|
|
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Blog > Komentarze do wpisu
Z LAMUSA (64) - NA ZAKUPY W NACHODCEKOREA NAVTEX - wazne. Wazna informacja sztormowa ogloszona 31 stycznia o godzinie 1220 GMT na obszar poludniowego Morza Zachodniego, centralnego Morza Wschodniego, wazna od godz. 1400 GMT 31 stycznia. Spodziewany kierunek wiatru polnocno-zachodni do polnocno-wschodniego, predkosc 14-18 m/s, wysokosc fal 3-4 metry. Spodziewane odwolanie informacji 2 lutego rano. Poprzednia informacja sztormowa dla obszaru centralnego i polnocnego Morza Zachodniego nadal obowiazuje. Spoznilismy sie z wyjsciem z Chin o jeden dzien. Piekny wyz, ktory przetoczyl sie nad Szanghajem, mimo naszej doskonalej predkosci ponad 15 wezlow, uciekal nam coraz bardziej na wschod, nad Japonie. Z zachodu zas nad Morze Zolte nadciagal niz. W efekcie musialo to przyniesc sztorm i wiedzialem, ze nie zdazymy przed jego nadejsciem pokonac odcinka drogi przez Morze Japonskie. Mialem jednak cicha nadzieje, ze uda sie dotrzec w przyzwoitych warunkach przynajmniej w okolice Korei Polnocnej. Niestety. Najgorsze jest to, ze trase te pokonujemy, przy zredukowanych do minimum balastach. Trzeba bylo oproznic zbiorniki szczytowe, aby znajdujaca sie w nich woda nie zamarzla przy dwudziestostopniowych mrozach, bo wtedy, nie mogac sie jej pozbyc, nie moglibysmy zaladowac calej partii ladunku. Statek lekki, zanurzenie
niewielkie, byle fala zaczyna stwarzac problemy. Mozna sie ratowac halsowaniem
jak najbardziej bokiem do fali, ale tylko do pewnego stopnia, bo wtedy z kolei
przechyly nie daja plynac normalnie. Nie ma sily, stracimy znow predkosc, czas
i spokojny sen. Pytanie tylko, jak wiele? Z Korei przyszedl teleks ze
sczegolami obecnej podrozy. Ladunek mamy przewiezc z Nachodki do Changshu. Znow
Jangcy! Znow krotka podroz i znow nie oddalimy sie na tyle od Nachodki, by nie
oplacalo sie tam wrocic pod balastem ponownie. Koniec stycznia. Koniec mojego
kontraktu. Szesc miesiecy minelo. Wlasciwie moglbym juz dac sobie spokoj,
wsiasc w samolot i wracac do domu. Szkoda mi jednak wyjezdzac potem w rejs
przed samymi wakacjami, wiec lepiej teraz przeciagnac to do 10-15 marca. Mozna wiec napisac
optymistycznie: jutro zaczyna sie luty, ostatni pelny miesiac mojego kontraktu.
Jescze tylko raz czeka mnie sleczenie nad stertami sprawozdan na koniec
miesiaca, a potem juz tylko pakowac walizki i czekac na zmiennika. Ciesnina Koreanska, 31.01.2001,
Sroda Japonski navtex podaje, ze na
poludnie od Nachodki wieje 9-10 w skali Beauforta. Podobne warunki, wedlug
informacji z Pekinu, panuja na Morzu Zoltym. W Ciesninie Koreanskiej i na Morzu
Wschodniochinskim wieje dziewiatka, a na Pacyfiku, na wschod od Japonii,
dziesiatka. Zdecydowalem sie isc jak najblizej koreanskich brzegow i unikac
otwartego morza. Wystarczylo oddalenie sie na nieco ponad 10 mil od brzegu by
porzadnie dalo sie nam we znaki falowanie. Aby nie polamac statku, trzeba bylo
natychmiast zmniejszyc predkosc. Zmienilem kurs bardziej w strone brzegu i
roznica byla widoczna juz po kilkunastu minutach. Po pol godzinie mozna bylo
znow zwiekszyc predkosc. Zorientowalem sie jednak, ze bez balastow szczytowych
trudno nam bedzie pokonac Zatoke Wschodniokoreanska z poludnia na polnoc, a
przeciez nie mozna przesadzac i objezdzac jej calej dookola. Zaryzykowalem wiec
napelnienie zbiornikow tylko na te noc. Moze do rana nie zamarzna i zdazymy je
oproznic. Cale zbiorniki nie zamarzna na pewno, ale zeby tylko zachowaly
sprawnosc oraz droznosc zawory i rury spustowe. Plynelismy tak blisko brzegu, ze
az zainteresowal sie tym poludniowokoreanski okret patrolowy. Wytlumaczylismy,
ze to tylko ochrona przed sztormem i nie niepokoil nas wiecej. U brzegow Korei
Polnocnej nie zaryzykuje jednak wejscia na 12-milowy pas wod terytorialnych. Im
trudno byloby cokolwiek wytlumaczyc. Cztery mile od brzegu warunki
byly tak dobre, ze zaczynalem sie zastanawiac, czy nie przesadzam z
ostroznoscia. Ze nie, stwierdzilem gdy wreszcie zrobilismy zwrot na kurs 000,
ktory niczym cieciwa luku, laczyl poludniowe i polnocne wybrzeza Zatoki
Wschodniokoreanskiej. Weszlismy w nia juz dosc gleboko, wiec dlugosc owej
cieciwy wynosila zaledwie siedemdziesiat mil. Szesc godzin jazdy przy normalnej
predkosci. Kilkanascie mil od ladu fale byly juz znacznie wieksze, a wiatr nabral
sily. Zdmuchiwal grzbiety grzywaczy i drobiny piany niczym dym przelatywaly
ponad glownym pokladem. Mimo, ze 70 mil to sporo, bylismy jednak wewnatrz
zatoki i fale nie byly w stanie nabrac duzej wysokosci. Dobrze, ze wybralem te
droge, a nie najkrotsza, na kreche przez srodek Morza Japonskiego. Pewnie
kolysaloby teraz nami gdzies tam niemilosiernie, a predkosc, jak to juz nie raz
mielismy okazje przetestowac, nie przekraczalaby 5-6 wezlow. Tymczasem predkosc
utrzymujemy prawie normalna, okolo 13 wezlow i jak dobrze pojdzie to za trzy
godziny, okolo polnocy, dotrzemy do wybrzezy Polnocnej Korei. Tam zmienimy kurs
na 055 i bedziemy oslonieci od polnocnych wiatrow juz do samej Nachodki. Jedyna
przeszkoda beda tylko pola lodowe w okolicach Wladywostoku, ale poniewaz
bedziemy tam prawdopodobnie przepywac w dzien, nie powinny byc one problemem. Plynelismy
tamtedy dwa tygodnie temu i wiem gdzie moge sie ich spodziewac. Odbijemy na
wschod odpowiednio wczesniej. Morze Japonskie, 01.02.2001,
Czwartek Pogoda w okolicach Korei
poprawila się nad ranem i mimo, ze kolo Nachodki wciąż wialo solidnie, na rede
tego portu dotarlismy o 1940 i zdazylismy zacumowac jeszcze tego samego dnia. Inny
statek spodziewany w ten sam dzien, m/v “Eco Champion” przyslal teleks, ze
zpowodu zlej pogody na Morzu Japonskim posuwa się naprzod z predkoscia 3 wezlow
i przybedzie ze znacznym opoznieniem. Ta wiadomosc mile mnie polechtala, bo
chociaz nic z niej dla nas nie wyniklo, to przyjemnie było sluchac, ze
zaskoczylismy troche kontrahentow, bo w zwiazku ze zla pogoda również i nas
nikt tego dnia nie oczekiwal. Stara prawda, ze najkrotsza droga wcale nie musi
byc najszybsza jeszcze raz się potwierdzila. Nadlozylem spory kawalek drogi,
ale oplacilo się. To znaczy oplacilo się czarterujacemu. Sknery, nie
zrewanzowali się nawet symbolicznym dolarem. Pozostala za to moralna
satysfakcja i zaspokojona proznosc. Sobota przywitala nas mrozem –31
stopni. Do tego wciąż wial sztormowy wiatr. Straszne musialo być zycie
zeslancow pracujacych przy 40-stopniowych mrozach w lichych ubraniach i na
wieziennym wikcie. Dopiero w takich warunkach dociera to z cala wyrazistoscia.
Na szczescie w niedziele mroz zelzal do –22 stopni, a dzis jest już tylko
kilkanascie ponizej zera. No i przede wszystkim nie ma wiatru. Odwiedzilem tutejszy rynek.
Chcialem kupic tacie czapke z borsuka. Trafilem odpowiednia. Wytargowalem z
1300 na 800 rubli czyli około 115 zlotych w przeliczeniu na nasze. Czapka
wielka, dwa razy wieksza niż glowa. Rynek to tez swoista ciekawostka.
Wlasciwie to tylko te czapki i może jeszcze pare innych rzeczy sprzedawali Rosjanie.
Co najmniej osiemdziesiat procent zas jest opanowane przez Chinczykow.
Chinczycy mowia po rosyjsku i handluja owocami, warzywami oraz ciuchami i wszelkimi
gadzetami od spinaczy biurowych po przenosne telewizory. U nich zaopatrzylem
statek w trzy komplety sztuccow (w sumie na 18 osob). -
Chorosze,
chorosze, sto tridcat rubla – mowili smiesznie twardo. -
Bieru tri
paczki po sto, o’kay? – targowalem się jak zwykle. -
Choroszo, choroszo.
Czto jeszczo nada? Cholera, chyba przeplacilem. Za
szybko się zgodzili. -
Niczego bolszie
nie nada. Tolko cziek. -
Czto? -
Cziek. Wiedzialem już z praktyki, ze
rachunek ze sklepu to po rosyjsku “cziek”. Nie wiedzieli tego jednak owi
Chinczycy. Po angielsku nie rozumieli, a ja nie rozumialem po chinsku. Rachunek
był mi potrzebny do rozliczenia. Probowalem wiec dogadac się na migi i w
zaleznosci od tego jak handlarze rozumieli moja “mowe”, dostawalem po kolei:
torebke foliowa, żeby sztucce zapakowac, gazete do owiniecia, kalkulator,
zeszyt w kratke, a na koncu dlugopis. Dobrze jest mieć jednak czasem
nieporzadek w kieszeniach. Zaczalem w nich grzebac. Bilet autobusowy, zuzyta
karta telefoniczna, oderwany kutasik od zamka blyskawicznego, karteczka z przetlumaczona
na chinski nazwa internet-cafe i... znalazlem! Pomietolony paragon za
dzisiejszy zakup 24 kg soli do walki z lodem! Pokazalem go natychmiast.
Chinczycy zaczeli studiowac go z uwaga. W koncu ich szef pokrecil glowa i
odpowiedzial: -
Niet. Sto rubla
za paczka. O rany! On pewnie pomyslal, ze ja
chce zaplacic 79.50, tak jak było napisane, na tym paragonie. Znow zaczalem
gestykulowac zawziecie i wreszcie ktorys doznal olsnienia. -
A! Bumaga!
Napisat? -
Da! Napisat’! –
omal nie podskoczylem z radosci. -
Ale my mozem
tolko na kitajskom. Pies was tracal, pomyslalem.
Niech będzie nawet po kitajsku, byle było. I odpowiedzialem komunikatywnie: -
Choroszo. Na
kitajskom. Otrzymalem gustowny kwit w
postaci kawalka kartki wydartej z zeszytu i napisana na niej po chinsku nazwa
towaru oraz utargowana kwota. Moglem go z czystym sumieniem wlaczyc do
statkowej dokumentacji. Nachodka,
05.02.2001, Poniedziałek piątek, 03 lutego 2012, searover
TrackBack
|