalej. A ja i tak nie zmrużyłem oka, bo obawiałem się, że ktoś podczas snu zwędzi mi bagaże, gdzie oprócz komputera dla dzieci miałem też służbowego laptopa i sporo innych rzeczy. Chyba dobrze zrobiłem. Nastepnego dnia bowiem, kiedy jechałem z Gdyni do Jeleniej Góry, dwa przedziały dalej pozbawiony bagażu został mężczyzna śpiący tam samotnie. W grudniu zaś, gdy jechałem do Szczecina na święta złodziej wyrwał torbę jakiejś kobiecie, pociągnął za hamulec bezpieczeństwa i uciekł w pole. To jest to, co sam widziałem. Słono też zapłaciłem swego czasu za skradzioną torebkę mojej eks (wtedy jeszce nie eks), w której między innymi były czeki. Zanim dojechała do stacji końcowej, czeki były już zrealizowane. SOK tak jak i bagażowi, rozpłynęłi sie w przeszłości. Kiedy doda się historie opisywane w gazetach, można dojść do wniosku, że podróż naszymi kolejami to wrażenia porównywalne z uprawianiem sportów ekstremalnych.

Mimo pietnastu lat od obalenia komunizmu i przeobrażeń niemal we  wszystkich dziedzinach naszego życia, PKP nadal rządzi się własnymi prawami i trwa niczym skansen. Odnoszę wrażenie, ze tak naprawdę, to dla szefów tej firmy liczą się tylko pociagi IC oraz EC. Te mają przyzwoity standard, czyste wagony, niezłą obsługę. Cała reszta to zło konieczne. Brudne, niebezpieczne,  zdewastowane i... coraz rzadziej kursujące. Na pochawały chyba więc trochę za wcześnie.

 Jelenia Góra, 29.01.2005

 

07:57, searover
Link Komentarze (6) »
piątek, 28 stycznia 2005

Przekręcałem się właśnie na drugi bok gdy w przebłysku świadomości zerknąłem na zegarek. Włosy (he, he, włosy!) stanęły mi dęba, w czaszce coś eksplodowało i jak z katapulty wyskoczyłem z łóżka. Myjąc zęby i goląc się (jak to cholernie długo trwa) próbowałem jeszcze na wpół nieprzytomny zrozumieć co się stało. Przecież ustawiałem budzik w komórce na 07:15! Co prawda, kładłem się spać o 06:00 (nocna podróż ze Szczecina do Gdyni) więc ryzyko było duże, ale spać prawie do dziewiatej??? Po wyjściu z łazienki, nerwowo przekopując zawartość, usiłowałem dobrać z mniej pomniętych rzeczy z walizki jakiś rozsądny zestaw, w którym dałoby się pójść do biura. Te w szafie na półce też były pogniecione. Przed wyjazdem nawet przygotowałem deskę do prasowania i żelazko (jeszcze stoją), ale już nie zdążyłem (myślałem, że zdążę po powrocie). Flanelowa! Na koszuli flanelowej najmniej było widać załamania, więc zapiąłem czym prędzej i narzuciłem na nią marynarkę. Pod marynarką jej jak psu z gardła wyjęta powierzchnia nie rzucała się tak w oczy, a w dzisiejszych czasach i tak można nosić wszystko do wszystkiego. Do tego sztruksy, zeby wyglądało, że to niby taki styl, "na luzaka". Jeszcze trzeba schowac do torby laptopa. Po co ja go o szóstej rano wyciągałem? Kabel z zasilaczem tradycyjnie się nie mieści. No trudno, aby tylko donieść do garażu. Komórka w kieszeń. Rzut oka na wyświetlacz... Godzina 02:58. O żesz ty! Chińczycy mówią, ze wstyd jest dwa razy poślizgnąć się na tym samym miejscu. "Ty głupku jeden!, Ty idioto!" strofowałem sam siebie. Drugi raz zrzędu zrobić ten sam błąd!Tradycyjnie (dwa razy to juz prawie tradycja) zapomniałem zmienić czas po powrocie z USA. Zmieniłem, a jakże, na zegarku, ale kto by tam myślał o komórce! A już szczególnie o szóstej rano, kiedy nastawiałem budzik. Nawet nie zwróciłem uwagi, że mój telefon pokazywał dopiero północ... Miałem jeszcze nastawiony alarm na zegarku. Na 07:20 i czas był prawidłowy, ale ten drugi alarm był cichutki, tyle tylko, żeby wcześniej obudzonemu delikatnie przypomnieć, że pora wstawać. Nie było szans by zadziałał skutecznie sam z siebie. Strofowałem sie biegnąc już po schodach, bo musiałem oszczedzać sekundy. O dziewiątej miałem być już w pracy, a ta właśnie wybijała, kiedy dopiero otwierałem auto. Oczywiście wszystkie światła na skrzyżowaniach świeciły na czerwono i na dodatek złośliwie długo. W pośpiechu zapomniałem radia więc nawet porannych wiadomości wysłuchać nie mogłem. O śniadaniu też nie mogło być już mowy. Postanowiłem więc, że post do obiadu, będzie karą za porażającą bezmyślność. Spózniony dwadzieścia minut dojechałem pod biuro. Trochę sie zdziwiłem, że tylko tyle. Chyba nie było tak zle tego ranka :) A jeszcze bardziej humor mi się poprawił, gdy w drzwiach spotkałem kolegę z sąsiedniego biurka. Zawsze to razniej tak we dwójkę wchodzić.

Ponieważ rano nie miałem czasu na dalsza analizę stanu komórkowego budzika, ten odezwał się o 07:15 czasu amerykańskiego, czyli o 13:15 czasu naszego. Komórka spoczywała wtedy w przepastnej kieszeni kurtki wiszącej w drugim końcu pomieszczenia i rozdarła się akurat wtedy gdy ja załatwiałem jakąś sprawę przez telefon stacjonarny. Złośliwa.

Hm, powyższy tekst miał być jedynie wstępem do rozważań na temat usług PKP, ale za godzinę i dziesięć minut mam właśnie pociąg do Jeleniej Góry. Pora sie zbierać. Może jutro skumuluję wrażenia z obydwu tras kolejowych.

Gdynia, 28.01.2005

22:35, searover
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 stycznia 2005

Nie pisałem jeszcze bloga dziesięć tysięcy metrów nad ziemią. Lecę z Orlando do Waszyngtonu. Tam będę mieć przesiadkę na samolot do Frankfurtu.

Ranek był taki, jak sobie zaplanowałem. Najpierw o 07.15 zadzwonił budzik komórki, a o 07.20 powtórzył alarm zegarek na ręce. To podwójne zabezpieczenie oczywiście na wypadek gdybym chciał jeszcze trochę poleżeć, co zazwyczaj prowadzi do nieuchronnego przespania właściwej pory. A spać tradycyjnie chciało mi sie bardzo. Najpierw więc, w ramach rozbudzania sprawdziłem na CNN prognozę pogody. Na północy burze snieżne, lotniska pozamykane, ale Waszyngtonu to chyba nie dotyczy. Po prognozie telewizor wyłączyłem, bo to starszny złodziej czasu. Tak samo zresztą jak i komputer. Komputer jednak włączyć musiałem. Jest to bowiem to urządzenie przez które jestem bardzo związany z firmą. System łączności jest na tyle sprytny, że w biurze pod każdym e-mailem wyświetla się pasek z listą osób, które go przeczytały. Nie ma lipy. Nie przeczytałeś, to na liscie ciebie nie będzie. I nie ma tłumaczenia, że coś przeszkodziło, bo w dobie telefonów komórkowych e-maila można i powinno się odebrać wszędzie. Serdeczne pozdrowienia od pana Orwella. Ech, gdzie te czasy, kiedy jako zapalony kibic piłki nożnej dyskretnie „korygowałem” nieco kurs statku, by nadkładając troszeczkę drogi znaleźć się bliżej brzegu, w zasięgu telewizji i obejrzeć ważny mecz. Ewentualne drobne opóźnienie zawsze można było wytłumaczyć gorszą pogodą, albo trochę nadrobić jeśli dało się przyspieszyć, dzieki czemu średnia prędkość po zakończeniu podróży utrzymywała się na przywoitym poziomie. Dzisiaj klikam na odpowiedni program i wyswietla się mapa świata, a na niej wszystkie nasze statki. Klikam na statek i widzę nie tylko jego aktualna pozycję, kurs i prędkość, ale nawet otrzymuję szczegółowe dane o sile wiatru i falowaniu morza. Żadna ściema już nie przejdzie. Doczekały sie więc statki swoich chipów, a teraz pozostaje czekać, kiedy wszczepią je nam.

Od ostatniego seansu łączności z serwerem o północy do rana nic szczególnego się nigdzie nie wydarzyło, więc tylko rzuciłem okiem na rutynowe raporty i mogłem iść na sniadanie. Zamówiłem tradycyjnie jajka na bekonie, mając cichą nadzieję, że kiedys lekarze zmienią zdanie i dojdą do wniosku, że zbyt częste ich jedzenie wcale nie jest szkodliwe. Jeżeli z masłem różnie na przestrzeni lat bywało to może z jajkami też się uda? Szkoda by mi było straconych jajecznic, gdybym na starośc dowiedział się, że niepotrzebnie się ograniczałem. Sok pomarańczowy tradycyjnie podano w wersji XL, więc w zasadzie mógłby mi wystarczyć za cały posiłek. No ale przecież jeszcze kawa. Kawa jest konieczna, bo bez dopalacza nie obudziłbym się do południa. Tu akurat amerykańska dieta bardzo mi odpowiada. Na hasło „kawa” nie pytają czy chce się dużą czy małą, lecz po prostu przynoszą od razu cały dzbanek, żeby dwa razy nie chodzić. Jakże to ułatwia życie! I jaka różnica w porównaniu z krajami, w których zwykło podawać się kawę w naczynku wielkości naparstka! Królowej angielskiej z pewnością coś takiego wystarcza na cały dzień, dostarczając zarazem przebogatej palety doznań smakowych. Moje podniebienie jest jednak nieco tańszym, uproszczonym modelem, z daleko posuniętą standaryzacją kubków smakowych, wiec bardziej ceni sobie ilość niż jakość doznań. Organizm domaga się płynów no to je ma. Wlawszy w siebie pół litra soku i pół dzbanka kawy, nie zżymałem się nawet specjalnie, że bekon położony obok jajek był zimny, a tost nie z takiego pieczywa jak sobie zażyczyłem (po co się pytali co wolę, jeżeli i tak podali według własnego uznania?). Skończyłem szybko i poszedłem na plażę.

O wpół do dziewiątej byłem jednym z bardzo nielicznych spacerowiczów. Spotkałem też tych samych ludzi co poprzedniego wieczora. Sądząc po ilości rozrzuconych rzeczy dookoła i po tym, że wciąż tkwili w tym samym miejscu, byli to albo kloszardzi, albo turyści nocujący pod chmurką. Sam należałem do takich turystów, więc wiem, że często trudno ich odróżnić.

O dziesiątej przyjechała taksówka i pojechałem na lotnisko w Orlando. Jest to jeden z najpiękniejszych portów lotniczych jakie widziałem. Pięknie wkomponowany między liczne jeziorka, a wewnątrz przestronny, pełen zieleni i z fontanną. Tym razem samolot wystartował o czasie, więc nie musiałem siedzieć tam długo.

No i proszę, szybko zleciał mi lot. Muszę za chwilę wyłączyć komputer, bo zaczniemy podchodzić do lądowania. Szkoda, że nie starczy mi baterii na lot do Frankfurtu.

Gdzieś w niebie, koło Waszyngtonu, 26.01.2005

16:31, searover
Link Komentarze (2) »
środa, 26 stycznia 2005

Księżyc w pełni odbijał się tysiącami srebrnych refleksów na powierzchni zmarszczonego oceanu. W tej poświacie przesuwał się ciemny kadłub „Merita", który dopiero co opuścił Port Canaveral. Wkrótce zniknął zasłonięty drewnianą budką nieczynnego baru na końcu mola. Dopiłem kawę, zapłaciłem rachunek za kolację i opuściłem gościnną knajpkę. Statek popłynął do Tampy, a ja wróciłem do hotelu. Jutro czeka mnie lot powrotny.

Miły odpoczynek po pięciodniowej inspekcji. Mister Singh nie potraktował nas źle. Być może dlatego, że to już trzeci statek w ciągu ostatnich trzech miesięcy, więc panowała juz atmosfera pewnej zażyłości. Mimo to jednak, irytowała mnie momentami jego dociekliwość, żeby nie rzec wścibskość. Interesował się każdym drobiazgiem i nie zadowałał byle jakim wytłumaczeniem. Co tu dużo mówić, w naszym języku takiego gościa zwykło się nazywać „upierdliwy". Przypominał mi trochę porucznika Columbo ze znanego serialu kryminalnego. Pytał, pozornie zadowalał się odpowiedzią, by za pięć minut rozpoczynać drążyć temat od nowa, bo coś mu się wydało niezbyt spójne. Współpraca z nim, jeśli chciało się uniknąć blamażu, wymagała nieustannej koncentracji. Pod koniec więc już zmęczenie brało górę nad nerwami i ostatkiem sił hamowałem się, aby nie wybuchnąć gdy dziś zażyczył sobie jeszcze raz inspekcję dwóch ładowni oglądanych wczoraj, bo wczoraj (ładne mi wczoraj – o pierwszej w nocy) nie wszystko mógł obejrzeć. Wytrzymałem jednak dzielnie i tą samą taksówką zjechalismy ze statku. On na lotnisko, by złapać wieczorny lot do Filadelfii, a ja do hotelu.

Dochodziła siedemnasta więc był to ostatni dzwonek, aby wyskoczyć na Mewa samotniczkaplażę przed zachodem słońca. Pogoda, mimo słońca, była jednak daleka od wyobrażeń o Florydzie. Przypominała raczej złotą polską jesień z poczatku paździenika. Założyłem kąpielówki, zarzuciłem na plecy polar (ciekawy zestaw garderoby) i zanurzyłem się po kolana. Lodowata woda niemal wykręcała Cocoa Beach. a te wieze daleko to wyrzutnie statkow kosmicznych.mi stawy. To nie jest to, co tygrysy lubia najbardziej. Odpuściłem sobie i poszukałem jakichś ciekawych obiektów do fotografowania. Mewy nie miały nic przeciwko pozowaniu. Kiedy skończyłem, zająłem się surferami (wszyscy w kombinezonach z pianki termoizolacyjnej, jak to he, he, na Florydzie), a na końcu Muszle tez moga byc samotneznaleziskami na plaży. Kiedy skończyłem, słońce akurat zaszło i mogłem wracać. Ubrawszy się cieplej, poszedłem na molo zjeść kolację.

Aha, po drodze zrobiłem jeszcze zdjęcia sąsiedniego bungalowu. Brakowało mu sporych fragmentów dachu i oczywiście był nieczynny. To pozostałość po huraganach Francis oraz Ivan, które spustoszyły ten rejon kilka miesięcy temu. Kiedy się uważniej przyjrzeć, podobnych uszkodzeń widać w okolicy znacznie więcej. Wiele domów ma dachy załatane prowizorycznie, folią. Merit przywiózł właśnie drewno do budowy domów. Drewno z Austrii. Ciekawe. Malutka Austria wycina swoje lasy, by obywatele ogromnego kraju mogli budować swoje drewniane domki.

Pora powoli mysleć o śnie. Co prawda taksówka ma przyjechać po mnie dopiero o dziesiątej, więc mógłbym poleniuchować i pospać dłużej, ale trochę mi szkoda. Nie codziennie wszak mieszka się w hotelu tuz przy plaży. Jeżeli wstanę wcześniej, to zdążę jeszcze na mały spacer ze śniadaniem.

 

Cocoa Beach, 25.01.2005

04:20, searover
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3