|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
BLOG ROKU 2011
Mój adres
Inne moje
Różne strony
Otrzymane wyróżnienia
Polecam
|
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
sobota, 28 stycznia 2012
Prawdziwie ostatnie lądowanie na Tegel będzie mieć miejsce dopiero gdzieś w
połowie roku, ale myślę, że niedawne moje lądowanie tam było ostatnią moją wizytą na tym obiekcie.
Trochę żal, bo to wiele lat mojego życia, wiele pożegnań i powitań, a
często jedynie przesiadek do busów, które wiozły mnie potem do Szczecina. Taki obiekt aż żal burzyć. W niejednym dużym mieście byłby powodem do dumy.
Niezwykle funkcjonalny obiekt budynek, na planie okręgu, albo raczej zbliżonego
do okręgu wieloboku miał to od siebie, że można było wewnątrz spacerować
dookoła niczym po jakiejś stadionowej bieżni. Po zewnętrznej stronie okregu były
(a właściwie jeszcze są) stanowiska postojowe dla samolotów. Po wewnętrznej
jezdnia i miejsca na chwilowe parkowanie.
Jedno od drugiego, czyli owe miejsca do parkowania samochodów od samolotów dzielił jedynie stosunkowo wąski pas owego budynku, w którym mieścił się
korytarz oraz stanowisko odprawy (wraz z security check) i poczekalnia przy
bramce. Ponieważ zaś sprzed każdej
bramki na zewnątrz prowadziły drzwi, na Tegel nie było niekończących się
wędrówek długimi korytarzami. Z taksówki do samolotu było może z pięćddziesiąt metrów. Wystarczyło wejść przez drzwi dokładnie
naprzeciwko stanowiska odpraw, odebrać kartę pokładową, przejść przez
znajdującą się tuż obok bramkę security check i już było się w poczekalni przy
rękawie prowadzącym do samolotu.
W odwrotną stronę identyczna droga, bo w rejonie poczekalni danej bramki
był przypisany jej taśmociąg dla wyładowywanych z samolotu walizek. Wychodziło
się więc z rękawa prosto do pomieszczenia z taśmą, odboierało walizkę,
przechodziło przez kontrolę celną na korytarz i drzwiami na wprost do taksówki
Niestety, rosnący ruch do stolicy Niemiec wymagał jednak znacznie większego
portu lotniczego. Zwłaszcza ów korytarz biegnący dookoła okazywał się często
wąskim gardłem, gdy tłumy oczekujące w kolejce do odprawy nierzadko poważnie
utrudniały ruch.
To co sprawowałoby się rewelacyjnie w przeciętnej wielkości mieście, na
Berlin było stanowczo za małe. Stąd przed laty zapadła decyzja o budowie BBI, o
którym to lotnisku pisałem jakiś czas temu. Po jego otwarciu w czerwcu
przestanie funkcjonować Tegel oraz Shoenefeld, którego budynek (jeszcze z
czasów NRD) widywałem jedynie z
zewnątrz, więc nie czuję z nim jakiejś szczególnej więzi emocjonalnej.
Dziś kiedy jedzie się autotradą z lotniska Schoenefeld, widac bryłę powstającego budynku
nowego dworca lotniczego Berlin Brandenburg International
Zaprojektowany do obsługi kilkudziesięciu milionów podróżnych rocznie,
szybko zajmnie miejsce w światowej czołówce lotnisk. Dla Polaków to dobra
wiadomość, ponieważ będziemy mieć ogromną ilość destynacji blisko granicy. Nie
trzeba już będzie podróżować do Frankfurtu albo Monachium, by korzystać z
bezpośrednich połączeń ze światem samolotami Lufthansy. Tegel zostanie już tylko
na starych fotografiach i we wspomnieniach świetności z czasów muru dzielącego
Berlin. To lotnisko jak i cały Berlin Zachodni było wtedy oknem, a raczej
drzwiami do wolnego świata. Sopot; 28.01.2012; 19:40 LT
czwartek, 26 stycznia 2012
Blog „Pełna Kultura” (http://pelnakultura.wordpress.com.)
specjalizuje się w ocenianiu innych blogów w sieci. Pierwszy raz zetknąłem się z
nim w marcu 2009 roku, kiedy głowny redaktor „Pełnej Kultury” poinformował
mnie, że „Moja Szuflada” zostanie tam oceniona. Oczekiwanie nie było łatwe.
Zastanawiałem się w jaki sposób ostre pióro (a raczej klawisze) Kilmore Fisha potraktują
moje pisanie. Potraktowały nadzwyczaj przychylnie, co było miłe, zważywszy, że
na wielu Kilmore nie zostawił suchej nitki. „Pełna Kultura” szczególnie ożywia się na przełomie roku, kiedy odbywa się
konkurs „Blog Roku”. Czyż może być lepszy moment na recenzje od tego, gdy kilka
tysięcy blogerów staje w szranki współzawodnictwa? Tak jest również i tym razem. Wśród innych blogów na tapetę ponownie wzięta została „Moja Szuflada”.
Kilmore przez trzy lata zdania nie zmienił, co mnie bardzo cieszy i dopinguje do dalszego pisania. Szczególnie teraz i to bynajmniej wcale nie ze względu na konkurs. Dziękuję. A propos konkursu... Głosowanie w jego III etapie wciąż trwa. Gdyby ktoś z
czytelników jeszcze nie zagłosował, a zdecydował się teraz, przypominam:
wyślij, proszę, sms o treści D00092 na numer 7122. Ze stu blogów, które
zakwalifikowały do tego etapu, „Szuflada” jest na piątym miejscu. Wciąż jednak
potrzebuje sms-ów, by przynajmniej utrzymać tę pozycję do końca. Gdańsk, 25.01.2012; 00:55 LT
środa, 25 stycznia 2012
Noc byla wariacka, zaladunek w
szalenczym pospiechu. Skonczyli ladowac o 03.15, ale mocowanie zaakceptowalem
dopiero o 04.30. Bonus pachnie milo, ale nie moze przeslonic bezpieczenstwa. O
szostej nad ranem, po odprawie rozpoczely sie manewry odcumowania. Ciezkie, ze
wzgledu na 30-40 centymetrowy lod skuwajacy cala zatoke. Przez dwie godziny
przebijalismy sie przez lodowe pola do wyjscia. Przyjalem to spokojnie,
poniewaz z premia pozegnalem sie juz w trakcie odprawy, kiedy agent powiedzial
mi, ze statek, z ktorym mielismy sie scigac opuscil Nachodke o dwudziestej
drugiej. To oznaczalo, ze mial nad nami okolo 8 godzin przewagi na 36-godzinnej
trasie. To tak, jakby w biegu maratonskim
dac komus 10-kilometrowe fory. Cale to nocne zamieszanie nie warte bylo funta
klakow. Agent, ktory nas obslugiwal zalil
mi sie, ze ma duze problem z innym statkiem. Kapitan greckiego statku odmowil
wyjscia z portu. Byl troszke zszokowany warunkami tu panujacymi i powiedzial,
ze nie odplynie, dopoki lody nie puszcza. Krotko mowiac, ma zamiar czekac w
Nachodce na nadejscie wiosny. Troche inne plany ma czarterujacy, ktory slono
placi, za kazda dobe wynajmu statku. Narazie trwa miedzy nimi wymiana teleksow.
Moze nastepnym razem w Nachodce dowiem sie, co ostatecznie uzgodniono. Znajomy brygadzista, z ktorym
zawsze uzgadniam sposob mocowania ladunku, przyniosl mi niewielki album o
Nachodce z dedykacja: "Dareku na
pamiat' o Nachodkie - 21.01.2001" . Mile to z jego strony i
rzeczywiscie fajna to bedzie pamiatka, tym bardziej, ze widokowek z tego miasta
po prostu nie ma, a chodzic samemu z aparatem po ulicach i robic zdjecia jest niebezpiecznie. Morze Japonskie, 21.01.2001,
Niedziela A jednak weszlismy do Busan od
razu. Keja sie znalazla. Zacumowalismy o wpol do jedenastej wieczorem. Odprawa,
jak zwykle w Południowej Korei, poszla bardzo sprawnie, prawie niezauwazenie i
o wpol do dwunastej moglem wyskoczyc do PC-clubu, ktory znajdowal sie o 10
minut drogi spacerkiem od statku. W Busan jak to w Busan -
kilkanascie godzin i z powrotem w morze. Bylem tu trzeci raz podczas obecnego
kontraktu i zawsze tak samo. Przyjazd noca, wyjazd wczesnym popoludniem. O
jakimkolwiek zwiedzaniu nie ma mowy. Szkoda, ze nie zostalismy tam
dluzej. Chcialbym zobaczyc jak celebruje sie przywitanie Nowego roku wedlug
chinskiego kalendarza. Morze Wschodniochinskie, 23.01.2001, Wtorek Wczoraj przed polnoca wlaczylem
telewizor. Myslalem, ze bedzie cos podobnego jak w noc sylwestrowa u nas, ale
srodze sie zawiodlem. Na jednym z programow leciala jakas rewia i to wszystko.
O polnocy nie wydarzylo sie kompletnie nic. Moze u nich nowy rok zaczyna sie
dokladnie w momencie nowiu i trzeba bylo wlaczyc telewizje kiedy indziej? Nie
chcialo mi sie dociekac wiec poszedlem spac. Tym razem z Ciesniny Koreanskiej
do ujscia Jangcy plyniemy nieco inna droga. Zazwyczaj plynelismy pomiedzy wyspa
Cheju i poludniowymi wybrzezami Polwyspu Koreanskiego. Potem zas
"splywalismy" razem z polnocno-wscodnim wiatrem prosto ku rzece. Wyze
nad Chinami troche jednak oslably, w okolicach Szanghaju rodzi sie niz i wiatry
wiac mialy raczej ze wschodu. Zdecydowalem sie wiec oplynac wyspe od poludnia,
aby potem miec fale nadciagajace ze wschodu jak najbardziej z rufy. Dzieki temu
unikniemy nieprzyjemnego kolysania. Z tego co widze, zamiar byl sluszny. Wieje
dokladnie ze wschodu, calkiem mocno, fala spora, a my prawie tego nie odczuwamy.
Spokojnie uplynela nam droga z Nachodki do Busan i spokojnie jest teraz. Widac
wystarczajaco dostalismy w kosc w drodze z Kunsan do Nachodki i zasluzylismy na
nieco odpoczynku. Morze Wschodniochinskie, 24.01.2001,
Sroda Zrobilismy dzis sobie wycieczke na rzeke Jangcy. Wczoraj przed polnoca rzucilismy kotwice miedzy wyspami archipelagu Maan Liedao. Miejsce to odlegle jest o kilkanascie mil od redy Jangcy oraz o dodatkowe kilkanascie mil od pocztku jej toru wodnego. Ma jednak wielka zalete, ze oslania przed nieprzyjemna fala z polnocnego wschodu. Na nieoslonietej redzie wszystko sie kotluje, a tutaj spokoj jak u Pana Boga za piecem. I stad wyruszylismy dzis o 07.45, aby zdazyc na 10.45 w okolice boi nr 5, gdzie mielismy brac pilota. Przed podniesieniem kotwicy na wszelki wypadek uzyskalismy potwierdzenie naszego "rozkladu jazdy" wiec dziarsko ruszylismy w droge. Ruch byl dzisiaj wyjatkowo duzy. Statki szly jak po sznurku jeden za drugim. Powierzchnia wody byla zbyt wzburzona z powodu silnego wiatru, wiec stacja pilotow oglosila, ze beda obsadzac statki dopiero miedzy bojami nr 8 i 9 (mniej wiecej godzina jazdy w gore rzeki od boi nr 5). Mzawka, slabiutka widzialnosc. Z kubkiem herbaty w dloni sledzilem wiec ekran radaru, konfrontujac co jakis czas przy pomocy lornetki obraz odwzorowany na ekranie z rzeczywistoscia. Stacja pilotow zabronila wyprzedzania z powodu ciezkich warunkow nawigacyjnych, wiec predkoscia regulowalem odleglosc miedzy statkami przed i za nami. Kiedy minelismy juz boje nr 7, o godzinie 11.15 dostalismy wiadomosc, ze z powodu braku pilotow nasze dzisiejsze wejscie zostalo anulowane i mamy wracac na kotwicowisko. Planowanie, jak widac, nie jest najmocniejsza strona Chinczykow. Szlag by to trafil! Bylismy juz w polowie drogi do Baoshan, gdzie jest rzeczne kotwicowisko. Mogli nas skierowac przynajmniej tam. Brakowalo jednak, wedlug tego co pozniej podal agent, pilotow. Zrobilismy wiec zwrot i znalezlismy sie na rucie wyjsciowej, trzeba przyznac, ze dzisiaj znacznie mniej zatloczonej niz wejsciowa. Moglismy wiec od razu rozkrecic maszyne do pelnych obrotow morskich. Mimo to, wracalismy cztery godziny, bo pogoda psula sie coraz bardziej i w ujsciu oraz na otwartej redzie fale mocno nas przyhamowaly. O 15.20 rzucilismy ponownie kotwice miedzy znajomymi juz wyspami. Znajomymi, bo w tym samym miejscu schronilismy sie pierwszego listopada przed tajfunem Xangsane. Osiem godzin odstalem na mostku na darmo. Nogi mi wlaza w tylek. Od razu po rzuceniu kotwicy ucialem sobie krotka drzemke, potem zrobilem pranie, a teraz poczytam jeszcze ksiazke i pojde spac na dobre, bo jutro od rana zaczynamy od poczatku. Wedlug otrzymanego teleksu, mamy byc o godzinie 11.15 przy boi nr 5. Archipelag Maan Liedao, 25.01.2001,
Czwartek
niedziela, 22 stycznia 2012
Przy okazji niedawnej śmierci Umiłowanego Przywódcy Kim Dzong Ila
pomyslałem, że możnaby było na szufladowych stronach opisać moją wizytę w owym
hermetycznym kraju. Jak zwykle jednak zająłem się innymi sprawami i nic z tego
nie wyszło. Szkoda mi jednak tego wątku. Z każdym rokiem ma coraz mniejsze szanse na
odgrzebanie w mej pamięci. Komputerowymi dyskietkami w owym czasie jeszcze się
nie posługiwałem, a papierowe listy rozsyłane po ludziach najprawdopodobniej
już dawno zakończyły swój żywot. Był rok 1986. Ja, świeżo upieczony absolwent Wyższej Szkoły Morskiej w
Szczecinie odbywałem właśnie swój pierwszy rejs w barwach Polskiej Żeglugi
Morskiej. Jako asystent pokładowy byłem członkiem załogi odprowadzającej m/v „Bieszczady”
(słynny masowiec, który wcześniej wiele lat pływał pod dowództwem kpt ż.w.
Danuty Walas-Kobylińskiej) na złom do Szanghaju. Po przekazaniu statku mielismy
wracać do Polski pociągiem, m.in. koleją transsyberyjską z Pekinu do Moskwy. Już
sobie ostrzyłem zęby na fajną przygodę gdy nadszedł telegram: na siostrzanym „Dolnym
Śląsku” stojacym na redzie Hungnam w Korei Północnej zapalenia wyrostka
robaczkowego doznał III oficer. Pojechał na operację do szpitala. Ja otrzymałem
awans i miałem przesiąść się na tamten statek, by go zastąpić. Trzeba było porzucić
marzenia o Syberii i uzbroic się w cierpliwość, bowiem czekał nas długi postój
w Korei, a potem jeszcze dłuższa droga powrotna do Polski. Pierwsza zapmiętana rzecz to targowanie się z shipchandlerem o żywność. Jak
świat długi i szeroki wszystkim handlarzom zależy, żeby sprzedać jak najwiecej towaru.
Ten w Hungnam natomiast udowadniał nam,
że... za dużo jemy. Co dwa tygodnie zamawialismy świeże warzywa i owoce
i za każdym razem dostawy ograniczały się głównie do... rzodkwi. Pamiętam te
góry białych bulw na odkrytej ciężarówce. Po dwóch tygodniach ponawialiśmy
zamówienie i... zaczynały się utyskiwania, ze przecież niedawno dostaliśmy
zaopatrzenie, więc dlaczego znów zaczynamy? Nasz postój przedłużał się niemiłosiernie. Wzdłuż kei biegł tylko jeden tor
kolejowy, a stało kilka statków. Procedura była taka, że rano formowano jeden
skład, który wtaczano na ten tor i jego wyładunek zajmował całą dniówkę.
Dlatego każdego dnia rano załogi wylegały na pokład, żeby zobaczyć, czego można
się spodziewać. Liczyliśmy: siedem wagonów na ostatni statek przy kei, pięć na
przedostatni, pięć na pierwszy, a dla nas jeden. Oznaczało to, że po rozładunku
owego jedynego wagonu nic u nas nie będzie się działo, dopóki nie rozładowane
zostaną wszystkie pozostałe na inne statki i sformowany zostanie nowy skład. Oczywiście
nie zawsze bywało aż tak źle, ale wystarczylo by spędzić w Korei kilka tygodni. Robotnicy portowi jak i cały personel niechętnie wdawali się z nami w
rozmowy. Można się było domyślać, iż ewentualne kontakty z obcokrajowcami to
pierwszy krok do kłopotów. Dla obcokrajowców nie było też wyjścia do miasta.
Mogli po południu iśc do domu marynarza na terenie portu, gdzie można było kupić
jakieś pamiątki, wysłać list do domu, zagrac w ping-ponga, a przede wszystkim
napić się wódki, którą serwowano w nieograniczonych ilościach. Ponieważ mnie
wódka nie interesowała, wolny czas z kilkoma innymi osobami spędzałem głównie
na przyległym do domu marynarza boisku, gdzie rozgrywaliśmy mecze piłkarskie z
załogami innych statków. Jakieś tam jednak kontakty istniały. Czasem zapraszaliśmy miejscowych
pracowników do naszej messy na obiad, czasem wręczalismy jakieś drobne upominki
jak paczka papierosów i.t.p. Z tym był problem, ponieważ obdarowany musiał się
liczyć z kontrola osobistą po opuszczeniu statku, więc nie zawsze był w stanie
przyjąć prezent. Tak było z jednym z nich, któremu daliśmy butelkę herbavitu.
Nie wiem, czy herbavit jest produkowany do dzisiaj, ale wtedy, za komuny był to
jeden z popularniejszych syropów do mieszania z wodą w celu uzyskania napoju o
cytrynowym (najczęściej) albo innym smaku. Półlitrową butelkę syropu trudno
było ukryć, więc człowiek, któremu ją wręczyliśmy postanowił spożyć go na
miejscu. Poprosił o kubek, nalał do pełna i duszkiem wypił całą zawrtość. Po
chwili czynność powtórzył. W ten sposób w kilka minut butelka stała się pusta i
problem z jej wyniesieniem przestał istnieć. Wiedzieliśmy, że Koreańczycy nie
mają cukru, ale mi się robiło niedobrze na samą myśl, że można wypić taką ilość
syropu na raz. Każdy z nich miał wpiety w ubranie znaczek z portretem Kim Ir Sena. Rózniły
się one nieco wyglądem, prawdopodobnie w zależności od stanowiska, albo zasług
danej osoby. Pomyślelismy, że taki znaczek byłby fajną pamiątką Północnej
Korei. Próbowaliśmy odkupić od kogoś, lecz wszystcy stanowczo odmawiali. Wtedy
postanowiliśmy oficjalnie wystąpić o możliwość otrzymania takiego znaczka.
Okazało się to dużą niezręcznością. Jest
on niczym relikwia. Mały człowieczek otrzymuje w określonym wieku swój pierwszy
znaczek i nosząc go zawsze dba zarazem o
niego. Pytanie, co się dzieje, jeśli go zgubi pozostało bez odpowiedzi. Nikomu
jednak nie mieściło się w głowie, że możnaby odznakę oddać albo sprzedać, nawet
oficjalną drogą. Podczas naszego postoju w Hungnam stała się rzecz niezwykła. Z kilkudniową przyjacielską
wizytą do bratniej, socjalistycznej Korei przybył I Sekretarz KC PZPR towarzysz
Jaruzelski. Z tej okazji codzienny program północnokoreańskiej telewizji
kończyył się nie tylko, jak zawsze, „Pieśnią ku czci towarzysza Kim Ir Sena”,
lecz także hymnem, którego tłumaczenie na język polski można było przeczytać u
dołu ekranu. Nie pamiętam już (jakże żałuję!) całości, lecz zaczynał się on tak: Cieszmy się i radujmy, Zorza znad Wisły rozbłysła
nad brzegiem Taedong Wiwat, wiwat Jaruzelski! Dla tych, którzy nie wiedzą, Taedong to rzeka, nad którą leży stolica Korei
Północnej. Byłem zszokowany. Ale tylko do czasu gdy po Jaruzelskim ten kraj odwiedził
towarzysz Hoenecker. Ku mojemu zdumieniu program telewizyjny oprócz „Pieśni ku
czci towarzysza Kim Ir Sena” kończył wtedy hymn na identyczną co w przypadku
generała Jaruzelskiego melodię, ze słowami tłumaczonymi u dołu ekranu na język
niemiecki, ltóre brzmiały mniej więcej tak: Cieszmy się i radujmy, Zorza znad Sprewy rozbłysła
nad brzegiem Taedong Wiwat, wiwat Hoenecker! Jakiś czas później z oficjalną wizytą przybył przywódca budujacej socjalizm
Angoli. I znów sytuacja się powtórzyła. Nie potrafiłem przetłumaczyć tekstu,
lecz ta sama melodia oraz nazwisko przywódcy i pojawiająca się nazwa rzeki
Taedong, kazały przypuszczać, że to kolejna wersja owego uniwersalnego utworu. Wizyta Jaruzelskiego dała nam jednak bardzo kokretną korzyść. Jako Polacy,
mogliśmy wyjść za bramę portu, do miasta! Inni mogli nam tylko pozazdrościć.
Oczywiście natychmiast skorzystałem z tej okazji. W sklepach kupić można było bardzo niewiele. Pamiętam, że dominowały
wszędzie... kolorowe, plastikowe miski. Tak jakby cała Korea skupiła się przede
wszystkim na tym, by zaopatrzyć ludnośc w owe miednice. Kilka dni później
zobaczyłem od czego mogą się przydać. Za naszą rufą zacumował niewielki statek
rybacki z ładownią pelną ryb. Po chwili koło niego pojawił się dźwig oraz
odkryta ciężarówka. Dźwig wyposażony był w chwytak podobny do tych, jakimi
przeładowuje się sypkie towary typu piasek, węgiel czy kruszywa. Taki chwytak
wpuszczono do ładowni i wygarniano kolejne góry ryb, wysypując je następnie na
ciężarówkę. Wolałem nie myśleć ile tych ryb miażdży się niepotrzebnie przy zamykaniu
owego chwytaka. Mam nadzieję, że były już martwe i nie musiały doswiadczać
dodatkowych cierpień. Kiedy skrzynia cięzarówki była już pełna, wokół zaczęli
gromadzić się ludzie z plastikowymi miednicami. Nie przepychali się. Ustawili
się karnie w kolejce i czekali. Wtedy na górę wskoczył ktoś z łopatą i z góry
srebrzystych korpusów nagarniał kolejne porcje wsypując do podawanych misek.
Jedna łopata ryb do miski i następny proszę. Nie było żadnego ważenia, ani
płacenia. Kolejka była długa, ale wszystko poszło sprawnie. Pobsłużeniu
wszystkich, ciężarówka z resztą ryb odjechała gdzieś dalej. Mając możliwość wyjścia do miasta, postanowiłem wiedzić okolicę dokładniej.
Wziąłęm rower i drogą wylotową pojechałem w kierunku pobliskich plaż. Po
spacerze, postanowiłem wrócić. Przejeżdżało się koło fabryk, gdzie akurat
odgwizdano fajrant i ludzie zaczęli tłumnie wylegać na puste dotąd ulice.
Pomimo portowego charakteru miasta, izolacja sprawiała, że biały człowiek
budził tam jeśli nie sensację to na pewno ogromną ciekawość. Równiez milicjantów,
z których jeden z groźną miną zatrzymał mnie do kontroli. Pokazałem mu
przepustkę i książeczkę żeglarską, lecz on wciąż pytał o coś po koreańsku. Być
może brał mnie za szpiega, bo miałem aparat fotograficzny przy sobie. W końcu z
braku porozumienia schował moje dokumenty, przejął rower oraz aparat i począł
prowadzić mnie wzdłuż ulicy. My z rowerem najpierw, a za nami tłum ciekawskich
robotników. Po paru minutach doszlismy do baraku, w którum mieścił się posterunek
milcji. Weszliśmy do środka, a ciekawscy zostali na zewnątrz. Stójkowy przekazał
moje rzeczy swoim przełożonym, wytłumaczył coś po koreańsku, po czym rozpoczęło
się przesłuchanie. Było ono mało owocne, ponieważ ja używałem języka
angielskiego, a oni koreańskiego. I tak gadaliśmy do siebie przez dobrych parę
minut prawdopodobnie na zupełnie rózne tematy. Nie mogąc dojść do wspólnego
wniosku panowie postanowili mnie zamknąć w oddzielnym pomieszczeniu i
prawdopodobnie zaczęli się zastanawiać co dalej. Chyba znaleźli rozwiązanie, bo
kiedy wezwali mnie ponownie, był wśród nich jakiś młody żołnierz albo milicjant,
który przywitał mnie słowami „good morning”. Niestety, były to jedne z niewielu
słów które znał. Na pewno nie wiedział co to jest „ship”, „harbour”, „seaman” wiec moje tłumaczenia kim jestem rozbijały się
o murz niezrozumienia. Znów nie było postępu. Jeden z panów za biurkiem oglądał moją książeczkę żeglarską ze wszystkich
stron, przeglądał nawet puste kartki, lecz nie znalazł żadnej wskazówki.
Zamknął ją i myśląc o czymś zaczął stukać bezwiednie o blat. W pewnym momencie
jego wzrok padł na orzełek na okładce i napis nad nim: „Polska Rzeczpospolita
Ludowa”. - Polska?! – nito krzyknął, ni zapytał. - Polska – odpowiedziałem. - Jaruzelski?! – zapytał, aby się upewnić, że o tę Polskę chodzi. - Jaruzelski – potwierdziłem - Jaruzelski, Kim Ir Sen drużba! – krzyknął - Drużba – odkrzyknąłem uśmiechajac się od ucha od ucha. Natychmiast otrzymałem dokumenty z powrotem. Rower i aparat także. Odprowadzono mnie
przed drzwi. Tłumek czekających gapiów rozsunął się z respektem i odjechałem w
kierunku portu. Gapie pewnie byli trochę zawiedzeni, że tak dobzre
zapowiadająca się sensacja zakończyła się banalnie. Szczecin; 22.01.2012; 13:25
LT
piątek, 20 stycznia 2012
Trzecie miejsce w drugim etapie... Wszytkim, którzy oddali głos na „Moją Szufladę” i tym, którzy zachęcili innych bardzo serdecznie dziękuję.
Takie widoki to tylko na trójmiejskich plażach... No cóż, jeśli się powiedziało A, trzeba zmierzyć się z etapem trzecim. Tym razem będzie znacznie trudniej ponieważ w rywalizacji pozostały tylko blogi, na które wysłano największą liczbę sms-ów. Dlatego teraz szczególnie potrzebne mi są Wasze głosy, chociaż niezręcznie po kilku dniach znów prosić o to samo. Ten sam tekst: D00092 i ten sam numer 7122. Cena też ta sama 1 zł + 0,23 zł VAT. Dochód przeznaczony na dofinansowanie turnusów dla niepełnosprawnych. Liczę na Waszą życzliwość. Oczywiście o ile podoba się Wam zawrtość tego
bloga. Gdańsk; 19.01.2012; 23:50 LT
|