|
|
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Blog > Komentarze do wpisu
MUZEUM TECHNIKI I KOMUNIKACJI W SZCZECINIE (1)Coraz większe zaległości tworzą mi
się na blogu. To efekt kompletnego braku czasu w dni powszednie. Wracam do domu
późnym wieczorem i ze zmęczenia zasypiam niemal natychmiast. Nastawiam budzik
na szóstą i wstając rano już wiem, że o dziewiętnastej będę ziewający jechać na
tańce. Tam się troche rozruszam, zrelaksuję, ale po powrocie do domu znów padnę
i znów nastawię budzik na środek nocy, by przed oficjalnym rozpoczęciem dnia
pracy zdążyć zrobić to, czego nie udało się dzień wcześniej. I tak w kółko... Nie wiadomo, które zaległości nadrabiać najpierw. Może więc w ramach
retrospekcji wrócę do wizyty w otwartym niedawno w Szczecinie Muzeum Techniki.
Jest to przykład pozytywnego, oddolnego działania mieszkańców miasta. Grupa
pasjonatów komunikacji miejskiej założyła parę lat temu stowarzyszenie. Z
jednym z nich (o nicku Phobos) miałem swego czasu przyjemność współpracować w
równie oddolnym Forum dla Szczecina, które miało być platformą działania dla
osób chcących coś zmienić w mieście. Rekrutować się mieli głównie z forów
dyskusyjnych. Niestety, Forum dla Szczecina okazało się efemerydą, w szczytowym
okresie liczącą około dziesięciu członków. Umarło śmiercią naturalną, do czego
pośrednio przyczyniłem się i ja rozpoczynając w 2004 roku pracę w Trójmieście i
nie mogąc w związku z tym uczestniczyć dalej w spotkaniach. Szczecińskie
Towarzystwo Miłośników Komunikacji Miejskiej działało lepiej i to właśnie ono
zwróciło uwagę na możliwość wykorzystania w charakterze muzeum służącej miastu
w latach 1912-2004 zajezdni tramwajowej przy ul. Niemierzyńskiej. Oni też
uratowali przed zezłomowaniem kilka tramwajów (niestety, niektóre przedwojenne,
znane mi jeszcze z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku zniszczono zanim
miłośnicy komunikacji zdążyli skrzyknąć się do działania). Gdyby nie STMK,
które pozyskało ważnego sojusznika w postaci Muzeum Narodowego w Szczecinie,
stara zajezdnia prawdopodobnie również zostałaby zlikwidowana. Udało się
przekonać miasto do utworzenia tam muzeum komunikacji, udało się pozyskać
środki finansowe i na dodatek warszawski kolekcjoner, pan Leszek Liszewski
postanowił przekazać swoją ogromną kolekcję właśnie tutaj. Dzięki temu Muzeum
Techninki i Komunikacji – Zajezdnia Sztuki, jak oficjalnie się nazywa, mogło w
październiku bieżącego roku otworzyć swe wrota dla zwiedzających. Odwiedziłem
je tydzień później. Odnowiony budynek zajezdni zachęcał do wejścia.
Jednym z pierwszych eksponatów, które „witają” wchodzących jest t.zw. „ogórek”
czyli charakterystyczny autobus jelcz. Na zdjęciach, które robiłem podczas
licealnych rajdów widać je stojące szeregiem na przystankach autobusowej pętli
na Basenie Górniczym. To było jeszcze w drugiej połowie lat siedemdziesiątych.
Potem zostały zastąpione przez licencyjne jelcze-berliety, których
przedstawiciel również znajduje się w muzeum.
Nowe jelcze, zmodyfikowane nieco w Polsce (wydłużono je i dodano srodkowe
drzwi) cechowała duża awaryjność i relatywnie krótki żywot. Grożącą komunikacyjną
zapaść powstrzymano decydując się na import wytrzymalszych i większych, węgierskich
ikarusów. Nie ma ikarusa w muzeum, ale może jeszcze nie wszystko stracone. Jest
za to san, który w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dominował w
taborze PKS – państwowego monopolisty w przewozach międzymiastowych.
Sana pamiętam z jakiejś szkolnej wycieczki jeszcze z podstawówki. Pamiętam,
że był przeraźliwie niski wewnątrz. Sprawdziłem to jeszcze raz w eksponacie
muzealnym i rzeczywiście. Wyższy człowiek musiałby się chyba schylać. Być może
ma to związek z bardzo wysokim zawieszeniem. W tym autobusie zrobiono chyba
wszystko, by maksymalnie utrudnić wejście osobom niedołężnym. Nawet sprawnemu
nie jest zupełnie łatwo gdy pierwszy stopień znajduje się powyżej kolan. Z komunikacyjnych ciekawostek na uwagę zasługuje najstarszy zachowany
szczeciński tramwaj, t.zw. bremen, obecnie pomalowany na orygiunalny kolor –
taki nosiły przedwojenne tramwaje w niemieckim Szczecinie.
Co ciekawe – numer boczny muzealnego wagonu, 144, nie zmienił się przez
całe jego życie. Taki nosił przed wojną i pod takim służył jeszcze przez około
trzydzieści lat w polskim Szczecinie. W muzeum oprócz długo (za długo) eksploatowanych w Szczecinie popularnych w
latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych tramwajów typu N, stoi również charakterystyczny
przegubowiec, bedący rewolucją techniczną na owe czasy.
Pamiętam dzień gdy pierwszy z nich, o numerze bocznym 601, rozpoczął
regularne kursy na trasie linii nr 8. Miałem wtedy chyba z dziesięć lat i pół
dnia przestałem na przystanku przepuszczając wszsystkie stare „enki”, żeby w
końcu trafić na owo cudo techniki i przejechać się nim w obie strony. Doskonałym pomysłem muzeum było urządzenie sali projekcyjnej w jednym z
wagonów. Można usiąść i na duzym ekranie LCD oglądać rozmaite dokumentalne filmy
dotyczące prezentowanych obiektów.
Oprócz eksponatów związanych z masową komunikacją, w muzeum jest bardzo
dużo innych pojazdów, często niezwykłych. Czyż nie jest bowiem niezwykły polski
bolid biorący udział w wyścigach t.zw. formuły 1 krajów socjalistycznych?
W każdym z krajów socjalistycznych odbywał się jeden wyścig danego cyklu. Ponoć
dominowały w nich pojazdy z ZSRR i NRD. Polski bolid jeździł z prędkością około
200 kilometrów na godzinę i ścigał się nawet na węgierskim torze Hungaroring,
zbudowanym dla potrzeb prawdziwej formuły 1. Gdzieś obok stoi poczciwa nysa, która do spółki z żukiem zdominowały
ówczesny polski tabor samochodów dostawczych.
Zarówno nysy jak i żuki występowały w przeróznych wersjach – od mikrobusów
przez samochody-chłodnie, zwykłe ciężarówki po karetki pogotowia i wozy straży
pożarnej. Już z własnymi dziećmi, czyli na poczatku lat dziewięćdziesiątych
korzystałem jeszcze z nys – mikrobusów podczas urlopu w Szczawnicy. Pamiętam też pierwsze auto moich rodziców – syrenę. Nasz model nosił numer
104 i był nowszą wersją prezentowanego w muzeum modelu 101. Miał taki sam kolor
jak ten w muzeum, tak samo odwrotnie (zawiasy z tyłu a nie z przodu) otwierane
przednie drzwi.
Dzięki syrenie staliśmy się mobilni – jeździlismy na grzyby oraz na niedzielne
i wakacyjne wycieczki. A z tylnego siedzienia razem z bratem obserwowaliśmy z
zapartym tchem jak na podszczecińskiej autostradzie tato cisnąc gaz do dechy
przekraczał magiczną barierę prędkości 100 km/h. Syrena miała mieć też inne wersje. Pracowano na przykład nad sportowym
modelem tego auta, którego prototyp też znajduje się w muzeum
Zbliżam się do granicy dozwolonej długości wpisu, więc ciąg dalszy w
następnym odcinku. Szczecin, 14.09.2010; 08:50
LT niedziela, 14 listopada 2010, searover
Tagi:
Szczecin
TrackBack
Komentarze
Gość: Modest, 188.33.249.16*
2010/11/14 10:41:16
Cieszy mnie to muzeum. Prawie jak w Holandii. żnalazłyby się w Szczecinie jakieś parowce pogłębiarki na parę ????
2010/11/14 11:17:37
Chyba już nie. Ludzie zorientowali się, że takie rzeczy mają wartość. Pamiętam, że cumujący kiedyś w Szczecinie s/s "Kapitan Konstanty Maciejewicz" miał jedną z największych maszyn parowych. O ile dobrze pamiętam, został ze względu na nią odsprzedany. W Szczecinie pozostał tylko maszt, przy wjeździe na Trasę Zamkową.
Pozdrawiam. 2010/11/14 12:22:19
:)
Tramwaje z drewnianymi siedziskami,kasowniki wielkie landary na 50gr,1 zł...hmm... jeździło się nimi po mieście,autobusy "ogórki"...eeh niby tak dawno,a zarazem niedawno :))) Jak zwykle pięknie oprowadzasz po naszym mieście. Pozdrawiam J 2010/11/14 15:03:54
Cieszę się z powstania tego Muzeum. Już sam budynek zajezdni zasługuje na uwagę. z łezką w oku obejrzałam te zdjęcia bo te "antyki" pamiętam z mojego dzieciństwa. Szczególnie ten stary tramwaj w kolorze kremowym ,bo bardzo przypomina wagony starej kolejki EKD. Wychowałam się w podwarszawskiej miejscowości letniskowej i uwielbiałam jeżdzić tą kolejką do Stolicy. Jej wagony są teraz w warszawskim Muzeum Techniki. Były podobno produkcji angielskiej, niezwykle estetyczne, żółto- niebieskie, z drewnianymi siedzeniami ( jak w tym tramwaju) i mosiężnymi okuciami. Do tego kolejka miała taki dżwięczny dzwoneczek, który uwielbiałam, ostrzegał on o tym, że się zbliża. Miało to duże znaczenie, gdyż pamiętam, że przy torach często pasły się krowy, a ich pobocza służyły pieszym za ścieżki.
2010/11/14 17:22:21
Jootro, pamietam te potezne automaty do sprzedazy biletow i do dzis pamietam, jak kilku chlopakow w wielku okolo 16-18 lat, na oko kiboli, wpadlo do wagony i na oczach wszystkich bez cienia zenady kawalkiem druta wyciagneli ze smiechem tyle biletow ile im sie podobalo. Wszyscy siedzieli cicho i nikt sie nie odezwal. Autoamty zas byly jakie byly - prymitywne, wiec byle drut wystarczyl.
Sukienko_w_kropki, ow wagon Bremen tez ma taki dzwoneczek :) Oczywiscie wszyscy nim dzwonia w tym muzeum :) Pozdrawiam. 2010/11/15 07:43:51
super relacja. szczególnie podobają mi się te stare autobusy - jelcz i san. polecamy
|